Zdarzyło się po drodze

Było sobie raz dziecko

Było sobie raz dziecko. Powietrze mu wkoło śpiewało. Niewidzialne struny odgrywały tysiące melodii. Dorośli nie słyszeli pieśni. Lecz dziecko unosiło głowę i się uśmiechało. Melodia szła wprost z niewidocznej, tajemniczej przestrzeni. Ktoś złożył pocałunek na dziecięcym czole. Dlatego świeciło na biało. Różowy policzek pożyczył kolor muszelek z plaży, po której biegają bose anioły. Blask w oczach zapaliły gwiazdy.

Lecz w sercu dziecka już wyczekiwał człowiek. Lata mijały, a człowiek wyciągnął rękę i schwytał dziecko. A wtedy dobre i złe impulsy rozpoczęły w nim dziwną grę. Zupełnie jak dorosły dopuszczało się dobrych i złych uczynków, choć jeszcze nic nie wiedziało ani o dobru, ani o złu. A wszystko, co robiło — i dobre, i to złe — miało w sobie ogień dużo większy niż ten, z jakim działa każdy dorosły. To ten płomyk, dopiero co zapalony, pali się mocniej i jaśniej niż inne.

Człowiek w dziecku rósł. Ręka powoli, lecz nieubłaganie, ciągnęła dziecko do siebie. Przeprowadziła je z kwiecistej łąki do drogi, po której szły miliony ludzi. I zanim dziecko zdążyło pojąć, jak to się stało, także i ono szło drogą — już nie dziecko, a człowiek pośród miliona innych. Dziecko zlękło się bardzo i chciało zawrócić. Lecz gdy ruszyło głową, gapiły się nań groźne twarze, a głosy mruczały: „Po co się kłócisz? My też idziemy przed siebie. Nikomu nie wolno zawrócić”. Deptali dziecku po piętach, więc nie mogło przystawać.

Wkrótce zniknęło poczucie strachu. Człowieka, który kiedyś był dzieckiem, dopadła żarliwość innych. Też chciało do przodu. Z pewnością majaczy tam jakiś cel. Inaczej po co by wszyscy pędzili przed siebie bez przystanku? Mijały dni, rok dodawał się do roku, a wielką drogę wciąż wypełniał gwar maszerującego tłumu.

Większość już dawno temu zapomniała, że byli dziećmi. Podczas wędrówki życie dawało im tyle do myślenia, tyle do zrobienia. Lecz podobnie jak kiedyś człowiek czekał w dziecku na swój czas, tak teraz dziecko nadal tkwiło w większości z nich. Jak wystraszony motyl przywarło do bijącego serca. Czasem skrzydłami dotknęło jego ściany. Wtedy rozbłyskało. Człowiek, który kiedyś był dzieckiem, przypominał sobie. Działanie człowieka często było powtórzeniem tego, co zrobił kiedyś jako dziecko.

„Dlaczego to robię?”, myślał znienacka. Mogło to być o czynie dobrym albo o złym. Motyle skrzydło łagodnie głaskało serce. Wtedy człowiek przypominał sobie inny czyn, daleko w przeszłości, w dzieciństwie. Ach, to piękne, beznadziejne życie, które porusza się w kółko.

Mimo to człowiek szedł dalej, wypełniony myślą o tym, co czeka go tam w oddali. Czy się nauczył czegoś po drodze? Och, wiele. Pracował, dążył, kochał i cierpiał. Spotkały go wszelkie bolączki i radości życia. Wielkie szczęście i wielki smutek! Ledwie łzy wyschły, a już się uśmiecha. Szybko zrozumiał towarzyszy podróży, dążących z nim ku celowi w oddali.

Mówili tym samym językiem, uśmiechy i łzy. Sprzeczali się ze sobą i kochali się nawzajem. Jedni kopali w innych kurzem i brudem drogi, inni ze łzami ten brud wycierali. Niebawem droga miała się skończyć. Czuł to. Był bowiem bardzo zmęczony. Oczy zamglone, a plecy zgarbione, jakby od dawna niósł ciężar.

I człowiek dotarł do końca drogi. Przed oczami objawił mu się nieskończony bezkres. Na ziemi leżały martwe ciała. Ciało przy ciele, członki pozbawione życia, sine usta, otwarte, popękane oczy. Był to widok potworny. Lecz powietrze nad martwymi ciałami poruszało się, drgało przełamane oślepiającym światłem z otwartego nieba.

Teraz to dostrzegł... To motyle. Z martwych ciał, z serc, których bicie ustało, wyfruwały motyle. Przez całą długą wędrówkę kryły się przy ludzkich sercach, a teraz wzlatywały uwolnione. Ich przepiękne skrzydła wypełniały powietrze.

Powolny ruch miliona motyli rozbrzmiewał kruchą, nuconą melodią. Człowiek, który kiedyś był dzieckiem, nasłuchiwał. Rozpoznał ją. Z wolna opadł na ziemię. Ciało zesztywniało, oczy pękły. Z serca, które zatrzymało niestrudzone bicie, wyfrunął motyl.

Krucha, nucona melodia nasilała się, motyle wirowały — rozmigotana, barwna gromada, wysoko nad ziemią i ponad martwymi ciałami, w stronę otwartych niebios.

Płonący bukiet

Dzieci z uliczki były drobne, miały okrągłe twarze, białe i jakby w mące. Całymi dniami bawiły się w ciemnym zaułku między domami, a ich donośne głosy słychać było na wszystkich piętrach. Od czasu do czasu ktoś wystawiał głowę z okna i wrzeszczał:

— Zamknijcie się!

Albo spadało jakieś gniewne przekleństwo, ciśnięte w gromadę niczym ciężki kamyk. Wówczas dzieci milkły i zapanowywała tak zlękniona cisza, jakby wydarzył się jakiś wypadek. Z pobliskich ulic docierały odgłosy zewnętrznego świata: kroki spieszących się ludzi, huk tramwajów, radosne trąbienie automobili i rżenie koni — jak gdyby przechodził tamtędy hulaszczy pochód karnawałowy.

Dzieci prawie go nie słyszały. Ich królestwem była uliczka. Ich słońcem było to wyblakłe, oszczędne, które pomiędzy wysokimi domami zagląda na brudny chodnik. To dlatego były takie blade, jakby dorastały w piwnicach.

Na końcu uliczki wznosiła się ściana ze skały. Kiedyś miał tam powstać nowy szary dom, lecz wciąż była to tylko góra, wielka podwórkowa atrakcja. Dzieci wspinały się po skale, zsuwały w dół, a czasem turlały, po czym lądowały głową na chodniku. Wzdłuż jednej ściany zbudowano drewnianą rynnę, podczas deszczu woda spływała po niej do ścieków. Także w zwykłe dni z rynsztoka na ulicy wyżej ściekała brunatna woda. Tu żeglowały i tonęły korkowe stateczki i grubo ciosane, drewniane floty. Ponadto dzieci zanurzały ręce i wkładały do wody kamienie, tworząc w ten sposób małe wodospady. W szczelinach skały tkwiła ziemia, a w jednym miejscu rosło karłowate drzewo. I gdy drobne, jasne listki jakimś cudem wystrzeliwały z gałązek, dzieci z uliczki wiedziały, że nadeszło lato.

To lato było gorące i duszne. Wszystkie okna w kamienicach stały otworem. Dzieci bawiły się i krzyczały. Biegały boso i bez nakrycia głowy. Pod jednym z okien stał szlifierz i ostrzył noże. W uliczce zawsze coś się działo. Czasem przychodził dziadek z pozytywką. Dzieci szły za nim na podwórze, ustawiały się w kółko i słuchały. Brzęcząca pozytywka wygrywała marsze i walce. Dzieci obejmowały się wtedy w pół i podskakiwały jak niezdarne zwierzątka. Muzyka miała nad nimi władzę. Innym razem przyszła gromada kobiet z Armii Zbawienia1. Śpiewały piękniej niż pozytywka i miały na sobie śmieszne, błękitne kapelusiki z czerwonymi wstążkami. Ale gdy któraś z kobiet zaczynała się modlić za dzieci z podwórka, te robiły zażenowane miny i spuszczały powieki na zuchwałe oczęta, które niejedno już widziały na tym brudnym świecie.

No i ten szlifierz, którego się tak bały. Ostrzył noże kuchenne z tak surową miną, jakby to były narzędzia zbrodni. Zgrzyt z kręcącego się kamienia szlifierskiego posyłał przyjemne dreszcze przez kręgosłup. Panna Inga, siedząca przy otwartym oknie na parterze, prawie równo z ulicą, podała mu niewielki nożyk.

— Rozrywam nim nici — powiedziała. — Chcę, żeby był naprawdę ostry.

Dzieci zgromadziły się dokoła. Był pośród nich wysoki, chudy, czternastoletni chłopiec. Miał na imię Benjamin, a jego matka mieszkała od podwórka. Mimo że Benjamin był dużo starszy od reszty, zawsze bawił się na ulicy. Coś było z nim nie tak. Niektórzy mówili, że jako dziecko uderzył się w głowę. Ciało miał długie i sprawne, ale umysł wciąż niedojrzały. Niczego nie potrafił się nauczyć. Ale był uprzejmy i miły. Teraz śledził, jak kręci się kamień szlifierski. Jego oczy były jasnoniebieskie i zadziwione. Rzucały płochliwe spojrzenia.

— Wyglądasz, jakbyś się bał — odezwał się szlifierz i zatrzymał kamień.

Benjamin się wycofał. Zawsze ktoś musiał do niego coś mówić, żartować. Dzieci tak samo, ale bardziej bał się dorosłych. Kamień szlifierski ruszył na nowo.

Benjamin usiadł na schodach. Teraz krawcowa wyszła na zewnątrz, żeby odebrać swój nożyk i zapłacić. Była to młodziutka kobieta, ledwie dwudziestoletnia, ale jej chód był rozkołysany i ciężki. Spodziewała się dziecka. Zwisająca sukienka nie kryła niekształtnej figury. Pomachała Benjaminowi, a ten natychmiast ruszył za nią. W maleńkim pokoiku postawiła na stole dwie filiżanki.

— Dam ci kawy — powiedziała.

W dłoni trzymała nóż. Nagle sobie o nim przypomniała. Chudym, białym palcem przesunęła po ostrzu. A potem szybko schowała narzędzie do pudełka na stole.

Benjamin śledził jej ruchy radosnym wzrokiem. Na całej ulicy tylko krawcowa była dla niego miła. Być może sądziła, że cała reszta gardzi tak samo tym biednym chłopcem jak nią. Z niej także się naśmiewali, na jej widok wzruszali ramionami. W ten sposób z jej własnej nieszczęsnej sytuacji narodziło się współczucie dla malca.

Dzieci z uliczki miały zabawę, którą wymyśliły specjalnie dla Benjamina. Otaczały go kółkiem, a jedno z nich wołało:

— Benjamin, zrób głupią minę!

Dla Benjamina nie było nic prostszego. Zezował, otwierał usta jak zazwyczaj, a ręce trzymał bezradnie przed sobą. Wyglądał idiotycznie. Dzieci wiwatowały i szczypały go.

Inga to zauważyła i gdy widziała, jak chłopiec stoi w kółku, serce jej pękało, jak gdyby to w nią trafiały drwiny. Z Benjaminem mogła rozmawiać o swoich lękach i zmartwieniach. Mieszkała u starszej krewnej, która całymi dniami usługiwała po domach. Dlatego Inga z rzadka miała z kim rozmawiać. Klientki, przeważnie kobiety z pobliskich kamienic, przychodziły poprawić tanio stare spódnice, ale na nią nie zwracały uwagi. Rozmowa z Benjaminem stanowiła dla Ingi ulgę, choć on tak niewiele mówił. Ale był wrażliwy na jej samopoczucie. Gdy płakała, jego oczy wypełniały się łzami. Gdy się śmiała, on także się śmiał. Kobieta pragnie mieć pieska do głaskania albo dziecko do gaworzenia. Benjamin był zarówno jej pieskiem, jak i dzieckiem.

— Zamocz sobie — powiedziała i podsunęła mu miseczkę z chlebem.

Pokoik, w którym siedzieli, był mały i duszny. Na maszynie przy oknie i na stole leżały stare ubrania zalatujące stęchlizną. Żelazne łóżko z materacami i poduchami wsunięto w kąt; w innym stała szafka, a na niej lusterko z matowym, tajemniczym szkłem.

