Gospoda pod Królową Gęsią Nóżką1
Zamierzam opowiedzieć szczególne przygody i zdarzenia mego życia. Były wśród nich wypadki piękne i zdumiewające. Gdy wspominam o nich, zda mi się czasem, jakoby to wszystko działo się było we śnie. Poznałem był2 pewnego kabalistę gaskońskiego, którego nie mogę zwać mędrcem, gdyż zginął był marnie, ale który raz w nocy na Wyspie Łabędziej3 miał do mnie tak cudną przemowę, że szczęśliwym się mienię, iż słowa jego zapamiętałem i uważnie spisałem. Mówił mi on o magii i wiedzy okultystycznej, do których z takim uporem obecnie lgną wszyscy; wszak mówi się tylko wszędzie o różokrzyżowcach4. Nie pochlebiam sobie zresztą, by mi te objawienia wielkie zaszczyty przyniosły; jedni osądzą, żem wszystko zmyślił i że nie to jest prawdziwa doktryna, inni znów — że nie powiedziałem nic innego nad to, o czym wszyscy już wiedzą. Przyznaję, że nie jestem bardzo uczony w kabalistyce5, mistrz mój bowiem zginął, zaledwie rozpocząwszy moje wtajemniczanie; lecz to, com z tego kunsztu poznał, gwałtownie każe mi przypuszczać, że w kabalistyce wszystko polega na złudzeniach, na nadużyciu i próżności. Zresztą wystarcza, że magia niezgodna jest z religią, bym już ją z całych sił mych odrzucał. Niemniej co do jednego punktu tej fałszywej wiedzy muszę powiedzieć parę słów objaśniających, by nie uchodzić za większego w niej nieuka, niż jestem w istocie. Wiem, że kabaliści twierdzą, iż sylfy6, salamandry7, elfy, gnomy i gnomidy8 rodzą się z duszą śmiertelną jak ich ciało i że zyskują nieśmiertelność w obcowaniu z magami9. Mój kabalista, przeciwnie, utrzymywał, że życie nieśmiertelne nie jest udziałem żadnej istoty ani ziemskiej, ani nadziemskiej; poszedłem za jego przekonaniem, nie rozsądzając sprawy dalej. Zwykł on był też mawiać, że elfy zabijają tych, co zdradzają ich tajnie10, i zemście tych duchów przypisywał był zgon księdza Coignarda, zamordowanego na drodze do Lugdunu11. Co do mnie wiem dobrze, że ta śmierć, nigdy nieodżałowana, miała przyczynę bardziej przyrodzoną i śmiało więc mówić będę o duchach ognia i powietrza. Trzeba umieć ryzykować coś w życiu, a z elfami ryzyko bardzo niewielkie.
Zebrałem skwapliwie zdania i przemowy mego zacnego mistrza, księdza Hieronima Coignarda, o którego śmierci wspomniałem był powyżej. Był to człowiek pełen wiedzy i pobożności; gdyby nie duch jego niespokojny, dorównałby był w cnocie księdzu Rollin12, którego przewyższał znacznie rozległą wiedzą i głęboką inteligencją. Wśród przygód burzliwego swego życia, nie popadł był jednak w jansenizm13 jak ksiądz Rollin; stateczna moc jego umysłu nie zachwiała się od gwałtowności śmiałych doktryn i przed Bogiem poręczyć mogę za czystość jego wiary. Posiadał wielką znajomość świata, nabytą w obcowaniu z ludźmi najrozmaitszego gatunku; to doświadczenie niezawodnie przydałoby mu się było przy pisaniu dziejów rzymskich, co byłby niewątpliwie na wzór księdza Rollin uczynił, gdyby mu okoliczności i czas pozwoliły i gdyby tryb jego życia lepiej był dostosowany do jego talentów. To, co tu o tym doskonałym człowieku przytoczę, będzie ozdobą tych pamiętników.
Jak Aulus Gellius14, który w swych Nocach attyckich umieścił najpiękniejsze zdania filozofów, jak Apulejusz15, którego Metamorfozy zawierają najlepsze baśnie Greków, podejmuję się i ja pracy pszczelnej i chcę zebrać miód najsłodszy. Nie pochlebiam sobie i nie uważam się za współzawodnika tych dwóch wielkich pisarzy, bo tylko ze wspomnień mego życia, a nie z licznych i uczonych ksiąg czerpię wszystkie swe skarby; ja zaś tylko swą dobrą wiarę daję. Jeżeli ktoś ciekawy przeczyta kiedykolwiek moje pamiętniki, pozna, że tylko człowiek prosty duchem mógł wyrażać się w sposób tak jasny i zwięzły; w towarzystwach, w których przebywałem, uważano mnie zawsze za bardzo naiwnego i pamiętnik mój może tylko utwierdzić ten sąd o mnie i po śmierci mojej.
Nazywam się Wawrzyniec Jakub Menetrier; ojciec mój, Leonard Ménétrier, miał gospodę na ulicy Świętego Jakuba pod godłem „Królowej Gęsiej Nóżki”, która ma, jak wiadomo, nogi z płetwami jak gęsi i kaczki.
Daszek jego sklepu wznosił się naprzeciw kościoła Świętego Benedykta, pomiędzy pani Gilles sklepem niciarskim pod „Trzema Dziewicami” i księgarnią pana Blaizota pod „Obrazem Świętej Katarzyny”, niedaleko „Małego Bachusa”, którego dzikim winem obrosła krata była już na samym rogu ulicy Powroźniczej. Ojciec kochał mnie bardzo i gdy po kolacji leżałem już w łóżeczku, podchodził do mnie, brał moją rączkę i podnosząc paluszki po kolei, począwszy od wielkiego palca, mówił:
— Ten ją zabił, ten oskubał, ten ugotował, ten zjadł, a mały Rikiki nic nie ma. Sos, sos, sos — dodawał, końcem swego palca łaskocząc dłoń moją; śmiał się przy tym mocno i ja śmiałem się, zasypiając, a matka moja utrzymywała, że uśmiech pozostawał na mych ustach do następnego ranka.
Ojciec mój był dobrym kucharzem, miał bojaźń Boską, toteż w święta uroczyste nosił chorągiew swego cechu, na której wyhaftowany był piękny święty Wawrzyniec z rusztem i złotą palmą. Ojciec zwykł był mawiać:
— Kubusiu, matka twoja jest świętą i zacną niewiastą.
Zdanie to lubił powtarzać często. Rzeczywiście matka moja co niedziela chodziła do kościoła z książką do nabożeństwa, drukowaną dużymi literami. Źle bowiem czytała drobny druk, który, jak mówiła, oczy z głowy jej wykręca. Ojciec co wieczór godzinę lub dwie spędzał pod „Małym Bachusem”, gdzie bywała także Joasia harfiarka i Kasia koronczarka. Ilekroć ojciec wracał trochę później niż zwykle, nakładając szlafmycę, mawiał wzruszonym głosem:
— Barbaro, śpij spokojnie; właśnie mówiłem kulawemu nożownikowi, że jesteś świętą i zacną niewiastą.
Miałem lat sześć, gdy pewnego dnia ojciec mój, poprawiając fartucha, co było u niego oznaką powziętego postanowienia, tak rzekł do mnie:
— Miraut, nasz poczciwy pies, przez lat czternaście kręcił mój rożen. Nic mu zarzucić nie mogę; służył mi wiernie, nigdy nie porwał najmniejszego kąska gęsi lub indyczki, za pracę swą zadowalał się wylizywaniem patelni. Ale starzeje się już, łapa mu sztywnieje, nie widzi nic i nie zdolny już jest do kręcenia korby u rożna. Kubusiu, ty, synu mój, powinieneś zająć jego miejsce; przy rozwadze i wprawie potrafisz to zrobić równie dobrze jak on.
Miraut słuchał tych słów, kręcąc ogonem na znak zgody; ojciec zaś mówił dalej:
— A zatem, siedząc na tym zydelku, będziesz kręcił rożen. Trzeba jednak ćwiczyć i twój umysł, toteż gdy przejdziesz katechizm i następnie dobrze będziesz umiał czytać, nauczysz się na pamięć gramatyki, jakichś przypowieści moralnych lub nawet może pięknych nauk ze Starego i Nowego Testamentu. Bo poznać Boga i odróżniać złe od dobrego — potrzebna to rzecz nawet w rzemiośle, nierozgłośnym zaiste, ale uczciwym, jakim jest to rzemiosło moje, które było zawodem mego ojca, a będzie i twoim, jeśli spodoba się Bogu.
Odtąd od rana do wieczora siedziałem, kręcąc rożen, w kąciku przy kominie, z otwartym katechizmem na kolanach. Poczciwy kapucyn, który z workiem na plecach zachodził kwestować u ojca, pomagał mi sylabizować, a czynił to tym chętniej, że ojciec, w cenie mając wiedzę, opłacał te nauki dobrym kawałem indyczki i dużą szklanką wina. Toteż braciszek, widząc, że dobrze składam zgłoski i wyrazy, przyniósł mi żywot świętej Małgorzaty16 i na tej książce biegle czytać mnie nauczył.
