Samczyk

Część I

*** [Ulica Krupnicza]

Ulica Krupnicza, moja dobra koleżanka z pierwszego roku,

już prawie przestaje wzruszać, już mnie nic nie wciąga

pod dwunastkę, chyba już nie mam ochoty popróbować,

czy drzwi się nadal tak ciężko otwierają,

może jedynie na widok skrzynki na listy

zrobiłaby się we mnie jakaś rzewność, ale nie wchodzę,

nie zaglądam tam, odarty z porządnego adresu,

ze schodów, z dzwonka do drzwi.

Aż tu dzisiaj idę, a naprzeciw mnie dziewczynka

lat może siedem, z małym koszykiem pełnym marchewek.

Mijamy się prawie przed moimi drzwiami.

I tak się rodzą te wszystkie bajki.

Kraków, luty 1989

*** (Chcąc wyjechać do Austrii)

Chcąc wyjechać do Austrii a może i nie chcąc,

wybrałem się pociągiem aż do Jarocina,

ale przespałem Jarocin, wysiadłem cokolwiek dalej,

wschodziło właśnie słońce, siąpił właśnie deszcz.

Jakaś mała miejscowość; łaziłem po pustych torach

w czarnym płaszczu, jak gdybym przynosił tu dżumę.

Lecz nikt mnie nie obserwował, odezwały się właśnie koguty,

a do mnie z Ameryki nadleciał oczywiście Waits.

Tymczasem kobieta jakaś przyszła, usiadła przed stacją,

już od pół wieku pewnie pod ciągłą Bożą obserwacją,

a dla mnie nie mająca nic oprócz tajemnic,

zamknięta z nimi całkiem bezpiecznie w płaszczyku z krempliny,

który komu innemu zapewne powiedziałby wszystko.

Po chwili nadjechał pociąg jadący w przeciwną stronę,

która w sposób oczywisty była dobra i dla mnie, i dla niej.

Za dwie godziny miały się otworzyć wszystkie banki,

lecz my jadąc, wiedliśmy o to zły milczący spór.

*** (dlaczego już czwarty raz)

dlaczego już czwarty raz

przechodzę tędy sam

i nie mam pojęcia kto

mógłby tu ze mną iść

a może tędy nikt

nie chodzi i każdy by

mnie wyśmiał gdybym mu

zaproponował tego rodzaju skrót

a dobry rozdokazywany Bóg

zawczasu odziera mnie

z towarzystwa żebym mógł

z tą decyzją sam na sam

być niezachwianie wolnym i

dla żartu powoduje że

lecą nade mną aż

cztery samoloty co

upodabniają człowieka do

chrabąszcza i przywodzą na

myśl jakąś ostateczną katastrofę

Książenice, 16 września 1989

*** (Wsiadłem)

Wsiadłem. W przedziale siedział tylko jeden facet

i spał, lecz gdy wkładałem plecak na bagażnik,

obudził się i stopy w brunatnych skarpetach

położył na siedzeniu, które ja zająłem,

żeby się na nim zaraz ułożyć i zasnąć;

teraz nieodwołalnie będzie je tam trzymał

do końca, w każdym razie nie wysiądzie w Kępnie,

zatem mnie pozostaje tylko: naśladować

jego sposób kładzenia się do snu, lub siedzieć

w butach i czuwać, czytać „Austerię”. Z przedziału

obok dobiega bełkot jakiegoś wariata.

Dręczy mnie doskonałość całkiem pustego siedzenia,

która tu była, zanim ja tu wsiadłem.

Domanin, 20 maja 1990

*** (nawet nie tyle myśli)

nawet nie tyle myśli, co wklęśnięcia (gniazda)

domy schadzek, czy raczej domy nieprzytomnych spojrzeń,

które za drugim razem są już zupełnie ślepe

Bruxelles, 2 października 1990

*** (Dopiero pod prysznicem)

Dopiero pod prysznicem w upiornie pustej (zalanej

światłem jarzeniówek) wspólnej łazience uzyskałem pewność,

że należało ten dzień zakończyć rozmową po francusku

z tym chłopakiem kaleką, który swoim zjawieniem się w kuchni

zakłócił nam cowieczorne liczenie pieniędzy i przeciąganą w nieskończoność herbatę.

Bo tymczasem, to zupełnie bez sensu, skonał tu na moich rękach Naruz Hosnani

(a ty, Larry, jak tam, żyjesz jeszcze? i twój jedyny sweter

zapinany na zamek błyskawiczny, czyżby leżał już tylko

w mojej szafce na stare czasopisma

a, doprawdy, ta śmierć, po której poszedłem się wykąpać,

zmyć z siebie ten deszcz, jeszcze belgijski, wcale nie musiała

nastąpić właśnie tutaj, tkwi teraz we mnie zupełnie niepotrzebna:

całkiem jak ja, siedzący tutaj teraz, nie porównany z nikim

w kalectwie (mojego języka), mój pokój już cały sapie

i pojękuje przez sen, i jakie prawdziwe jest teraz właśnie to,

co mnie ominęło; gdzieś na progu widoczności ciągle jeszcze

zmieniają się światła.

