Sonety odeskie

Sonety erotyczne

Sonety odeskie

[Motto]

Quand’era in parte altr’uom da quel ch’io sono.1

Petrarca

Sonet I. Przypomnienie

Lauro! Czyliż te piękne wieków naszych lata

Jeszcze się kiedy twojej malują pamięci,

Kiedyśmy sami tylko i sobą zajęci,

Dbać nie chcieli o resztę obcego nam świata?

Chłodnik, co się zielonym jaśminem wyplata,

Strumień, co z miłym szmerem po łące się kręci:

Tam nas często, wzajemne tłumaczących chęci,

Późnej nocy miłosna osłoniła szata.

A księżyc spod bladego wyjrzawszy obłoku,

Śnieżne piersi i złote rozświecał pierścienie,

Boskiego wdziękom twoim przydając uroku.

Wtenczas serca porywa słodkie zachwycenie,

Usta się spotykają, oko ginie w oku,

Łza ze łzą i z westchnieniem miesza się westchnienie!...

Sonet II. Do Laury

Ledwiem ciebie zobaczył jużem się zapłonił,

W nieznanym oku dawnej znajomości pytał;

I z twych jagód wzajemny rumieniec wykwitał,

Jak z róży, której piersi zaranek odsłonił.

Ledwieś piosnkę zaczęła, jużem łzy uronił,

Twój głos wnikał do serca i za duszę chwytał;

Zdało się, że ją anioł po imieniu witał

I w zegar niebios chwilę zbawienia zadzwonił.

O luba! niech twe oczy przyznać się nie boją;

Jeśli cię mym spojrzeniem, jeśli głosem wzruszę:

Nie dbam, że los i ludzie przeciwko nam stoją,

Że uciekać i kochać bez nadziei muszę.

Niech ślub ziemski innego darzy ręką twoją,

Tylko wyznaj, że Bóg mi poślubił twą duszę.

Sonet III (Mówię z sobą, z drugimi plączę się w rozmowie...)

Mówię z sobą, z drugimi plączę się w rozmowie2,

Serce bije gwałtownie, oddechem nie władnę,

Iskry czuję w źrenicach, a na twarzy bladnę;

Nie jeden z obcych głośno pyta o me zdrowie,

Albo o mym rozumie coś na ucho powie.

Tak cały dzień przemęczę; gdy na łoże padnę

W nadziei, że snem chwilę cierpieniom ukradnę,

Serce ogniste mary zapala w mej głowie.

Zrywam się, biegę, składam na pamięć wyrazy,

Któremi mam złorzeczyć okrucieństwu twemu,

Składane, zapomniane, po milijon razy...

Ale gdy ciebie ujrzę, nie pojmuję, czemu

Znowu jestem spokojny, zimniejszy nad głazy,

Aby goreć na nowo — milczeć po dawnemu.

Sonet IV (Nieuczona twa postać, niewymyślne słowa...)

Nieuczona3 twa postać4, niewymyślne słowa,

Ani lice, ni oko nad inne nie błyska,

A każdy rad cię ujrzeć, rad posłyszeć z bliska;

Choć w ubraniu pasterki, widno żeś królowa5.

Wczora brzmiały i pieśni, i głośna rozmowa,

Pytano się o twoich rówiennic6 nazwiska;

Ten im pochwały sypie, inny żarty ciska:

Ty weszłaś, — każdy święte milczenie zachowa.

Tak śród uczty, gdy śpiewak do choru wyzywał,

Gdy koła tańcujące wiły się po sali,

Nagle staną i zmilkną; każdy zapytywał,

Nikt nie wiedział, dlaczego w zadumieniu stali.

«Ja wiem — rzecze poeta — anioł przelatywał».

Uczcili wszyscy gościa, — nie wszyscy poznali.

Sonet V. Widzenie się w gaju

«Tyżeś to? i tak późno?» — «Błędną miałem drogę,

Śród lasów, przy niepewnym księżyca promyku!

Tęskniłaś? myślisz o mnie?» — «Luby niewdzięczniku,

Pytaj się, czy ja myśleć o czem innem mogę!» —

«Pozwól uścisnąć dłonie, ucałować nogę.

Ty drżysz! czego?» — «Ja nie wiem. Błądząc po gaiku,

Lękam się szmeru liścia, nocnych ptaków krzyku:

Ach! musimy być winni, kiedy czujem trwogę». —

«Spójrzyj mi w oczy, w czoło: nigdy z takiem czołem

Nie idzie zbrodnia, trwoga nie patrzy tak śmiele.

Przebóg, jesteśmyż winni że siedzimy społem?

