Samczyk

Część I

*** [Ulica Krupnicza]

Ulica Krupnicza, moja dobra koleżanka z pierwszego roku,

już prawie przestaje wzruszać, już mnie nic nie wciąga

pod dwunastkę, chyba już nie mam ochoty popróbować,

czy drzwi się nadal tak ciężko otwierają,

może jedynie na widok skrzynki na listy

zrobiłaby się we mnie jakaś rzewność, ale nie wchodzę,

nie zaglądam tam, odarty z porządnego adresu,

ze schodów, z dzwonka do drzwi.

Aż tu dzisiaj idę, a naprzeciw mnie dziewczynka

lat może siedem, z małym koszykiem pełnym marchewek.

Mijamy się prawie przed moimi drzwiami.

I tak się rodzą te wszystkie bajki.

Kraków, luty 1989

*** (Chcąc wyjechać do Austrii)

Chcąc wyjechać do Austrii a może i nie chcąc,

wybrałem się pociągiem aż do Jarocina,

ale przespałem Jarocin, wysiadłem cokolwiek dalej,

wschodziło właśnie słońce, siąpił właśnie deszcz.

Jakaś mała miejscowość; łaziłem po pustych torach

w czarnym płaszczu, jak gdybym przynosił tu dżumę.

Lecz nikt mnie nie obserwował, odezwały się właśnie koguty,

a do mnie z Ameryki nadleciał oczywiście Waits.

Tymczasem kobieta jakaś przyszła, usiadła przed stacją,

już od pół wieku pewnie pod ciągłą Bożą obserwacją,

a dla mnie nie mająca nic oprócz tajemnic,

zamknięta z nimi całkiem bezpiecznie w płaszczyku z krempliny,

który komu innemu zapewne powiedziałby wszystko.

Po chwili nadjechał pociąg jadący w przeciwną stronę,

która w sposób oczywisty była dobra i dla mnie, i dla niej.

Za dwie godziny miały się otworzyć wszystkie banki,

lecz my jadąc, wiedliśmy o to zły milczący spór.

*** (dlaczego już czwarty raz)

dlaczego już czwarty raz

przechodzę tędy sam

i nie mam pojęcia kto

mógłby tu ze mną iść

a może tędy nikt

nie chodzi i każdy by

mnie wyśmiał gdybym mu

zaproponował tego rodzaju skrót

a dobry rozdokazywany Bóg

zawczasu odziera mnie

z towarzystwa żebym mógł

z tą decyzją sam na sam

być niezachwianie wolnym i

dla żartu powoduje że

lecą nade mną aż

cztery samoloty co

upodabniają człowieka do

chrabąszcza i przywodzą na

myśl jakąś ostateczną katastrofę

Książenice, 16 września 1989

*** (Wsiadłem)

Wsiadłem. W przedziale siedział tylko jeden facet

i spał, lecz gdy wkładałem plecak na bagażnik,

obudził się i stopy w brunatnych skarpetach

położył na siedzeniu, które ja zająłem,

żeby się na nim zaraz ułożyć i zasnąć;

teraz nieodwołalnie będzie je tam trzymał

do końca, w każdym razie nie wysiądzie w Kępnie,

zatem mnie pozostaje tylko: naśladować

jego sposób kładzenia się do snu, lub siedzieć

w butach i czuwać, czytać „Austerię”. Z przedziału

obok dobiega bełkot jakiegoś wariata.

Dręczy mnie doskonałość całkiem pustego siedzenia,

która tu była, zanim ja tu wsiadłem.

Domanin, 20 maja 1990

*** (nawet nie tyle myśli)

nawet nie tyle myśli, co wklęśnięcia (gniazda)

domy schadzek, czy raczej domy nieprzytomnych spojrzeń,

które za drugim razem są już zupełnie ślepe

Bruxelles, 2 października 1990

*** (Dopiero pod prysznicem)

Dopiero pod prysznicem w upiornie pustej (zalanej

światłem jarzeniówek) wspólnej łazience uzyskałem pewność,

że należało ten dzień zakończyć rozmową po francusku

z tym chłopakiem kaleką, który swoim zjawieniem się w kuchni

zakłócił nam cowieczorne liczenie pieniędzy i przeciąganą w nieskończoność herbatę.