Luxembourg, 3 października 1990

Świeże kwiaty

Igor Strawiński napisał już tę piosenkę

o sowie i kotku My wiemy: nic już więcej

nie napisze On jednak zamyśla kwartet i symfonię

(swoim zwyczajem nie słyszy ich

toteż nie istnieją Nawet tam) a tymczasem

jest wożony do miejsc gdzie był młody

i gdzie napisał (kiedyś to było wszystko

i teraz znowu) Jego obojętność

porusza wszystkich do łez I właśnie

tak samo jest z tymi kwiatami: kupiłem je dla ciebie

a teraz nie mam ochoty ci ich dawać Ich śmierć

została w Ogrodzie tutaj już tylko doskonałość

Więc dlaczego konają pośród ostatnich wypowiedzi

Kraków, 24 października 1989 — 27 października 1990

*** (nie nawykła mi dusza)

nie nawykła mi dusza z Szatanem wojować

nie nawykła też z Bogiem nawet i rozmawiać

cóż ja z duszą poradzę gdy mi ciało zlegnie

gdzie ona mnie za rękę ciągnąca pobiegnie

czy jej wygodne nieba rozkosze statyczne

czy też piekła wybierze bole dynamiczne

a może mnie pochłonie iżby mną się stała

a może mnie zostawi na podobieństwo ciała

i będę się unosił świat zwiedzając stary

a ona niewidzialne odwiedzi obszary

i kiedy w czas zmartwychwstania pozbierać się będzie można

ona bez mojej pomocy ciała mojego nie pozna

i kompletnie duchowa zniszczeje na podobieństwo płomyka

a ja do końca cielesny nawet nie ujrzę jak znika

— kocham cię moja duszo lecz czy ty mnie kochasz

czy czasem kiedy umrę nie powiesz wynocha

uciekaj ze mnie dziadu coś mnie w życiu drażnił

odpowiedz duszo moja bądźmy raz poważni

— ja duszą tylko jestem nie drugim człowiekiem

nie będę z tobą siedzieć jak żona wiek wiekiem

w szczęśliwości ja spocznę gdy ty spoczniesz w grobie

i całkiem nic już ze mnie nie zostanie w tobie

— a jeśli cię powalę jakim wielkim grzechem

jeśli do świństwa zmuszę swoimi myślami

odpowiedz moja duszo co się stanie z nami

jeśli na Sądzie chuchniesz nieczystym oddechem

— a dałbyś ty mi spokój cóż ja tobie złego

uczyniłam iżeś mnie sobie obrał za ofiarę

Pan Bóg mnie z tobą złączył chyba za jaką karę

a ja i tak nie ciebie kocham tylko Jego

— więc musisz być zbawiona

— w końcu jestem duszą

a ty byś z nieba nie miał żadnej przyjemności

skoro nie masz miłości dla mojej miłości

ani też mojej twoje miłości nie wzruszą

— lecz co ze mną bez ciebie czy sobą zostanę

czy z trupem swoim strasznym pojadę karawanem

czy trąba mnie ogłuszy ostatecznym rykiem

czy się stanę borsukiem czy może Chińczykiem

— wróżbitką ja nie jestem zawsze coś się zmienia

śmierć jak mówią podróżą jest albo chorobą

lecz kiedy ci już odpadnie problem mojego zbawienia

ciała też miał nie będziesz będziesz tylko sobą

Sierpień 1991

Drugi

Znowu się zaczął sierpień. W pociągach

przestali się w ogóle pokazywać konduktorzy.

Jadę w pustym wagonie. Z mapy

połączeń kolejowych ktoś wydrapał wszystkie

większe miasta. Polska bez Krakowa,

bez Warszawy, bez Śląska, ta sama co za oknem.

Jest trasa którą jadę: znikąd do Kalisza.

W kieszeni mam już cztery niesprawdzone bilety.

Taki rozmyty świat jak przed nadejściem

czegoś ogromnie, boleśnie wyraźnego.

Gdyby tak chociaż kaseta której słucham przedłużyła się

o jakieś dwie dodatkowe nieistniejące piosenki —

Ale gdzie tam, ten świat jest tak potwornie niewinny,

wszystko się dzieje przypadkiem, kiedy Nikt nie patrzy.

Czternasty

Papież Jan Paweł II dokonuje koronacji

dwóch kopii Matek Boskich na potrzeby Miejsca,

w którym się był urodził — ten to właśnie cud

obie kopie post factum celebrować będą.

Prawdziwe Matki Boskie po okolicznych wsiach

szlachetne współzawodnictwo podejmą z kopiami,

cudów wydatnie przybędzie, Papieży i koron,

zasłynie cała Polska owymi Matkami.

A Matka Boska w niebie już ledwo się trzyma na nogach

pod ciężarem tych koron i srebrnych sukienek,

a jeszcze moja mama woła za mną na schodach:

Matko Boska, tyś znowu nie ubrał skarpetek!!!

Więc choć nie wie za bardzo, na co Jej jeszcze skarpetki,

naciąga je cierpliwie na Swe święte stopy

(bo choć Królowa Polski od sześciuset lat,

z gramatyką wciąż jeszcze ma pewne kłopoty)...