Dnia pewnego, położywszy jak zwykle worek swój na kantorku ojca, kapucyn usiadł przy mnie i wygrzewając bose stopy w ciepłym popiele ogniska, kazał mi po raz setny powtórzyć:
Dziewico Święta, piękna, czysta,
Wspierasz niewiasty przy porodzie —
Zlituj się nad nami!
W tej właśnie chwili wszedł do gospody człowiek w ubraniu duchownym, tłusty, ale jednak dość szlachetnych kształtów, i donośnym głosem zawołał:
— Hej, gospodarzu, proszę mi podać jaki smaczny kąsek.
Mimo siwych włosów zdawał się w pełni lat i sił, uśmiech miał na ustach, oczy żywe. Policzki trochę obwisłe i trzy podbródki opadały majestatycznie na żabot17, przez sympatię równie tłusty jak szyja, która na nim spoczywała.
Mój ojciec, uprzejmy z zawodu, zdjął czapkę i kłaniając się, rzekł:
— Niech wasza wielebność zechce zagrzać się przy mym ognisku; zaraz podam jej wszystko czego zapragnie.
Nie dając się prosić dłużej, ksiądz zasiadł przed kominem obok kapucyna.
Słysząc, jak braciszek czytał
Dziewico święta, piękna, czysta,
Wspierasz niewiasty przy porodzie
klasnął w dłonie i zawołał:
— O, cóż za rzadki ptak! Co za unikat! Kapucyn umiejący czytać! Hej, braciszku, jakże się zowiesz?
— Brat Anioł, kapucyn niegodny — odrzekł mój nauczyciel.
Matka moja, w swym pokoju na górze usłyszawszy rozmowę, ciekawością zdjęta zeszła do sklepu. Ksiądz skłonił się familiarnie, lecz uprzejmie, i zwracając się do niej, rzekł:
— Doprawdy godne to podziwu, proszę pani: brat Anioł jest kapucynem, a umie czytać.
— Umie czytać nawet rozmaite pismo — odpowiedziała matka i zbliżywszy się do braciszka, po obrazku, przedstawiającym dziewicę męczenniczkę z kropidłem w ręku, poznała, że była tam właśnie wydrukowana modlitwa do świętej Małgorzaty.
— Tę modlitwę trudno bardzo odczytać — dodała — bo wyrazy są krótkie i zaledwie rozłączone od siebie. Na szczęście wystarcza, by w cierpieniu przyłożyć ją jak plaster do miejsca, gdzie najsilniej boli, a pomoże równie dobrze, a nawet lepiej niż przez odmawianie. Doświadczyłam tego, mój panie, przy urodzeniu tu obecnego syna mego, Kubusia.
— Niech pani dobrodziejka nie wątpi o tym — rzekł brat Anioł — modlitwa do świętej Małgorzaty jest niezawodna w wypadku takim, jaki pani właśnie wspomniała, pod warunkiem jednak, by nie odmawiać jałmużny kapucynom.
Przy tych słowach brat Anioł wychylił czarkę, którą matka nalała mu była po brzegi, zarzucił worek na plecy i podążył w stronę „Małego Bachusa”.
Ojciec mój podał ćwiartkę drobiu na stół, ksiądz wyjął z kieszeni kawał chleba, butelkę wina i nóż, którego miedziana rękojeść przedstawiała króla nieboszczyka jako cesarza rzymskiego na starożytnej kolumnie, i zabrał się do wieczerzy.
Ale zaledwie pierwszy kąsek poniósł do ust, zwrócił się do mego ojca i zażądał soli, zdziwiony tym, że nie od razu podano mu solniczkę.
— Tak — rzekł — czynili starożytni. Ofiarowywali oni sól na znak gościnności. Umieszczali też solniczki w świątyniach, na zastawie bogów.
Sól, barwy szarej, wisiała w drewnianym naczyniu przy kominie. Ojciec podał mu ją, a ksiądz, wziąwszy, ile mu było trzeba, rzekł:
— Starożytni uważali sól za konieczną przyprawę każdego posiłku i mieli ją w takim poszanowaniu, że przez metaforę nazywali solą zwroty dowcipne, którymi zdobili swe mowy.
— Ach — rzekł mój ojciec — w jakkolwiek wysokim poszanowaniu była sól w starożytności, myto18 dzisiejsze jeszcze ją w wyższej stawia cenie.
Matka, robiąc pończochę, przysłuchiwała się pilnie i, rada19 wtrącić słówko, rzekła:
— Musi sól być dobrą rzeczą, skoro ksiądz przy chrzcie świętym kładzie dziecku szczyptę jej na język. Jak mój Kubuś poczuł sól w ustach, skrzywił się; choć taki to był malec, a już coś rozumiał. Mówię, wielebny ojcze, o moim synu Jakubie, tu obecnym.
Ksiądz spojrzał na mnie i rzekł:
— Teraz to już duży chłopiec, skromność wypisana jest na jego twarzy i z uwagą czyta żywot świętej Małgorzaty.
— Ach — odrzekła matka — on czytuje też modlitwę od odmrożeń, modlitwę świętego Huberta, którą dał mu brat kapucyn, i historię o człowieku, którego to na Przedmieściu Świętego Marcelego kilku diabłów zjadło za to, że bluźnił świętemu imieniu Pańskiemu.
Ojciec mój spojrzał na mnie z zachwytem i szepnął księdzu do ucha, że dzięki wrodzonym mym zdolnościom nauczyć się mogę, czego tylko zechcę.
— Skoro tak jest — rzekł ksiądz — należy go kształcić w umiejętnościach pięknych, które są zaszczytem człowieka, pociechą życia i lekarstwem na wszelkie cierpienia, nie wyłączając cierpień miłosnych, jak zapewnia poeta Teokryt20.
— Choć jestem tylko kucharzem — odparł mój ojciec — cenię naukę i chcę wierzyć, że, jak mówi wasza wielebność, jest ona lekarstwem na miłość; wątpię jednak, czy jest także skutecznym lekiem na głód.
— W tym razie nie jest może lekiem niezawodnym — odrzekł ksiądz — ale zawsze i tu przynosi ulgę na wzór kojącego, lecz niezupełnie skutecznego balsamu.
Gdy tak mówił, Kasia koronczarka, z czepkiem na bakier, ze zmiętą na piersiach chustką, ukazała się na progu; matka, spostrzegłszy ją, zmarszczyła brwi i spuściła trzy oczka ze swojej roboty włóczkowej.
— Panie Ménétrier — rzekła Kasia do ojca — chodź przemówić słówko do strażników; jeżeli tego nie uczynisz, na pewno wezmą braciszka Anioła do więzienia. Biedny braciszek zaszedł pod „Małego Bachusa” i wypił dwie czy trzy czarki wina, za które nie zapłacił, nie chcąc, jak mówi, wykroczyć przeciw regule świętego Franciszka. Najgorsza jednak sprawa w tym, że ujrzawszy mnie w altanie w towarzystwie, zbliżył się do mnie, by mnie nowej modlitwy nauczyć. Powiedziałam mu, że chwila niesposobna ku temu; mimo to stawał się natrętny, za co kulawy nożownik, będący ze mną, pociągnął go mocno za brodę. Wtedy brat Anioł rzucił się na nożownika; ten runął na ziemię wraz ze stołem i kuflami. Hałasem zwabiony gospodarz, widząc, że stół przewrócony, wino rozlane, a braciszek z nogą na głowie nożownika wywija młynka zydlem i bije na prawo i na lewo, zaklął siarczyście i pobiegł przywołać strażników. Panie Ménétrier! Niech pan idzie zaraz wybawić braciszka z rąk straży; to człowiek święty i w tej sprawie nie tak bardzo jest winien.
Mój ojciec zawsze rad był przysłużyć się Kasi, ale tym razem słowa jej odniosły skutek wręcz przeciwny, niż się po nich spodziewała. Ojciec sucho jej odrzekł, że w jego oczach nic nie usprawiedliwia postępku kapucyna i że życzy mu, by otrzymał zasłużoną pokutę o chlebie i wodzie w najczarniejszym lochu klasztoru, którego jest hańbą i wstydem.
Mówiąc, podniecał się:
— To pijak, rozpustnik, któremu codziennie daję dobre wino i smaczne kąski, a on chodzi do karczmy umizgać się do rozwiązłych dziewcząt, przekładających towarzystwo wędrownego nożownika i kapucyna nad znajomość z porządnymi cechowymi kupcami swej dzielnicy! Pfuj!
Tu zatrzymał się nagle w swym oburzeniu i ukradkiem spojrzał na matkę, która stojąc wsparta o schody, zawzięcie robiła pończochę.