Wszak siedzę tak daleko, mówię tak niewiele,

I zabawiam się z tobą, mój ziemski aniele,

Jak gdybyś już niebieskim stała się aniołem».

Sonet VI (Potępi nas świętoszek, rozpustnik wyśmieje...)

Potępi nas świętoszek, rozpustnik wyśmieje,

Że chociaż samotnemi otoczeni ściany,

Chociaż ona tak młoda, ja tak zakochany,

Przecież ja oczy spuszczam, a ona łzy leje.

Ja bronię się ponętom; ona i nadzieje

Chce odstraszyć, co chwila brząkając kajdany,

Któremi ręce związał nam los opłakany.

Nie wiemy sami, co się w sercach naszych dzieje.

Jestże to ból lub7 rozkosz? Gdy czuję ściśnienia

Twych dłoni, kiedy z ustek zachwycę płomienia:

Luba! czyż mogę temu dać imię cierpienia?

Ale kiedy się łzami nasze lica zroszą,

Gdy się ostatki życia w westchnieniach unoszą:

Luba! czyliż to mogę nazywać rozkoszą?

Sonet VII. Ranek i wieczór8

Słońce błyszczy na wschodzie w chmur ognistych wianku,

A na zachodzie księżyc blade lice mroczy,

Róża za słońcem pączki rozwinione toczy,

Fijołek klęczy zgięty pod kroplami ranku.

Laura błysnęła w oknie, ukląkłem na ganku;

Ona, muskając sploty swych złotych warkoczy,

«Czemu — rzekła — tak rano smutne macie oczy,

I miesiąc, i fijołek, i ty, mój kochanku?»

W wieczór przyszedłem nowym bawić się widokiem;

Wraca księżyc, twarz jego pełna i rumiana,

Fijołek podniósł listki otrzeźwione mrokiem;

Znowu stanęła w oknie moja ukochana,

W piękniejszym jeszcze stroju i z weselszem okiem,

Znowu u nóg jej klęczę — tak smutny jak z rana.

Sonet VIII. Do Niemna9

Niemnie, domowa rzeko moja! gdzie są wody,

Do których przez kwieciste skakaliśmy błonie10

I któreśmy czerpali w młodociane dłonie

Za napój lub za kąpiel spoconej jagody11?

Gdzie Laura, z chlubą patrząc na cień swej urody,

Lubiła włos zaplatać lub zakwiecać skronie,

Gdzie lica12 jej malowne w srebrnej fali łonie

Nieraz mąciłem łzami, zapaleniec młody.

Niemnie, domowa rzeko! Gdzie są tamte zdroje,

A z nimi tyle szczęścia, nadziei tak wiele?

Gdzie jest spokojne latek dziecinnych wesele?

Gdzie słodsze burzliwego wieku niepokoje?

Kędy13 jest moja Laura, gdzie są przyjaciele?

Wszystko przeszło — a czemuż nie przejdą łzy moje?

Sonet IX. Strzelec

Widziałem, jak dzień cały, pośród letniej spieki,

Błąkał się strzelec młody; stanął nad strumieniem,

Długo poglądał wkoło i rzecze z westchnieniem:

«Chcę ją widzieć, nim kraj ten opuszczę na wieki,

Chcę widzieć niewidziany». Wtem leci zza rzeki,

Konna łowczyni, strojna Dyjany14 odzieniem,

Wstrzymuje konia, staje, zwraca się wejrzeniem;

Zapewne jechał za nią towarzysz daleki.

Strzelec cofnął się, zadrżał, i oczy Kaima15

Zataczając po drodze, gorzko się uśmiechał,

Drżącą ręką broń nabił, dąsa się i zżyma16,

Odszedł nieco, jakoby swej myśli zaniechał,

Wtem dojrzał mgłę kurzawy, wzniesioną broń trzyma,

Bierze na cel, mgła bliżej — lecz nikt nie nadjechał.

Sonet X. Rezygnacja17

Nieszczęśliwy, kto próżno o wzajemność woła,

Nieszczęśliwszy jest, kogo próżne serce nudzi,

Lecz ten u mnie ze wszystkich nieszczęśliwszy ludzi,

Kto nie kochał, że kochał, zapomnieć nie zdoła.

Widząc jaskrawe oczy i bezwstydne czoła,

Pamiątkami zatruwa rozkosz, co go łudzi;

A jeśli wdzięk i cnota czucie w nim obudzi,

Nie śmie z przekwitłem sercem iść do stóp anioła.