Piętnasty

Jasiu w Gliwicach, ja w Ostrowie Wielkopolskim

O tej samej godzinie wsiadamy do pociągu.

Zresztą wcale nie wsiadam, wymyślam sobie tylko

To zdanie (jego rytm) z zamiłowania do wszelkich jednoczesności

Ale tu nagle jakieś szaleństwo. Na wszystkie perony

Powjeżdżały pociągi do albo ze Szczecina,

A także z ominięciem stacji Szczecin Główny.

Pani w głośniku jak nakręcona: Szczecin i Szczecin.

Nie mogę tego słuchać. Ryzykując, że przegapię

Swój pociąg, zakładam słuchawki, włączam na cały głos walkmana

(Igor jest znowu u mnie Numer Jeden, z kobiet — Yoko),

To naprawdę nic przyjemnego, obserwować, jak w samym środku

Świata, ułożonego misternie z niespełnionych pragnień,

Spełnia się ni stąd ni zowąd jakieś nie wiadomo co, pewnie nic.

Dwudziesty

Oo mój pęcherz! Musiałem sobie przeziębić pęcherz.

I zaraz wystawiony na wszelkie upokorzenia

idę, co chwila w groteskowych skurczach. Gdzie się podziać

z tym moim moczem? Skąd w ludziach tyle nienawiści?

Naukowcy ustalili, że zawartość przewodu

pokarmowego nie jest częścią mojego organizmu,

ale mocz? Nie pamiętam. Dwuznaczne. Bez mojego moczu

ileż byłbym piękniejszy. Ale tu wszędzie ludzie, wszędzie domy.

Nareszcie jakiś wiadukt porośnięty drzewami.

Wdrapuję się na górę. Pusto. Gorące powietrze

nad torami faluje całkiem jak w powieści amerykańskiej,

którą właśnie zacząłem czytać.

Dwudziesty siódmy

Ostatni wtorek sierpnia. Prezydent Lech Wałęsa

Zdecydował się wpuścić na dziedziniec Belwederu

Tłum emerytów wznoszących uwłaczające Prezydentowi okrzyki

Domagających się swoich praw czyli swoich pieniędzy.

Prezydent skierował do zebranych następujące słowa:

„Na dziedzińcu po lewej stronie wyłożona zostanie księga.

Uprzejmie proszę każdego z Państwa o wpisanie do niej

Jednego zdania najlepiej jednej linijki

Ale proszę się starać żeby zmieścić w niej dokładnie to

Z czym każdy z Państwa tu przyszedł. W ten sposób każdy będzie

Mógł się wypowiedzieć. Otrzymany w rezultacie wiersz

Zostanie Państwu głośno w mojej obecności odczytany”.

Dwudziesty ósmy

dla Paszczaka

Ile tragicznych wydarzeń! Wśród niejasnych okoliczności

Stary Carrington1 uśmiercił Araba Ahmeda.

Kryształ właśnie się dowiedziała, robi mężowi awanturę,

Po czym spada ze schodów i szczęśliwie rodzi córeczkę.

W tę z kolei (na planie metafizycznym) natychmiast wciela się

Przywołana podczas sprzeczki, bo niewątpliwie pokutująca,

Dusza zamordowanego. Na ten mahometański zastrzyk

Słabe ciałko niemowlęcia reaguje żółtaczką. Kryształ znowu w spazmach.

Kiedy już jest po wszystkim, przenoszę z kuchni do swojego pokoju

Pewną ilość kompotu, który stopniowo pochłaniam

Na przemian z prozą krytyczną Mariana Stali,

W której zawieruszone przypadkiem słowo wirydarz

Kojarzy mi się niespodziewanie z czymś bardzo przyjemnym,

Ale dopiero po chwili przypominam sobie konkretnie, z czym.

Trzydziesty

Ząb mi wyrwali. Czytam co popadnie

i biorę czopki na bólu wygnanie;

(zza ściany ognia rozległ się śpiew...), na co

we mnie: ZARĄBAĆ te śpiewaczki w ścianie...

Wcale nie z bólu. Ból właśnie przechodzi,

zresztą dość śmieszny wśród ze świata wieści

(zresztą największy w życiu). Zresztą chociaż

ja go nie czuję, wiem, że wciąż się gnieździ

w śliniankach, w dziąśle. Niewinne narządy

tak udręczyłem z potrzeby porządku

w ustach... O owce moje, zęby moje!

Już między nami nie to, co z początku...

Cóż o nich wiedzieć, jak im mogę współczuć,

kiedyż się złączyć z nimi — chyba w zgonie?

Fiolet wieczoru wtargnął zza firanek,

już żadną lampą go stąd nie wygonię...