Kasia, zdziwiona złym przyjęciem, odrzekła sucho:
— Więc nie chcesz pan dobrym słowem ułagodzić szynkarza i strażników?
— Jeżeli chcesz, mogę im powiedzieć, aby zabrali nożownika wraz z kapucynem.
— Przecież — rzekła, śmiejąc się — nożownik jest pańskim przyjacielem.
— Więcej twoim niż moim — z gniewem odrzucił ojciec. — Nędzarz, który ciągnie wózek, utykając.
— Co to, to prawda — zawołała — on istotnie utyka, utyka, tyka!
I wybiegła ze sklepu, śmiejąc się do rozpuku. Ojciec zwrócił się do księdza, który tymczasem nożem kość oskrobywał:
— Tak, jak mam zaszczyt zapewnić waszą wielebność: każdą lekcję czytania i pisania, którą ten kapucyn udziela memu dziecku, opłacam czarką wina i smacznym kąskiem zająca, królika, gęsi, pulardy21 lub kapłona22. A to pijak jest i rozpustnik.
— Słusznie, niewątpliwie — odpowiedział ksiądz.
— Ale niech tylko ośmieli się pokazać na progu, wygnam, jak śmiecia wymiotę z domu.
— I dobrze uczynisz — rzekł ksiądz. — Ten kapucyn to osioł i syna twego uczył on raczej krzyku oślego niż mowy ludzkiej. Mądrze postąpisz, wrzucając do ognia ten oto żywot świętej Katarzyny23 i modlitwę przeciw odmrożeniom, i historię o wilkołaku, którymi ten mnich zatruwał umysł twego dziecka. Za takąż cenę jak brat Anioł sam kształcić go będę, nauczę go łaciny, greki a nawet francuszczyzny, którą Voiture i Balzac24 doprowadzili do doskonałości. Tak to przez podwójnie szczęśliwe a dziwne zrządzenie losu ten Kubuś Rożenek zostanie człowiekiem uczonym, a ja będę jadał codziennie.
— Zgoda na to — rzekł mój ojciec. — Barbaro, przynieś dwie czarki, żadna sprawa nie jest prawdziwie zawarta, dopóki obie strony nie wypiją na zgodę. Tu u mnie sobie wypijemy; ten nożownik i mnich taką we mnie wzbudzają odrazę, że w życiu noga moja nie postanie pod „Małym Bachusem”.
Ksiądz powstał i wsparłszy dłonie na poręczy krzesła, rzekł wolno i uroczyście:
— Przede wszystkim dziękuję Bogu, stwórcy i obrońcy stworzenia wszelkiego, że mnie przywiódł do tego domu, do tej przystani żywicielki. Sam On jedynie rządzi nami i winniśmy uznać palec jego we wszystkich sprawach ludzkich, choć często zbytnia to śmiałość i nieprzystojność nadto ściśle badać Jego drogi. Opatrzność, rozciągając się nad wszystkim, znajduje się też we wszelkich wydarzeniach najrozmaitszych; wydarzenia te ze względu na udział Boski cudowne są niewątpliwie, natomiast nieprzystojne i śmieszne są przez udział ludzki, a ten jedynie nam widomy. Toteż nie należy za kapucynami i dewotkami powtarzać, że Boga widzimy w każdym kocie na dachu. Chwalmy Pana, módlmy się, by mnie oświecił w nauczaniu tego dziecka, a co do reszty spuśćmy się na Jego świętą wolę, nie usiłując odgadnąć jej zawczasu.
I wzniósłszy kubek do góry, wychylił spory łyk wina.
— To wino — rzekł — wnosi w organizm ludzki ciepło łagodne i dobroczynne. Napój to godny, by go opiewano w Teos i w Temple przez książąt poetów bachicznych, przez Anakreonta25 i Chaulieu’go26. Zwilżę nim usta mego młodego ucznia.
Podstawił mi kubek pod brodę i zawołał:
— Przybądźcie, pszczoły Akademii27, przybądźcie melodyjnym tłumem, osiądźcie na Muzom odtąd poświęconych ustach ucznia mego, Jakuba Rożenka!
— O to prawda, księże dobrodzieju — rzekła matka moja — wino nęci pszczoły, zwłaszcza gdy jest słodkie. Ale po cóż pragnąć, by te złe owady siadły na wargach mego Kubusia, ich ukłucie przecież jest bardzo bolesne. Pewnego dnia, gdy jadłam brzoskwinię, pszczoła ukłuła mnie w język; znosiłam wówczas męki piekielne. Doznałam nieco ulgi dopiero, gdy brat Anioł, recytując modlitwę do świętego Kuźmy, włożył mi w usta grudkę ziemi zmieszaną ze śliną.
Ksiądz wytłumaczył matce, że mówił był o pszczołach w znaczeniu alegorycznym, a ojciec rzekł z wymówką:
— Barbaro, jesteś świętą i zacną niewiastą, ale zauważyłem wielekroć, że masz szkaradny zwyczaj wtrącać się niepotrzebnie, ni w pięć, ni w dziewięć, do rozmów poważnych.
— Być to może — powiedziała matka. — Ale gdybyś był zawsze szedł za moją radą, Leonardzie, dobrze byłbyś wyszedł na tym. Może nie znam się na rozmaitych rodzajach pszczół, ale wiem, jak zarządzać domem, i wiem, jaką przystojność winien zachować w obyczajach człowiek w latach, ojciec rodziny i chorąży swego zgromadzenia.
Mój ojciec podrapał się za uchem i nalał wina księdzu, który rzekł, wzdychając:
— Tak, tak, dziś nauka w królestwie francuskim nie jest tak ceniona, jak była niegdyś u upadłego już nawet ludu rzymskiego, gdy to retoryka na tron państwa wyniosła Eugeniusza28. W dzisiejszym wieku nierzadko zdolnego człowieka znaleźć można na poddaszu, bez ognia i światła. Exemplum ut talpa29. Na mnie macie przykład.
I zaczął opowieść swego życia, którą tu przytaczam, tak jak wyszła z ust jego. Były w tym opowiadaniu ustępy, których ze względu na mój młody wówczas wiek nie zrozumiałem, a zatem i niedobrze od razu zachowałem w pamięci; odważyłem się uzupełnić je według zwierzeń, które mi poczynił później, gdy już zaszczycał mnie swą przyjaźnią.
— Taki, jakim mnie widzicie — rzekł — a lepiej mówiąc, zupełnie inny, niż mnie widzicie, bo młody, smukły, z okiem żywym, z włosem kruczym, wykładałem w kolegium w Beauvais sztuki wyzwolone pod kierunkiem panów Dugué, Guérin, Coffin i Baffier. Odebrałem święcenia i marzyłem o zdobyciu sławy literackiej, ale kobieta zniweczyła me nadzieje. Nazywała się Nicola Pigoreau i na placu przed kolegium utrzymywała księgarnię pod „Złotą Biblią”. Zachodziłem tam i przerzucałem często książki, które otrzymywała z Holandii, oraz rzadkie edycje autorów, wydawane w dwu językach i zaopatrzone w przypiski, w warianty i w bardzo uczone komentarze. Byłem uprzejmy i miły, pani Pigoreau zauważyła to na moje nieszczęście; była niegdyś ładna i mogła podobać się jeszcze, oczy miała wymowne. I dnia pewnego Cyceron, Tytus Liwiusz, Platon, Arystoteles, Tukidydes, Polibiusz, Warron, Epiktet, Seneka, Boecjusz i Kasjodor, Homer, Ajschylos, Sofokles, Eurypides, Plaut i Terencjusz, Diodor Sycylijski i Dionizjusz z Halikarnasu, święty Jan Chryzostom i święty Bazyli, święty Hieronim i święty Augustyn, Erazm, Saumaise, Turnebus, Scaliger, święty Tomasz z Akwinu, święty Bonawentura, Bossuet wlokący za sobą Ferriego, Lenain, Godefroy, Mézeray, Mainbourg, Fabricius, ojciec Lelong, ojciec Pitou, wszyscy poeci, mówcy, historycy, wszyscy ojcowie, doktorzy, teologowie, humaniści, komentatorowie — wszyscy, od dołu do góry zalegający półki, byli świadkami naszych pocałunków.
— Nie mogłam ci się oprzeć — rzekła — nie myśl stąd źle o mnie.