Na szafce, pośród portretów i bibelotów, znajdował się także kolorowy wazonik, do którego Inga wetknęła suszone kwiatki i źdźbła. Miał to być prawdziwy ozdobny bukiet. Za każdym razem Benjamin przyglądał mu się z ciekawością. Podobał mu się, ale teraz, w środku lata, gdy drzewko za oknem było całe zielone, bukiet wydawał się suchy i szary.

Benjamin maczał duże suchary w kawie. Puchły w filiżance, aż trudno było je potem schwytać. Inga się do niego uśmiechała. Tu, w jej pokoiku, dziecięce odgłosy wydawały się brzęczące i monotonne. Tak do nich przywykła, że nie zwracała na nie uwagi. Gdy naciskała pedał maszyny, ta hałaśliwie zgrzytała, a powietrze wypełniał jakby śpiew olbrzymich komarów.

Tego dnia Inga nie miała dużo roboty; zamierzała zabrać Benjamina na wał za miastem. Kilka przecznic dalej dzielnica kończyła się trawiastym nasypem, za nim rósł przerzedzony lasek. Można by sądzić, że to tam dzieci powinny się bawić, ale one wolały uliczkę. W sobotnie i niedzielne wieczory szły z rodzicami, ale nie było im tam tak dobrze jak we własnym zaułku. Inga zdjęła fartuch, a na głowę włożyła kapelusz.

— Chodź, Benjaminie — powiedziała jak wcześniej, a on posłusznie wstał.

Ruszyli ulicą za miasto. Powiew wiatru przyniósł ze sobą delikatny zapach liści i trawy. Ścieżka prowadziła w stronę lasu. Na trawie i w rowie nie rosły żadne kwiaty. Wał był suchy i zakurzony, ale niebo unosiło się wysokie i błękitne, słoneczne promienie trafiały w dół niczym strzały.

— Jak pięknie! — Inga przystanęła.

Zdjęła kapelusz i powachlowała się nim. Jej twarz była łagodna i jasna, a blond loczki powiewały przy skroniach. Palce, w których trzymała kapelusz, były podziurawione przez drobne igły. Ponownie zaczęła iść — nieco pochylona do przodu, jak idzie ktoś niosący ciężar. Benjamin także pochylił się jak stary dziadek, wymachiwał długimi rękami. Lubił przebywać w pobliżu Ingi. Była jak dobra siostra, dawała mu suchary do kawy i miała niski, łagodny głos. Zapomniał o okrutnych dzieciach, usta otworzył z radości i zadowolenia.

Nadjechało auto. Z daleka usłyszeli jego świst, a ponieważ droga była wąska, usunęli się na bok. Ale samochód pędził i tuż przy nich wpadł w poślizg; przejechałby Ingę, gdyby Benjamin szybkim ruchem jej nie odciągnął. Mężczyzna za kierownicą gwałtownie zahamował i wyskoczył z auta. Z tyłu miał dużą walizkę, taką, jakiej używają komiwojażerowie. Inga cofnęła się całkiem blada, ale mężczyzna zaraz znalazł się przy niej. Był wysoki, miał beztroską twarz i małe, błyszczące oczy.

— Nic wam się nie stało? — zapytał. I zaraz wykrzyknął: — Ależ to Inga!

— Prawie mnie rozjechałeś — szepnęła.

Benjamin dalej trzymał ją za rękę.

— Dostałem twój list — odezwał się tamten, jego twarz pociemniała. — Oczywiście, że ci pomogę, gdy nadejdzie pora. Żaden ze mnie nicpoń.

Kobieta uczepiła się Benjamina, cała się trzęsła.

— Nigdy mnie nie odwiedzasz — oznajmiła, na co on wzruszył ramionami.

— Mam tyle do roboty. Ciągle podróżuję. Przede wszystkim w interesach. Na co się tak gapisz, smarkaczu? — wybuchnął.

Przerażony Benjamin zamknął usta.

— Pędzę dalej. Czas nie należy do mnie — powiedział komiwojażer. — Ale zaufaj mi. — Odwrócił się od nich i wsiadł do auta. Odjechał niczym ryczący potwór, zostawiając za sobą chmurę kurzu.

— Och, Benjaminie — jęknęła Inga. — Dlaczegoś nie pozwolił, żeby to auto mnie przejechało?

Nie miała siły iść dalej. Usiedli w trawie przy rowie. Na niebie ćwierkał skowronek. Wiatr szumiał w suchej trawie. Inga nie unosiła głowy. Między jej palce zaczęły skapywać łzy. Benjamin smutno patrzył przed siebie.

— Byłam szczęśliwą idiotką, zakochałam się w nim. Tym swoim autem przejeżdża na drodze kolejne serca.

Benjamin potrząsnął głową.

— Jest zły — powiedział nieśmiało.

— Masz rację — odparła Inga. — Ale gdy się człowiek zakocha, wierzy, że wszyscy są dobrzy. Nie rozumiesz tego, biedny Benjaminie.

Siedzieli w milczeniu. Mijali ich ludzie. Jakaś dziewczynka pchała wózek z dzieckiem; krzyczało, a ona śpiewała mu na pocieszenia. Elegancki mężczyzna w słomkowym kapeluszu przechadzał się z piękną panią. Przeszła grupa robotników w błękitnych kombinezonach, z łopatami przerzuconymi przez ramię.

Nie wiedzieli, jak to się stało, ale nagle przy tych dwojgu na brzegu rowu usiadła drobna kobiecina. Wyglądała zabawnie. Na głowie zawiązała szal i była tak mała i chuda, że zdawało się, że zaraz zniknie w swej szarej sukience. Spod szala wystawała para przyjaznych, radosnych oczu.

— Tu się chyba płacze — odezwała się gaworzącym głosem, jak mówi się do dzieci. — Luli, nie płaczemy! Radosne miny! Patrz, babinka nie płacze.

Benjamin roześmiał się na te życzliwe słowa.

— Co masz w tobołku? — spytał.

Położyła obok siebie wielki pakunek. Zacisnęła usta.

— A zgadnij!

Benjamin zmarszczył czoło.

— Chleb — wypalił. Zawsze chciało mu się jeść.

Kobiecina potrząsnęła głową.

— Może zabawki na sprzedaż? — odezwała się Inga, której łzy powoli wysychały.

— Nie do końca.

Kobiecina zaczęła rozplątywać węzeł, z tobołka wysypały się resztki włóczki. Lecz gdy Inga i Benjamin spojrzeli z bliska, zobaczyli, że to maleńkie, zręcznie zwinięte figurki z wełny.

— Patrzcie — powiedziała radośnie kobieta. — To cały świat.

— Gadanie! — zaśmiała się Inga.

Wtedy tamta podniosła laleczki i kręciła nimi przed oczami Ingi i Benjamina, żeby zobaczyli, jakie są śliczne. Niektóre miały na głowach dziergane czapeczki, inne laski w dłoniach, a kilka — maleństwa w becikach w objęciach.

— Gdy byłam tak młoda jak ty, moja mała — zaczęła staruszka — świat wydawał mi się wielki, taki wielki. Kochałam i płakałam, zupełnie jak ty, uwierz mi. Wszystko to tylko marność. Jedni ludzie byli źli, a inni dobrzy, ale głównie źli. I czułam, jak to wszystko pali mnie w piersi, bo serce łomotało, biło i cierpiało. Teraz jest inaczej. Z biegiem lat serce coraz bardziej się kurczyło, nie było w stanie tak mocno walić i płonąć. Zdarzyło się wtedy coś bardzo dziwnego. Świat też się skurczył, stał się maleńki. Tylko dlatego, że żyję od tak dawna, rozumiesz? W końcu uznałam, że jest niewiele wart. Już nie mógł mnie skrzywdzić. Jakbym się z niego wydostała. A ponieważ muszę mieć jakieś zajęcie, zrobiłam te wełniane laleczki. To moje wspomnienia, rozumiesz? Wszystko, co tak mnie bolało. Teraz trzymam je w tobołku. Są tylko wełnianymi lalkami. Gdy człowiek dożyje mojego wieku, rozkłada wspomnienia jak te lalki i może się nimi bawić. Zobaczysz, bidulko, kiedyś nie będziesz się przejmować tym, który cię zranił. Będzie on tylko wełnianą laleczką. Puf!

— Dziwnie mówisz — odezwał się Benjamin, który przysłuchiwał się ze skrzywioną miną.

— Mówisz tak, bo nic nie rozumiesz. Patrz.

Kobiecina rozłożyła lalki.

— To ja w czerwonej spódnicy. Nie wyglądałam wtedy jak teraz, to pewne. Na plecach mam warkocze. A tu jest chłop, któremu służyłam, i jego żona. Jest podły, trzyma laskę. Ale żonę zrobiłam ładną, bo była dobra. A tu chłopak z młyna. Jest biały na twarzy jak duch. Kochałam go. Och, jakże serce bolało. Chciałam się utopić. Widzisz, panienko, jest tylko wełnianą lalką. Po co więc cierpieć? Gdy będziesz tak stara jak ja, też będziesz siedzieć z tobołkiem w dłoni i trudno będzie ci pojąć, po co było w życiu tak cierpieć.

— Być może to prawda — przytaknęła Inga.

— Oczywiście, że prawda. A tu jest dzidziuś, którego urodziłam. Luli, luli! Taki malutki. Teraz jest duży; nie wiem, gdzie się podziewa. Taka to wdzięczność. Najpierw wygrzać się u mamy, aż rozwinie skrzydła, a potem odlecieć. Ale lubiłam go, jak był mały, dlatego jest ze mną w tobołku.

— A ta? — Benjamin chwycił jedną laleczkę.

Kobiecina wzięła ją od niego i podniosła.

— Widzicie, ta — powiedziała teraz uroczystym tonem. — To sam Bóg Ojciec. To on stworzył ludzi, więc musiał tu być. Dziwnie jest trzymać go w tobołku. Zrobiłam go większego niż pozostałe, ale wydaje mi się, że i tak jest niezadowolony. Inne lalki obwiniają go o wszystko, co im się przydarzyło. Na pewno nie chciał, żeby poszło aż tak źle. Dlatego cierpi. Świat, który stworzył, oszalał. Sądził, że będzie piękny. Pewnego dnia moje lalki go rozszarpią. Mają nadzieję, że wtedy wszystko będzie dobrze. Ale wtedy też nie będzie dobrze. Ech!

Westchnęła i zaczęła z powrotem wiązać tobołek.

— Rozweseliłam cię, panienko. — Oczy błysnęły jej pod szalem. — Żegnajcie.

Zanim się obejrzeli, kobiecina była już na drodze i pospiesznie ruszyła w stronę miasta.

— To tylko lalki — powiedział Benjamin, nieco zdziwiony. — Na pewno umiesz zrobić podobne.

— Tak — odparła Inga przeciągle. — Być może kiedyś zrobię podobne.

Wyobraziła sobie siebie jako staruszkę z tobołkiem w dłoni. I zaraz chwyciła się za serce. Zabolało, świat i ludzie byli wciąż tacy żywi. Benjamin i Inga ruszyli powoli do domu.

Pewnego letniego wieczora Benjamin miał właśnie wejść do bramy, gdy zobaczył mężczyznę opartego o okno Ingi. Mówił coś ostrym, szorstkim głosem. Benjamin go nie rozumiał. Ale mężczyzna był wściekły. Kiedy chłopak do niego podszedł, zobaczył, że to komiwojażer. Z pokoju dosłyszał rozszlochany, błagający głos Ingi. Benjamin zbliżył się. W świetle padającym z okna pojawiła się nagle jego twarz o wychudzonych policzkach, dziwacznych oczach i otwartych ustach. Mężczyzna, który w tym momencie się odwrócił, wydał z siebie okrzyk zaskoczenia i przerażenia; natychmiast odszedł. Po raz pierwszy Benjamin kogoś wystraszył.

Inga podeszła do okna. Zamyślona spojrzała na Benjamina, po czym wysunęła białą rękę pokłutą igłami i pogłaskała go po włosach. Tego wieczora zasnął szczęśliwy, a we śnie nadal czuł, jak głaszcze go chłodna dłoń.

Lato stawało się coraz bardziej upalne. Uliczkę pokrywał kurz. Brudna woda wysychała w drewnianej rynnie i cuchnęła. Dzieci bawiły się, a ich głosy były często rozgniewane. Kłóciły się i biły. Wyśmiewały Benjamina.

Pewnego upalnego dnia chłopiec zobaczył w oknie białą twarz Ingi. Zdawało mu się, że go woła, więc pobiegł do niej. Ale gdy wszedł do środka, nie czuł się mile widziany. Skinęła tylko na niego. A gdy tak na nią patrzył, szybko ukryła coś za plecami. Był to naostrzony przez szlifierza nóż, ale tego Benjamin nie zauważył. Kobieta cała się trzęsła, jakby zmarzła. Wówczas Benjamin też chciał zapłakać, poczuł chłód.