Część II

*** (nie śmiej się ze mnie)

do F.

nie śmiej się ze mnie. gdzie się kończy świat

tam się zaczyna Nowe Życie. nikt

nie ufa już śmierci. nikomu już

nie ma potrzeby ufać. to co mówimy

jest już bardzo stare. Nowe Życie

też już coraz starsze. za każdym razem

lepiej się kończy

Kraków, maj 1991

*** (Uwaga!)

Uwaga! Już za dziesięć pierwsza (a więc jednak przed)

zdecydowałem się zejść na dół, z pustymi rękami,

niezbyt pewny, czy robię dobrze, niezbyt pewny,

co właściwie robię. Więc kiedy tam zajrzałem

i było zupełnie ciemno, zacząłem natychmiast

(żeby mnie nie wciągnęło) udawać że być może

jestem kimś innym i chodzi mi o coś zupełnie

innego; przed sobą samym, bo znajome głosy

wciąż jeszcze należały do nieznajomych oczu

i mogłem nawet udawać, że mnie wcale nie ma.

Nie ma mnie, idę żółtym korytarzem, tej chwili

nie ma. UWAGA! BÓG CIĘ KOCHA. Zwracam uwagę.

Nie ma mnie. Choćbyś nie wiem co robił, i tak mnie będzie

zawsze kochał bardziej. To nie ja mówię; słucham tego

ale już po raz drugi, nie wiem po co to powtarzam

w myśli, sam sobie (po co w ogóle te rozmowy w łóżku?);

czy wszystko co kocham musi być zaraz Bogiem? Może

po tym właśnie daje się to poznać. Winda posłusznie

podnosi mnie na trzecie piętro, i za osiem pierwsza

już jestem z powrotem i z powrotem jestem.

Kraków, 9 listopada 1991

*** (Na ławce leży gazeta)

Na ławce leży gazeta Z pewnością jest mokra

Jest mokra Znowu sport Ciemno Z trudem

odczytuję kolejne wyrazy Wyrazy Słowa

Czyjeś słowa których nikt już nie będzie chciał czytać

Zmęczyło się serce śpiewa chora śmiertelnie Umarła

Zmęczyło się Przystaje na rozwiązania

niegodne Serca Czyjeś serce Niedługo będzie

podobnie mokre Wstrętne A ja pochylony nad nim

zaczytany Chociaż to już biały dzień

i przechodnie przypatrują mi się ze śmiechem

Kraków, 7 stycznia 1992

*** (Rafał miał rację)

Rafał miał rację: telefony na Podgórzu są do niczego

i świat się znowu skurczył: jest teraz garstką rodzynek,

z których wybieram najlepsze sztuki. I czy to takie pewne,

że nastąpi coś więcej? Czy to w ogóle możliwe?

Niczego nie może być więcej, niż właśnie jest. Ta chwila,

która mnie się wydaje co najwyżej zapowiedzią

Czegoś, komu innemu starczyć musi za Wszystko.

I być może już żaden telefon nie da się oszukać,

nigdy, tyle że nie chce się wierzyć.

Kraków, 23 marca 1992

*** [— Już pan nie żyje]

— Już pan nie żyje — powiedział. — Już pan nie żyje,

panie Wiedemann. — Czekał na moją reakcję. Przyjąłem to

w milczeniu. — Gdybym ja tu nie siedział, już by się panu

ktoś wpakował w drzwi. I po panu. — Przyznałem mu rację

i sobie pomyślałem, no więc dobrze, nie żyję, trzeba to

wykorzystać najlepiej jak się da, od tej chwili już będę

jak ci anieli w niebie, bez żadnych obciążeń, bez skazy,

nie pozwolę się więcej prowokować światu, świat cały

mając do dyspozycji. Tylko że chore ścięgno wciąż dawało

o sobie znać, a z torby nie znikła chyba niewykorzystana

karta magnetyczna, którą będzie trzeba zanieść gdzieś

na ulicę Librowszczyzna, żeby chamy oddali forsę (o tak,

lepiej żeby nie znikła): nie umarłem sam. I zaraz się wpier-

doliłem na skrzyżowanie przy żółtym świetle. Ale co tam,

dzisiaj mogę umierać bez przerwy, wielka mi rzecz.

Kraków, 12 czerwca 1992

Pożegnania

Przedwczoraj po śniadaniu, na ziemi niemieckiej,

postanowiłem się ogolić, wyjąłem z plecaka maszynkę

i mydło, będące aktualnie kością niezgody między

mną i Beatą Zużewicz, i ręcznik,

i poszedłem w to miejsce, gdzie za drobną sumę

można było zakupić 10 rodzajów prezerwatyw,

a starzy niemieccy generałowie odlewali się równocześnie

jak na komendę, w lustrze zobaczyłem nareszcie

szramę na swoim czole, dawno już przecierpianą,

zdjąłem koszulę, przez chwilę przyglądałem się

jej brudnemu kołnierzykowi, zostałem w podkoszulku.

Ogolony, wróciłem do stolika; tam przy resztce kawy

wymieniliśmy z Beatą Zużewicz jeszcze kilka złośliwości,

zresztą coraz drobniejszych, wreszcie wyszliśmy na stopa,

długo nas nikt nie zabierał, aż w końcu zauważyłem,

że nie mam na sobie koszuli, nie było jej też w plecaku,

wróciłem do tego baru, w łazience też jej nie było;

— Jemand mußte mitnehmen2 — powiedziała pani bufetowa.