Swą miłość wyrażała mi z zapałem niepojętym. Raz kazała mi przymierzyć żabot i mankiety koronkowe i widząc, że mi w nich bardzo do twarzy, nalegała, bym je zatrzymał. Nie chciałem, lecz widząc, że drażni ją moja odmowa, w której upatrywała obrazę dla swej miłości, przyjąłem jej podarek, by jej nie rozgniewać. Miałem u niej powodzenie aż do chwili, gdy mnie jakiś oficer zastąpił. Dotknęło mnie to mocno i w zapale zemsty oświadczyłem regensom30 kolegium, że nie bywam już pod „Złotą Biblią”, nie chcąc być świadkiem scen obrażających skromność młodego duchownego. Nie poszczęściło mi się z tą sztuczką: pani Pigoreau, dowiedziawszy się, jak względem niej postąpiłem, rozgłosiła, że ukradłem jej mankiety i żabot koronkowy. Te fałszywe oskarżenia doszły do uszu regensów, którzy kazali przetrząsnąć mą skrzynię i znaleźli w niej te dosyć cenne stroje. Wypędzono mnie, i tak to, jak niegdyś Hipolit i Bellerofon31, doświadczyłem na sobie złości i chytrości kobiet. Znalazłem się na bruku z węzełkiem swym i spisanym wykładem krasomówstwa. Wielkie było prawdopodobieństwo, że z głodu umrzeć przyjdzie; toteż porzuciwszy płaszczyk duchowny, przedstawiłem się pewnemu magnatowi hugonocie32, który przyjął mnie za sekretarza i dyktował mi różne przeciw religii pisma.
— Ach! Co do tego — zawołał mój ojciec — to źle ksiądz dobrodziej postąpiłeś. Uczciwy człowiek nie powinien przyłożyć ręki do takiej wstrętnej roboty. Ja, choć nie uczony, a rzemieślnik, znieść nie mogę tych heretyków.
— Masz rację, gospodarzu — odparł ksiądz — to był najgorszy czyn mego życia, czyn, którego najmocniej żałuję. Ale mój chlebodawca był kalwinem i pióra mego używał tylko przeciw luteranom i socynianom33, których nienawidził. Mogę zapewnić, że z jego rozkazu obszedłem się z tymi heretykami ostrzej, niż to kiedykolwiek uczyniono w Sorbonie.
— Amen — rzekł mój ojciec — gdy wilki pożerają się wzajem, baranki pasą się w pokoju.
Ksiądz ciągnął dalej:
— Zresztą — rzekł — niedługo służyłem temu panu, który wyżej cenił listy Ulryka von Hutten34 niż mowy Demostenesa35 i u którego tylko wodę dawano do picia. Próbowałem następnie różnych zawodów, ale w żadnym dobrze mi się nie wiodło; byłem kolejno: kolporterem, aktorem, mnichem, lokajem. W końcu, przywdziawszy znów księżą pelerynkę, zostałem sekretarzem biskupa w Séez i układałem dlań katalog cennych rękopisów jego biblioteki. Ten katalog składa się z dwu tomów in folio36, tomy te, w czerwony safian oprawne, ze złoconymi brzegami, z herbem biskupa, mieszczą się w jego zbiorach. Śmiem twierdzić, że jest to dobrze wykonana praca.
I zależałoby tylko ode mnie, by w ciszy i spokoju przeżyć wiek swój u boku jego ekscelencji, ale — pokochałem pokojówkę pani starościny. Nie potępiajcie mnie państwo zbyt surowo. Była to brunetka, pełna, żywa, świeża; święty byłby ją pokochał. Pewnego dnia wzięła dyliżans i pojechała szukać szczęścia w Paryżu; podążyłem za nią, ale jej sprawy poszły w stolicy znacznie pomyślniej niż moje.
Wstąpiłem za jej poleceniem na dwór tancerki w operze, pani de Saint-Ernest, która znając me talenty, poleciła mi napisać według jej wskazówek pamflet przeciw pannie Davilliers, do której miała urazę. Byłem dobrym sekretarzem i doprawdy zasłużyłem na te pięćdziesiąt dukatów, które mi dać przyrzekła. Książkę, ozdobioną alegorycznym nagłówkiem, wydrukowano w Amsterdamie u Marka Michała Reya37. Panna Davilliers otrzymała do rąk pierwszy egzemplarz, w chwili gdy wyjść miała na scenę, by odśpiewać wielką arię Armidy. Ze złości głos jej drżał i ochrypł, śpiewała fałszywie — wygwizdano ją. Po skończonej roli, jeszcze w krynolinie i peruce, pobiegła do intendenta, który miał powody niczego jej nie odmawiać; ze łzami rzuciła mu się do nóg, żądając zemsty.
Dowiedziano się wkrótce, że cios padł z ręki pani de Saint-Ernest. Badana, napierana, zastraszona, wydała moje autorstwo, za co osadzono mnie w Bastylii38. Przebyłem tam lat cztery, pocieszając się czytaniem dzieł Boecjusza39 i Kasjodora40.
Teraz w budce na cmentarzu Świętych Niewiniątek jestem pisarzem publicznym i zakochanym pokojówkom użyczam tego pióra, które winno było raczej kreślić życiorysy znakomitych mężów rzymskich i komentować pisma uczonych ojców Kościoła. Biorę dwa szelągi41 za list miłosny; z takiego to rzemiosła umieram raczej, niźli żyję. Znoszę ten los, pomny na to, że Epiktet42 był niewolnikiem, a Pyrron43 ogrodnikiem.
Przed chwilą, niespodzianym trafem, za anonim dostałem dukata; nie jadłem był od dwóch dni, toteż niezwłocznie począłem szukać jakiejś gospody; spostrzegłem z ulicy twój barwny szyld, ogień twego komina wesoło połyskujący na szybach; poczułem na progu rozkoszną woń smacznego jedzenia i wszedłem. Tak więc, gospodarzu kochany, znasz teraz cały mój żywot.
— Widzę, że jest to żywot zacnego człowieka — rzekł mój ojciec — i że oprócz sprawki z hugonotem nie ma mu nic do zarzucenia. Dłonią w dłoń! Bądźmy przyjaciółmi. Jak się nazywacie, księże dobrodzieju?
— Hieronim Coignard, doktor teologii, licencjat sztuk wyzwolonych.
Słusznie mówił ksiądz Hieronim Coignard, że cudowny w sprawach ludzkich jest związek przyczyn i skutków. Zastanawiając się nad dziwnymi przypadkami i zdarzeniami naszego życia, musimy przyznać, że we wszechdoskonałości Boskiej nie brak dowcipu, fantazji i talentu komicznego i że Bóg w tworzeniu zagmatwań życiowych celuje tak samo jak we wszystkim innym. Gdyby, tak jak natchnął Mojżesza, Dawida i proroków, raczył natchnąć pana Le Sage44 i jarmarcznych poetów, podyktowałby im najucieszniejsze sztuki marionetek. Bo oto na przykład ja zostałem łacinnikiem dlatego, że brata Anioła przychwyciła straż, a władza duchowna wsadziła go do więzienia za pobicie jakiegoś nożownika w altanie pod „Małym Bachusem”. Imci45 Pan Hieronim Coignard dotrzymał obietnicy, udzielał mi swych lekcji; uważał łaskawie, że jestem posłuszny i bystry, i z przyjemnością uczył mnie literatury starożytnej. W lat kilka wykierował mnie na wcale dobrego łacinnika.
Pamięci jego zachowam wdzięczność dozgonną i każdy łatwo pojmie, ile mu jestem winien, gdy powiem, że kształcąc mój umysł, niczego nie zaniedbał, aby zarazem wykształcić duszę i serce. Przytaczał mi Maksymy Epikteta, Homilie świętego Bazylego46 i Pocieszenia Boecjusza. Pięknymi cytatami wtajemniczał mnie w filozofię stoików47, ale wykazywał całą jej wzniosłość po to tylko, by tym lepiej upokorzyć ją przed wyższością filozofii chrześcijańskiej. Był on subtelnym teologiem i dobrym katolikiem. Wiara jego pozostała niewzruszona na szczątkach jego najdroższych złudzeń i najbardziej usprawiedliwionych nadziei. Jego słabostki, błędy, grzechy, których nie starał się ukryć lub upiększyć, nie zachwiały wcale jego ufności w dobroć Boską. By znać go dobrze, należy wiedzieć, że o zbawienie wiekuiste dbał starannie nawet w okolicznościach takich, w których najmniej, zda się, mógł był o to się troszczyć. Wszczepił mi zasady rozumnej pobożności, starał się także zjednać mnie dla cnoty i za pomocą przykładów, czerpanych z życia Zenona48, chciał uczynić ją dla mnie rzeczą codzienną i powszednią.
By mi dać poznać niebezpieczeństwa życia rozwiązłego, czerpał argumenty z źródeł bliższych, zwierzając się przede mną, jak to niegdyś zbytnie zamiłowanie do kobiet i wina pozbawiło go zaszczytu wykładać z katedry w kolegium w birecie i todze.
