Część II

*** (nie śmiej się ze mnie)

do F.

nie śmiej się ze mnie. gdzie się kończy świat

tam się zaczyna Nowe Życie. nikt

nie ufa już śmierci. nikomu już

nie ma potrzeby ufać. to co mówimy

jest już bardzo stare. Nowe Życie

też już coraz starsze. za każdym razem

lepiej się kończy

Kraków, maj 1991

*** (Uwaga!)

Uwaga! Już za dziesięć pierwsza (a więc jednak przed)

zdecydowałem się zejść na dół, z pustymi rękami,

niezbyt pewny, czy robię dobrze, niezbyt pewny,

co właściwie robię. Więc kiedy tam zajrzałem

i było zupełnie ciemno, zacząłem natychmiast

(żeby mnie nie wciągnęło) udawać że być może

jestem kimś innym i chodzi mi o coś zupełnie

innego; przed sobą samym, bo znajome głosy

wciąż jeszcze należały do nieznajomych oczu

i mogłem nawet udawać, że mnie wcale nie ma.

Nie ma mnie, idę żółtym korytarzem, tej chwili

nie ma. UWAGA! BÓG CIĘ KOCHA. Zwracam uwagę.

Nie ma mnie. Choćbyś nie wiem co robił, i tak mnie będzie

zawsze kochał bardziej. To nie ja mówię; słucham tego

ale już po raz drugi, nie wiem po co to powtarzam

w myśli, sam sobie (po co w ogóle te rozmowy w łóżku?);

czy wszystko co kocham musi być zaraz Bogiem? Może

po tym właśnie daje się to poznać. Winda posłusznie

podnosi mnie na trzecie piętro, i za osiem pierwsza

już jestem z powrotem i z powrotem jestem.

Kraków, 9 listopada 1991

*** (Na ławce leży gazeta)

Na ławce leży gazeta Z pewnością jest mokra

Jest mokra Znowu sport Ciemno Z trudem

odczytuję kolejne wyrazy Wyrazy Słowa

Czyjeś słowa których nikt już nie będzie chciał czytać

Zmęczyło się serce śpiewa chora śmiertelnie Umarła

Zmęczyło się Przystaje na rozwiązania

niegodne Serca Czyjeś serce Niedługo będzie

podobnie mokre Wstrętne A ja pochylony nad nim

zaczytany Chociaż to już biały dzień

i przechodnie przypatrują mi się ze śmiechem

Kraków, 7 stycznia 1992

*** (Rafał miał rację)

Rafał miał rację: telefony na Podgórzu są do niczego

i świat się znowu skurczył: jest teraz garstką rodzynek,

z których wybieram najlepsze sztuki. I czy to takie pewne,

że nastąpi coś więcej? Czy to w ogóle możliwe?

Niczego nie może być więcej, niż właśnie jest. Ta chwila,

która mnie się wydaje co najwyżej zapowiedzią

Czegoś, komu innemu starczyć musi za Wszystko.

I być może już żaden telefon nie da się oszukać,

nigdy, tyle że nie chce się wierzyć.

Kraków, 23 marca 1992

*** [— Już pan nie żyje]

— Już pan nie żyje — powiedział. — Już pan nie żyje,

panie Wiedemann. — Czekał na moją reakcję. Przyjąłem to

w milczeniu. — Gdybym ja tu nie siedział, już by się panu

ktoś wpakował w drzwi. I po panu. — Przyznałem mu rację

i sobie pomyślałem, no więc dobrze, nie żyję, trzeba to

wykorzystać najlepiej jak się da, od tej chwili już będę

jak ci anieli w niebie, bez żadnych obciążeń, bez skazy,

nie pozwolę się więcej prowokować światu, świat cały

mając do dyspozycji. Tylko że chore ścięgno wciąż dawało

o sobie znać, a z torby nie znikła chyba niewykorzystana

karta magnetyczna, którą będzie trzeba zanieść gdzieś

na ulicę Librowszczyzna, żeby chamy oddali forsę (o tak,

lepiej żeby nie znikła): nie umarłem sam. I zaraz się wpier-

doliłem na skrzyżowanie przy żółtym świetle. Ale co tam,

dzisiaj mogę umierać bez przerwy, wielka mi rzecz.

Kraków, 12 czerwca 1992

Pożegnania

Przedwczoraj po śniadaniu, na ziemi niemieckiej,

postanowiłem się ogolić, wyjąłem z plecaka maszynkę

i mydło, będące aktualnie kością niezgody między

mną i Beatą Zużewicz, i ręcznik,

i poszedłem w to miejsce, gdzie za drobną sumę

można było zakupić 10 rodzajów prezerwatyw,

a starzy niemieccy generałowie odlewali się równocześnie

jak na komendę, w lustrze zobaczyłem nareszcie

szramę na swoim czole, dawno już przecierpianą,

zdjąłem koszulę, przez chwilę przyglądałem się

jej brudnemu kołnierzykowi, zostałem w podkoszulku.

Ogolony, wróciłem do stolika; tam przy resztce kawy

wymieniliśmy z Beatą Zużewicz jeszcze kilka złośliwości,

zresztą coraz drobniejszych, wreszcie wyszliśmy na stopa,

długo nas nikt nie zabierał, aż w końcu zauważyłem,

że nie mam na sobie koszuli, nie było jej też w plecaku,

wróciłem do tego baru, w łazience też jej nie było;

— Jemand mußte mitnehmen1 — powiedziała pani bufetowa.

