Nikon i Leica

ona

wiatr nam urywa ogniki, uschłe

papierosy: nasze czarne czułki

palczaste. sztywne przedszkolanki

ciaśniej wiążą szaliki dziewczynkom

(plując tiktakami, detonują miętę).

nasze pueblo wygląda jak tarta:

w metrze kebabu od metra,

śródmieście śpi w siwej ściółce,

a parki i barki pracują na czas.

wszystko żyje po to, żeby być na zdjęciach,

mam rybkę w koniaku, mam mak.

i on

Latem jeździli dziewczynkom

po bransoletki, majstrowali

przy motorynkach. A w styczniu

był wieczór w przydrożnej cukierni

i noce pod niebem z kieszonkowym

indeksem nieba. Gorzej, kiedy na szosie

paliła wagony tytoniu z debilem

Jose, a on ćmił w barze najkrwawszą

Mariannę. Aż wrosła w niego jak w grudzień

bagienne sikorki w kapturkach.

Zrzuca to z siebie, jakby się otrząsał.

Stłuczony obiektyw, zeschnięta figa

przy zlewie — corpus delicti

jej improwizacji. Ładnie się zestarzał

i nadal ma gdzieś szczotkę do włosów,

która pękła, gdy wracali z gór

lamborghini pełnym rudych maków.

salto

W niedzielę znużona niedzielą,

zaprzątnięta myślą, żeby się stąd wyrwać,

uchylić cylinder smogu, by widzieć powszechne

czyste miętowe niebo wygięte jak pryzma.

Soczyste rabatki, wyczesane słońce.

Pójść za wrzawą wróbli z kluczami do aut

w płóciennych kieszeniach, z ogniem, zżyć się

z myślą, słyszeć przez poduszkę,

co w trawie piszczy i że się żyje —

nieustępliwie. Naprawdę. Grzać

w okamgnieniu, zanim pieśń

wyzionie ducha, nim piosence

ktoś przetrąci kark.

Historia prawdziwa

Od psa pochodzę a pióra

dał bażant. Chłopcy lubią z mąki

moją duszę płytką jak wydma.

W środku mam pełno pajęczyn.

Lalki bez ust są znów chudsze,

daję im zupę z ziemi i mrówki

z cukrem. Moja małpka Rita

wyniosła się z jajka skulona

jak żółtko, jak smocza wróżka.

Teraz panowie wyciągają ze mnie pieśni

przez usta. Patrzę wtedy na rzekę,

płynie w niej zsiadłe srebro i księżyc

nadstawia złamany obojczyk

pod nurt. Ziemia znów dymi jak azot.

Rano mam ślad na skórze.

nordic

biała noc: przez nią

świecę. Rośnie błyskawicznie

śmiech srebrny jak szpilka.

Wpadam w popłoch w śniegu.

Przystaw mnie do światła

i skalecz mi język. Dwie godziny

mrozu i krwawnik w lusterkach.

Tiule i ekrany styczeń w mieście wiesza.

Ruda żelaza brudzi płaszcz burberry.

Krwawnik ścięty w kałużach

jest jak pełna łąka. Kup płytę

ultrasonic to też będziesz w niebie.

Strudel dla stołu. Zapraszam do siebie.

Śmiech braci mlecznych i błękitna ślina

zrobią z nami wszystko. Połykaj. Zaczynaj.

spontan pop

Z diagnozą „wyczerpanie & wyniszczenie”

trafiłam na oddział wiosny. Kazali mi spać

to spałam. Film mi się urwał nad rzeką.

W filmie wszystko jest szare, jak w marcu.

Kochamy się na stojąco (bohater w sytuacji,

której nie rozumie). Wyszłam ze snu z przestrogą:

nie wsiadaj z obcą kobietą na sanki. To może być

królowa, Kaju. Jakby co — wiem, co robić.