Do jego zalet niezwykłych należy dodać jeszcze stałość i wytrwałość; lekcje swoje dawał z sumiennością, jakiej trudno było spodziewać się od człowieka, który tak jak on oddany był na pastwę zdarzeń koczowniczego życia i którego ciągle unosił wir losów niepewnych, bardziej godnych urwisa niż doktora teologii. Gorliwość jego wynikała z dobroci, a także z upodobania do miłej ulicy św. Jakuba, gdzie mógł zaspokoić pragnienia swego ciała zarówno jak i umysłu. Gdy przy obfitym i smacznym posiłku, udzielił mi już swych nieocenionych nauk, wstępował pod „Małego Bachusa” i pod „Obraz Świętej Katarzyny” — na tej to małej przestrzeni, która była dlań rajem, znajdował wszystko, co lubił: dobre wino i książki.
Bywał on częstym gościem u księgarza pana Blaizota, który przyjmował go uprzejmie, choć tylko przewracał mu książki, nie kupując żadnej. I miło było patrzeć na mego drogiego mistrza, jak siedział w głębi sklepu, z nosem wetkniętym w małe, świeżo przybyłe z Holandii edycje, i od czasu do czasu znad książek unosił głowę, aby ze swą bogatą i pogodną erudycją dyskutować o czym właśnie wypadło, czy to o planach monarchii powszechnej, które przypisywano zmarłemu królowi, czy to znów na przykład o miłostkach artystek z bankierami. Pan Blaizot, mały, szczupły staruszek w brązowym fraku i szarych wełnianych pończochach, nigdy nie miał dosyć jego dyskursów. Pan Blaizot budził we mnie podziw wielki; nie wystawiałem49 sobie piękniejszego zajęcia na świecie, jak sprzedawać książki pod „Obrazem Świętej Katarzyny”.
Dla jednego jeszcze wspomnienia urok tajemniczy miała dla mnie księgarnia pana Blaizot. Tam to kiedyś, gdym był jeszcze bardzo młody, oglądałem po raz pierwszy nagą kobietę; widzę ją jeszcze. Była to postać Ewy w jakiejś ilustrowanej Biblii. Miała duży brzuch i trochę przykrótkie nogi; na tle niby krajobrazu holenderskiego rozmawiała z wężem. Właściciel tego obrazka wzbudzał we mnie poszanowanie, które zachowałem był i później, gdy dzięki księdzu Coignardowi nabrałem już wielkiego zamiłowania do książek.
Mając lat szesnaście, umiałem dosyć łaciny i trochę greki; mój zacny mistrz rzekł wówczas do mego ojca:
— Czy nie uważasz wasze, że nieprzystojnie jest zostawiać młodego cycerończyka50 w stroju kuchcika?
— Nie pomyślałem o tym — odpowiedział mój ojciec.
— To prawda — rzekła matka moja — należałoby sprawić naszemu synowi kurtkę sukienną. Jest przystojny, wykształcony, ma dobre wzięcie51, potrafi godnie znaleźć się w tym stroju.
Ojciec zamyślił się chwilę i zapytał wreszcie, czy stosowna to będzie rzecz, by kucharz nosił ubiór sukienny; ksiądz Coignard wytłumaczył mu, że skoro obecnie już stałem się wychowańcem Muz, nigdy nie zostanę już kucharzem i że niedaleką jest chwila, w której i mnie przypadnie pelerynka.
Ojciec mój westchnął na myśl, że już nie ja będę po nim chorążym w zgromadzeniu kucharzy paryskich, a zaś matka moja rozpromieniła się z radości i dumy, że syn jej będzie osobą duchowną.
Moja kurtka sukienna miała na mnie ten przede wszystkim wpływ, że nabrałem pewności siebie i postanowiłem wyrobić sobie o kobietach pojęcie dokładniejsze niż to, które miałem dawniej dzięki Ewie pana Blaizot. W tym celu przyszła mi zaraz na myśl Joasia harfiarka i Kasia koronczarka; widywałem je dwadzieścia razy na dzień, jak przechodziły mimo52 okien, a podczas deszczu, unosząc spodnie i skacząc z kamienia na kamień, pokazywały drobne stopy i zgrabne, cienkie w kostkach łydki.
Joasia była nie tak ładna jak Kasia, była też starsza i gorzej się ubierała. Była rodem z Sabaudii i nosiła, zwyczajem swego kraju, na głowie chusteczkę w kratki; miała ona jednak tę zaletę, że nie robiła ceregieli i nim mówić zacząłeś, rozumiała, czego chcesz od niej. Takie postępowanie przypadało doskonale do mej nieśmiałości. Pewnego wieczora, na jednej z kamiennych ławek zdobiących portyk kościoła Świętego Benedykta, nauczyła mnie tego, czego nie znałem dotąd, a co ona znała już dawno. Nie byłem jej jednak tak wdzięczny, jakbym był powinien, i marzyłem tylko o tym, by z innymi, ładniejszymi, skorzystać z wiedzy, którą mi wszczepiła. Na moje usprawiedliwienie dodać muszę, że Joasia harfiarka nie większą niźli ja wagę do swego nauczycielstwa przywiązywała i że swych lekcji nie żałowała wszystkim łobuzom dzielnicy.
Kasia była powściągliwsza w obejściu, bałem się też jej i nie śmiałem jej powiedzieć, jak dla mnie jest piękna; jeszcze bardziej mieszało mnie to, że kpiła ze mnie i dokuczała mi przy lada sposobności. Śmiała się ze mnie, że mi się jeszcze wąs nie sypnął; a ja na to piekłem raki53 i rad byłbym skryć się pod ziemię, gdym ją spotykał. Przybierałem więc umyślnie smutną i ponurą minę, udawałem, że nią gardzę, ale była zbyt ładna, by ta pogarda mogła być szczera.
W noc ową, w noc Trzech Króli, a w dziewiętnastą rocznicę moich urodzin, podczas gdy deszcz zmieszany z śniegiem prószył z nieba i wilgocią przenikał do kości, a mroźny wiatr targał skrzypiącym szyldem „Królowej Gęsiej Nóżki” — na ognisku naszym przy jasnym płomieniu piekła się tłusta gęś, a my: pan Hieronim Coignard, ojciec i ja, siedzieliśmy już za stołem, białym obrusem nakrytym, z dymiącą wazą zupy pośrodku. Matka, swoim zwyczajem, stała za krzesłem pana domu, gotowa na jego usługi. Ojciec nalał właśnie talerz zupy księdzu, gdy drzwi skrzypnęły i na progu stanął brat Anioł, bardzo blady, z czerwonym nosem i z brodą ociekającą od deszczu. Ojciec mój ze zdziwienia podniósł łyżkę aż do zakopconych belek powały. Zdziwienie to było bardzo naturalne. Brat Anioł, który za pierwszym razem, po pobiciu kulawego nożownika, zniknął był na sześć miesięcy, tym razem przepadł bez wieści przez dwa lata. Wyruszył był na wiosnę z osłem objuczonym relikwiami, a co gorsza zabrał ze sobą Kasię, ubraną w suknie zakonne. Nikt nie wiedział, co się z nimi stało, ale przebąkiwano pod „Małym Bachusem”, że braciszek i siostra pomiędzy Tours a Orleanem mieli z oficjałem54 coś do czynienia. Prócz tego zaś wikary od Świętego Benedykta krzyczał na całe gardło, że ten wisielec kapucyn skradł mu osła.
— Co?! — zawołał mój ojciec. — Ten łajdak nie siedzi w kajdanach?! Nie ma już sprawiedliwości w królestwie naszym.
Lecz brat Anioł odmawiał Benedicite55 i robił znak krzyża nad wazą.
— Hola! — zawołał mój ojciec. — Dosyć tych min, piękny mnichu! Wyznaj, że z tych dwóch lat, w których nie widziano w parafii twej twarzy belzebubiej, przynajmniej rok przebyłeś w klasztorze w więzieniu. Ulica Świętego Jakuba zyskała na tym, była porządniejsza, cała dzielnica stała się bardziej godna szacunku. Patrzcie, co za piękny Olibrius56, który uprowadza na lasy i łąki osła bliźniego swego i dziewkę wszystkich!
— Zapewne — odparł brat Anioł, spuściwszy oczy i wsunąwszy ręce w rękawy habitu — zapewne, mości Leonardzie, mówisz o Katarzynie, którą szczęśliwie udało mi się nawrócić i nakłonić do cnotliwszego życia tak dalece, że zapragnęła towarzyszyć mnie i moim relikwiom i odbyć ze mną piękne pielgrzymki, mianowicie pielgrzymkę do Najświętszej Panny Czarnej z Chartres. Przystałem na to pod warunkiem, że przywdzieje szaty zakonne, co też bez szemrania uczyniła.
— Milcz — odpowiedział mój ojciec. — Jesteś rozpustnik, nie masz szacunku dla twej sukni zakonnej. Wracaj tam, skądeś tu przyszedł, a na ulicy zobacz tam z łaski swej, czy Królowa Gęsia Nóżka nie odmroziła czasem nosa.
Ale matka moja skinęła na braciszka, by usiadł pod okapem komina, co też ten powolnie uczynił.
— Trzeba wiele wybaczyć kapucynom — rzekł ksiądz — bo grzeszą oni bez złej myśli.