Albo drugimi gardzi, albo siebie wini,

Minie ziemiankę, z drogi ustąpi bogini,

A na obiedwie patrząc, żegna się z nadzieją;

I serce ma podobne do dawnej świątyni,

Spustoszałej niepogód i czasów koleją,

Gdzie bóstwo nie chce mieszkać, a ludzie nie śmieją.

Sonet XI. Do...

Patrzysz mi w oczy, wzdychasz — zgubna twa prostota;

Lękaj się jadu, który w oczach żmii płonie,

Uciekaj nim cię oddech zatruty owionie,

Jeśli nie chcesz kląć reszty twojego żywota.

Szczerość, jeszcze mi jedna pozostała cnota;

Wiedz, że niegodny ogień zapalasz w mym łonie;

Lecz umiem żyć samotny — i po cóż przy zgonie

Ma się wikłać w me losy niewinna istota?

Lubię rozkosz, lecz zwodzić nadto jestem dumny,

Tyś dziecko — mnie namiętne przepaliły bole;

Tyś szczęśliwa, twe miejsce w biesiadników kole —

Moje, gdzie są przeszłości cmentarze i trumny.

Młody bluszczu! zielone obwijaj topole,

Zostaw cierniom grobowe otaczać kolumny.

Sonet XII (Poezjo! Gdzie cudny pędzel twojej ręki?...)

Poezjo! Gdzie cudny pędzel twojej ręki?...

Gdy chcę malować — za cóż myśli i natchnienia

Wyglądają z wyrazów jak zza krat więzienia,

Kryjących i szpecących tak ubogie wdzięki?

Poezjo! Gdzie twoje melodyjne dźwięki?

Śpiewam — ona mojego nie usłyszy pienia:

Jako słowik, król śpiewu, nie słyszy strumienia,

Który w podziemnej głębi rozwodzi swe jęki.

Nie tylko dźwięk i kolor — aniołowie myśli —

Lecz i pióro, roboczy niewolnik poety,

Na cudzej ziemi nie zna praw dawnego pana,

I zamiast pieśni, znaki niepojęte kréśli:

Muzyczne znaki pieśni... Lecz ta pieśń, niestety,

Nigdy jej miłym głosem nie będzie śpiewana!...

Sonet XIII (Pierwszy raz jam niewolnik z mojej rad niewoli...)

Pierwszy raz jam niewolnik z mojej rad niewoli,

Patrzę na ciebie, z czoła nie znika pogoda;

Myślę o tobie, z myśli nie znika swoboda;

Kocham ciebie, a przecież serce mi nie boli.

Nieraz brałem za szczęście chwileczkę swawoli,

Nieraz mię obłąkała wyobraźnia młoda,

Albo słówka zdradliwe i wdzięczna uroda:

Lecz wtenczas i rozkosznej złorzeczyłem doli.

Nawet owę, gdy owę kochałem niebiankę,

Ileż łez, jaki zapał, jaka niegdyś trwoga,

I żal teraz na samę imienia jej wzmiankę.

Z tobą tylko szczęśliwy, z tobą, moja droga!

Bogu chwała, że taką zdarzył mi kochankę,

I kochance, że uczy chwalić Pana Boga.

Sonet XIV (Luba! ja wzdycham, pamięć niebieskiej pieszczoty...)

Luba! ja wzdycham, pamięć niebieskiej pieszczoty

Trują mi okropnego rozmyślania chwile.

Ach! może serce twoje, co cierpiało tyle,

Może, boję się wyrzec, pustoszą zgryzoty?

Luba, i cóżeś winna, że twych ocząt groty

Tak palące, że usta śmieją się tak mile?

Zbyt ufałaś mej cnocie, zbyt swej własnej sile,

I nazbyt ognia Stwórca wlał w nasze istoty.

Przewalczyliśmy wiele i dni, i tygodni,

Młodzi, zawsze samotni, zawsze z sobą w parze,

I byliśmy oboje długo siebie godni.

Teraz, ach! pójdę łzami oblewać ołtarze,

Nie będę mojej żebrać przebaczenia zbrodni;

Tylko niech mnie Bóg twoją zgryzotą nie karze.

Sonet XV. Dzień dobry

Dzień dobry! nie śmiem budzić, o wdzięczny widoku!

Jej duch na poły w rajskie wzleciał okolice,

Na poły został boskie ożywiając lice,

Jak słońce na pół na niebie, pół w srebrnym obłoku.

Dzień dobry! już westchnęła, błysnął promyk w oku,

Dzień dobry, już obraża światłość twe źrenice,

Naprzykrzają się ustom muchy swawolnice, —

Dzień dobry, słońce w oknach, ja przy twoim boku.