Dopóki jestem miauczącym psem na twojej

krótkiej smyczy — na krzesłach w poczekalniach

lubię siadać po kimś, kto mi zliże cukier

z łyżek obojczyków. I żyć na niby, na brudno

w połowie drogi skądś dokądś. Bo lubię

ścieżki dźwiękowe, puste studia filmowe,

w których sypie się plan. Nadpobudliwość miasta

znam jak topiki w tropikach.

Kiedy do mnie mówisz, rozdaję światło

i można mną leczyć, można mną prasować,

w nagrodę mnie karze czerwony brylancik

jak dioda w ustach na Greenpoincie

więc weź mnie, weź, jestem mądra: wiem —

w Norwegii się jeździ na nartach,

w Szwajcarii jodłuje. I zabierz stąd

te grafomańskie zdjęcia cipek z Norwich.

Kiepskie książki miały jednak dopiero

nadejść (I’m afraid).

jeśli już to

Boli go głowa: płaci,

ale jest to opłata

do przyjęcia. Zażył żeń-szeń

i apap i chce, żeby mu wierzyć.

Czyta hard-kabalistów i mam

pójść z nim dzisiaj na drinka.

Jestem w szczerym polu

(w głębokiej dupie, jak głosi dystych)

jak głosi brat Łata z zakonu piśmiennych,

bo aniołem jestem tylko w dni parzyste

(wierzę ci). I to, że nie napisałam,

że cię lubię, nie znaczy, że cię nie lubię

(lubię cię). Więc jaki masz smak w ustach,

co teraz robisz i czemu nie ze mną?

I tak, chciałabym, jak mówi psalm,

włożyć ci palec w oko,

dobrać się do mięsa,

nagrać je na płytę. Do tego

(od tego) pada drobny śnieg

w polu nauki, kiedy postanawiam

zawiesić się w funkcji anioła

i jednak przespać się z tobą

w łazience i nagle nie wiem,

jak zacząć, jak przestać, jak

mówią politycy — nie ma

dobrych rozwiązań.

Cudowne zadanie aktorskie: oswoić

twoje nałogi, zostać jednym z nich.

bajka

W gminie Miękinia

namierzył ją wczoraj.

Przebierał się w zęby,

białe prześcieradła —

wtedy w nocnych bitwach

nie miała z nim szans.

Ten piękny listopad

to przeciąg w jej głowie.

Wydała mu wszystkich.

I nikt się nie dowie

jak ostre są rysy miasta,

kiedy masz rewolwer

w pluszowej kaburce.

A budzi cię strach.

cukierki z trawy

w towarzystwie dwóch nieustalonych mężczyzn

widział zator na Bródnie. Powiedział:

to dla mnie za trudne. To dla mnie za trudne.

Ze świadkiem rozstali się w gniewie. Krystian B.

w jednym z wrocławskich lokali napluł mu na plecy

i nazwał wulgarnie. Wciąż nie zbadano plamki i źdźbła

znalezionych w jeszcze ciepłej nokii.

obiady otwarte

Jawajski krajobraz w śląskim polskim mieście:

słońce zmęczone ciążami, w gorącej wodzie

kąpane — skraca czas podróży. W ogrodzie

za domem kółko różańcowe. Duch

whisky duszkiem pitej o poranku

tygodniami krąży nad sadzawką. I światła

nad Zaolziańską jak trio kolorowych papug.

Smużki mrówek, księżyc w bibułce i bajki

muzyczne (muzykę gamelanów opisywano mi

jako kling-klang ding-dong). Jak na Jawie: walka

z przeciągami, ciągłe zmaganie się z ziemią.

Tyle traci się czasu, jeśli się nie zna języka.

Moje włosy pachną prażonym cukrem,

kiedy zbliżasz się zabobonnym krokiem.

śnieg

kiść zapalniczek

grzechocze ci w spodniach

jak garść cukierków ślazowych.

W oknach pomyka żółta animacja

i cisy się cisną na wizję roziglone

wżarte w śnieg murzynki.