Ale i księdza Coignarda ojciec poprosił, by już nie mówił o tym plemieniu, na którego samo imię krew się w nim burzy.
— Mości Leonardzie — rzekł ksiądz — filozofia uczy nas pobłażania. Co do mnie, chętnie rozgrzeszam oszustów, nicponiów i wszelkiego rodzaju nędzarzy; nie mam zaś urazy nawet do ludzi porządnych, chociaż ich tryb postępowania świadczy o wielkiej arogancji. I gdybyś jak ja, mości Leonardzie, przebywał był w towarzystwie ludzi szanownych, przekonałbyś się, że nie są warci więcej od innych, a natomiast obcowanie z nimi jest nieraz daleko mniej przyjemne. Siadywałem za trzecim stołem u biskupa z Séez i dwaj słudzy czarno odziani: Przymus i Nuda, nieodstępni byli przy mym boku.
— Trzeba przyznać — rzekła matka — że lokaje jego ekscelencji księdza biskupa dziwne mieli imiona. Czemuś nie dał im innych, więcej w użyciu będących imion na przykład Champagne, Olivius, Frontin?
Ksiądz ciągnął dalej:
— Co prawda, są osoby, łatwo umiejące się zastosować do niewygód połączonych z obcowaniem z wielkimi tego świata. Przy drugim stole biskupa z Séez był bardzo uprzejmy kanonik, który do ostatniej chwili swego życia pozostał na stopie ceremonialnej. Dowiedziawszy się, że kanonik ów jest bardzo chory, ksiądz biskup odwiedził go i zastał konającego: „Niestety — rzecze kanonik — przepraszam waszą eminencję, że muszę umrzeć w jej obecności!” „Nic, to nic! Nie przeszkadzaj sobie” — odparł jego eminencja dobrotliwie.
W tej chwili matka wniosła pieczeń i postawiła ją przed ojcem z gestem tak pełnym godnego przejęcia się swym obowiązkiem, że ojciec, wzruszony, głośno, choć z pełnymi ustami, zawołał:
— Barbaro, jesteś świętą i zacną niewiastą!
— Istotnie — rzekł mój kochany mistrz — panią porównać można z cnotliwymi niewiastami z Pisma: oto małżonka podług przykazań Boskich.
— Dzięki Bogu — rzekła moja matka — nie zdradziłam nigdy wiary, którą zaprzysięgłam Leonardowi Ménétrier, mojemu mężowi, i spodziewam się, że teraz, gdy już najtrudniejszy czas minął, pozostanę mu wierna aż do śmierci. Pragnęłabym, by on tak samo dochowywał mi wiary, jak ja to czynię.
— Od pierwszego spojrzenia — rzekł ksiądz — widziałem, że jesteś pani uczciwą kobietą, bo przy pani doświadczałem spokoju, który nie miał w sobie nic ziemskiego.
Matka moja była osobą prostą, lecz niegłupią; zrozumiała też dobrze, co miał ksiądz na myśli, i odrzekła, że przed dwudziestoma laty, zanim ogień z komina i dym z półmisków uszkodziły jej urodę, byłby ją widział zupełnie inną. A że była trochę dotknięta, dodała, że i teraz jeszcze niejednemu podobać się może, bo piekarz z Auneau zawsze częstuje ją ciastkami, ilekroć przechodzi przez jego piekarnię; zresztą najbrzydsza nawet, dziewczyna czy mężatka, potrafi robić źle, gdy zechce.
— Moja kobiecina ma rację — rzekł ojciec. — Przypominam sobie, gdym był czeladnikiem u kucharza pod „Królewską Gęsią”, obok bramy Świętego Dionizego, pryncypał57 mój, wówczas chorąży zgromadzenia, jak dziś ja nim jestem, mawiał do mnie: „Już ja tam rogów mieć nie będę, żona moja za brzydka na to”. Te jego słowa zagrzały mnie, by zrobić to, co mu się wydawało tak niemożliwe. Pewnego rana, gdy wyjechał do La Vallée, udało mi się to za pierwszą próbą. Miał on rację; ta kobieta była istotnie bardzo brzydka, ale była dowcipna i wdzięczna.
Na to opowiadanie matka moja rozgniewała się na dobre i oświadczyła, że takich rzeczy ojciec rodziny wobec żony i syna opowiadać nie powinien, jeżeli chce szacunek ich zachować.
Ksiądz Hieronim Coignard, widząc, jak się aż zaczerwieniła ze złości, w dobrej myśli zręcznie odwrócił rozmowę. Zwracając się nagle do brata Anioła, który z dłońmi w rękawach pokornie siedział u ogniska, rzekł:
— Braciszku — rzekł — co to za relikwie woziłeś na grzbiecie osła ze stajni drugiego wikarego, w towarzystwie siostry Katarzyny? Czy czasem nie własne spodnie dawałeś do ucałowania dewotkom, jak pewien franciszkanin, którego przygody opisał Henry Estienne58?
— Ach, księże dobrodzieju — odrzekł brat Anioł z miną męczennika cierpiącego za prawdę — nie były to moje spodnie, lecz stopa świętego Eustachego59.
— Gdyby to nie było grzechem, byłbym przysiągł na to — rzekł ksiądz, wywijając udem kaczki. — Ci kapucyni wynajdują świętych, o których uczeni autorowie znawcy historii kościelnej nie słyszeli nigdy. Ani Tillemont60, ani Fleury61 nie wspominają o świętym Eustachym; bardzo niesłusznie wzniesiono w Paryżu kościół pod wezwaniem Świętego Eustachego, gdy jeszcze tylu świętych, uznanych przez poważnych autorów, dotąd na ten zaszczyt czeka. Żywot tego Eustachego jest stekiem śmiesznych baśni, tak samo jak życie świętej Katarzyny, która istniała jedynie w wyobraźni marnego bizantyjskiego mnicha. Nie chcę jednak zbytnio napadać na świętą Katarzynę, bo jest ona patronką pisarzy i znajduje się na szyldzie sklepu pana Blaizota, a sklep ten to miejsce najrozkoszniejsze na świecie.
— Miałem też — spokojnie ciągnął dalej braciszek — żebro świętej Marii Egipcjanki62.
— O co do tej, to uważam ją za bardzo świętą — rzekł ksiądz, ciskając ogryzioną kość w kąt pokoju. — Dała ona w życiu swym piękny przykład pokory. Wie pani — dodał, dotykając rękawa mojej matki — że święta Maria Egipcjanka w pielgrzymce do grobu Pańskiego napotkała głęboką rzekę, a nie mając pieniędzy na opłacenie przewozu, oddała przewoźnikom ciało swe jako zapłatę. Cóż waćpani na to?
Matka moja nie dowierzała najpierw całej tej historii, ale gdy ją zapewniono, że wydrukowano to w książkach i odmalowano na jednym z witraży w kościele w La Jussienne, uwierzyła wreszcie.
— Sądzę — rzekła — że trzeba być tak świętą jak ona była, by móc tak postąpić bez grzechu. Toteż nie odważyłabym się na to.
— Co do mnie — rzekł ksiądz — zgodnie z najsubtelniejszymi kazuistami63, pochwalam postępek tej świętej. Jest to zarazem nauka dla uczciwych kobiet, które ze zbytnią pychą zamykają się w swej wyniosłej cnocie. Przesadnie oceniają one powaby ciała i starannie strzegą tego, czym gardzić należy; gdy się zastanowić, czuć w tym przecie pewien rodzaj zmysłowości. Spotykamy niewiasty, którym się zdaje, że mają w sobie skarb do przechowania, że ich osoba nade wszystko obchodzi Boga i aniołów; mają się one za jakiś naturalny sakrament święty. Święta Maria Egipcjanka osądziła tę rzecz lepiej. Piękna i ślicznie zbudowana, uważała jednak, że byłoby zbytnią pychą zaniechać świętej pielgrzymki dla rzeczy, która sama przez się jest obojętna i jest raczej tylko miejscem umartwienia, nie zaś cennym klejnotem. Toteż umartwiła się, proszę pani, i tym czynem przedziwnej pokory wstąpiła na drogę pokuty, na której dzieł cudownych dokonała.
— Nie rozumiem was dobrze, księże dobrodzieju, jesteście za uczeni dla mnie.
— Tę wielką świętą — rzekł brat Anioł — w naturalnej wielkości wymalowano w kaplicy mojego klasztoru; za łaską Boską całe ciało jej pokryte jest długim i gęstym włosem. Przyniosę zacnej pani jej obrazek poświęcany.
Matka, wzruszona, za plecami ojca podsunęła braciszkowi wazę. Siedząc dalej w popiele komina, braciszek zamilkł i wetknął brodę w rosół.
— Pora teraz — rzekł mój ojciec — by odkorkować butelkę dobrego wina, które trzymam w zapasie na święta uroczyste, jak dzień Bożego Narodzenia, dzień Trzech Króli i świętego Wawrzyńca. Nie masz nic przyjemniejszego jak wypić w spokoju szklankę dobrego wina, u siebie w domu, z dala od natrętów.
