Część III

Jabłko

Zrobiło się zimno Ciepłą kurtkę wyciągnąć trza z szafy

Ciepłą miłością otulić pożądanie drżące

o swoją autonomię Ciepłym tłustym sosem

napełnić pusty kościół ciała Ciepłym Brahmsem uszy

Ostry szron gdzie nie spojrzeć Ale z ciałem w puchu

z miłością w sercu i nawet z potrzebą

Boga w drodze wyjątku przemienioną w Boga

można już iść i łapać miasto na zimnym uczynku

Teraz siedzę w ciemności otoczony ludźmi

klekotem wierszy murem Nagle widzę

jabłko pozostawione (w szafie) w kieszeni jesiennego płaszcza

: co zrobić żeby pamiętać Żeby tam nie zgniło

Kraków, 19 stycznia 1994

*** [wszyscy mówią]

wszyscy mówią

że im się nie chce

mnie też się teraz nie chce

mówię sobie

mówię Jarkowi

chodzę siadam

gdzieś daleko

leje

jest lato

wolę to

skrzypce bzyczą

leżymy na pryczy

brzydzisz się mną

we śnie

teraz już

nie pamiętasz

deszcz kapie

więc to nie trzmiele

tam brzęczą

prąd się przeciska

drutami

wirują szprychy

świata

przyjechały do domu

w domu ciemno

na parapecie zdechłe osy

szeleszczą

już mogę iść spać

może jeszcze jeden wers

albo nawet dwa

:ten co umarł

nic już nie napisze

pisane 10 lutego 1994

do muzyki „Preludiów i fugi” Witolda Lutosławskiego

Wiersz Johna Cage’a, przyśniony

Robimy się coraz paskudniejsi. Krzyż, na którym zwykle

wieszałeś swój sweter, teraz w centrum uwagi. Owinął się właśnie

wokół tego, co skrywa szary albo czarny

i śliski materiał twoich myśli (?). Z jaką wielką ochotą

przyłożyłbyś to teraz do tych paru martwych, w miarę twardych pojęć,

którymi wyśpiewuje swoje opustoszenie

szary lub brudny albo tylko mokry

łabędź.

marzec 1994

Pliszka

Miłoszowi Łuczyńskiemu

Odkąd nastały lekcje, zrobiło się lepiej:

z okna tego pokoju jest widok na rzekę:

siedzę na parapecie, myślę po angielsku,

w moich zmrużonych rzęsach trzęsie się pudło zmierzchu.

Popiół od papierosa turla się po dachówkach:

świat się stopniowo robi gładki jak pocztówka

i przestaje wystarczać, choćby był nie wiem jak ładny:

spójrzmy więc, co dopisał z tyłu Ivan Blatny1.

Czynność w miarę wykwintna: siedzieć tu sobie i czytać

te strofki: tak misternie niedopasowane

jak ubarwienie pliszki: co nad Sanem

i tutaj — jednocześnie (?) wśród zieleni zgrzyta.

Janowice, 15 kwietnia 1994

Język

Tak, bardzo lubię trzymać stopy na maszynie do pisania.

Nieważne jak to robię, nie chce mi się wam teraz wyjaśniać;

miękki dotyk tych wszystkich małych klawiszy koi

mój zawieszony na drugim końcu ciała umysł — coś jak stukot

kołowrotka, który przywracał jaki taki porządek w mózgu

— fikcyjnej zresztą — Małgorzaty. No tak, mogę być tylko

Faustem, ale to może później. Więc ty nogami piszesz

te swoje wiersze? Tak, piszę je nogami. Piszę je

dupą. Moja dupa to wielka artystka, jak mawiała

pewna parlamentarzystka. Moja śledziona w brzuchu

uwięziona. Od samego rana jestem niewyspana. Jak dawno

nie napisałem nic tym językiem. Nic w niczyich ustach.