Jest wigilia, idziemy porzucać do kosza

na topniejącym śniegu grać do upadłego

aż nam zadymi z czapek i obłoczki pary

urosną na okularach. Twoje rumiane policzki,

jakbyś najadł się głogu. Kałuże strzaskane lodem,

pobite gary, jak potłuczone gwiazdy na rykowisku.

I już za chwilę przecierki chmur, warkoczyk błota

na okularach, kiedy idziemy przez grudzień,

a śnieg rośnie nam w ustach jak żelki.

To przyzwoity początek. Czysta wiedza

na temat nieznanego lądu i jego sposobów

jest wartością pożądaną, ekstra.

Na razie wysyłamy sobie ciepłe ognie. Chociaż

można się ciebie bać: bo co mi zrobisz,

jak mnie złapiesz i kto ci się oprze?

Śnieg to aspartam, kiedy mnie nacierasz

aż światła kucają i świat staje dęba.

Nie myśl, że niczego nie napisałam

po tej wybuchowej środzie, po której

omal nie skończyliśmy w łóżku,

a na pewno najedliśmy się śniegu,

i księżyc — ta zapłakana małpa —

zwyczajnie nas wygwizdał, zaś miasto

pełgało w oddali jak chatka

z białych kafli. Ty, nie przeginaj.

Jestem w szczerym polu. Opuszki

twoich palców zachwyciły mnie,

jak mówi psalm. Jeśli chcesz wiedzieć

który — pocałuj mnie.

pokój

Zamieszkała wreszcie.

„Na poważnie”. Zamieszkała

w pokoju pełnym żółtych książek.

Prowadzi życie z całą dostojnością

„życia”. Robaczki z książek

wchodzą jej we włosy.

To jest odpowiednie dla niej

towarzystwo. Czasem

stacjonują w parczku białowieskim.

Czasem okno otrząśnie się z deszczu

jak wielbłąd: to miejsce

od którego znów liczy się czas.

fleszmob

Zaśpijmy dzisiaj — będzie fajnie.

Zaśpijmy specjalnie. Udajmy

gorączkę, udajmy malarię.

Olejmy awizo, zignorujmy

dzwonki, grajmy zaginionych,

tylko troszkę martwych.

Zaśpijmy zupełnie

dzień dniem bez nas zróbmy.

Bez nas się obejdą

te ważne spotkania, te straszne wypadki.

Zaśpijmy dzisiaj, nie mówmy już nic.

evergreen

Kaskaderka trzyma w ustach szpilki,

którymi spina krawaty storczyków,

bałagan róż. Kiedy wstążki trzęsą się

przy jej pasku, jak kobra i febra, a paproć

jak pies łasi się do stóp i wszystkie przeciwko niej

róże narażone na pośpiech klientów.

Myślę o jej muślinowych kolanach.

Założę się, że nocą wciera płatki w obojczyk,

że ma między piersiami storczyk

ostry jak pitbull, bo od teraz obowiązuje

poetyka suspensu. Bo nagle postanawia

pójść do łóżka z młodą polską prozą

i usłyszeć jak wymawiam „Seamus Heaney”

(a ja przypominam: anioły nie miauczą).

Od dziś ma sukienkę w grzybki atomowe.

I cierpki zapalnik zaraz pod językiem.

miłość to, miłość tamto

Do słowa koniec

nie pasuje przymiotnik

szczęśliwy. Do słowa

koniec nie pasuje

żaden przymiotnik.

W grę wchodzi kolosalna kasa.

Ja nie wierzę w wiedeńskie kawiarnie

Gotów jest zmienić się dla mnie

w młodą polską prozę.

Więcej poruszenia

wywołuje Magic Mouse.

każdy ma swoje pięć minut

Lato wstrzymało oddech.

Na szosach kurz, wszystko

w puszystych sweterkach.

Niestrawione przez miasto dziewczyny

wyplute na autostrady. Słońce

im serdecznie przysparza lekkości.

Nagle są gwiazdami na szosie —

ksenony po nich błyskają jak flesze

obsadzając w rolach o jakich nie śniły.