Zaledwie wyrzekł te słowa, nagle otwarły się drzwi i w tumanie śniegu i wichru wysoki człowiek w czerni wbiegł do gospody.
— Salamandra, salamandra! — zawołał. I na nikogo nie zważając, nachylił się nad kominem i począł końcem kija swego grzebać w ognisku, z wielką krzywdą brata Anioła, wraz z rosołem łykającego teraz popiół i węgielki i kaszlącego bez litości. A czarny mąż dalej przebierał w szczapach, wołając: — Salamandra, widzę salamandrę! — Światło poruszanego ogniska rzucało na powałę cień jego postaci, niby cień wielkiego drapieżnego ptaka.
Ojciec mój był zdziwiony, a nawet dotknięty zachowaniem się tego gościa, ale umiał zapanować nad sobą. Wstał więc, serwetę na ramię zarzucił i zbliżywszy się do ogniska z dłońmi na biodrach, nachylił się nad nim. Gdy dostatecznie przyjrzał się zburzonemu ognisku i kapucynowi osypanemu popiołem, rzekł:
— Niech mi wasza wielmożność wybaczy — rzekł — ja widzę tu tylko marnego mnicha, a nie salamandrę. Nad tym nie boleję zresztą — dodał dalej — bo słyszałem, że jest to brzydkie zwierzę, porosłe włosem, z rogami i dużymi szponami.
— Co za wierutny fałsz! — odrzekł czarny pan. — Salamandry podobne są do kobiet, a raczej do nimf64, są przedziwnie piękne. Ale jakżeż mogę pytać się, czy widzisz salamandrę? By ją móc ujrzeć, trzeba być filozofem, a filozofów nie ma chyba w tej kuchni.
— Otóż myli się waćpan — rzekł ksiądz Coignard — jestem doktorem teologii i magistrem sztuk wyzwolonych65. Studiowałem moralistów greckich i łacińskich, których nauki umocniły mi ducha w przygodach życiowych, a głównie pisma Boecjusza były mi lekiem na męki istnienia. A oto przy mnie Jacobus Rożenek, mój uczeń, który umie na pamięć sentencje Publiusa Syrusa66.
Nieznajomy zwrócił na księdza oczy żółte, błyszczące nad nosem do orlego dzioba podobnym, i z większą grzecznością, niż należało się spodziewać po jego ponurej minie, począł przepraszać go, iż nie zauważył był od razu obecności ludzi uczonych.
— Niezmiernie prawdopodobne — rzekł — że salamandra ta przyszła tu dla pana lub dla jego ucznia. Najwyraźniej widziałem ją z ulicy, gdym przechodził mimo tej gospody. Byłoby ją teraz lepiej widać, gdyby ogień był silniejszy. Toteż trzeba żywo dąć w ognisko i dorzucać ognia jeśli się przypuszcza, że salamandra jest właśnie w kominie.
Na pierwszy ruch nieznajomego, skierowany znowu do ogniska, brat Anioł krajem habitu zakrył wazę i zamknął oczy.
— Panie — ciągnął dalej poszukiwacz salamandry — pozwól twemu młodemu uczniowi zbliżyć się do komina; niech powie nam, czy nie widzi nad płomieniem konturów kobiety.
W tej chwili dym wznoszący się pod okap komina zakręcił się ze szczególnym wdziękiem, tak że umysł nieco naprężony mógł dopatrzyć w nim krąglizn i wypukłości, niby piersi i bioder, toteż niezupełnie kłamałem był, mówiąc że istotnie coś niecoś dostrzegam.
Zaledwie to wyrzekłem, nieznajomy swą niepomiernie długą ręką z taką siłą uderzył mnie w ramię, że zdało mi się, jakoby złamał mi obojczyk.
— Mój chłopcze — rzekł łagodnym głosem, życzliwie patrząc na mnie — musiałem ci dać tak silne wrażenie, byś nie zapomniał nigdy, żeś widział był salamandrę. Znaczy to, iż przeznaczono ci, byś został uczonym, a może i magiem. Istotnie, i mina twoja korzystnie mi świadczy o twych zdolnościach.
— Wielmożny panie — rzekła matka moja — on może nauczyć się wszystkiego, co zechce. Może zostanie księdzem, jeżeli taka będzie łaska Boska.
Ksiądz Hieronim Coignard dodał, że skorzystałem nieco z jego nauk, a ojciec zapytał, czy jaśnie wielmożny pan nie chce nic jeść.
— Nie odczuwam najmniejszej potrzeby jedzenia — rzekł nieznajomy — mogę łatwo przez rok i dłużej nie jeść nic, zażywając za to eliksiru, którego skład znany jest tylko filozofom. Jest to zdolność właściwa nie tylko mnie samemu, jest ona udziałem wszystkich mędrców i wiadomo, że słynny Cardan67 kilka lat nie jadł był wcale bez najmniejszego szwanku dla zdrowia, przeciwnie, umysł jego w tym czasie nabył szczególnej żywości. Jednak by zrobić wam przyjemność, zjem, co mi tu podacie.
I bez ceremonii zasiadł za naszym stołem, do którego i brat Anioł — wstawiwszy swój zydel pomiędzy krzesło moje i mego nauczyciela — po cichu się przysunął, by nie stracić swojej cząstki pasztetu z kuropatw, który matka właśnie na stół wniosła.
Filozof rzucił płaszcz na poręcz krzesła i zobaczyliśmy wtedy, że miał brylantowe guziki przy ubraniu. Siedział nadal zatopiony w myślach, cień nosa zakrywał mu usta, a policzki tak miał zapadłe, że dokładnie odznaczały się szczęki. Ponure jego usposobienie udzielać się poczęło całemu towarzystwu, nawet mój drogi mistrz pił w milczeniu i słychać tylko było brata Anioła, żującego swój pasztet. Nagle filozof rzekł:
— Im bardziej zastanawiam się, tym bardziej jestem przekonany, że salamandra przyszła tu dla tego młodego chłopca — tu wskazał na mnie końcem swego noża.
— Jeżeli salamandry są rzeczywiście takie, jak pan nam zaręcza — odrzekłem na to — to przybycie jej tu jest dla mnie nie lada zaszczytem, za com mocno jej zobowiązany; lecz, prawdę mówiąc, odgadłem ją raczej, niż widziałem, i to pierwsze spotkanie, nie zaspokoiło mej ciekawości, lecz tylko ją podnieciło.
Mego kochanego mistrza dławiło milczenie, więc nagle wybuchając, głośno się odezwał:
— Mości panie, mam lat pięćdziesiąt jeden, jestem licencjatem sztuk i doktorem teologii, przestudiowałem wszystkich autorów greckich i łacińskich, których nie zniszczył czas i złość ludzka, a w żadnym z nich nie ma wzmianki o salamandrach, skąd wedle praw rozumu wnoszę, że nie istnieją wcale.
— Przepraszam — rzekł brat Anioł głosem zdławionym od pasztetu i ze strachu zarówno — przepraszam bardzo, salamandry istnieją niestety, a pewien jezuita, którego nazwiska zapomniałem, opisuje nawet, jak się pojawiają. Ja sam, w miejscowości zwanej Saint-Claude, u pewnego wieśniaka widziałem salamandrę w kominie, tuż przy kociołku z jedzeniem. Miała głowę kocią, tułów ropuchy, a ogon rybi; pokropiłem ją wodą święconą i bestia ta znikła natychmiast, sycząc niby łój smażony i wydając dym ostry, który mi prawie wygryzł oczy. To, co mówię, jest tak dalece prawdziwe, że przez tydzień brodę moją czuć było spalenizną, co jest już najlepszym dowodem złośliwości tej bestii.
— Kpisz z nas braciszku — rzekł ksiądz — twoja ropucha z kocią głową jest tak samo prawdziwa jak nimfa tego tu pana. Ale co gorzej, bajda twoja jest jeszcze na domiar obrzydliwa.
Filozof zaśmiał się:
— Brat Anioł — rzekł — nie mógł widzieć salamandry mędrców. Gdy nimfa ognia spotka kapucyna, odwraca się doń plecami.
— Ho! ho! — rzekł, głośno śmiejąc się, mój ojciec. — Plecy nimfy to jeszcze za dobre dla kapucyna. — A że był w dobrym humorze, jeszcze duży kawał pasztetu dał braciszkowi.
Matka postawiła pieczeń na środku stołu i skorzystała z tej sposobności, by zapytać, czy salamandry są dobrymi chrześcijankami, gdyż miała ona co do tego wątpliwości, nie słyszała bowiem nigdy, by mieszkańcy ognia wielbili Pana.