Chciał zrobić coś, by rozweselić Ingę — ale co? Poszła w kąt pokoju, a on stanął przy szafce i jak wiele razy wcześniej przyglądał się ususzonemu bukietowi w malowanym wazonie. Nagle przyszła mu do głowy myśl. Rozweseli Ingę czymś naprawdę pięknym. Bukiet był okropny, szary i zakurzony. Ale jeśli go podpali, ten zapłonie i będzie świecił piękniej niż świeże wiązanki w pobliskiej kwiaciarni.

Inga ściskała nóż. „Och, moje serce”, myślała. „Nie możesz czekać, aż skurczysz się jak serce tej kobieciny, a twój ukochany zamieni się w wełnianą lalkę. Cierpisz, dokuczasz. Najlepiej, jeśli przerwę twoje głupie łomotanie”. I uniosła nożyk.

Ale w tym momencie usłyszała za sobą trzask. Szybko się odwróciła. To bukiet na szafce płonął, a Benjamin patrzył na nią z uśmiechem. Żółty płomień uderzył o ścianę, rzucił blask na matowe szkło lustra, aż błysnęło. Był to przezroczysty, jasny płomień, w środku kurczyły się i węgliły łodyżki suszonych kwiatów. Teraz cały bukiet świecił i trzeszczał od ognia.

— Czy nie jest piękny? — spytał Benjamin.

Nożyk Ingi upadł z brzękiem na podłogę. Chwyciła gruby koc, rzuciła go na szafkę i ugasiła ogień. Skarciła Benjamina, ale strach wybudził ją z uśpienia. „Ten biedny chłopiec uratował mi życie”, pomyślała, „i pewnie tak miało być”.

Benjamin bezradnie rozejrzał się dokoła, spostrzegł nóż na podłodze. Pochylił się, żeby go podnieść.

— Mogę go dostać? — poprosił.

— Tak — odparła Inga powoli.

Z ulicy dobiegały głosy dzieci. Pewnego dnia i jej dziecko będzie się bawić na dworze. Dziecko o bladej twarzy i niezdarnych ruchach. Nie mogła tego powstrzymać. Życie przejdzie przez nią jak świecący ogień, a serce dalej będzie płonąć i się lękać, aż pewnego dnia się skurczy, a jej mrocznemu spojrzeniu minione lata objawią się tak nikłe, że trudno jej będzie uwierzyć, dlaczego tak bardzo cierpiała.

Benjamin zabrał nóż i pobiegł wystrugać łódkę z kory.

Pana Lundholma nie ma

Wracając nad ranem z radosnego przyjęcia, przewrócił się na schodach i uderzył. Znalazł go stróż, zaniósł do mieszkania i teraz, gdy przez szparę w zasuniętej rolecie wdzierała się poświata, leżał na łóżku.

Kobieta, owinięta szarym szalem, siedziała zmarznięta na krześle. Nie była ani młoda, ani stara, miała rzadkie blond włosy i wystraszone, jasnoniebieskie oczy. Od lat była gosposią zmarłego. Podciągnęła rolety, a przez okno wpadło światło. Promień słońca zatańczył przy brzegu łóżka i zamigotał w szklance z wodą na szafce nocnej. Podeszła bliżej i spojrzała na zmarłego. Był czterdziestoletnim mężczyzną. Za życia jego twarz była rumiana i zdrowa, a usta często się uśmiechały. Teraz policzki pobladły, a mocno zaciśnięte wargi miały się już nigdy nie unieść w radosnym grymasie. Przyszedł doktor i stwierdził zgon. Życie z niego uleciało, choć leżał tak spokojnie, jakby tylko głęboko spał. Było to bardzo dziwne.

Kobieta, prawie tak samo blada jak zmarły, pochyliła się nad nim, lecz wzdrygnęła na dźwięk dzwonka do drzwi. Mechanicznie przeszła przez salon do przedsionka i wyjęła ze skrzynki kilka listów. Widniało na nich jego nazwisko: Pan Leonard Lundholm. Odłożyła koperty na biurko. Nowy dzień już naprawdę się zaczął. Ulicą przejechał tramwaj, przez co szyby w oknach lekko zadrżały, jakiś samochód głośno zatrąbił, dzwon z pobliskiego kościoła uderzył dziewięć razy. Naprzeciwko stawiano nowy budynek. Robotnicy w błękitnych koszulach pracowali łomami i łopatami, jęczał podnośnik, cegłę kładziono na cegle. Niebawem nowy dom będzie gotów. Wprowadzą się tam ludzie, rodzina za rodziną, wieczorami w oknach zapalą się światła i będzie można dojrzeć głowy pochylone nad biurkami lub bawiące się dzieci. Odwróciła wzrok od okna. Wobec życia i ruchu na ulicy cisza w pokoju zmarłego wydała jej się podwójnie ciężka i niepokojąca. Ktoś zapukał do kuchennych drzwi. Gosposia poszła otworzyć. Stał tam szewc z nowo podbitymi pantoflami w ręku.

— Dzień dobry — przywitał się promiennie. — Widzi pani, obiecałem panu, że buty będą gotowe na dziś rano. Oto i one, gotowe na spacer w ten pogodny dzień. Ależ tak! Bardzo proszę, panienko. Żółte buty to delikatna sprawa, ale pan jest wytworny i zawsze dba o to, by mieć ładne obuwie.

Przez chwilę wahał się, zdziwiony, że ona nie przyjmuje butów.

— Nie muszę teraz przyjmować zapłaty — dodał szeptem — jeśli pan właśnie wyszedł.

Wręcz włożył jej pantofle w dłonie. Przyjęła je bez słowa. Następnie weszła do cichego pokoju i postawiła buty przy krześle, gdzie zwykła je stawiać nad ranem po wyszczotkowaniu. Zrobiła to automatycznie, bez zastanowienia. Jedno życie się przerwało, ale ten, kto nadal żyje, nie potrafi od razu pojąć, co to oznacza. Być może przez kolejne dni będzie ustawiać buty i powtarzać te wszystkie drobne rytuały, jak zwykle. Umysł nie pojmuje. Serce nie chce zrozumieć. Dłonie marzną, gdy nie wykonują tych wszystkich codziennych czynności ogrzanych od życia.

Zerknęła na łóżko i szczelniej otuliła się szarym szalem. Kochała zmarłego. Być może on o tym wiedział. Nigdy się nią nie przejmował, lecz tęskniłby za nią, gdyby pewnego dnia zniknęła — wiedziała o tym. Jego dom wypełniała jej cicha, cierpliwa miłość. Pragnęła zrobić dla niego wszystko, niczego nie oczekując w zamian. Gdy w południe przekręcał klucz w zamku, jej serce zaczynało bić mocniej. „Idzie! Już idzie!”, myślała, zupełnie jak młoda dziewczyna czekająca na ukochanego. Lecz on, jeśli zajrzał do kuchni, widział, jak kobieta w średnim wieku o gładkich włosach i bladej twarzy krząta się przy garach. Ach, gdyby tak była młoda i piękna. Wkrótce jednak przestała nawet tęsknić za młodością. Wystarczyło jej, że jest blisko niego i że kocha go, bez wzajemności.

Przemykała w tę i z powrotem po pokoju, nie zbliżając się do łóżka. Należy wysłać telegram do jego krewnych, żeby przygotowali pogrzeb. Ale nie potrafiła podjąć decyzji. Wróciła do kuchni. Zapomniała zamknąć drzwi po wizycie szewca. Z przerażeniem dostrzegła, że ktoś wszedł do środka. Był to wysoki, zwalisty mężczyzna w poszarpanym ubraniu, w dodatku za małym, tak, że ramiona wyginały się i odstawały po obu stronach. Głowę miał dziwacznie małą w porównaniu z wielkim ciałem, twarz rumianą i jowialną, a spod wypukłych powiek spoglądała para błękitnych oczu.

— Dzień dobry! — odezwał się głośno i serdecznie. — Czy zastałem pana Lundholma?

— Wyszedł — odparła krótko.

Sądziła, że na tę wiadomość mężczyzna sobie pójdzie, ale ku swemu zaskoczeniu patrzyła, jak ten wyciąga krzesło, spokojnie siada, rozstawia szeroko nogi i opiera ręce na kolanach.

— W takim razie poczekam, aż wróci. Proszę się nie obawiać, panienko, nie jestem groźny i nigdy niczego nie ukradłem. Tak się składa, że chciałem dziś spotkać pana Lundholma.

I tym razem nie była w stanie powiedzieć, że pan Lundholm nie żyje. Przed chwilą skłamała. Jeśli teraz nagle powie, że jej pan nie żyje, ten pomyśli, że znów go okłamuje.

— Bardzo proszę — wydusiła wbrew swej woli.

Rozległ się dzwonek do drzwi, wyszła z kuchni. Jakiś mężczyzna przemierzył pospiesznie przedpokój i jak ktoś, kto jest u siebie, wszedł do salonu. Był to przyjaciel pana Lundholma. Zaniepokojona, co teraz się wydarzy, gosposia podreptała za nim.

— Śpi, jak mniemam — stwierdził przyjaciel, zanim zdążyła się odezwać, po czym odłożył kapelusz na stół. — Poczekam. W nocy nieźle się zabawiliśmy. Szkoda, że nie widziała pani Leonarda.

Skinął radośnie w jej stronę, nie zwrócił uwagi na jej wystraszoną minę i dłoń uniesioną w błagalnym geście.

— Podczas kolacji Leonard wygłosił przemowę, cała sala skręcała się ze śmiechu — ciągnął. — Doprawdy świetna, dowcipna mowa. Siedziałem tam i cały czas myślałem o tym, że powinien był zostać kimś więcej niż finansistą. Taki wybitny mówca! Czy i pani nie wolałaby, by był kimś znaczącym, kto rządzi i decyduje w imieniu państwa i ludu? Bo on by chciał rządzić i decydować. To błogosławieństwo. Obiecał mi pomóc z jednym wekslem, znalazłem się w tarapatach. Ale dopóki mam jego... Jest najmilszym i najlepszym przyjacielem. Na pewno pomoże mi z wekslem. Do tego taki wspaniały dzień! Och, chyba jeszcze nie wytrzeźwiałem, albo to dlatego, że tak się cieszę. Na przyjęciu była pewna młoda dama. Bardzo piękna — prawdziwa róża. Zakochała się w Leonardzie, nietrudno było to dostrzec. Trzymam za nich kciuki. To bogata dziewczyna. Ale czy nie powinien już się obudzić? Co pani na to?

Gosposia mruczała pod nosem, jakby ćwiczyła przed głośnym i pewnym wypowiedzeniem słów:

— On nie żyje. On nie żyje.

Trudno było to powiedzieć temu młodzieńcowi, który zaledwie kilka godzin wcześniej pożegnał się z denatem, po tym, jak ten przez cały wieczór bawił gości wokół wielkiego stołu. W końcu przyjaciel zrozumiał. Gosposia widziała, jak strach z wolna zapala mu się w oczach, jak otwiera i zamyka dłoń, jakby chciał coś przytrzymać.

Podeszła do drzwi.

— Tu leży.

— Leży? — Rozedrgany mężczyzna popatrzył na nią. — Ach, racja, głupiec ze mnie. Nie żyje. Już nigdy nie wstanie. To niedorzeczne. A chwilę temu... I ten piękny dzień.

Lecz gdy ona chciała go zaprowadzić do sypialni, wzdrygnął się.

— Nie mogę — prawie krzyknął. — Przecież nie żyje. Nie chcę go widzieć. Jest biały, a chwilę temu błyszczały mu oczy, śmiał się. Nie, nie jestem w stanie na niego patrzeć. I jeszcze ten weksel. Nie mam czasu.

Chwycił kapelusz i wybiegł z pokoju. Przez moment stała zdumiona. Na jej bladą twarz wpełzł cień uśmiechu.

W kuchni dalej siedział tamten mężczyzna.

— Spieszyło się mu. — Wskazał kciukiem w stronę schodów. — Słyszy pani, jak biegnie. — Pokiwał do niej głową, jakby już byli starymi znajomymi. — Chyba jeszcze chwilkę poczekam — ciągnął i rzucił znaczące spojrzenie na dzbanek z kawą na kuchence.