Kraków, 28 kwietnia 1994

Sestina (IV)

... tylko więźniowie

(Szymborska)

przybyłem tu lecz nie zaznałem spodziewanej czystości

wiadomo autobusy dworcowe ubikacje jakie to wywołuje pragnienia

cały świat nakierowuje się na to jedno dla czego zostawia się wszystko

inne nawet gdy podróż sama zda się jedynym celem podróży

cóż dorówna czystości jaką promienieje przyszłość

zbrukana jeno śmiercią niechybną? oczywiście meble

w domu moich rodziców zwykłe zresztą meble

nie służące jednak niczemu prócz czystości

na które starczy spojrzeć by zobaczyć przyszłość

idealną wyrastającą ponad wszelakie pragnienia

jak nieistnienie jak cisza morska pośrodku podróży

stałość najdosłowniejsza chociaż mimo wszystko

podległa upływowi czasu gdyż jak wszystko

powleka się mgłą niepamięci tak meble

kurząc się uczestniczą w naszej ziemskiej podróży

niezdolne samodzielnie utrzymać się w czystości

lecz przy odrobinie starania zdolne zaprezentować ją w pełni toteż pragnienia

czystości wiecznej mają dzięki nim zapewnioną przyszłość

niczym głodna kocica osacza nas przyszłość

ziejąc pustką gdy teraźniejszość daje nam absolutnie wszystko

my jednak zastraszeni wciąż swoje pragnienia

ustawiamy w przyszłości niczym używane meble

w nowiutkim mieszkaniu niezdolni zresztą niczym zbrukać jej czystości

tak jak nie da się brudu uniknąć w podróży

oto więc powróciwszy z dalekiej podróży

mogłem jak stare portki zrzucić z siebie przyszłość

znalazłszy się w krystalicznych objęciach czystości

i jak w błysku iluminacji ujrzeć wszystko

odbite w politurze którą lśniły meble

tłumiąc we mnie potrzebę wszelkiego pragnienia

tymczasem zatęskniłem do czystości swojego pragnienia

które kombinezonem ochronnym było mi w podróży

a teraz opadło ze mnie na smutne skonsternowane meble

podczas gdy ja zacząłem obmyślać nową podróż nową przyszłość

znów wierząc że pragnienie jest trutką na wszystko

co jak wszy z brudu lęgnie się z nazbyt pielęgnowanej czystości

i choć brudna jest przyszłość wszelakiej czystości

czyste staje się wszystko pod szczotką pragnienia

zrymowania w tym wersie mebli i podróży

Grabów, 22 lipca 1994

Małość

kaczka się tapla rower się telepie

tężeje piach

trzęsą się meble w rozgrzanej przyczepie

cień się powiększa na trawie przy sklepie

grążąc dzieciaki pogrążone w grach

kręcą się tryby na moim przegubie

przy budach psy

gdy kocim wzrokiem łapię wciąż i gubię

ptaki niezgrane jak na wiecznej próbie

Vingt regards sur L’Enfant Jesus2

wdzięczą się chwile choć się czai trwanie

i je połyka jak żarłoczny kos

a one krwawią jak maliny w dzbanie

trup Oliviera pływa po Sekwanie

i śpiewa na cały głos:

nie darmo miłość rodzi się skrzydlata

a w sklepach goły pokutuje drób

bo to dla trupa jedyna zapłata

zwłaszcza gdy sądził że traci pół świata

z powodu małych stóp

na dachach kruche złocą się anteny

nad topolami polatuje puch

a co tam dalej już się nie dowiemy

gdy nie chcąc wierzyć że się rozstaniemy

maleje duch

wrzesień 1994

Wiersz interwencyjny

znowu jest wojna znowu są wiersze o wojnie i nawet

śni mi się wojna więc prawie już wiem jak to jest

zginęły mi nożyczki ten cholera miłosz

otwierał wczoraj wino zawsze tak jest wystarczy

moment mojej nieuwagi i teraz nie ma ich w żadnym

z pięciu czy sześciu miejsc gdzie zazwyczaj leżały

zapalam papierosa robię tyle rakotwórczych rzeczy

chłopcy śpiewają dona nobis pacem3 za chwilę

zacznę chyba zaciekle obgryzać paznokcie

Kraków, 26 listopada 1994

pozytyw z Przeczna

o słodka ważność

niektórych cierpkich nieszczęść

słodka bezpłatność i słodka

transakcyjność którą

gorszymy się słodząc

niecierpliwie gorycz

Kraków, 27 października 1994

Przypisy:

1. Ivan Blatny (1919-1990) — czeski poeta. [przypis edytorski]

2. Vingt regards sur L’Enfant Jesus (fr.) — Dwadzieścia spojrzeń na Dzieciątko Jezus, cykl utworów fr. kompozytora Oliviera Messiaena. [przypis edytorski]

3. dona nobis pacem (łac.) — obdarz nas pokojem. [przypis edytorski]