Orzeszek w leszczynach

w środku jak ziemniaczek

trzcinowo-próchniowy.

Saszetka-kondomka

z mleczkiem avocado. Niewyczerpane

zasoby ciepła. I nikt się nie dowie

że umie robić galaretkę z pigwy,

ma włosy miękkie jak biszkopt

i lubi piesze wycieczki.

cyt

Nomen omen Pustków Wilczkowski,

gdzie na Placu Wariatów kradłeś mandarynki,

zrozumiałam, że Bauman jest Bogiem,

a kremówka z Wadowic

uzyskała status cudownego ciastka.

Zanim dzieci z główkami czarnymi jak śliwka

częstowały nas mączką kostną —

umieraliśmy w kakofonii krużganków.

Twoje oczy połyskiwały jak czarny bez

w laboratoriach in vitro.

Finiszujemy pod opieką policji,

postulując powrót do ciała, bo szpilki

w torebce aż miauczą, żeby je ubrać.

Ta sukienka jak złoże werniksu

przegląda się w czterdziestokaratowym

uśmiechu. Jak ty to robisz?!

— Dieta niełączenia. Zmyłki rzeki,

kiedy boksuje piach i tli się.

lub marsz jamników

W zeszłym roku na marszu

stawiły się tysiące (jamników).

Nie licząc przedstawicieli ras (zaprzyjaźnionych),

które również są mile widziane (w pochodzie).

Jurorzy będą oceniać pomysłowość (i wykonanie)

(jamniczych) przebrań. Pod ratuszem

uczestników marszu powita prezydent (miasta).

Podsumujemy też przebieg (jamniczych) konkursów

na najciekawsze opowiadanie (o jamniku)

i najciekawszy portret (jamnika).

Do wygrania jest kolczyk oniemiały w śniegu

i książka pisarki, która dopiero zostanie odkryta.

toffi

Jesienią trumny

szybciej znikają pod ziemią.

Dlatego gdzie indziej pójdziemy

dokończyć twoją historię,

Danielu. Pachniesz granatem

i toffi i mam nadzieję,

że nie jesteś chłopcem

rodzaju żeńskiego,

smutna jak dingo

jaszczurko z Loch Ness.

Dziś kocham cię w jidysz.

nikt nic

Prawie nic: kilka esemesów,

senna erotyka nad ranem,

jakiś wspólny śmiech

nie pamiętam czym wywołany.

I coś niemiłego — też razem:

zgubiony telefon, jakaś mała kradzież.

Czułość dawkowana jak barbiturany.

Zeby utrzymać to nic. Teraz

połóż się pośród tego, poczuj

jak się napina, zawiązuje —

aldehyd, jakaś nowa struna.

I pamiętaj jak ci nie wolno.

Pomyśl o nim coś brzydkiego

i obudź się.

mo

Dzisiaj stuknęła mu piątka.

Dostał kolorową szczepionkę

i korzeń o imieniu Mo.

Miał taką gorączkę,

że szczekał. Śniły mu się

pająki uśpione w orzechach.

Cień mu rósł, dostawał starych oczu,

wyciągał palec pewny jak wymię.

Aż dziw, że rwał się do snu.

Tym razem zamówił historię o faunie

i zestaw tęczowych bierek

z widłami w kolorze indygo.

alchemia

Jest rentgen pod mansardą i kolejka,

która chce zobaczyć swoje sprute wnętrze.

Ludzie zamiast spraw pilnych dostają

płuc, czaszek, piersi i kamieni w piersiach.

Czaszka mojego pokoju jest wielka i krucha

jak pusta głowa gipsowa. Futryny wpuszczają

kuchenny zapach hotelu, pisk kotów. Smutek

z pokojów uwalnia się kominami i wraca do rzeki

lamentując w rurach. Miłość w pokojach

jest mokra i krótka. Ma zapach zmurszałych desek

i pleśni, która jest tu wpisana we wszystko.