Bo tymczasem, to zupełnie bez sensu, skonał tu na moich rękach Naruz Hosnani

(a ty, Larry, jak tam, żyjesz jeszcze? i twój jedyny sweter

zapinany na zamek błyskawiczny, czyżby leżał już tylko

w mojej szafce na stare czasopisma

a, doprawdy, ta śmierć, po której poszedłem się wykąpać,

zmyć z siebie ten deszcz, jeszcze belgijski, wcale nie musiała

nastąpić właśnie tutaj, tkwi teraz we mnie zupełnie niepotrzebna:

całkiem jak ja, siedzący tutaj teraz, nie porównany z nikim

w kalectwie (mojego języka), mój pokój już cały sapie

i pojękuje przez sen, i jakie prawdziwe jest teraz właśnie to,

co mnie ominęło; gdzieś na progu widoczności ciągle jeszcze

zmieniają się światła.

Luxembourg, 3 października 1990

Świeże kwiaty

Igor Strawiński napisał już tę piosenkę

o sowie i kotku My wiemy: nic już więcej

nie napisze On jednak zamyśla kwartet i symfonię

(swoim zwyczajem nie słyszy ich

toteż nie istnieją Nawet tam) a tymczasem

jest wożony do miejsc gdzie był młody

i gdzie napisał (kiedyś to było wszystko

i teraz znowu) Jego obojętność

porusza wszystkich do łez I właśnie

tak samo jest z tymi kwiatami: kupiłem je dla ciebie

a teraz nie mam ochoty ci ich dawać Ich śmierć

została w Ogrodzie tutaj już tylko doskonałość

Więc dlaczego konają pośród ostatnich wypowiedzi

Kraków, 24 października 1989 — 27 października 1990

*** (nie nawykła mi dusza)

nie nawykła mi dusza z Szatanem wojować

nie nawykła też z Bogiem nawet i rozmawiać

cóż ja z duszą poradzę gdy mi ciało zlegnie

gdzie ona mnie za rękę ciągnąca pobiegnie

czy jej wygodne nieba rozkosze statyczne

czy też piekła wybierze bole dynamiczne

a może mnie pochłonie iżby mną się stała

a może mnie zostawi na podobieństwo ciała

i będę się unosił świat zwiedzając stary

a ona niewidzialne odwiedzi obszary

i kiedy w czas zmartwychwstania pozbierać się będzie można

ona bez mojej pomocy ciała mojego nie pozna

i kompletnie duchowa zniszczeje na podobieństwo płomyka

a ja do końca cielesny nawet nie ujrzę jak znika

— kocham cię moja duszo lecz czy ty mnie kochasz

czy czasem kiedy umrę nie powiesz wynocha

uciekaj ze mnie dziadu coś mnie w życiu drażnił

odpowiedz duszo moja bądźmy raz poważni

— ja duszą tylko jestem nie drugim człowiekiem

nie będę z tobą siedzieć jak żona wiek wiekiem

w szczęśliwości ja spocznę gdy ty spoczniesz w grobie

i całkiem nic już ze mnie nie zostanie w tobie

— a jeśli cię powalę jakim wielkim grzechem

jeśli do świństwa zmuszę swoimi myślami

odpowiedz moja duszo co się stanie z nami

jeśli na Sądzie chuchniesz nieczystym oddechem

— a dałbyś ty mi spokój cóż ja tobie złego

uczyniłam iżeś mnie sobie obrał za ofiarę

Pan Bóg mnie z tobą złączył chyba za jaką karę

a ja i tak nie ciebie kocham tylko Jego

— więc musisz być zbawiona

— w końcu jestem duszą

a ty byś z nieba nie miał żadnej przyjemności

skoro nie masz miłości dla mojej miłości

ani też mojej twoje miłości nie wzruszą

— lecz co ze mną bez ciebie czy sobą zostanę

czy z trupem swoim strasznym pojadę karawanem

czy trąba mnie ogłuszy ostatecznym rykiem

czy się stanę borsukiem czy może Chińczykiem

— wróżbitką ja nie jestem zawsze coś się zmienia

śmierć jak mówią podróżą jest albo chorobą

lecz kiedy ci już odpadnie problem mojego zbawienia

ciała też miał nie będziesz będziesz tylko sobą

Sierpień 1991

Drugi

Znowu się zaczął sierpień. W pociągach

przestali się w ogóle pokazywać konduktorzy.