Wróciłem z niczym, a wtedy czymś tkliwie niezapomnianym

wydał mi się ten ostatni rzut oka na brudny kołnierzyk.

Więc chyba po to się znamy, żeby się kiedyś pożegnać:

przypadkiem i od niechcenia i nie na zawsze, a jednak.

poświęcone pamięci Kazumiego Yonekawy

Kluczbork, 30 czerwca 1992

I love noises

od kominów Muzeum Narodowego odbija się

światło zachodzącego słońca chmury płyną

po niebie płyną na południe czerwone pręgi

na kominach zapalają się i gasną zapalają się

i gasną coraz szybciej bo chmury płyną

coraz szybciej a słońca coraz mniej więc z coraz

większą uwagą muszę się wpatrywać żeby cokolwiek

dostrzec z tej sygnalizacji może bez znaczenia

lecz jakże tajemnej aż w końcu to co mówi

w radiu nieżyjący od niedawna (choć trudno

to sobie wyobrazić) (jak również to że naprawdę

żył) wieczny staruch John Cage staje się powoli

wciąż bardzo cennym ale tylko szumem

Kraków, 6 września 1992

zbyt niska jakość umysłu żeby powiedzieć prawdę

zbyt niska jakość umysłu żeby powiedzieć prawdę3

bezruch, nie ma się o co zaczepić, żaden powiew

nie poruszy tych gałęzi, żadna twarz nie pokaże się

w tych oknach, czasem ptak przeleci ale i tak bezruch,

coś ciężkiego w żołądku i jeszcze to co położyło się

koło mnie w czarnej kurtce skórzanej w czarnych

butach doprawdy nie wiem co z tym zrobić ale nie da się

tak całkiem nic i znowu mnie nie zrozumiecie

ale znów się czuję całkiem zdruzgotany a dokoła

zupełny bezruch żadnej nadziei na zmianę. jeśli

światło to tylko dlatego że ktoś je zapomniał wyłączyć

i niebawem to zrobi. słońce już wzeszło i nie wie

co dalej. śliski pancerz. robactwo które jest we mnie.

buty które wstydzą się śmierdzieć. paznokcie schowane

w jakich ciemnych czeluściach. może i zło ale tak naprawdę

to żadne zło. dość żeby nie móc zasnąć nie dość żeby

powiedzieć coś przezwyciężyć ten ponury nastrój

ale jak długo można tak leżeć (właśnie: leżeć)

i prosić (kogo? co?) o jakiś nagły niesamowity

napływ kłamstwa które przecież nawet w okolicznościach

wiecznych byłoby zupełnie nieprawdopodobne.