Nie wiedziała, dlaczego nie może powiedzieć, co się wydarzyło i że czekanie tutaj nic nie da. Bała się go, poza tym miała wrażenie, że może jej coś opowiedzieć; miał w sobie jakąś tajemnicą. W pewnym sensie dobrze mieć przy sobie żywego człowieka. Czuła w ciele śmiertelny chłód. Nie mogąc się zdecydować na nic innego, nalała mu dużą filiżankę kawy, a sobie małą. Poprawił się na krześle i pił z zadowoleniem.

— Od dawna panienka tu pracuje? — spytał.

— Tak — odparła krótko.

— No, powiem pani, że jestem jakby przyjacielem z dzieciństwa pana Lundholma. — Spostrzegł, że się wzdrygnęła, więc mówił dalej: — Dziś już nie jestem taki elegancki. Ale przez długie lata powodziło mi się. Teraz zmarniałem. No. Widzi pani, mam do pana Lundholma pewną drobną sprawę. Jak tylko usłyszy, na pewno mi pomoże.

Przyglądała mu się w napięciu. Już nie chciała, żeby wyszedł.

— Jestem synem dzierżawcy w majątku jego ojca. Leonard i ja jesteśmy rówieśnikami, bawiliśmy się razem. Był takim małym ślicznym chłopcem. Oczy błyszczały mu jak dwa światełka, a policzki miał rumiane jak jabłuszka. Był zwinny i śmiały. Wdrapywał się na drzewa jak małpka, śmiał się ze mnie, bo ja nie byłem ani trochę zwinny. Byłem tępy i go ubóstwiałem.

Przysunął się bliżej gosposi i zamrugał.

— Pewnie bardzo się nie zmienił. Jaki człowiek w dzieciństwie, taki w dorosłym życiu. A pani, która tu z nim mieszka, dobrze go zna. Czyż nie jest tak, że nie da się go nie kochać?

Aż podskoczyła. Czyżby zajrzał jej w serce? Lecz on zajęty był własną opowieścią.

— Potrafi być szorstki i nieprzyjemny, nieprawdaż? I potem nagle się uśmiecha tym swoim promiennym uśmiechem, a człowiek ulega, pada mu do stóp. Zrobi dla niego wszystko. Dziwne! Tylko dlatego, że się uśmiechnął. Tak było ze mną. Skłamałem. Nie byłem jego towarzyszem zabaw, lecz jego lokajem, jego podwładnym. Taki był zamysł, że będę jego towarzyszem zabaw, ale nie potrafiłem. On był po to, by go czcić i mu usługiwać. Wysłano mnie do szkoły w niedalekim miasteczku. On wyjechał do większego miasta, do większej szkoły. Spotykaliśmy się w ferie. „Już mnie nie obchodzi”, pomyślałem z butą, idąc mu na spotkanie. Wtedy on się uśmiechnął, wszystko było jak dawniej. Nie był okrutny, ale widząc, jak bardzo go kocham, stawał się rozpuszczony i wymagający. On brał, a ja dawałem.

Gosposia znów się wzdrygnęła i chwyciła za serce.

— Przepraszam, muszę pana na moment zostawić.

— Dobrze. Czekam. Mam jedno żądanie. Na pewno mi pomoże.

Kobieta weszła do pokoju zmarłego, zbliżyła się do łóżka i spojrzała na niego z niecierpliwością.

— Czego on chce? — szepnęła. — Dlaczego sobie nie pójdzie? Mówi, że ma jedno żądanie. Przecież opowiada o mnie. To ja byłam twoją poddaną i służącą, ja cię czciłam, załatwiałam za ciebie sprawy, rozpieszczałam. W zamian za twój uśmiech. O, nie! Chyba jednak opowiada o sobie. To bezrozumny człowiek. Wspomina rzeczy, jakby zdarzyły się wczoraj. On dawał, a ty brałeś, tak powiedział.

Podeszła do drzwi. Przez drugi pokój zajrzała do kuchni. Siedział tam i czekał, w czerwonych dłoniach ściskał czapkę. Wyglądał jak goryl — to pochylone do przodu cielsko i mała głowa.

Przerażona zamknęła drzwi. Miała wrażenie, że nawet do tego cichego pomieszczenia wdziera się nieustępliwe, uparte oczekiwanie tamtego. Cóż to za żądanie? Czy to nie samo życie tam siedzi? To namolne życie z odwiecznym ponagleniem w kieszeni, to, które nie zaznaje spokoju, które podchodzi aż do progu śmierci i od dorosłego żąda tego, co podarowano dziecku. Goryl za drzwiami nie dawał jej spokoju. Nie wiedziała, jak się go pozbyć.

Po godzinie wyszła.

— To trwa — powiedział wesoło. — Rozumiem, że ma dużo pracy. Siedzę tu i myślę o jednym zdarzeniu. Było to latem. Staliśmy na pomoście. Miał na sobie taki śliczny marynarski mundurek. Trzymał w dłoni długi kij, znaleziony na plaży. Kawałek od brzegu kołysało się kilka nenufarów. Widzę go, jak dziarsko stoi w kostiumie marynarskim i kijem próbuje upolować kwiaty. Za daleko się wychylił i wpadł do wody. Nie zastanawiałem się. Wskoczyłem za nim. Doprawdy, uratowałem mu wtedy życie, bo gdy tylko wpadł, złapał go skurcz. Twarz mu zbielała. Wyobraża sobie pani? Pocałowałem tę małą, bladą twarz.

Podniósł się flegmatycznie.

— Wyjdę na chwilę. O tej porze muszę zapalić fajkę. Pewnie niedługo wróci.

Wyszedł, a ona pobiegła do okna. Widziała go na dole. Przystanął przed bramą, nabił fajkę i zaczął człapać w tę i z powrotem. Nie mogła się go pozbyć. Będzie czekał w nieskończoność. W jego ostatnich słowach usłyszała nienawiść. Tak, nienawidził przyjaciela z dzieciństwa. To nie była już miłość. Przyszedł, bo go nienawidził, bo kiedyś tak bardzo go kochał.

Ktoś wszedł po schodach. To córeczka stróża; spytała, czy w czymś może pomóc. Gosposia poprosiła, by przez moment posiedziała w mieszkaniu, podczas gdy ona wyjdzie nadać telegram. Wymknęła się kuchennymi schodami, zlękniona, że przed bramą spotka czekającego mężczyznę. Gdy wróciła, z salonu usłyszała głosy. Drzwi były otwarte, a ona dojrzała trzech panów. Powiadomili, że przyszli na zebranie i tu zamierzają zaczekać.

— Nie mogłam im powiedzieć, że pan nie żyje — szepnęła wystraszona dziewczynka.

Gosposia przytaknęła. Sama dobrze wiedziała, jak trudno jest zderzyć żywych z dziwnymi słowami: „On nie żyje”. Z przedpokoju przysłuchiwała się ich rozmowie.

— Powinien dołączyć — powiedział jeden głos. — Subskrybuje akcje, to oczywiste. To solidny człowiek. Przedsiębiorstwo ma nadzieję, że mi się uda, ale musimy się upewnić co do jego nazwiska.

— Nie jestem taki pewien, czy to dobry interes — usłyszała inny głos. — Ale raz mu pomogłem... Zatem teraz wypadałoby, żeby to on zainwestował. Tak to działa!

— Dziś wieczorem mamy iść razem do Teatru Komediowego — odezwał się trzeci. — To świetny spektakl. Moglibyśmy się potem wszyscy spotkać na kolacji, by dalej rozmawiać o sprawie.

Weszła gosposia. Przystanęła na progu. Poznali ją i serdecznie przywitali. Spoglądała to na jednego, to na drugiego. Drzwi do pokoju zmarłego były zamknięte. Cieszyła się, uznała bowiem, że w przeciwnym razie usłyszałby, jak tu rozprawiają o tym, w jaki sposób wyciągnąć od niego pieniądze. Widząc ich radosne, żywe twarze, zwrócone w jej stronę, przypomniała sobie z żalem tę białą i nieruchomą — tam w środku. Miała wrażenie, że tego dnia przez wszystkie drzwi życie przepycha się do zmarłego.

— On nie żyje — powiedziała krótko, jedynie powtarzając słowa dźwięczące jej w środku.

Na tę wiadomość zapadła konsternacja. Zaczęli ją wypytywać. A ona musiała zeznawać. Lecz cały czas czytała w ich oczach jedynie: „Teraz pewnie nici z interesu”. W końcu zamknęła za nimi drzwi.

Gdy wróciła do kuchni, siedział tam znów przyjaciel z dzieciństwa. Czyżby coś podejrzewał? Zdawało jej się, że miał smutną, niespokojną minę.

— Być może niebawem będę musiał wyjść — powiedział z ociąganiem. — A myślałem... Najlepiej, jak powiem, o co chodzi.

Rozległ się dzwonek w przedpokoju. Gosposia poszła otworzyć. Uderzył ją zapach eleganckich perfum. Do środka weszła młoda kobieta. Była bardzo piękna, otulona w futro, pod rondem kapelusza promieniały roześmiane oczy.

— Nie byłam tu nigdy wcześniej — odezwała się lekko zażenowana. — Ale od dawna czekam na pana Lundholma. Obiecał, że przyjdzie. Nie byłam pewna, czy ośmielę się wejść na górę.

„To jego pani”, pomyślała gosposia. „Jakaż piękna”. Wezbrała w niej fala niechęci. Z żądzy zemsty, pobicia tamtej, powiedziała:

— Proszę za mną!

Elegancka dama ze zdziwieniem ruszyła za nią do pokoju zmarłego. Gdy go zobaczyła, krzyknęła i dłońmi zakryła oczy. W zmroku, który zaczął zapadać, bo dzień już się kończył, biała twarz błyszczała na poduszce.

— Och, jakie to straszne! — szepnęła dama. — Mój ukochany!

Nie była w stanie się ruszyć. Całe jej ciało dygotało. Druga kobieta przyglądała się jej bez współczucia. Myślała surowo: „Wydaje jej się, że go kochała. Ale kochała siebie. Miękko i ciepło, niczym to futro, otulała ją jego czułość. Tylko ja go kochałam, niczego nie chcąc w zamian. Dawałam, a on brał. Zawsze! Zawsze!”.

Piękna dama rozejrzała się po pokoju, jak gdyby chciała wszystko zapamiętać. Nie będąc w stanie podejść do zmarłego, wyszła chwiejnym krokiem i ze schyloną głową — zbyt wstrząśnięta, by o cokolwiek zapytać.

W kuchni nadal czekał tamten mężczyzna. Teraz wyglądało to, jakby faktycznie zamierzał wyjść. Jego wcześniej rumiana twarz zbladła, jakby poczuł się niespokojny albo urażony.

— Nareszcie! — powiedział, gdy zobaczył gosposię. — Proszę mnie posłuchać! — Przysiadł się bliżej jej krzesła przy oknie.

W tym niepewnym świetle jego postać jawiła się niekształtna, napuchnięta. Zdawało jej się, że wypełnia całe pomieszczenie niczym fantastyczne cienie unoszące się na ścianach, gdy wieczorem zapali się świecę.

— Wie pani, ja go kochałem, służyłem mu, wręcz uratowałem mu życie. Pewnego razu wróciłem na ferie z nagrodą. Piękna książka opakowana w błękitny papier. Byłem nią zachwycony. Nigdy wcześniej nie dostałem nagrody, jak również nigdy później miałem żadnej nie dostać. Rozumie więc pani, jak cenna była to książka. Mieliśmy wówczas trzynaście, czternaście lat. Jak mówię, to było dawno temu. Tak, tak. I proszę sobie wyobrazić, on podarł mi tę książkę. Nie przez przypadek, złośliwie.

Oczy mu błyszczały. Głos był pełen nienawiści.

— Poszedłem mu coś załatwić. Chodziło o drobną, uroczą rzecz z porcelany, przycisk do papieru, który naprawiono, a on mnie posłał, żebym go odebrał. Wróciłem, niosłem go w rękach, potknąłem się o próg, a przycisk rozsypał się na kawałki. On zbladł. Byliśmy w moim pokoju, książka leżała na wierzchu. I on nagle ją chwycił i przedarł na pół, jak gdyby ręce szarpnęły się z wściekłości i nie mogły się opanować. Potem żałował! Przeprosił mnie! A ja — ja powiedziałem, że to nic nie znaczy. Nic nie znaczy! Ha! Nigdy o tym nie zapomniałem. Podarł moją miłość. Pomyślałem, jak zmarnowałem uczucia, nie otrzymawszy niczego w zamian. Ale byłem przebiegły. Powiedziałem sobie w duchu: „Tylko poczekaj! Kiedyś mi się odpłacisz. Ten czas nadejdzie, gdy będę w potrzebie. Wtedy do ciebie pójdę. Podarłeś moją ukochaną książkę! Teraz zapłać! Daję ci swoją miłość. Oddaj ją z nawiązką!”.