Tylko kiedy piszę moja głowa jest lampą,

radioaktywnym grzybem, wahadełkiem nad żyłką

światła. Czasami dom wpuszcza gwiazdę, pleśń

cofa i da się wierzyć w boga, że ma skórę

z ciasta i zamieszkamy w niej razem, choćbyśmy żyli

jak teraz — w całkiem innych bajkach.

ściana

Gdzie są ludzie?

W środku, ale

nie ruszają się.

Chciała wrócić do snu,

pokoju, który był

pod jej pokojem.

żar

Aktorzy narzekali, że nie wiedzą

gdzie mają usta. Stylizacja jest łatwopalna

i sprawia problemy w czasie lunchu.

Łatwo można stracić twarz

paląc lajta (szukajcie nas wtedy

w archiwum wycinków). Wystarczy

draśnięcie i śnieg stanie się. Lipcowy.

Kościelne florystki zacierają ręce.

Siostry sercanki uprzątnęły błonia.

Choć przecież wszyscy wiemy,

że wolą na werandzie patrzeć,

jak miesiąc wpada w rudy,

a bibuła miasta

obraca się w żar.

biała noc

Dziewczyna w rajstopach

znajduje pod lodem

solidny piękny uniwersalny

nóż.

niskie kobiety integrują wieś

jak dreszcz

emotikon

z głębi

oceanu

miasto

jak budząca

grozę

ale piękna

pieśń

jak sztabka

wolframu

w liście

akustycznie

ekstra — miasto

jak błąd

w druku

geranium

i pleśń

po nocy

zwierzeń

i voo doo

patrzę jak cień

mi odrasta

posiadaczka

fortepianów

wieczorynka

Straussa

ma to

miasto

w kieszeni

przyszła po mnie

jej chude

niebieskie

ciało

skrzyło się

spokojnie

dziko

i hulaszczo

by było

ciekawiej

klubowa

historia

miasta

tłuste bity

w kawie

pot

Wszystko, co żyje

maszeruje na nas.

W pancerzach, kołyskach,

w muszelkach, kokonach.

Łańcuszek mrówek,

kołtun białych ciem.

Klekot, klekot suchych pancerzyków

i wilgotne ślady.

Idzie po nas mięso,

nieczytelne znaki — smużki

na asfalcie, zielone

odchody. Kurier z czarną metką.

Odszczekaj tę miłość,

odpukaj tę miłość

z pszczelim sercem i miodem.

Reszka. Przegrałeś. Idą

kwaśne deszcze. Twoje echo w innym

gra na moich ścięgnach do re mi.

sztuczki

Puszczę cię

będziesz gruba

utyjesz po dzieciach

przestanę tu sypiać

zacznę pachnieć inaczej

jakie świństwa robiłem

odejdź uciekaj

dałbym ci dwa lata

potem cię puszczę

będę się upijać

żeby cię nie zdradzać

a potem cię puszczę

To mi się miesza

To mi pachnie przeszkadza

To zostawia ślady

Będę wracał pijany

będę pachniał inaczej

Jestem stary zaszyty

Jestem brudny umieram

Będziesz pięćdziesiąta

Nie różnisz się niczym

nie zdążył

Nie zdążył się do niej przywiązać

(bał się). Nie zdążył się przywiązać

do świata, języka. Bo kim mówi

kim myśli — tobą? Nie zdążył.

Wpadał jak po ogień, kochał się

jakby z daleka jakby

nie przepadali za sobą.

Zdrobnienie imienia —

to wszystko na co go stać.

Słaby złoty, marcowy śnieg.

Do niczego to niepodobne.

Papieros był słodki był słony.

Skąd wróciłaś dziewczynko?

Czym masz włosy zlepione?

Oddychasz powietrzem z piwnic.

Miłość w trybie esemes, jakby

się w tobie załatwił, a ciebie

załatwił — chochoł.

Aż od tego błyszczysz.

Nawet tu, w środku nocy,

jak broszka w czarnej wełnie.

Zimna błyskotka, klejnot z lodu.