Jadę w pustym wagonie. Z mapy

połączeń kolejowych ktoś wydrapał wszystkie

większe miasta. Polska bez Krakowa,

bez Warszawy, bez Śląska, ta sama co za oknem.

Jest trasa którą jadę: znikąd do Kalisza.

W kieszeni mam już cztery niesprawdzone bilety.

Taki rozmyty świat jak przed nadejściem

czegoś ogromnie, boleśnie wyraźnego.

Gdyby tak chociaż kaseta której słucham przedłużyła się

o jakieś dwie dodatkowe nieistniejące piosenki —

Ale gdzie tam, ten świat jest tak potwornie niewinny,

wszystko się dzieje przypadkiem, kiedy Nikt nie patrzy.

Czternasty

Papież Jan Paweł II dokonuje koronacji

dwóch kopii Matek Boskich na potrzeby Miejsca,

w którym się był urodził — ten to właśnie cud

obie kopie post factum celebrować będą.

Prawdziwe Matki Boskie po okolicznych wsiach

szlachetne współzawodnictwo podejmą z kopiami,

cudów wydatnie przybędzie, Papieży i koron,

zasłynie cała Polska owymi Matkami.

A Matka Boska w niebie już ledwo się trzyma na nogach

pod ciężarem tych koron i srebrnych sukienek,

a jeszcze moja mama woła za mną na schodach:

Matko Boska, tyś znowu nie ubrał skarpetek!!!

Więc choć nie wie za bardzo, na co Jej jeszcze skarpetki,

naciąga je cierpliwie na Swe święte stopy

(bo choć Królowa Polski od sześciuset lat,

z gramatyką wciąż jeszcze ma pewne kłopoty)...

Piętnasty

Jasiu w Gliwicach, ja w Ostrowie Wielkopolskim

O tej samej godzinie wsiadamy do pociągu.

Zresztą wcale nie wsiadam, wymyślam sobie tylko

To zdanie (jego rytm) z zamiłowania do wszelkich jednoczesności

Ale tu nagle jakieś szaleństwo. Na wszystkie perony

Powjeżdżały pociągi do albo ze Szczecina,

A także z ominięciem stacji Szczecin Główny.

Pani w głośniku jak nakręcona: Szczecin i Szczecin.

Nie mogę tego słuchać. Ryzykując, że przegapię

Swój pociąg, zakładam słuchawki, włączam na cały głos walkmana

(Igor jest znowu u mnie Numer Jeden, z kobiet — Yoko),

To naprawdę nic przyjemnego, obserwować, jak w samym środku

Świata, ułożonego misternie z niespełnionych pragnień,

Spełnia się ni stąd ni zowąd jakieś nie wiadomo co, pewnie nic.

Dwudziesty

Oo mój pęcherz! Musiałem sobie przeziębić pęcherz.

I zaraz wystawiony na wszelkie upokorzenia

idę, co chwila w groteskowych skurczach. Gdzie się podziać

z tym moim moczem? Skąd w ludziach tyle nienawiści?

Naukowcy ustalili, że zawartość przewodu

pokarmowego nie jest częścią mojego organizmu,

ale mocz? Nie pamiętam. Dwuznaczne. Bez mojego moczu

ileż byłbym piękniejszy. Ale tu wszędzie ludzie, wszędzie domy.

Nareszcie jakiś wiadukt porośnięty drzewami.

Wdrapuję się na górę. Pusto. Gorące powietrze

nad torami faluje całkiem jak w powieści amerykańskiej,

którą właśnie zacząłem czytać.

Dwudziesty siódmy

Ostatni wtorek sierpnia. Prezydent Lech Wałęsa

Zdecydował się wpuścić na dziedziniec Belwederu

Tłum emerytów wznoszących uwłaczające Prezydentowi okrzyki

Domagających się swoich praw czyli swoich pieniędzy.

Prezydent skierował do zebranych następujące słowa:

„Na dziedzińcu po lewej stronie wyłożona zostanie księga.

Uprzejmie proszę każdego z Państwa o wpisanie do niej

Jednego zdania najlepiej jednej linijki

Ale proszę się starać żeby zmieścić w niej dokładnie to

Z czym każdy z Państwa tu przyszedł. W ten sposób każdy będzie

Mógł się wypowiedzieć. Otrzymany w rezultacie wiersz

Zostanie Państwu głośno w mojej obecności odczytany”.