Wyprostował się na krześle.

— I oto jestem. Przyszedłem po zapłatę.

Gosposia wybuchła śmiechem. Nie brzmiał naturalnie.

— Zapłatę! — wykrzyknęła. — Zapłatę za książkę, którą dostał pan jako dziecko. To idiotyczne. I czekał pan przez wszystkie lata, a teraz nie może się powstrzymać i opowiada to mnie, obcej osobie.

Potrząsnął głową na jej śmiech.

— Dlaczego nie miałbym pani opowiedzieć? Wszak jestem w jego domu. Może mu pani to przekazać, jeśli go dziś nie spotkam.

— Ale przecież to było dawno temu — odparła. — Sam pan mówi, że to było dawno temu.

— To „dawno temu” to tylko wyrażenie. Tak się tylko mówi. Tak naprawdę nic nie jest dawno temu. Wszystko jest teraz i tutaj.

Położył dłoń na swej wielkiej piersi.

— Tu w środku mieszka ten mały chłopiec, który raz dostał książkę w nagrodę. Gdyby spotkał teraz swego towarzysza zabaw, tamten zbladłby natychmiast z poczucia winy. Pamięta. Chłopiec, który podarł książkę, bije z wolna w jego sercu i mu przypomina. Nic nie popada w niepamięć. Warto to wiedzieć! Nawet najdrobniejszy czyn. A teraz żądam zapłaty. Nie spłacono długu.

— Nie wiem, dlaczego nie wspomniałam o tym wcześniej — odezwała się gosposia i wstała. — Pański towarzysz zabaw nie żyje. Przez cały dzień leżał tam w środku na łóżku.

Siłacz zaczął się trząść. Zęby mu zgrzytały. Jakby nie mógł znieść myśli o śmierci. Dygotał od stóp do głów, niczym owiany mroźnym wiatrem. Odwrócił się od niej i grzebał w zamku. Znów jej się zdało, że widzi goryla. Drzwi się otworzyły. Jego niezdarne kroki poniosły się echem po schodach. Spieszyło mu się. Życie nie znosi śmierci.

Weszła do pokoju, roztrzęsiona ze zmęczenia i wściekłości. Książka, książeczka, którą dziecko dostało w nagrodę! I on tego nie zapomniał. Przez wszystkie te lata rozmyślał, czekał na odpłatę. Usiadła przy biurku. „A ja pozwoliłam mu siedzieć w kuchni przez pół dnia”, myślała dalej. Bała się go, wyobrażała sobie nawet, że jest samym życiem. Wzdrygnęła się. Czyż nim nie był, w całej swej groteskowości? Takie jest życie, zawsze, zawsze żąda tego, co mu odebrano; woła o zapłatę, namolnie, niedorzecznie. Raz rozrywa się książkę dziecka. Na łożu śmierci jest się rozliczanym. Patrz! Książka zniszczona! Ty to zrobiłeś! To okrutny czyn! Jestem życiem, to znaczy żywym człowiekiem, w którym życie się rodzi i żyje. Chcę z powrotem moją książkę! Chcę cię ukarać za okrutny czyn! Wydaje nam się, że to, co raz zrobiliśmy, popada w zapomnienie, zostaje pogrzebane wraz z nami. O nie! To ty porwałeś książkę. To ty zabrałeś mi serce, trzymałeś je w rękach i odrzuciłeś.

Trzęsła się. Czy coś w pokoju się rusza? Nie. To tylko serce bije jej w piersi. Czego chcieli od zmarłego wszyscy ci żywi ludzie, cisnący się w jego salonie? Każdy miał jakieś żądanie. Jeden chciał pieniędzy. Tamta pocałunków i objęć! Kilku chciało podpisu dla pewności. Brać i dawać! Brać i dawać! Nic za nic. Jedynie ona, siedząca przy jego łożu, niczego nie żądała. Kochała go cicho i cierpliwie, niczego nie pragnąc w zamian. Niczego! Jej miłość była prawdziwa, nie chciwa — jak tamtych.

Jej dłoń zabłądziła na blat stołu. Odkryła, że przez cały czas trzyma czarny notes. Wysunął się spod bibuły. Od niechcenia nań popatrzyła. I otworzyła na jakiejś stronie. Kilka zdań zapisano pospiesznie pod datą. Drobna, blada kobieta natychmiast spłonęła rumieńcem, jakby zapalił się w niej płomień. Zamroczyło ją, lecz czytała: „Pewnego dnia być może ożenię się z moją gosposią. Czemu nie? Ma dobre serce”.

Odepchnęła od siebie notes, jakby ją parzył. Wypełniła ją nagła radość, na moment zapomniała, że mężczyzna nie żyje. „Być może kiedyś...”. Była tak bliska szczęścia. Jej miłość nie miała pójść na marne. Z wdzięcznością spłaciłby ją za wszystkie te lata. Znów sięgnęła po zeszyt. Ta data. To jego urodziny. Pamiętała. Podczas śniadania zobaczył przy swoim nakryciu bukiet różyczek. Pobiegł do niej i uścisnął jej dłonie. Nie miała śmiałości na niego spojrzeć. I wtedy — wtedy pomyślał...

Podniosła wzrok, a jej spojrzenie padło na twarz zmarłego. Zerwała się na równe nogi. Uderzyła ją myśl.

— Ja także, ja także! Chwilę temu chełpiłam się. Moja cicha miłość! Moja cierpliwa! Ale wiem, och, czy to nie ja miałam w końcu największe żądanie? Nie wzięłabym, jak ten głupiec w kuchni, pieniędzy. O nie! Wzięłabym serce. Przez te lata oddałam wszystko. Teraz żądałabym tego z powrotem. Zubożałby z tej miłości. Czy mógłby dać choćby jedną tysięczną tego, czego żądam? Wszystkie te ciche, cierpliwe lata jak mnóstwo wielkich i pustych naczyń, które bym mu podała. „Zobacz”, powiedziałabym mu, „napełnij je krwią z twego serca. Oddaj mi! Daj! Daj!”. Teraz mu dobrze. Śpi. Spoczywa nad nim noc. Sama pójdę dalej, poraniona.

Lecz wtedy nagle poczuła nieskończony spokój. Nie zdążyła bowiem przedstawić mu swoich żądań. Wciąż dawała za nic. Załzawionymi oczami ujrzała wielkie, puste naczynia tych lat wypełnione po brzegi czerwonymi różami, jak o zmroku roznoszą wspaniały zapach. To kwitła jej miłość — cicha i cierpliwa, ta nigdy za życia niespełniona.

Tajemnicza pani Öbeck

Pani Öbeck, zamieszkała na drugim piętrze w oficynie wielkiej kamienicy, była chudą, siwowłosą kobietą. Żyła tam od dwudziestu pięciu lat, w tym samym pokoju, na tej samej klatce schodowej. Większość lokatorów znała ją i pozdrawiała. W sklepie naprzeciwko była stałą klientką, podobnie w pasmanterii i w kiosku z gazetami. Rzadko udawała się gdzieś dalej.

Przez lata jej ulica bardzo się zmieniła. Zburzono kilka starych kamienic i postawiono nowe. Na parterze jednego budynku otwarto kwiaciarnię, w innym kawiarenkę. Jednak według pani Öbeck ulica tylko nieznacznie się zmieniła. Szara i wąska! W ciągu ostatnich dziesięciu, piętnastu lat przejeżdżał tędy niekończący się strumień dorożek i aut. Śmierdziało benzyną i dymem. Latem zieleniły się drzewa na niewielkim skwerze w pobliżu. Stał tam kościół. Wszystko zebrano w jednym ciasnym miejscu: kościół, sklepiki, ulicę. Maleńkie miasteczko w środku wielkiego miasta! Bukiecik ludzkich losów, niezliczoną ilość razy rozerwanych i na nowo wsadzonych w szare i żółte wazony kamienic.

Rankiem widywano panią Öbeck, jak przecina ulicę z dzbankiem na mleko w dłoni. Miała na sobie czarną suknię i szal na ramionach. W sklepie, gdzie dziewczęta z opaskami we włosach i w białych fartuszkach odmierzały mleko, było o tej porze dnia całkiem tłoczno. Panie z oficyny przywitały się uprzejmie z panią Öbeck, na co ona tylko skinęła. Miała bladą twarz, pozbawioną jakichś szczególnych rysów, oczy jakby zapadłe w oczodołach — nie dało się uchwycić jej spojrzenia. Już same oczy, szare, otoczone cieniami, świadczyły o pewnej tajemniczości i małomówności. Wrażenie to wzmagało się, gdy mówiła lub robiła jakiś gest. Na żadne pytanie nie odpowiadała wprost. Jeśli zapytano zwyczajnie, jak się ma, odzywała się z dziwacznym uśmieszkiem:

— Wszystko w porządku! Każdy dzień dźwiga swój ciężar.

Jak to? Czyżby w niewielkim mieszkaniu, gdzie była sama, działo się coś niedobrego?

Gdy ktoś narzekał na marne czasy, pani Öbeck kwitowała:

— Życie jest zaskakujące! Wszystko się zmienia. Być może czyni postępy.

Jej dłonie, białe i żylaste, wyglądały na bezbronne. Spodziewano się wręcz, że dzbanek z mlekiem wysunie się z nich i rozbije o podłogę. Miała w zwyczaju tajemniczo kręcić głową na wszystko, o czym rozmawiano w sklepie albo na schodach, jakby wiedziała o czymś, o czym za nic w świecie nie chce opowiadać. Zawsze mówiła cicho, szeptem, tak że człowiek mimowolnie nasłuchiwał, myśląc: „Teraz to powie!”. Jej tajemniczość stała się porzekadłem na podwórku, ba, w całej dzielnicy. Chcąc komuś dokuczyć, mówiło się:

— Jesteś tajemniczy jak pani Öbeck!

Oznaczało to, że dana osoba po prostu nie ma nic do ukrycia.

Pani Öbeck miała dwa schludne pokoiki i kuchnię, śliczną jak w domku dla lalek. Nad kanapą w przedsionku wisiały dwie powiększone fotografie; jedna przedstawiała zmarłego męża, który pracował jako urzędnik niższego szczebla w miejskim urzędzie, druga — pasierba. Mężczyzna był wdowcem, a pani Öbeck jego drugą żoną. Pasierb zmarł pół roku wcześniej w innym mieście.

W tych pokojach pani Öbeck pędziła swe samotne życie. Nie wiedziała, że uważa się ją za tajemniczą. W ogóle niczego nie trzymała w tajemnicy. Każdy jej dzień był taki sam jak inny. Niczym szare krople zatapiał się bez śladu w piachu czasu. Mimo to wciąż miała jakieś zajęcie. W milczeniu przemierzała pokoje, polerowała, porządkowała. Na błyszczących powierzchniach nie sposób było dojrzeć choćby pyłek kurzu. Jedzenie przygotowywała skromne, lecz smaczne, i nakrywała dla siebie w salonie. Wieczorami zasiadała w fotelu, dziergała jakiś nowy szal albo naprawiała płócienne obrusy. Lampa rzucała okrąg światła wokół fotela, świeciła prosto na chude, białe dłonie. W kącie tykał zegar. Godziny wybijał za pomocą głośnych uderzeń, jak gdyby jakiś ptaszek wystawiał z gniazd łebek i pokrzykiwał.

Czasem brała książkę. Na półce trzymała kilka starych powieści dla dziewcząt. Nadal ją bawiły. Były w nich niewinne przygody, radosne zwierzenia, ledwie otarte łzy, salwy śmiechu. Wzruszały ją, nawet się uśmiechała. To tylko baśnie, jakie się opowiada. Z pewnością nie są prawdziwe. Ona nigdy nie przeżyła przygody, z powodu której człowiek się rumieni. Wyszła za mąż za radą rodziców. Pasierb Rolf miał wówczas piętnaście lat, był dużym chłopcem, który nie potrzebował matczynej opieki. Lata mijały, skapywały, kap, kap. Marzenia, jakie mogła mieć jako dziewczynka, zdusiły się w tej z wolna sunącej codzienności. Nic w tym niezwykłego, że życie tak wygląda. Niektórzy chwytają się przygód i galopują z nimi ku mirażom w oddali. Inni, ci, którzy zostają, nie dostrzegają ich. Wrastają w kilka cichych pokoi, z okien widzą przechodzących po ulicy ludzi.