Wróciłem z niczym, a wtedy czymś tkliwie niezapomnianym

wydał mi się ten ostatni rzut oka na brudny kołnierzyk.

Więc chyba po to się znamy, żeby się kiedyś pożegnać:

przypadkiem i od niechcenia i nie na zawsze, a jednak.

poświęcone pamięci Kazumiego Yonekawy

Kluczbork, 30 czerwca 1992

I love noises

od kominów Muzeum Narodowego odbija się

światło zachodzącego słońca chmury płyną

po niebie płyną na południe czerwone pręgi

na kominach zapalają się i gasną zapalają się

i gasną coraz szybciej bo chmury płyną

coraz szybciej a słońca coraz mniej więc z coraz

większą uwagą muszę się wpatrywać żeby cokolwiek

dostrzec z tej sygnalizacji może bez znaczenia

lecz jakże tajemnej aż w końcu to co mówi

w radiu nieżyjący od niedawna (choć trudno

to sobie wyobrazić) (jak również to że naprawdę

żył) wieczny staruch John Cage staje się powoli

wciąż bardzo cennym ale tylko szumem

Kraków, 6 września 1992

zbyt niska jakość umysłu żeby powiedzieć prawdę

zbyt niska jakość umysłu żeby powiedzieć prawdę2

bezruch, nie ma się o co zaczepić, żaden powiew

nie poruszy tych gałęzi, żadna twarz nie pokaże się

w tych oknach, czasem ptak przeleci ale i tak bezruch,

coś ciężkiego w żołądku i jeszcze to co położyło się

koło mnie w czarnej kurtce skórzanej w czarnych

butach doprawdy nie wiem co z tym zrobić ale nie da się

tak całkiem nic i znowu mnie nie zrozumiecie

ale znów się czuję całkiem zdruzgotany a dokoła

zupełny bezruch żadnej nadziei na zmianę. jeśli

światło to tylko dlatego że ktoś je zapomniał wyłączyć

i niebawem to zrobi. słońce już wzeszło i nie wie

co dalej. śliski pancerz. robactwo które jest we mnie.

buty które wstydzą się śmierdzieć. paznokcie schowane

w jakich ciemnych czeluściach. może i zło ale tak naprawdę

to żadne zło. dość żeby nie móc zasnąć nie dość żeby

powiedzieć coś przezwyciężyć ten ponury nastrój

ale jak długo można tak leżeć (właśnie: leżeć)

i prosić (kogo? co?) o jakiś nagły niesamowity

napływ kłamstwa które przecież nawet w okolicznościach

wiecznych byłoby zupełnie nieprawdopodobne.

Kraków, 22 listopada 1992

Wiersz

po nieprzespanej nocy po prostu myśli się wierszem

kiedy wsiadam na rower w wyrazistym świetle poranka

wydaje mi się że gdybym tak cały dzień jeździł

to nawet i przed sennością udałoby się zbiec

dosłownie jak na skrzydłach nie widzę tych wszystkich znaków

choć reaguję na nie co też mnie zachwyca

lecz raptem cała lekkość koncentruje się w kieszeni spodni

i uderza jak strzała z mózgu prosto w pierś

mój problem jest dość skomplikowany: mam dwa klucze

duży i mały od domu i od roweru

oba zostały w pokoju Jarek już wyszedł do szkoły

i swoim kluczem je tam zamknął więc

nie mam już po co wracać ani dokąd

roweru nigdzie nie zostawię bo mi go ukradną

w związku z czym odpadają czytelnie i sklepy z płytami

będę jechał i jechał aż zapadnę w sen

Kraków, grudzień 1992

Transmisja

ja tutaj a tam tristan konający leży

izoldy wyczekuje no i się doczeka

potem umrze i dobrze ile by to w końcu

miało trwać i tak przecież przedtem będą wyć z rozkoszy

ja sam oni we dwoje chwytliwymi gardłami

tak się czepiają tych swoich zwodniczych kadencji

że śmierć gdyby istniała już dawno musiałaby zgłupieć

jest w tym pewna nadzieja w tym przeciągłym śpiewie

myślę tracąc szacunek do zbyt krótkich wierszy

Kraków, 24 lipca 1993

*** [Tyle było śniegu]

Tyle było śniegu dzieci tyle radości miały

a teraz w ziemię wsiąknął po trochu śnieg cały

Dzisiaj jest właśnie niedziela dzieci pójdą do kościoła

właśnie po takiej ziemi jaka się Panu Bogu podoba

Kopiec J. Piłsudskiego czeka aż ktoś go odnowi

cóż z tego skoro sam Pan Bóg znęca się nad nim złośliwie

Ja tam byłem raz jeden nic nie mam przeciwko Kopcowi

lecz Pan Bóg wciąż musi tam siedzieć więc wcale Mu się nie dziwię

Pan Bóg nie może wybierać słońca albo cienia

ogląda po sto razy najgłupsze przedstawienia

wącha wszystkie perfumy wdycha wszystkie smrody

zażerając się tortem cierpi zgony i porody

Trudno się Panu Bogu arcydziełem wzruszyć

gdy jednocześnie widzi wszystkie brudne uszy

Wszechmocny — a nic nie poradzi na koszmar Wszechobecności

nie miejmy Mu więc za złe tych paru nieuprzejmości

Przypisy:

1. Jemand mußte mitnehmen (niem.) — ktoś musiał zabrać. [przypis edytorski]

2. zbyt niska jakość umysłu żeby powiedzieć prawdę — w wersji drukowanej pierwszy wers jest wytłuszczony i stanowi jednocześnie tytuł. [przypis edytorski]