Co masz, dziewczynko? Pokaż,

co masz. Nie mam tutaj nic.

cosmo

Była podobna do Twiggy1 i dochodziła do siebie

po zawodzie miłosnym. Z metalowym pudełkiem po butach

wypełnionym amerykańską fasolą i miodowymi słodyczami Ambrosoli.

Siedzieliśmy u niej nocami, paląc papierosy,

kręcąc obłędne filmiki, tworząc komiksy i storyboardy,

wymyślając plakaty i filmy

dużo lepsze niż te wypuszczane przez studia.

szkocka legenda postrocka

Pokonana przez pustynną burzę,

z dala od Kościoła, w rytmie

dwóch przesileń żyje

szkocka legenda postrocka.

Śpiewa w technikolorze,

kocha się w drzewie z brodą.

Jej ciałem rządzą rytmy,

o których nie wiemy.

Bywa rdzeniem snu czasem

składa jajo w morzu

lub zagląda do skrzydła dla dzieci.

Obdarzyła cię światowym uśmiechem

i natychmiast chciałeś się przespać

w cieniu jej światowego uśmiechu.

dzień śmierci Michaela Jacksona

I nagle deszcz bryzga farbą jak Jackson Pollock

i dzielnia wygląda jak świeżo wyprana. Widnieje,

my w proszku, ścielimy na łóżku gazety

i ulegamy złudzeniom. Wiadomo, złudzenia

najlepiej smakują z rana. I miłość.

I jest tak dobrze. Jest sierpień, mam urodziny.

Wieczorem wyjmiemy te złote balony z piwnicy.

Ku czci.

kasztany w Teatrze Wybrzeże

Ależ będę, Piotrze, z nową koncepcją

roślinności i kuchni. Z nową w ogóle sobą —

w innym duchu, z inną duszą na ramieniu.

Będę prosto z planu: ubrana w piegi,

z igłami w skarpetkach i rzucę na dzień dobry

coś w rodzaju jak mało tu niebieskiego.

Bo wszystko, do czego wracam

jest przezroczyste, jak powielane

w nieskończoność zdjęcie, na którym

trzeba to mówić? — jesteśmy

szczęśliwi.

lost

W studniach łkają jemiołuszki.

Mole snują swój niespójny plan.

W bramie na Czerskiej płonie bmw.

Zakonnice niosą suknie pod wiatr.

Miasto rezonuje miękko jak błonka.

Ma smak starej herbaty ze smarem.

norwesko-polskie spotkania w ogrodach BUW-u

Kobietą leżącą w fontannie

była Rita Marhaug —

norweska artystka z Bergen,

która nie bała się deszczowej pogody.

W spotkaniach wziął udział

także Jan Mioduszewski: człowiek-drzewo,

artysta otrzaskany w kabale.

Tym razem działał przy pomocy szminki

i symbolicznej symbiozy mocznika

z klejami przemysłowymi. Od początku

był wielki. Jako dziecko bawił się na uboczu

i podobnie jak Francis Bacon — nigdy nie mógł zrozumieć,

dlaczego jego obrazy nie zostały uznane za piękne.

wiersz o końcu lata

Mieszka obok ciebie

nie musisz iść na nią do kina.

Raz się zachowuje jak banda, a raz

ociąga jak dziecko posłane do łóżka.

Miałeś z nią twardy romans

jak głosi notesik. Wcześniej

nazywałeś kobiety „historiami”,

teraz chcesz mieć ją pod ręką.

Odkąd wiesz, że smakuje

słoną wodą z Palaikastro, krwią

z wargi rozbitej na szlaku

czarnym nad rzeką Obrą

w pobliżu Empiku.

Czasem chciałbyś ją podpiąć do prądu

pobujać na chama lub zamknąć w kołysce

rdzy, zakleić ją cieniem do powiek,

odmówić rui i kazać podziwiać

jak idziesz na całość z jej szminką.