Pani Öbeck krążyła po pokojach w czarnej sukni, schludna i elegancka, jak gdyby oczekiwała gości. Nikt jednak nigdy do niej nie przychodził. Nie miała przyjaciół, a znajomych nie prosiła na wizyty. Więc o niej zapomnieli.

Oba pokoje wychodziły na podwórze. Otaczała je kamienica o wielu błyszczących szybach. Pani Öbeck mogła zajrzeć do innych mieszkań. Ludzie czymś się zajmowali. Gdy otworzyła okno, słyszała głuchy gwar. Wszyscy mieli taką nieprzejednaną żądzę mówienia. Zaglądała do ludzi z pewną ciekawością. Tam młoda kobieta z dzieckiem na rękach chodzi w tę i z powrotem. W mieszkaniu wyżej młoda para siedzi przy stole; od czasu do czasu zbliżali do siebie swe twarze i się całowali. Pani Öbeck zdało się, że wyglądają jak kwiaty w parkowej rabatce, lekko kołysane przez wiatr. W jednym oknie dziewczyna zmywa naczynia, rękawy bluzki podwinęła za łokcie. Podśpiewuje i nuci. W innym starszy mężczyzna nabija fajkę.

Pani Öbeck wszystkich znała. Spotykała ich na schodach albo w sklepikach. Jeśli miała jakąś tajemnicę, to być może to, że lękała się ludzi. Czasem na ulicy dopadało ją uczucie, że idzie pośród strasznych, kolosalnych stworzeń. Otwierały olbrzymie paszcze. Ściany drżały od ich śmiechu, a gdy spojrzała w dół, dostrzegała ich tupiące łapy. Ludzie byli jej tak obcy, że czuła, jak kurczy się przy nich do rozmiaru małego zwierzątka — szarej myszki, która ucieka, by jej nie rozdeptano. Dopiero po powrocie do swych pokoi czuła ulgę. Otaczały ją bezpieczne ściany, a meble spokojnie stały z wypolerowanymi, radosnymi twarzami.

Sposób, w jaki wymijająco odpowiadała na proste, przyjazne pytania, jej — zdaniem reszty — dziwaczny, tajemniczy uśmiech to jedynie naturalne następstwo tej fantazji na temat głośnych i tupiących olbrzymów. To lękliwość, nie tajemniczość. I kiedy wreszcie przydarzyło jej się coś, co faktycznie nadało jej tajemniczości, inni nie zauważali różnicy. Nadal z niej żartowali, jak wcześniej.

Pewnego dnia zadźwięczał dzwonek do drzwi pani Öbeck. Dźwięk przeszył całe mieszkanie, złowieszczo niczym alarm. Pani Öbeck aż podskoczyła w przedsionku. Tak rzadko ktoś dzwonił, a gdy otwierała drzwi, zazwyczaj był to jakiś żebrak. Ale nawet ci przestali dzwonić, ponieważ z rzadka cokolwiek dawała. Tym razem poszła otworzyć. Stały tam dwie kobiety. Jedna z nich — młoda i piękna, druga była drobną babinką o błyszczących oczach i długim nosie.

— Czy pani Öbeck? — odezwała się starowinka.

Gdy zaskoczona pani Öbeck przytaknęła, weszły do środka.

— Mam bardzo ważną wiadomość — ciągnęła tamta. — Możemy wejść?

Pani Öbeck nie mogła im tego odmówić, choć czuła się przerażona. Weszły więc do niewielkiego pomieszczenia, gdzie nad kanapą wisiały powiększone portrety męża i pasierba.

— Boże, dopomóż. Przecież to on! — odezwała się starsza skrzeczącym głosem.

Pani Öbeck odwróciła się, jak gdyby podejrzewała, że ktoś trzeci wszedł niespodziewanie, lecz oczy starowinki utkwione były w portrecie pasierba. Szturchnęła młodą w bok.

— Opowiadaj!

— Proszę usiąść! — wydukała pani Öbeck.

Wyciągnęła piękne, wypolerowane krzesła. Najchętniej posadziłaby je obie i uciekła. Ale młoda kobieta zaczęła właśnie długą opowieść. Nie była to powieść dla dziewcząt. Różowe obłoki przygód, które pani Öbeck dostrzegała, otwierając książki przy regale, szybko zmieniły się w burzowe chmurzyska, gdy dziewczyna jednostajnym głosem opowiadała swą historię.

Mieszkała w mieście, które pan Öbeck, pasierb pani Öbeck, często odwiedzał w interesach. Za każdym razem składał jej wizyty. Poznali się na balu. Zakochali się w sobie. Posyłał jej bukieciki, zabiegał o jej względy. Była biedną dziewczyną, nie przywykła do takiego traktowania. Od tego wszystkiego kręciło jej się w głowie.

Opowiadając, smutno patrzyła na panią Öbeck. Urodziwa dziewczyna. Oczy jej błyszczały. Nawet teraz, choć była smutna i widać chora, jej oczy miały głęboki blask, jakby płonął przed nimi ogień. Matka, tuż obok, zdawała się być prawdziwą starą wiedźmą. Jej bezzębne usta coś przeżuwały, a chciwe oczy obserwowały wszystko dokoła i oceniały. Pani Öbeck dowiedziała się, że jej pasierb uwiódł to młode dziewczę, a teraz ona oczekuje dziecka. Było to przerażające i takie proste. Rolf zmarł kilka miesięcy wcześniej, a dziecko miało przyjść na świat za jakiś czas. Biedna dziewczyna nie mogła zostać w rodzinnym mieście, gdzie każdy na nią patrzył z litością lub szyderczo. A teraz jej matka uznała, że pani Öbeck, o której pasierb tak dobrze mówił, z pewnością pomoże i da jej schronienie w tym trudnym czasie.

Jak mogły wierzyć w coś tak niedorzecznego? Przerażona pani Öbeck uniosła dłonie w obronnym geście. Nie miała udziału w tym nieszczęściu. To nawet nie jej rodzony syn. Nie miała dzieci, za które ponosiłaby odpowiedzialność.

Wyjrzała za okno. Za szybami naprzeciwko dostrzegła twarze i całe postaci. Sąsiedzi! Wtem ich obecność ją przytłoczyła. Byli tak blisko, jak wtedy, gdy wystraszona umykała przed nimi na ulicy. Nad głową słyszała ich ciężkie kroki. Słyszała, jak tupią pod nią i dookoła niej. Zawsze mieli mnóstwo pytań. Dlaczego mieli nie pytać teraz, gdyby znienacka wprowadziła się do niej młoda kobieta spodziewająca się dziecka.

Dziewczyna przysunęła się bliżej pani Öbeck, błagając o litość. Staruszka przeżuwała bezzębnymi, pomarszczonymi ustami. Wyciągnęła coś z kieszeni i położyła pani Öbeck na kolanach. Był to stosik listów owiniętych czerwoną wstążką. Zdezorientowana pani Öbeck pomacała go.

— To jego listy — odezwała się stara. — Jeśli nam pani nie wierzy, proszę je przeczytać. Jest tam jego nazwisko.

Ani przez moment pani Öbeck nie podejrzewała oszustwa. Dlaczego ktoś miałby kłamać w takiej sprawie. Rozpoznała charakter pisma na kopercie. Sama także dostała kilka listów zaadresowanych w ten sposób. Większość czasu pasierb spędzał w podróży. Prawie go nie znała, pomyślała rozgoryczona.

Kobiety nie ruszyły się z miejsca. Pani Öbeck rzuciła dziewczynie lękliwe spojrzenie. Teraz, gdy rozpięła płaszcz, pani Öbeck dostrzegła zniekształcony kontur jej ciała. Miała na sobie ubogie odzienie. Rękawy płaszcza były zniszczone, odpadła lamówka. Miała wychudzoną, bladą twarz. Może głodowała.

Nagle pani Öbeck poczuła, jak wychodzi z siebie. Wyraźnie widziała trzy kobiety siedzące w pokoju. Młoda, piękna dziewczyna między dwiema wiedźmami! Nie! Ależ pani Öbeck nie jest chyba wiedźmą? Owszem! Pani Öbeck musiała niechętnie przyznać, że także ona, choć nie tak posunięta w latach jak tamta stara, niewątpliwie ma w sobie coś z wiedźmy. Faktycznie wyglądała na okrutną. Trudno było jej zrozumieć, że ta młoda ma odwagę siedzieć tak blisko niej. Jej otoczone cieniami oczy błyszczały głęboko w oczodołach.

Wtem dojrzała, jak ona, stara wiedźma, wyciąga białą dłoń w kierunku dziewczyny. Żeby ją uderzyć? Nie, biała dłoń zatrzymała się na moment z wahaniem, zlękniona, po czym opadła czule na dłoń tamtej, ułożoną na podołku. Węgielki jej oczu zgasły. Dłoń spoczywała, zmęczona i bezpieczna po ukończeniu trudnej drogi ku drugiej dłoni, tej o skórze miękkiej i pozbawionej zmarszczek.

Co się wydarzyło? Pani Öbeck wróciła do siebie, tej siedzącej z dłonią młodej kobiety w swojej. Czyżby nie mogła znieść widoku siebie podobnej do wiedźmy? Nie wiedziała i nie potrafiła tego wyjaśnić. Być może poczuła zapach młodości. Być może samo życie potoczyło się ku niej jak fala, gdy pierś dziewczyny uniosła się i opadła w ciężkim westchnieniu.

Staruszka wstała z zadowoloną miną.

— Pójdę więc. Widzę, że córka jest w dobrych rękach.

Pani Öbeck była bezgranicznie zaskoczona, zostając sam na sam z dziewczyną. Poszła do sypialni. Musiała ochłonąć, zrozumieć, że to prawda, teraz ta młoda kobieta jest całkowicie zależna od niej. Pani Öbeck nie była już sama. Wtem zorientowała się, że nadal trzyma w dłoni paczuszkę z listami. Przerażona popatrzyła na nią. Wiele nie myśląc, włożyła ją do szuflady.

Co dzień widziano panią Öbeck w czarnej sukni i szalu przechodzącą przez ulicę. W sklepiku sąsiedzi ją wypytywali: „Co to za młoda kobieta u pani mieszka?”. Pani Öbeck na nikim nie zatrzymywała wzroku. Przed oczami wirowały jej cienie, kryjąc spojrzenie przed ciekawskimi. „Ta młoda kobieta to krewna”, odpowiadała, „młoda pani, która niedawno straciła męża”. Mówiła o niej „pani”, by powstrzymać kolejne, drażliwe pytania. Gdy pytano panią Öbeck, jak się ma, odpowiadała w zwyczajny, tajemniczy sposób:

— Wszystko w porządku! Każdy dzień dźwiga swój ciężar.

Słowa, dawniej niemające dla niej żadnego znaczenia — wypowiadała je tylko po to, by coś powiedzieć — nabrały teraz podstaw, opierały się na wielkiej tajemnicy, której za nic w świecie nie chciała wyjawić. Ludzie nie zauważyli różnicy. Uśmiechali się do drobnej, tajemniczej kobiety przechodzącej pospiesznie przez ulicę z dzbankiem mleka w dłoni.

Dni pani Öbeck zmieniły się. Już nigdy nie była sama. Czyjeś stopy chodziły po pokojach. Nie przypominały człapania olbrzymów. Ciche i delikatne krążyły wokół niej. Gdy wieczorem siedziała w pokoju, zdawało jej się czasem, że kroki chcą jej o czymś opowiedzieć. Bezwiednie nasłuchiwała. Pani Öbeck budziła się czasem w nocy. Z pokoju obok słyszała wówczas oddech młodej kobiety. Zakradała się tam ze świecą w dłoni, osłaniając płomień, by tamtej nie zbudzić, i z ciekawością przyglądała się jej twarzy. Zdawało jej się, że stoi przed czymś obcym i niewyjaśnionym. W jej własnych oczach pojawiała się męka. Tak, męczyła się. Ta młoda, śpiąca tak bezpiecznie, jak gdyby leżała w ramionach ukochanego, posiadała coś, czego pani Öbeck nie miała. Szeptem pani Öbeck nazywała to „darem życia”. Dziewczyna wyciągała ręce, i proszę, jedną trzymała się przeszłości, drugą chwytała przyszłość. W ten sposób czuła się bezpiecznie. W ten sposób życie miało swój kontekst.