Kraków, 22 listopada 1992

Wiersz

po nieprzespanej nocy po prostu myśli się wierszem

kiedy wsiadam na rower w wyrazistym świetle poranka

wydaje mi się że gdybym tak cały dzień jeździł

to nawet i przed sennością udałoby się zbiec

dosłownie jak na skrzydłach nie widzę tych wszystkich znaków

choć reaguję na nie co też mnie zachwyca

lecz raptem cała lekkość koncentruje się w kieszeni spodni

i uderza jak strzała z mózgu prosto w pierś

mój problem jest dość skomplikowany: mam dwa klucze

duży i mały od domu i od roweru

oba zostały w pokoju Jarek już wyszedł do szkoły

i swoim kluczem je tam zamknął więc

nie mam już po co wracać ani dokąd

roweru nigdzie nie zostawię bo mi go ukradną

w związku z czym odpadają czytelnie i sklepy z płytami

będę jechał i jechał aż zapadnę w sen

Kraków, grudzień 1992

Transmisja

ja tutaj a tam tristan konający leży

izoldy wyczekuje no i się doczeka

potem umrze i dobrze ile by to w końcu

miało trwać i tak przecież przedtem będą wyć z rozkoszy

ja sam oni we dwoje chwytliwymi gardłami

tak się czepiają tych swoich zwodniczych kadencji

że śmierć gdyby istniała już dawno musiałaby zgłupieć

jest w tym pewna nadzieja w tym przeciągłym śpiewie

myślę tracąc szacunek do zbyt krótkich wierszy

Kraków, 24 lipca 1993

*** [Tyle było śniegu]

Tyle było śniegu dzieci tyle radości miały

a teraz w ziemię wsiąknął po trochu śnieg cały

Dzisiaj jest właśnie niedziela dzieci pójdą do kościoła

właśnie po takiej ziemi jaka się Panu Bogu podoba

Kopiec J. Piłsudskiego czeka aż ktoś go odnowi

cóż z tego skoro sam Pan Bóg znęca się nad nim złośliwie

Ja tam byłem raz jeden nic nie mam przeciwko Kopcowi

lecz Pan Bóg wciąż musi tam siedzieć więc wcale Mu się nie dziwię

Pan Bóg nie może wybierać słońca albo cienia

ogląda po sto razy najgłupsze przedstawienia

wącha wszystkie perfumy wdycha wszystkie smrody

zażerając się tortem cierpi zgony i porody

Trudno się Panu Bogu arcydziełem wzruszyć

gdy jednocześnie widzi wszystkie brudne uszy

Wszechmocny — a nic nie poradzi na koszmar Wszechobecności

nie miejmy Mu więc za złe tych paru nieuprzejmości

Część III

Jabłko

Zrobiło się zimno Ciepłą kurtkę wyciągnąć trza z szafy

Ciepłą miłością otulić pożądanie drżące

o swoją autonomię Ciepłym tłustym sosem

napełnić pusty kościół ciała Ciepłym Brahmsem uszy

Ostry szron gdzie nie spojrzeć Ale z ciałem w puchu

z miłością w sercu i nawet z potrzebą

Boga w drodze wyjątku przemienioną w Boga

można już iść i łapać miasto na zimnym uczynku

Teraz siedzę w ciemności otoczony ludźmi

klekotem wierszy murem Nagle widzę

jabłko pozostawione (w szafie) w kieszeni jesiennego płaszcza

: co zrobić żeby pamiętać Żeby tam nie zgniło

Kraków, 19 stycznia 1994

*** [wszyscy mówią]

wszyscy mówią

że im się nie chce

mnie też się teraz nie chce

mówię sobie

mówię Jarkowi

chodzę siadam

gdzieś daleko

leje

jest lato

wolę to

skrzypce bzyczą

leżymy na pryczy

brzydzisz się mną

we śnie

teraz już

nie pamiętasz

deszcz kapie

więc to nie trzmiele

tam brzęczą

prąd się przeciska

drutami

wirują szprychy

świata

przyjechały do domu

w domu ciemno

na parapecie zdechłe osy

szeleszczą

już mogę iść spać

może jeszcze jeden wers

albo nawet dwa

:ten co umarł

nic już nie napisze

pisane 10 lutego 1994

do muzyki „Preludiów i fugi” Witolda Lutosławskiego

Wiersz Johna Cage’a, przyśniony

Robimy się coraz paskudniejsi. Krzyż, na którym zwykle

wieszałeś swój sweter, teraz w centrum uwagi. Owinął się właśnie

wokół tego, co skrywa szary albo czarny

i śliski materiał twoich myśli (?). Z jaką wielką ochotą

przyłożyłbyś to teraz do tych paru martwych, w miarę twardych pojęć,

którymi wyśpiewuje swoje opustoszenie

szary lub brudny albo tylko mokry

łabędź.

marzec 1994

Pliszka

Miłoszowi Łuczyńskiemu

Odkąd nastały lekcje, zrobiło się lepiej:

z okna tego pokoju jest widok na rzekę:

siedzę na parapecie, myślę po angielsku,

w moich zmrużonych rzęsach trzęsie się pudło zmierzchu.

Popiół od papierosa turla się po dachówkach:

świat się stopniowo robi gładki jak pocztówka

i przestaje wystarczać, choćby był nie wiem jak ładny:

spójrzmy więc, co dopisał z tyłu Ivan Blatny4.

Czynność w miarę wykwintna: siedzieć tu sobie i czytać

te strofki: tak misternie niedopasowane

jak ubarwienie pliszki: co nad Sanem

i tutaj — jednocześnie (?) wśród zieleni zgrzyta.

Janowice, 15 kwietnia 1994

Język

Tak, bardzo lubię trzymać stopy na maszynie do pisania.

Nieważne jak to robię, nie chce mi się wam teraz wyjaśniać;

miękki dotyk tych wszystkich małych klawiszy koi

mój zawieszony na drugim końcu ciała umysł — coś jak stukot

kołowrotka, który przywracał jaki taki porządek w mózgu

— fikcyjnej zresztą — Małgorzaty. No tak, mogę być tylko

Faustem, ale to może później. Więc ty nogami piszesz

te swoje wiersze? Tak, piszę je nogami. Piszę je

dupą. Moja dupa to wielka artystka, jak mawiała

pewna parlamentarzystka. Moja śledziona w brzuchu

uwięziona. Od samego rana jestem niewyspana. Jak dawno

nie napisałem nic tym językiem. Nic w niczyich ustach.

Kraków, 28 kwietnia 1994

Sestina (IV)

... tylko więźniowie

(Szymborska)