Niosłem słodszy dzień dobry, lecz twe senne wdzięki

Odebrały mi śmiałość; niech się wprzódy dowiem:

Z łaskawym wstajesz sercem? z orzeźwionym zdrowiem?

Dzień dobry, nie pozwalasz ucałować ręki?

Każesz odejść, odchodzę: oto masz sukienki,

Ubierz się i wyjdź prędko — dzień dobry ci powiem.

Sonet XVI. Dobranoc

Dobranoc! już dziś więcej nie będziem bawili,

Niech snu anioł modrymi skrzydły18 cię otoczy,

Dobranoc, niech odpoczną po łzach twoje oczy,

Dobranoc, niech się serce pokojem zasili.

Dobranoc, z każdej ze mną przemówionej chwili,

Niech zostanie dźwięk jakiś cichy i uroczy,

Niechaj gra w twoim uchu, a gdy myśl zamroczy,

Niech się mój obraz sennym źrenicom przymili.

Dobranoc, obróć jeszcze raz na mnie oczęta,

Pozwól lica — Dobranoc! — chcesz na sługi klasnąć?

Daj mi pierś ucałować — Dobranoc, zapięta.

— Dobranoc, już uciekłaś i drzwi chcesz zatrzasnąć.

Dobranoc ci przez klamkę, — niestety! zamknięta!

Powtarzając: dobranoc! nie dałbym ci zasnąć.

Sonet XVII. Dobry wieczór

Dobry wieczór! on dla mnie najsłodszym życzeniem;

Nigdy, czy to przed nocą dzieli nas zapora,

Czyli mię ranna znowu przywołuje pora,

Nie żegnam się, ni witam z takim zachwyceniem,

Jak w tę chwilę, wieczornym ośmielony cieniem;

Ty nawet, milczeć rada i płonić się skora,

Gdy usłyszysz życzenie dobrego wieczora,

Żywszym okiem, głośniejszym rozmawiasz westchnieniem.

Niechaj dzień dobry wschodzi tym, co społem żyją,

Objaśniać pracę, która ich ręce jednoczy;

Dobranoc niech szczęśliwych kochanków otoczy,

Gdy z rozkoszy kielicha trosk osłodę piją;

A tym, co się kochają i swą miłość kryją,

Dobry wieczór niech przyćmi zbyt wymowne oczy.

Sonet XVIII. Do D. D. (Wizyta)

Wizyta

Ledwie wnijdę19, słów kilka przemówię z nią samą,

Jużci dzwonek przeraża, wpada galonowy20,

Za nim wizyta, za nią ukłony, rozmowy,

Ledwie wizyta z bramy, już druga za bramą.

Gdybym mógł, progi wilczą otoczyłbym jamą,

Stawiłbym lisie pastki21, kolczaste okowy,

A jeśli nie dość bronią, uciec bym gotowy

Na tamten świat, stygową22 zasłonić się tamą.

O przeklęty nudziarzu! ja liczę minuty,

Jak zbrodniarz, co go czeka ostatnia katusza:

Ty pleciesz błahe dzieje wczorajszej reduty23.

Już bierzesz rękawiczki, szukasz kapelusza,

Teraz odetchnę nieco, wstąpi we mnie dusza...

O bogi! znowu siada, siedzi jak przykuty!

Sonet XIX. Do wizytujących

Pragniesz miłym być gościem, czytaj rady moje:

Nie dość, wszedłszy, donosić, o czym wszyscy wiedzą,

Że dzisiaj tam walcują24, ówdzie obiad jedzą,

Zboże tanie, deszcz pada, w Grecyi25 rozboje.

Jeśli w salonie znajdziesz bawiących się dwoje,

Zważaj, czy cię z ukłonem, z rozmową uprzedzą,

Czyli daleko jedno od drugiego siedzą,

Czy wszystko jest na miejscu, czy w porządku stroje.

Jeśli pani co wyraz zaśmiać się gotowa,

Choć usta śmiać się nie chcą; jeśli panicz z boku

Pogląda i zegarek dobywa i chowa,

I grzeczność ma na ustach a coś złego w oku:

Wiesz, jak ich trzeba witać? Bywaj zdrów, bądź zdrowa!

A kiedy masz ich znowu odwiedzić? — po roku.

Sonet XX. Pożegnanie (Do D. D.)

Do D. D.

Odpychasz mię? — czym twoje serce już postradał?

Lecz jam go nigdy nie miał; — czyli broni cnota?

Lecz ty pieścisz innego; — czy że nie dam złota?

Lecz jam go wprzódy26 nie dał, a ciebie posiadał.

I nie darmo; choć skarbów przed tobąm nie składał27,

Ale mi drogo każda kupiona pieszczota,