Pani Öbeck wymachiwała pustymi rękami. Znajdowała się na zewnątrz. Marzła w tej pustce. Pomieszczenia, które dawniej zdawały jej się piękne, teraz uważała za martwe. Wypolerowane powierzchnie mebli brała za przyjazne twarze, opadała na oparcie fotela, sądząc, że to miękkie ramiona. Myśli te mierzyły jej żałosną samotność. Była tak samotna, że w meblach widziała przyjaciół. Nie zauważyła, że to martwe przedmioty, póki młoda istota, pęczniejąca od nowego życia, nie oparła się o nie.

Pewnej nocy, gdy wróciła do pokoju z płonącą świeczką w dłoni, pani Öbeck wyciągnęła paczuszkę listów. Ostrożnie rozwiązała czerwoną wstążkę. Przekazano jej listy. Dlaczego więc nie miałaby ich przeczytać? Zanurzyła się w kartki. Niebawem rumieniec spłynął na jej szarą twarz, barwiąc policzki. Od czasu do czasu odkładała listy. Czy coś się poruszyło? Nie! Z drugiego pokoju dochodził tylko oddech dziewczyny. Przepełniał przestrzeń łagodnym szmerem, świadcząc o spokojnych uderzeniach młodego, zdrowego serca. Listy napisano w różnych miejscach w kraju, dokąd pasierb pani Öbeck podróżował w interesach. Czasem były krótkie, spisane na arkuszu z nazwą hotelu na górze. Kiedy indziej nie przesypiał nocy i tak list składał się z wielu kartek.

To ten znajomy charakter pisma przyprawił panią Öbeck o zawroty głowy. W nocnej ciszy zdało jej się, że listy pisane są do niej. Do niej! Tej, która nigdy nie kochała! Tej, która pędziła posłuszne życie u boku męża, darzyła go szacunkiem, lecz nie miłością... Opadły z niej lata. Była młoda. Kochana. Miała wyjść za mąż, gdy tylko narzeczony dostanie stałą posadę w jakimś pięknym miasteczku. Czy komukolwiek udało się sięgnąć dna własnego serca?

Tej nocy pani Öbeck odkryła w piersi trzepoczący płomień. Zapomniała o szarych dniach, zapomniała o wiecznie powtarzających się, nieznośnych zajęciach. Gorący wiatr musnął jej policzek. Narodziło się w niej nowe życie. Taka jest siła miłości: odmienia, przekształca. Po raz pierwszy w życiu usłyszała, że ktoś ją woła, używając imienia miłości. Po raz pierwszy schwytała ją radosna tęsknota, by pomagać i wspierać. Teraz jej dni miały wypełnić się tysiącem zajęć, lecz jakże różnych od tych, których nie chciała pamiętać. Słońce, promienne i rozgrzewające, rozlewało blask całymi dniami. Powietrze było przyjemne, łatwo się oddychało. Ludzie — te olbrzymy — zmniejszyli się, stali się zwyczajni, ba, nawet ładni. Swoje dawne życie pamiętała jak odległy sen. Gardziła nim.

Z podbródkiem wspartym na dłoni i wzrokiem utkwionym w oddali — marzyła. Jej życzenia stawały się coraz śmielsze. Trzymała w dłoni maleńkie dziecko. Przyciskała je do serca. Chłodny policzek przytulił się do jej płonącego oblicza. Ciche gaworzenie dotarło do jej uszu.

Gorące łzy kapały jej z oczu, zamazując spojrzenie.

I znów była noc. Światło zgasło. Dotknęła kartek. Nagle się oddaliły, jak również rozżarzone słowa o miłości. Nie! Zmarznięta owinęła się szlafrokiem. Wstała i zaczęła cicho chodzić po pokoju. Opierała się o krzesła, ale nie czuła bólu. Potrząsnęła pięściami zaciśniętymi ze złości. Ale złość uderzała tylko w nią. Przez moment, niezwykle szczęśliwa, zobaczyła życie, którym mogła żyć. Jakże wolałaby znaleźć się na miejsku tej ubogiej dziewczyny, gdyby posiadła to, czym obdarowano tamtą! Jakże bardzo chciałaby być samotną, wyśmiewaną, biedną, szukającą schronienia u starej wiedźmy, gdyby tylko posiadła tę miłość. Żyła, jakby wciąż spała. Jej oczy wypełniał kurz.

Lecz teraz się obudziła. Czy jest za późno? Mogła mieć wiele lat przed sobą? Wtem przystanęła. Zza tykania zegara usłyszała spokojny oddech młodej kobiety. Urodzi się życie. Znów poczuła dotyk dziecięcej rączki, policzek przy swym policzku. Dziecko! Zapłonęła w niej radość. Weźmie je do siebie. Będzie dorastało w pokojach, które były świadkami jej bezdusznego snu.

Pokocha je, będzie się cieszyć na jego myśli, na życie, na to, że stanie się prawdziwym człowiekiem. Opuścił ją cały ciężar. Maleńki ognik w jej sercu, który prawie już zgasł, zapłonął na nowo.

Nastąpił czas, w którym ogień płonął coraz jaśniej. Zniknęły cienie wokół oczy pani Öbeck. Spojrzenie promieniało. Natychmiast po tej nocy powiedziała młodej kobiecie, że chętnie weźmie dziecko do siebie. Pani Öbeck bała się, że tamta się nie zgodzi. Ale nie. Być może sama też o tym myślała. Była biedna, w domu miała wiele rodzeństwa, nie mogła zatrzymać dziecka.

Pewnego dnia na świat przyszło maleństwo, chłopczyk. Kobieta, która przyszła pomóc, przez przypadek miała krewną w mieście, skąd pochodziła młoda matka. Dlatego znała całą historię. Opowiedziała ją znajomej z kamienicy pani Öbeck. Ludzie się zdziwili. Temat starczył im na wiele dni rozmów. Gdy pani Öbeck przyszła do sklepiku, kobiety gapiły się na nią, jakby zobaczyły kogoś nowego. Niektóre ją podziwiały, że wzięła do siebie tę biedną dziewczynę. Inne surowo karciły. Co do jednego były zgodne: tajemnicza pani Öbeck, z której tajemniczości wszyscy się tak śmiali, faktycznie miała tajemnicę, którą musiała chronić. Nie wiedziano, czego teraz można się po niej spodziewać.

Pewnego przedpołudnia po schodach zeszła dziwaczna procesja. Mijający ją ludzie przystawali zdumieni. Drzwi uchylały się, wyglądały ciekawskie twarze. Najpierw szła pani Öbeck. W ramionach trzymała zawiniątko z tiulu i różowych kokardek. Kurczowo przyciskała je do piersi, jakby się bała upuścić. Miała na sobie starą, czarną suknię, znaną w okolicy od wielu lat, ale na czubku głowy, na siwych włosach, tkwił nowy kapelusz. Z przodu miał kiść czerwonych wiśni, które dygały i drżały z każdym krokiem pani Öbeck. Napotkani ludzie zaczynali się uśmiechać — najpierw na widok kapelusza, a potem dlatego, że twarz pani Öbeck cała promieniała. Radośnie się uśmiechała i kłaniała. Wiśnie dygały. Za nią szła młoda kobieta, szybkim krokiem i z uniesioną głową. A z tyłu stara wiedźma, mieląca w ustach zaklęcia nad dzieckiem.

Towarzystwo wsiadło do taksówki i odjechało do kościoła, by ochrzcić dziecko.

— I pani Öbeck pojechała — mówili sąsiedzi, kiwając do siebie głowami. — A na kolanach trzyma swą wielką tajemnicę.

I w istocie tak było.

Bal u wojewody

U wojewody odbywał się bal. I to w przeddzień święta Trzech Króli. Przyjęcie na początku roku zawsze świeciło niczym gwiazda dla części rodzin, zamieszkałych w tym niewielkim mieście. Z okazji Bożego Narodzenia dziewczęta życzyły sobie nowe suknie, by móc je włożyć na ów bal, zawsze tak samo wytęskniony, a starsze panie zawczasu umawiały się z jedyną tutejszą fryzjerką, by na przyjęciu wystąpić ufryzowane i wyfiokowane, z rajerami2 i pióropuszami w wymyślnie ułożonych włosach.

Przyjęcie trwało już od paru godzin. Na niewielką grupkę ludzi stojących na zewnątrz padał blask świec i odbijał się w ich zaciekawionych oczach, słychać ich było zza zamkniętych, podwójnych okien — gwar niczym w ulu. Od czasu do czasu rozbrzmiewały także dźwięki fortepianu. Wówczas młodzi w ogrodzie chwytali się nawzajem wpół, skakali i kołysali głowami, jak upojeni tańcem. A wszystko, by naśladować to, co, jak sądzili, odbywa się na górze.

Mała dziewczynka stała bez ruchu i z iskrami w oczach spoglądała na rozświetlony dom. Wiedziała, że dziś wieczorem podadzą lody. Powiedziała jej o tym kucharka, która mieszkała za ścianą. Dziewczynka nigdy nie jadła lodów zimą, tylko latem, gdy w parku sprzedawano cieknącą maź. Za mała była, by myśleć o kawalerach i sukniach, jak starsze dziewczęta tuż obok. Ale myślała o lodach, aż w brzuchu poczuła lodową grudkę, a łzy utęsknienia napłynęły jej do oczu.

W tym momencie w salach na górze odświętnie ubrany służący roznosił lody. Podczas przerwy w tańcu przyjemnie było skosztować kilka łyżeczek pięknych, czerwonych i białych, lodów z pucharka.

W dużej sali starsze panie prowadziły spokojne rozmowy. W mieniących się jedwabiach przypominały stado gołębi. Wypinały miękki puch piersi. Kręciły głowami na prawo i lewo, od czasu do czasu wybuchając chichotem. Sama wojewodzina, w centrum tego kręgu, była wielką, szarą gołębicą w srebrnym brokacie i z wysoko upiętą fryzurą. Słyszała gwar dokoła i czuła zadowolenie. Przyjęcie wyglądało jak każdy bal z okazji święta Trzech Króli — bardzo udane.

Panowie rozsiedli się wokół stolików w gabinecie wojewody. Pykali grube cygara. Salwy śmiechu wybuchały w stronę sufitu. Rozgrzane palce chwytały szklanki z ponczem. Pokój nie przypominał pola walki — twarze wyłaniające się zza gęstego dymu były zbyt gorące i czerwone — lecz koszary podczas uroczystości, kiedy odpala się armaty ku czci bohaterskiego króla, a wielkie słowa na temat ojczyzny i ludu wciąż trzepoczą w powietrzu jak wirujące pióra. Działo się to za czasów dawnego króla3, jakiś rok po rozwodzie z Norwegią, kiedy patriotyczne uczucia szlachetnych ludzi wciąż łatwo wybuchały. Wszyscy ci panowie mieli dobre posady, wysokie pensje, wytwornie udekorowane klapy fraków; to mężczyźni w służbie króla i ojczyzny, a każdy z każdym był „na ty” i bratem, pojednani we wspólnym celu i słodko pachnącym ponczu.

W sąsiednich pomieszczeniach i w sali dostrzec można było pary młodych mężczyzn i dam. Tam nie czuło się zapachu cygar ani mocnego ponczu, nie było także nieco dusznych perfum z ciężkich brokatowych sukien i ozdobionych falbaną halek. Unosił się tu zapach kwiatów, jak wtedy, gdy otwiera się okna na letnią łąkę w rozkwicie. Młode twarze! Młode głosy! Melodyjny śmiech! We wszystkich tych oczach, we wszystkich spojrzeniach, które się spotykały, umykały sobie i znów na siebie wpadały, tkwiło jedno figlarne pytanie: „Czy mnie kochasz?”.

Przy oknie w jednym pokoju stała dama, a obok trzech zalotników. Nie była to młoda dziewczyna, tylko wdowa, lat trzydzieści i kilka. Stojąc w kręgu kawalerów, widziała swe odbicie w wielkim lustrze naprzeciwko, uśmiechała się lekko do trzech pochylonych pleców i karków, wyraźnie odznaczających się w zwierciadle. Miała drobną sylwetkę, szczupłe ramiona, a z twarzy jej biła osobliwa, przezroczysta bladość, przez co oczy wydawały się wyjątkowo czarne, duże i stęsknione. Nie była młoda, ale i nie na tyle stara, by siedzieć z paniami w salonie; w sali balowej miała nieraz większe powodzenie niż najmłodsze dziewczęta.

— Odsuńcie się trochę! — rzekła zirytowana do panów. — Przez was ledwo co widzę.

Gdy się rozstąpili, rozweseleni jej tonem, z zapałem rozejrzała się po pomieszczeniu, jakby kogoś szukała. „To Jenny”, pomyślała, widząc młodą dziewczynę, która siedziała na kanapie z jakimś panem. Jeden z kawalerów, porucznik z pełnym nadziei spojrzeniem w okrągłych, niebieskich oczach, zareagował natychmiast:

— Za czym się rozglądasz, Mary?