przybyłem tu lecz nie zaznałem spodziewanej czystości

wiadomo autobusy dworcowe ubikacje jakie to wywołuje pragnienia

cały świat nakierowuje się na to jedno dla czego zostawia się wszystko

inne nawet gdy podróż sama zda się jedynym celem podróży

cóż dorówna czystości jaką promienieje przyszłość

zbrukana jeno śmiercią niechybną? oczywiście meble

w domu moich rodziców zwykłe zresztą meble

nie służące jednak niczemu prócz czystości

na które starczy spojrzeć by zobaczyć przyszłość

idealną wyrastającą ponad wszelakie pragnienia

jak nieistnienie jak cisza morska pośrodku podróży

stałość najdosłowniejsza chociaż mimo wszystko

podległa upływowi czasu gdyż jak wszystko

powleka się mgłą niepamięci tak meble

kurząc się uczestniczą w naszej ziemskiej podróży

niezdolne samodzielnie utrzymać się w czystości

lecz przy odrobinie starania zdolne zaprezentować ją w pełni toteż pragnienia

czystości wiecznej mają dzięki nim zapewnioną przyszłość

niczym głodna kocica osacza nas przyszłość

ziejąc pustką gdy teraźniejszość daje nam absolutnie wszystko

my jednak zastraszeni wciąż swoje pragnienia

ustawiamy w przyszłości niczym używane meble

w nowiutkim mieszkaniu niezdolni zresztą niczym zbrukać jej czystości

tak jak nie da się brudu uniknąć w podróży

oto więc powróciwszy z dalekiej podróży

mogłem jak stare portki zrzucić z siebie przyszłość

znalazłszy się w krystalicznych objęciach czystości

i jak w błysku iluminacji ujrzeć wszystko

odbite w politurze którą lśniły meble

tłumiąc we mnie potrzebę wszelkiego pragnienia

tymczasem zatęskniłem do czystości swojego pragnienia

które kombinezonem ochronnym było mi w podróży

a teraz opadło ze mnie na smutne skonsternowane meble

podczas gdy ja zacząłem obmyślać nową podróż nową przyszłość

znów wierząc że pragnienie jest trutką na wszystko

co jak wszy z brudu lęgnie się z nazbyt pielęgnowanej czystości

i choć brudna jest przyszłość wszelakiej czystości

czyste staje się wszystko pod szczotką pragnienia

zrymowania w tym wersie mebli i podróży

Grabów, 22 lipca 1994

Małość

kaczka się tapla rower się telepie

tężeje piach

trzęsą się meble w rozgrzanej przyczepie

cień się powiększa na trawie przy sklepie

grążąc dzieciaki pogrążone w grach

kręcą się tryby na moim przegubie

przy budach psy

gdy kocim wzrokiem łapię wciąż i gubię

ptaki niezgrane jak na wiecznej próbie

Vingt regards sur L’Enfant Jesus5

wdzięczą się chwile choć się czai trwanie

i je połyka jak żarłoczny kos

a one krwawią jak maliny w dzbanie

trup Oliviera pływa po Sekwanie

i śpiewa na cały głos:

nie darmo miłość rodzi się skrzydlata

a w sklepach goły pokutuje drób

bo to dla trupa jedyna zapłata

zwłaszcza gdy sądził że traci pół świata

z powodu małych stóp

na dachach kruche złocą się anteny

nad topolami polatuje puch

a co tam dalej już się nie dowiemy

gdy nie chcąc wierzyć że się rozstaniemy

maleje duch

wrzesień 1994

Wiersz interwencyjny

znowu jest wojna znowu są wiersze o wojnie i nawet

śni mi się wojna więc prawie już wiem jak to jest

zginęły mi nożyczki ten cholera miłosz

otwierał wczoraj wino zawsze tak jest wystarczy

moment mojej nieuwagi i teraz nie ma ich w żadnym

z pięciu czy sześciu miejsc gdzie zazwyczaj leżały

zapalam papierosa robię tyle rakotwórczych rzeczy

chłopcy śpiewają dona nobis pacem6 za chwilę

zacznę chyba zaciekle obgryzać paznokcie

Kraków, 26 listopada 1994

pozytyw z Przeczna

o słodka ważność

niektórych cierpkich nieszczęść

słodka bezpłatność i słodka

transakcyjność którą

gorszymy się słodząc

niecierpliwie gorycz

Kraków, 27 października 1994

Część IV

oceany nareszcie

w WORECZKU z piernikami samotny biały wafel

wygląda jak etykieta choć nie o piernikach

o sobie tylko mówi i ja też nie o nich

i nawet nie o sobie oceany mają

SZCZĘŚCIE zjechało po paznokciu w dół i będę musiał

uciąć je albo hodować nie wiadomo już po co

(martwe) (i niewykorzystane) (i nawet

dość niewygodne) nawet oceany

wy DZIECI rozczochrane wy smoki ROZPRUTE

macie nareszcie czegoście szukały

suche jak pieprz będziecie i trwalsze od skały

oceany otwarte i nieogarnione

I TO MA BYĆ DESZCZ?

I TO MA BYĆ DESZCZ? (woła życie) Kto w ogóle wymyślił

ten miesiąc: marzec. Brak ci jeszcze czego?

Zofia Nałkowska od rana się martwi

oswoje drugie ucho (pierwsze już się nie liczy).

Jeszcze chwila i nic. Nic mi już nie trzeba.

Trumien kokonik. Chociaż (spoglądam przez Krysię)

skoro mamy wyglądać jak te gałki z chleba

(co to właściwie są gałki? ), może daj nam dzisiaj.

Kraków, 23–24–25 marca 1995

*** [Coś w zębach]

Coś w zębach. Twarde. Wypluć, czy rozgryźć? Rozgryzam.

I? Opłaciło się. Pieprz, chyba z kiełbasy.

Leciutka rozkosz, ogieniek błądzący chwilę po języku

(wierszyk).

