Część IV
oceany nareszcie
w WORECZKU z piernikami samotny biały wafel
wygląda jak etykieta choć nie o piernikach
o sobie tylko mówi i ja też nie o nich
i nawet nie o sobie oceany mają
SZCZĘŚCIE zjechało po paznokciu w dół i będę musiał
uciąć je albo hodować nie wiadomo już po co
(martwe) (i niewykorzystane) (i nawet
dość niewygodne) nawet oceany
wy DZIECI rozczochrane wy smoki ROZPRUTE
macie nareszcie czegoście szukały
suche jak pieprz będziecie i trwalsze od skały
oceany otwarte i nieogarnione
I TO MA BYĆ DESZCZ?
I TO MA BYĆ DESZCZ? (woła życie) Kto w ogóle wymyślił
ten miesiąc: marzec. Brak ci jeszcze czego?
Zofia Nałkowska od rana się martwi
oswoje drugie ucho (pierwsze już się nie liczy).
Jeszcze chwila i nic. Nic mi już nie trzeba.
Trumien kokonik. Chociaż (spoglądam przez Krysię)
skoro mamy wyglądać jak te gałki z chleba
(co to właściwie są gałki? ), może daj nam dzisiaj.
Kraków, 23–24–25 marca 1995
*** [Coś w zębach]
Coś w zębach. Twarde. Wypluć, czy rozgryźć? Rozgryzam.
I? Opłaciło się. Pieprz, chyba z kiełbasy.
Leciutka rozkosz, ogieniek błądzący chwilę po języku
(wierszyk).
Ostrów Wlkp., 28 lutego 1995
Dobre maniery
Jesteśmy wszyscy zbyt uprzejmi Gdybyśmy
byli mniej mniej byśmy się krzywdzili
Wciąż tylko mniej i mniej Dlaczego cię tak mało?
Coś ci przecież zawdzięczam To moje
niedopatrzenie
Wygłupiam się (za dużo
gości na tej imprezie)
Już się nie mogę obudzić To już przeszłość
Przeźroczysta Spójrz na nią Czy mnie widzisz?
Siedzę pod stołem i słucham Pod tapczanem
kałuża atramentu Spójrz: jestem błękitny
Nie ma kogo przepraszać nie ma czego pamiętać
nie ma na kogo patrzeć Ma się zaraz dreszcze
Żyjemy Nie da się ukryć
Ktoś był tak uprzejmy
Kraków, 21 kwietnia 1995
Ktoś mówi do mnie
Marcinowi Świetlickiemu
Umarłam w pierwszym roku denominacji
nigdy się nie nauczyłam tych nowych pieniędzy
Zresztą po co Wszystko mi kupowali
Miałam taką ambicję
Teraz już mi niczego nie wypada się uczyć
mam wszystko elegancko i chyba za darmo
wiem czyj włos mi się wplątał wtedy do zegarka
Wiem i nie wiem co zrobić z tą wiedzą
Lubię siąść sobie w kuchni zwłaszcza nocą
mogłabym ugotować różne smakołyki
a jednak wolę siedzieć nie chce mi się wstawać
teraz kiedy nie muszę czekać już na lepsze czasy
nie przeszkadza mi czuć się jak gdybym czekała
Kiedyś przyjdziesz i wstanę ale razem z tobą
Kraków, 3 maja 1995
Venus pobudzona przez Tycjana
dla Jarka Górnickiego
i Pawła Borowca
i gdzie ta toaletka, przy której siadywałam
(mów dalej, opowiadaj) pamiętasz?
mnie tam wtedy nie było, rzucali kamieniami
(skąd brali tyle kamieni?) piliśmy tylko wino
ja w samym środku ziemi, ja w płaszczu Kosmosu
kropla potu na skórze, obecność
nie do zastąpienia, nie do starcia
ja rozumiem, ja byłem, dwa przystanki dalej
Kraków, 19 lipca 1995
Małż żałobny
to? chwasty? (skąd wiedziałaś? nie było ich rok temu?)
to wygląda jak las, monstrualnie zmniejszony,
ale nie stawia oporu, grube pnie, puste w środku,
jeden but mam już pełen ziemi, tej ziemi
z cmentarza, pewnie już wrosły (co by było
gdyby pod twoją skórą nie było kości gdyby
pod twoją kurtką był tylko sam szkielet gdybym teraz
[wtedy] rozmawiał zupełnie z kim innym? nic) w babcię
Kraków, 18 października 1995
Sonet
dla Marty Wojdak
nawet król, dajmy na to, nie wie co nas czeka
(ślepy jest ten co włada, bo ciemnością włada)
więc skąd ja miałbym wiedzieć, może mam halucynacje,
dziś, na przykład, słyszałem jakieś bulgotanie
przez okno, potem łomot na korytarzu, smród
spalonego mleka, teraz znów ten chopin,
chciał błyszczeć no to błyszczy, starczy chcieć i jest.
zapach pieczonych kurcząt, dociera aż do sracza,
udka, skrzydełka, piersi, wszystko oddzielnie, skwierczy
tam na patelni, łączy się w zapachu, zapach
to taki kurczak, który wreszcie umie latać.
pozbywam się zapachu (może mam halucynacje),
aż wreszcie kiedyś stwierdzę, zrośnięty z nim na stałe,
że przecież, choć niejasno, wszystko to wiedziałem.
Kraków, paździemik-listopad 1995
Sądząc z rozmiarów
gdy coraz więcej świetlnych tablic informuje
o obiektywnych zmianach robisz się równie szczery
jak one (jak można tak mało cierpieć?) gdy
czas w którym żyjemy wydał się przez moment
kawałkiem mięsa w zupie (jak można nie chcieć
skosztować?) gdy znów ktoś jedzie pociągiem
z tobą w głowie a ty w niej jak robak (jak można
tak mało kochać?) pamiętaj że w następnym błysku
zobaczysz tylko niebo i paznokcie w zlewie
Kraków, listopad-grudzień 1995