Wówczas drobna wdowa lekko wzruszyła ramionami; nie odpowiedziała. Nie mogła wyjaśnić: „Patrzę na siebie”. A to właśnie robiła. To nie za odbiciem w lustrze wodziły jej oczy — znała je na pamięć — lecz za młodziutką Jenny.

Jenny była krewniaczką Mary, nie tak dawno rozpoczęła życie towarzyskie. Dziś wieczór Mary po raz pierwszy ujrzała ją na tak dużym przyjęciu. Wpierw zobaczyła ją w tańcu. W męskich ramionach spostrzegła bladą twarzyczkę, czarne oczy, łagodne, dziecinne usteczka. Na ten widok serce Mary zerwało się jak dzikie.

Zapomniała, że Jenny miała przyjść na bal. Ta młoda dziewczyna, która tak lekko ruszała się w tańcu, jej czarne, rozmarzone oczy i usta, co to tajemniczo uśmiechały się jakby do wielkiego szczęścia — to przecież ona, Mary, właśnie skończyła siedemnaście lat. Po kilku minutach zrozumiała, że to Jenny; zawsze uważała, że dziewczyna jest do niej podobna, lecz teraz podobieństwo ją uderzyło. Gdy tylko uniosła wzrok, widziała tę młodą twarz, usta czekające na swój pierwszy pocałunek, miękki policzek, który nie potrzebował pudru, by być przezroczystym i gładkim. Widok ten zbił Mary z tropu, zapragnęła ściągnąć z siebie kolejne lata, jak uwalnia się z kłopotliwych, obcisłych ubrań, gdy idzie spać. A gdy już się pozbędzie niewygodnych sukni, lat, tych potwornych, stanie tam siedemnastoletnia, tajemnicza dla siebie i innych, oczy będą błyszczeć od zbliżającego się szczęścia jak od zbyt silnego słońca. Zupełnie jak Jenny w ten wieczór! Zupełnie jak ona! Wtedy Mary zachwiała się w tańcu i ścisnęła ramię kawalera.

Przyszła na przyjęcie z mocnym postanowieniem kokietowania pewnego pana, który teraz grał w karty z wojewodą. Był jeszcze młodym mężczyzną, ale nie lubił tańczyć. Miał wysoką posadę i mnóstwo pieniędzy. Mary wiedziała, że on chce ją za żonę. Nie kochała go, lecz kusiło ją spokojne, beztroskie życie u jego boku. Zostałaby jego żoną. To byłoby idealne! Dziś wieczorem na balu wojewody był jeszcze inny mężczyzna. On także ją kochał. Nie miał jednak żadnego z przywilejów tamtego. W przeciwnym razie — mogłaby go pokochać. Lecz należy się ustatkować.

W ten sposób biegły jej myśli, zanim dojrzała tamtą twarzyczkę. Teraz przestała myśleć klarownie. Stojąc przy oknie, nie słyszała rozmów towarzyszy. Patrzyła na Jenny. Siedział przy niej na kanapie młodzieniec, wręcz chłopiec, może student. Mary wiedziała, że jest on ideałem Jenny, że to przez niego tak błyszczą jej oczy.

W drzwiach widać było innego mężczyznę, który rozmawiał z matką Jenny, jedną z salonowych gołębic. Podobnie jak Mary, rzucali spojrzenia w kierunku Jenny. I oto rozegrała się scenka, przez którą Mary aż się wzdrygnęła. Poczuła, że ma ochotę przetrzeć oczy, by być pewną, że nie śni, że to faktycznie nie ona siedzi tam ze studentem. Szara gołębica, matka Jenny, nieustannie gruchając, lekkim krokiem przemierzyła dywan w stronę córki. Za nią szedł dżentelmen; z białą piersią i w czarnym fraku ze zwisającym ogonem też mógłby być ptakiem, sokołem o zakrzywionym dziobie i śmiałym spojrzeniu. Zasadzili się na młodą, niewinną, ach, jakże radosną parę na kanapie. Student wstał zmieszany, wił się przed rozgruchaną gołębicą; w końcu zniknął, rzuciwszy swej pięknej damie ostatnie tęskne spojrzenie. I teraz Jenny siedziała z nowym kawalerem, podczas gdy jej matka, zadowolona z dokonanego dzieła, posuwistym krokiem wróciła do salonu.

Mary przygryzała wargę, próbowała odpowiedzieć na uparte pytania swych panów, dlaczego jest taka rozkojarzona. „Dokładnie tak to się odbyło”, myślała zrozpaczona. W wieczór jak ten, na przyjęciu! Czy nie był to wręcz bal u wojewody? Ona i młody student, zawstydzeni, kochali się bez słów, szczęśliwi, że mogą być blisko... I natrętna matka, która złowiła bogatą partię i z upatrzonym zięciem przysiadła się do młodych.

Podczas gdy Mary uśmiechała się i rozmawiała z kawalerami, jej myśli nie przestawały krążyć. Siedemnaście lat — a ona dała mężczyźnie swe „tak”. A potem? Lata przemaszerowały obok, parodiując odświętną procesję. Zdawało jej się, że widzi, jak suną po tej rozświetlonej sali, robiąc miny i przesadnie uprzejmie się kłaniając, jak klauni.

— Musisz się nami zadowolić! — chichotały lata. — Musisz się zadowolić!

Dreszcz przeszedł jej po nagich ramionach. Cudną, kwietną łąkę życia zdeptały koślawe stopy minionych lat. Prysły jej nadzieje i marzenia. A najstraszniejsze było, że nigdy do końca nie pojęła, co straciła — aż do tego wieczora, gdy spotkała siebie twarzą w twarz. Taka kiedyś była! Młoda, piękna i niewinna! Odwróciła wzrok. Spojrzała po kawalerach. W ich oczach dostrzegła tę, którą jest teraz: wyrachowaną kokietkę, bez uczuć, dowcipną damę, z której żartów i psot wszyscy się śmiali. Nic innego! Pokłońcie się, lata! Dokonałyście swego. Róbcie te swoje udawane miny, rońcie krokodyle łzy! Doskonale! Bawiłyście się roztrzęsionym ze szczęścia siedemnastoletnim sercem, aż przestało cokolwiek czuć.

Fortepian i skrzypce w salonie rozbrzmiały bostonem4. Para za parą opuszczały pokój. Sokół zaoferował Jenny swe ramię, a ona wraz z nim odpłynęła. Także Mary chwyciła czyjeś ramię i zniknęła w salonie.

W drzwiach stało kilku wolnych panów, patrzyli na taniec. Był wśród nich mężczyzna bez przywilejów, które posiadał bogaty zalotnik Mary. Widać było po nim, że sam rozumie, iż nie ma tu pierwszeństwa. Był niewysoki, a oczy miał rozmarzone, nieco krótkowzroczne. Zmrużył je i podążał za tańcem Mary. Suknia trzepotała wokół niej, kibić obwiązana zielonym jedwabiem, białe ramiona unosiły się nad obłokiem tiulu, a dumną główkę przechyliła w bok. Zachwycająca kobieta! Lecz arogancka i nieobliczalna! Ileż to razy zraniła go i odepchnęła. A jednak! Kochał ją. Inaczej nie potrafił.

Jakaś młoda panienka tańczyła obok niego. Zobaczył bladą twarz, czarne, błyszczące oczy. Wzdrygnął się. Kto to taki? Czy nie Mary? Kiedy teraz wodził za nią wzrokiem, dostrzegł podobieństwo do ukochanej, lecz widział też, że nie, to nie może być ona. Tej niewinnej radości brakowało w twarzy wdowy, tych nietkniętych ust i spojrzenia, które czeka na szczęście. Nie, to nie była Mary. Lecz, ach, gdyby to była ona! Wówczas ośmieliłby się wypowiedzieć to, co parzyło go w środku. Uniósłby dłonie, otulił nimi jej kark.

Ktoś wyszedł z pokoju panów i stanął w drzwiach z cygarem w ustach. Był to ów człowiek o wielu wspaniałych przywilejach. Nie zauważył odbicia wdowy w tej młodej dziewczynie. Widział tylko Mary, dumną Mary, która z pewnością mu ulegnie. Rozkoszował się swym cygarem, po czym wrócił do karcianego stolika. Był pewien co do Mary. Dzisiejszego wieczora, pod kolacji, da mu swoje „tak”.

W pomieszczeniu było coraz goręcej. Ozdoby i pióropusze starych dam kołysały się w rytm muzyki. W męskim pokoju karty rzucano na stół. Wojewoda, sprężystym krokiem i z wysoko uniesioną piękną głową, wyszedł do pań. Rozmowy się ożywiły. Rozbrzmiewał śmiech. Wojewoda był rozrywkowym dżentelmenem. I on poszedł popatrzeć na taniec. Widać było, że cieszą go muzyka i piękne damy. Przytupywał stopą w rytm. Radośnie uszczypnął młodziutką dziewczynę w czerwony policzek. Przechadzał się po salach. W niewielkim przedsionku, gdzie krążyli niedawno młodzi, siedział student z głową opartą na dłoniach, na kanapie, na której wcześniej siedział wraz z Jenny. Wojewoda poklepał go po ramieniu.

— Głowa do góry! — powiedział.

Młodzieniec spłonął rumieńcem. Wojewoda krążył wśród gości, podsycając pogodną, ożywioną atmosferę. Król w swym małym królestwie! Uznał, że wszystko jest, jak należy. Odświętnie i jasno! Piękne twarze, eleganckie stroje, kwiaty we włosach i u ramion! Prawdziwe przyjęcie!

Zza drzwi do salonu stara służąca zerkała niespokojnie. Zaraz nakryją do kolacji. Oby tylko młodzi zechcieli przestać tańczyć!

Ponownie zebrano się w różnych pomieszczeniach, w oczekiwaniu na posiłek. Mary rozglądała się dokoła. Tam jest Jenny, niedaleko, a przy Jenny sokół o śmiałym, ostrym spojrzeniu.

„Uważaj, kochanie!”, chciała wykrzyknąć Mary. „Lada moment wbije w ciebie szpony, a wtedy twoje krzyki nic nie pomogą. Jesteś uwięziona. I pamiętaj, piękne suknie i kosztowne podarunki cię nie pocieszą. Sama dobrze to wiem”.

Mary wzdrygnęła się. Czy wiedziała? Czyż sama tego wieczoru nie podąża za pięknymi sukniami i kosztownymi podarunkami? Czyż po raz kolejny nie uwiodło jej bogactwo? Czyżby zapomniała o dawnych doświadczeniach? Zakłopotana przetarła czoło. Już widziała się schwytaną, jak pędzi prosto w sidła. Czy nie może się powstrzymać? Nikt jej nie pomoże?

Przysunęła się do Jenny. Gdyby tylko mogła uratować tę młodziutką dziewczynę od zagrażającego jej losu, który jej przypadł w udziale, uznałaby, że to nieistotne, jak ona sobie poradzi. Była już stara. Nie potrafiła wyjść z formy, jaką życie i zwyczaje dla niej odlały. Z otwartymi oczami szła ku własnej zgubie. Ale Jenny, ta młodziutka, musi być szczęśliwa. Mary szturmem ruszyła do walki jakby o siebie: o własną cnotę, o swoje szczęście, na razie ledwie wyczuwalne, o różowe obłoczki rozrzucone po jej niebie. Chwyciła rękę Jenny.

— Spójrz — powiedziała piskliwie, siląc się na uśmiech. — Stoi tam pewien młodzieniec i tęskni za tobą.

Jenny podniosła wzrok, zdumiona głosem sąsiadki, po czym popatrzyła przed siebie. Tak, stał tam student, wpatrzony w nią płonącymi oczami. Przez moment nie mogła się zdecydować. Lecz nagle zaczęła powoli, jakby powstrzymywana przez obcą siłę, iść przez parkiet w kierunku studenta po drugiej stronie. Zaledwie po kilku krokach jej chód stał się pewniejszy, a sylwetka wyprostowana. Odrzuciła w tył ciemne włosy. Oczy jej rozbłysły. Na blade policzki wystąpił łagodny rumieniec; usta rozchylone w tajemniczym uśmiechu. Tylko sokół, Mary i stęskniony student na nią patrzyli. Teraz była bezpieczna, po drugiej stronie.

Mary rzuciła sokołowi spojrzenie i uśmiech. Skinął z ironią. Ale wyglądał też na rozzłoszczonego, dlatego odszedł.