Dwudziesty ósmy

dla Paszczaka

Ile tragicznych wydarzeń! Wśród niejasnych okoliczności

Stary Carrington1 uśmiercił Araba Ahmeda.

Kryształ właśnie się dowiedziała, robi mężowi awanturę,

Po czym spada ze schodów i szczęśliwie rodzi córeczkę.

W tę z kolei (na planie metafizycznym) natychmiast wciela się

Przywołana podczas sprzeczki, bo niewątpliwie pokutująca,

Dusza zamordowanego. Na ten mahometański zastrzyk

Słabe ciałko niemowlęcia reaguje żółtaczką. Kryształ znowu w spazmach.

Kiedy już jest po wszystkim, przenoszę z kuchni do swojego pokoju

Pewną ilość kompotu, który stopniowo pochłaniam

Na przemian z prozą krytyczną Mariana Stali,

W której zawieruszone przypadkiem słowo wirydarz

Kojarzy mi się niespodziewanie z czymś bardzo przyjemnym,

Ale dopiero po chwili przypominam sobie konkretnie, z czym.

Trzydziesty

Ząb mi wyrwali. Czytam co popadnie

i biorę czopki na bólu wygnanie;

(zza ściany ognia rozległ się śpiew...), na co

we mnie: ZARĄBAĆ te śpiewaczki w ścianie...

Wcale nie z bólu. Ból właśnie przechodzi,

zresztą dość śmieszny wśród ze świata wieści

(zresztą największy w życiu). Zresztą chociaż

ja go nie czuję, wiem, że wciąż się gnieździ

w śliniankach, w dziąśle. Niewinne narządy

tak udręczyłem z potrzeby porządku

w ustach... O owce moje, zęby moje!

Już między nami nie to, co z początku...

Cóż o nich wiedzieć, jak im mogę współczuć,

kiedyż się złączyć z nimi — chyba w zgonie?

Fiolet wieczoru wtargnął zza firanek,

już żadną lampą go stąd nie wygonię...

Część II

*** (nie śmiej się ze mnie)

do F.

nie śmiej się ze mnie. gdzie się kończy świat

tam się zaczyna Nowe Życie. nikt

nie ufa już śmierci. nikomu już

nie ma potrzeby ufać. to co mówimy

jest już bardzo stare. Nowe Życie

też już coraz starsze. za każdym razem

lepiej się kończy

Kraków, maj 1991

*** (Uwaga!)

Uwaga! Już za dziesięć pierwsza (a więc jednak przed)

zdecydowałem się zejść na dół, z pustymi rękami,

niezbyt pewny, czy robię dobrze, niezbyt pewny,

co właściwie robię. Więc kiedy tam zajrzałem

i było zupełnie ciemno, zacząłem natychmiast

(żeby mnie nie wciągnęło) udawać że być może

jestem kimś innym i chodzi mi o coś zupełnie

innego; przed sobą samym, bo znajome głosy

wciąż jeszcze należały do nieznajomych oczu

i mogłem nawet udawać, że mnie wcale nie ma.

Nie ma mnie, idę żółtym korytarzem, tej chwili

nie ma. UWAGA! BÓG CIĘ KOCHA. Zwracam uwagę.

Nie ma mnie. Choćbyś nie wiem co robił, i tak mnie będzie

zawsze kochał bardziej. To nie ja mówię; słucham tego

ale już po raz drugi, nie wiem po co to powtarzam

w myśli, sam sobie (po co w ogóle te rozmowy w łóżku?);

czy wszystko co kocham musi być zaraz Bogiem? Może

po tym właśnie daje się to poznać. Winda posłusznie

podnosi mnie na trzecie piętro, i za osiem pierwsza

już jestem z powrotem i z powrotem jestem.

Kraków, 9 listopada 1991

*** (Na ławce leży gazeta)

Na ławce leży gazeta Z pewnością jest mokra

Jest mokra Znowu sport Ciemno Z trudem

odczytuję kolejne wyrazy Wyrazy Słowa

Czyjeś słowa których nikt już nie będzie chciał czytać

Zmęczyło się serce śpiewa chora śmiertelnie Umarła

Zmęczyło się Przystaje na rozwiązania