I nigdy tak całkiem nie wiesz, czy się

tym razem nad wami zlituje kultura

czy geografia. A może ten łzawy anioł

co tam przychodzi nocami i pyta: już?

gra

Kiedy wracała na górę

z torebką witamin do kwiatów

wznosiła chłód z ubikacji

i zapach roztartych róż.

Pamiętała jaki był, kiedy nie pił.

Pozując na Irlandczyka

odstawiał szopkę, na chwilę

ją sobie zaskarbiał. Wpadał w ręce

pachnące rzeżuchą i chciał,

żeby najpierw gryzła,

a potem prosiła o zgodę.

Próbował nadać wyraz twarzy, krążył

nie mogąc wyjechać z parkingu.

Przed oczami miał jej śliskie rajstopy

i tyłek wypięty jak tarcza.

Wyglądał komicznie — jak ktoś, kogo boli.

Lubił, kiedy bawiła się na leżąco

łańcuszkiem, jakby to był czarny motyl,

który jej usiadł na twarzy.

snu

Zbliżamy się do śmierci zawsze,

kiedy zaczyna masować swój kark

śpiący za kierownicą. Przeszkadza

mu światło świateł, ich mig.

Lecz dzisiaj się z drogą droczy, udaje.

Nie baw się tak, bo zaśniesz — mówię.

Podejmuje grę i nocą puka do mojej wanny:

nie baw się tak, bo nie zaśniesz

już.

zamieszkać w katedrze2

zaułku twojego płuca

trąbce eustachiusza,

szyszynce.

bournemouth

Można z łatwością radzić sobie z zagadkami szachowymi

siedząc w tweedowym garniturze i krawacie w szprotki

bez wiedzy jak przygotować kawę po arabsku,

trafiając co setnym orzeszkiem do dzbanka oddalonego

o długość dłoni i niekoniecznie wiedząc,

jak zdobyć serce dziewczyny.

czarno

Noc wywiązuje się nagle,

rozpycha w powietrzu jak hel,

wymazując markerem

przechodniów szczupłych jak ninja.

Noc się zaczyna za kulisami,

w perukami, w liście od J. do A.,

w przekleństwie podrzuconym ci przez sen.

W plamce na rentgenowskim zdjęciu.

zwłaszcza o Bogu

porządek dziobania

który zauważono wśród kur

recenzja wewnętrzna

Wklepał mi w twardy dysk

chory link do opery mydlanej.

Nic dziwnego: panowie

upili się na hard, my — na słodko.

Dzieci podarły mandarynkę

i bawiły się w chowanego, przyciskając

rozgrzane buzie do ściany.

Im bardziej to mówię,

tym bardziej go kocham.

Śmieszne, że znów gada

o moich zdartych kolanach,

no bo na co liczy

i jak sobie to wyobraża?

Przesłał mi zdjęcie psa

i napisał: MY

uśpiliśmy sukę.

Tak to się zaczyna

i tak się to kończy.

mrugnij

I on mi pisze, że mam negatywny wpływ

na hist lit pol, bo nie mógł się skupić

(to komplement). Nigdy się nie dowie,

że w takich chwilach przypominam sobie

jego niedobry wiersz (to mi dodaje odwagi).

Rzeczywiście, mam od rana ochotę

przetłumaczyć jego wiersze na inupiaq

lub slogan Bronxu, albo chociaż klingoński

(wiecie jak jest „chcę cię” w tej nieziemskiej mowie

startreckiej?) lub przeżyć z nim

religijny trans na Jawie (to przez ciebie

zgubiłam dzisiaj breloczek z Maryjką).

Nie lubi, jak mu cytuję kolegów

(już czytał). Więc mu polecam

ask-imam. com, gdyż:

rozwiązanie wszelkich problemów

seksualnych polega na nieustannej

refleksji nad wartościami Islamu

(online non stop 24 h na dobę).

I on mnie pyta, czy wszyscy Polacy

tak mają! Słuchaj, nie mam pojęcia.

Nie uprawiam antropologii miłości.

Jestem ino skromną rysowniczką

twojego ciała i uważam, że pięknie

mnie to — pardon — konstruuje.