Ostrów Wlkp., 28 lutego 1995

Dobre maniery

Jesteśmy wszyscy zbyt uprzejmi Gdybyśmy

byli mniej mniej byśmy się krzywdzili

Wciąż tylko mniej i mniej Dlaczego cię tak mało?

Coś ci przecież zawdzięczam To moje

niedopatrzenie

Wygłupiam się (za dużo

gości na tej imprezie)

Już się nie mogę obudzić To już przeszłość

Przeźroczysta Spójrz na nią Czy mnie widzisz?

Siedzę pod stołem i słucham Pod tapczanem

kałuża atramentu Spójrz: jestem błękitny

Nie ma kogo przepraszać nie ma czego pamiętać

nie ma na kogo patrzeć Ma się zaraz dreszcze

Żyjemy Nie da się ukryć

Ktoś był tak uprzejmy

Kraków, 21 kwietnia 1995

Ktoś mówi do mnie

Marcinowi Świetlickiemu

Umarłam w pierwszym roku denominacji

nigdy się nie nauczyłam tych nowych pieniędzy

Zresztą po co Wszystko mi kupowali

Miałam taką ambicję

Teraz już mi niczego nie wypada się uczyć

mam wszystko elegancko i chyba za darmo

wiem czyj włos mi się wplątał wtedy do zegarka

Wiem i nie wiem co zrobić z tą wiedzą

Lubię siąść sobie w kuchni zwłaszcza nocą

mogłabym ugotować różne smakołyki

a jednak wolę siedzieć nie chce mi się wstawać

teraz kiedy nie muszę czekać już na lepsze czasy

nie przeszkadza mi czuć się jak gdybym czekała

Kiedyś przyjdziesz i wstanę ale razem z tobą

Kraków, 3 maja 1995

Venus pobudzona przez Tycjana

dla Jarka Górnickiego

i Pawła Borowca

i gdzie ta toaletka, przy której siadywałam

(mów dalej, opowiadaj) pamiętasz?

mnie tam wtedy nie było, rzucali kamieniami

(skąd brali tyle kamieni?) piliśmy tylko wino

ja w samym środku ziemi, ja w płaszczu Kosmosu

kropla potu na skórze, obecność

nie do zastąpienia, nie do starcia

ja rozumiem, ja byłem, dwa przystanki dalej

Kraków, 19 lipca 1995

Małż żałobny

to? chwasty? (skąd wiedziałaś? nie było ich rok temu?)

to wygląda jak las, monstrualnie zmniejszony,

ale nie stawia oporu, grube pnie, puste w środku,

jeden but mam już pełen ziemi, tej ziemi

z cmentarza, pewnie już wrosły (co by było

gdyby pod twoją skórą nie było kości gdyby

pod twoją kurtką był tylko sam szkielet gdybym teraz

[wtedy] rozmawiał zupełnie z kim innym? nic) w babcię

Kraków, 18 października 1995

Sonet

dla Marty Wojdak

nawet król, dajmy na to, nie wie co nas czeka

(ślepy jest ten co włada, bo ciemnością włada)

więc skąd ja miałbym wiedzieć, może mam halucynacje,

dziś, na przykład, słyszałem jakieś bulgotanie

przez okno, potem łomot na korytarzu, smród

spalonego mleka, teraz znów ten chopin,

chciał błyszczeć no to błyszczy, starczy chcieć i jest.

zapach pieczonych kurcząt, dociera aż do sracza,

udka, skrzydełka, piersi, wszystko oddzielnie, skwierczy

tam na patelni, łączy się w zapachu, zapach

to taki kurczak, który wreszcie umie latać.

pozbywam się zapachu (może mam halucynacje),

aż wreszcie kiedyś stwierdzę, zrośnięty z nim na stałe,

że przecież, choć niejasno, wszystko to wiedziałem.

Kraków, paździemik-listopad 1995

Sądząc z rozmiarów

gdy coraz więcej świetlnych tablic informuje

o obiektywnych zmianach robisz się równie szczery

jak one (jak można tak mało cierpieć?) gdy

czas w którym żyjemy wydał się przez moment

kawałkiem mięsa w zupie (jak można nie chcieć

skosztować?) gdy znów ktoś jedzie pociągiem

z tobą w głowie a ty w niej jak robak (jak można

tak mało kochać?) pamiętaj że w następnym błysku

zobaczysz tylko niebo i paznokcie w zlewie

Kraków, listopad-grudzień 1995

Przypisy:

1. Carrington, Blake — bohater serialu Dynastia. [przypis edytorski]

2. Jemand mußte mitnehmen (niem.) — ktoś musiał zabrać. [przypis edytorski]

3. zbyt niska jakość umysłu żeby powiedzieć prawdę — w wersji drukowanej pierwszy wers jest wytłuszczony i stanowi jednocześnie tytuł. [przypis edytorski]

4. Ivan Blatny (1919-1990) — czeski poeta. [przypis edytorski]

5. Vingt regards sur L’Enfant Jesus (fr.) — Dwadzieścia spojrzeń na Dzieciątko Jezus, cykl utworów fr. kompozytora Oliviera Messiaena. [przypis edytorski]

6. dona nobis pacem (łac.) — obdarz nas pokojem. [przypis edytorski]