Nie wie, co powiedzieć,

więc się udał na małego drinka,

podczas gdy na drugim końcu Europy

czytam w „Przekroju”: 77 rzeczy,

dla których warto żyć w 2010

(jesteś jedną z nich).

I ten telefon, esemesy, impulsy,

jakieś dzikie sygnały (dla użytkowników

oznacza to ciągłe zwisy, awarie,

restarty i mnóstwo utraconych

danych). A przecież chciałabym

zbadać twoje palce i głębokość

oczu, obrysować ręką, zaleźć szczegół

i do niego wracać (myślę o tobie,

reszta to brednie). No więc

się udał na małego drinka,

podczas gdy ja tu umieram.

I — Boże, dlaczego właśnie oko!

Żeby chociaż ręka, albo noga,

a tak, czytaj ty 600 stron jednym

okiem, kiedy prawe podrywa to lewe

do góry, robiąc ostry ból?

Płaczę, kiedy cię czytam.

I jest to odpowiednia reakcja

na tekst literacki. Jeśli to są męki,

to chcę tego więcej. Jeśli nie —

to też. I wyję z rozkoszy,

ponieważ „ciemnoskóre pokojówki

o pałających oczach stawiają

na stołach bukiet świeżych kwiatów

w pokojach wychodzących

na morze” (chyba cię jednak kocham).

I jeszcze ten śnieg. Po zakupy

trzeba jeździć amfibią.

Najwyraźniej źle znoszę w oczach

ciała obce, lusterka. I za dwa tygodnie

będę ponoć kózką (no żesz kurwa meeeee!).

Wreszcie dzwoni. Pyta, czy boli mnie

oko. Trochę tak, ale jest

dużo lepiej. Odrosło mi psie

oko. Udało mi się nawet

porównać przekłady Berrymana

(Staszka lepszy niż Piotrka).

We śnie widzę swobodnie.

Więc mówisz, że śniłam ci się pod,

ponad, na. Tylko taka śnię się

odkąd cię lubię — i że wciąż

widzi blizny moich oczu.

Posłusznie poznaję taką erotykę,

co na granicy smutku snu

się rozwija. Agnieszko,

nie jest źle. Coś tam naciągnij

na siebie, długopis wypacza

charakter, kawa jest w warsie,

a w Wawie kup sobie płytę

Grinderman z zieloną małpą.

I nagle pyta mnie, czy chcę mieć z nim

wspólną przeszłość. Chociażby

to, jeżeli by nic. Cytuje i radzi

bawić się odpowiedzialnie

albo się wymądrza, milcząc

jak Marcin Sendecki u Xiędza.

W piątek wpadnie do miasta

zobaczyć mnie bez skarpetek.

Bo czasem spada na miasto,

robi śnieg, chuligani, a potem

ekipy remontowe te piękne

katastrofy, te małe dewastacje —

znoszą, przy pomocy wszystkiego,

co żyje lub nie. Ali we wanted

was everything, jak rzecze piosenka, lub —

przejdźmy na pański język: es muss sein,

łączniczko, in tacz.

finał

jeszcze toczę jakieś życie pozagrobowe,

ale cała się bolę. Kto mnie dotknie

ten zniszczy. Nie zdam się na nic,

niech nikt na mnie nie patrzy.

początek

Leżała w pociągu

i patrzyła jak rośnie światło.

Kawa stygła w kącikach ust.

Włożyła między nogi

zawsze zimne ręce

i słuchała muzyki laptopów.

Próbowała wypluć marzenie,

które pojawiło się w warsie.

Małe uparte marzenie.

Że też musiało się wykluć.

Teraz już będzie za późno.

Teraz to już jest.

Przypisy:

1. Twiggy — przydomek Lesley Lawson (ur. 1949), angielskiej modelki, aktorki i piosenkarki. [przypis edytorski]

2. Zamieszkać w katedrze — tytuł esejów katolickiego poety Wojciecha Wencla. [przypis edytorski]