— Pani — rzekł ksiądz — kilku teologów ze Zgromadzenia Jezusowego uznaje istnienie różnych licznych inkubów i sukubów68, którzy nie są, ściśle wziąwszy, czartami, bo nie pierzchają przed święconą wodą, nie należą jednak do Kościoła triumfującego, bo duchy jasne nie próbowałyby uwieść żony piekarza, jak się to zdarzyło w Peruzie. Ale jeśli wolno rzec moje zdanie, są to wszystko raczej nieczyste fantazje mnichów niż zapatrywania godne uczonego teologa. Trzeba gardzić tymi śmiesznymi bajkami o diabłach i żałować tylko, że synowie Kościoła, zrodzeni w jasności wiary, czynią sobie o Bogu i świecie pojęcie mniej wzniosłe od tego, które mieli taki Platon69 lub Cyceron70 żyjący w ciemnocie pogaństwa. Śmiem twierdzić, że Bóg bardziej jest obecny w Śnie Scypiona71 niż w ciemnych dziełach demonologii, których autorowie mienią się chrześcijanami i katolikami.
— Strzeż się, ksiądz jegomość — rzekł filozof — twój Cyceron mówił dużo i łatwo, ale był to umysł banalny i w naukach świętych mało oświecony! Czy ksiądz słyszał co kiedy o Hermesie Trismegistosie72 i Tablicy szmaragdowej73?
— Panie — rzekł ksiądz — bardzo stary rękopis Tablicy szmaragdowej znalazłem niegdyś w bibliotece biskupa z Séez i byłbym go kiedyś niewątpliwie odczytał, gdyby nie pokojówka pani starościny, która jadąc do Paryża szukać szczęścia, zabrała mnie z sobą do kolaski74. Nie było w tym zgoła czarnoksięstwa, mości filozofie; poszedłem wyłącznie za jej wdziękami przyrodzonymi:
Non facit hoc verbis; facie tenerisque lacertis
Devovet et flavis nostra puella comis75.
— Nowy to dowód — rzekł filozof — że kobiety są wielkimi nieprzyjaciółkami wiedzy. Toteż mędrzec winien wystrzegać się wszelkich z nimi stosunków.
— Nawet w prawowitym małżeństwie? — zapytał ojciec.
— Zwłaszcza w legalnym małżeństwie — odrzekł filozof.
— Niestety — dodał mój ojciec — cóż więc pozostaje tym biednym mędrcom, gdy mają ochotę pośmiać i poweselić się trochę?
Filozof rzekł:
— Pozostają im salamandry.
Na te słowa brat Anioł podniósł znad talerza twarz przerażoną:
— Nie mów tak, mój dobry panie — mruczał — w imię wszystkich świętych mego zakonu, nie mów tak! Pamiętaj, że salamandra jest tylko czartem, który przybiera różne postaci, szpetne, jeżeli chce się przedstawić tym, czym jest, powabne, gdy pragnie utaić swoją istotę.
— Strzeż się ty, braciszku — rzekł filozof — i jeżeli boisz się diabła, nie sierdź go i nie podniecaj przeciwko sobie niebacznymi słowy. Wiesz przecie, że stary Buntownik, wielki Duch Przeczenia, zachował w świecie duchowym taką potęgę, iż Bóg nawet się z nim liczy. Powiem więcej: Bóg, co się go lękał, zrobił go swoim faktorem76. Strzeż się, braciszku, ci dwaj są już ze sobą w porozumieniu.
Kapucynowi słuchającemu tej przemowy zdało się, że słyszy i widzi czarta we własnej osobie, zwłaszcza że nieznajomy ze swymi ognistymi oczami, haczykowatym nosem, ciemną cerą i chudą długą postacią miał z diabłem pewne podobieństwo. Dusza kapucyna, już przedtem zdziwiona, teraz pogrążyła się w świętej trwodze; czuł już na sobie szpony Złego Ducha, zaczął trząść się całym ciałem. Zgarnąwszy, co się dało, smacznych kęsków do kieszeni, wstał z wolna i rakiem idąc, wymknął się wreszcie, szepcąc po cichu egzorcyzmy.
Filozof nie zwrócił na to uwagi, wyjął z kieszeni ubrania małą, w stary pergamin oprawną książkę i otwarłszy ją, podsunął mnie i memu kochanemu mistrzowi. Był to stary tekst grecki, tak pełen skróceń i ligatur77, że zdawał mi się raczej zbiorem znaków czarnoksięskich; ale ksiądz Coignard, założywszy na nos okulary i trzymając książkę w należytej dla swego wzroku odległości, z łatwością zaczął odczytywać te litery, podobniejsze do splątanego motka nici niż do liter prostych i spokojnych mojej edycji świętego Jana Chryzostoma78, na której uczyłem się języka Ewangelii i Platona.
Gdy skończył czytać, mój mistrz rzekł:
— Ten ustęp tak przełożyć należy, mości panie: „Wykształceni Egipcjanie najpierw uczą się liter zwanych epistolograficznymi, następnie liter hieratycznych, którymi pisane są hierogramaty, w końcu zaś hieroglifów”. — I zdejmując okulary, rzekł triumfująco: — Tak, tak mości filozofie, nie brać starego wróbla na plewy. Jest to ustęp z piątej księgi Stromatów, których autor, Klemens Aleksandryjski79, nie jest na liście świętych męczenników, z przyczyn uczenie przez papieża Benedykta XI80 wykazanych, a z których najważniejszą była ta, że ojciec ten błądził nieraz w rzeczach wiary. Niełaska ta musi mu być obojętna, zważywszy filozoficzny wstręt do męczeństwa, jakim odznaczał się za życia. Nad męczeństwo wolał wygnanie i tak to swym prześladowcom starannie oszczędził zbrodni; był to bowiem bardzo zacny człowiek. Umysł miał żywy, obyczaje czyste, a nawet surowe, pisał wytwornie, lubił bardzo alegorie i sałatę.
Filozof wyciągnął rękę, by odebrać książkę memu uczonemu mistrzowi. Mnie zdało się, że ręka ta wydłuża się niepomiernie i sięga sama na drugi koniec stołu.
— Dość — rzekł filozof, chowając Stromaty Klemensa Aleksandryjskiego do kieszeni — dość, widzę że znasz ksiądz grekę i że dobrze przełożyłeś ten ustęp co do jego znaczenia dosłownego i pospolitego. Zapewnię los twój i los twego młodego ucznia; powierzę wam obu tłumaczenie tekstów greckich, które otrzymałem z Egiptu.
I zwracając się do mego ojca, dodał:
— Spodziewam się, mości kucharzu, że powierzysz mi twego syna, bym go wykierował na uczonego i porządnego człowieka. Gdyby miało to być zbyt wielką ofiarą dla twej miłości ojcowskiej, gotów jestem z własnej kieszeni opłacić kuchcika, który go zastąpi.
— W takim razie nie będę przeszkadzał waszej wielmożności być dobroczyńcą mego syna.
— Pod warunkiem — dodała matka — że nie będzie to z krzywdą jego duszy. Przysięgnij mi pan, że jesteś dobrym chrześcijaninem.
— Barbaro — rzekł ojciec — jesteś święta i zacna niewiasta, ale zmuszasz mnie do przepraszania jego wielmożności za twą niegrzeczność, która nie jest wynikiem twego charakteru, ten bowiem masz doskonały, lecz zaniedbanej twojej edukacji.
— Dajcie mówić tej dobrej kobiecie — rzekł filozof — niechaj będzie spokojna, jestem człowiekiem bardzo religijnym.
— Tak, to doskonale! — rzekła matka. — Trzeba wielbić święte imię Pańskie.
— Wielbię, moja pani, wszystkie jego imiona, ma ich bowiem wiele. Nazywa się Adonai81, Tetragrammaton82, Jehowa83, Otheos, Athanatos, Schyros84 i tak dalej, i tak dalej.
— Nie wiedziałam o tym — rzekła matka moja — ale to, co wielmożny pan mówi, nie dziwi mnie zgoła, zauważyłam bowiem, że osoby wysoko postawione mają więcej imion niż osoby niższej kondycji. Pochodzę z miasteczka Auneau, w bliskości Chartres, i byłam jeszcze bardzo mała, gdy zszedł z tego świata dziedzic tamtych włości, ale pamiętam dobrze, że herold, który zgon ten obwieszczał, wymieniał bodaj tyle imion, ile jest świętych w litanii. Wierzę łacno85, że Bóg więcej ma imion niż dziedzic z Auneau, bo kondycji jest jeszcze wyższej. Ludzie uczeni są bardzo szczęśliwi, skoro znają te imiona, i jeżeli pan nauczy mego syna Jakuba, że znać je będzie także, będę mu za to niezmiernie obowiązana.
— Sprawa ubita zatem — rzekł filozof — a i pan, mości księże, chętnie zapewne zgodzisz się tłumaczyć z greki, za wynagrodzeniem, oczywista.
Mój drogi mistrz, którego myśli plątać się już dobrze poczynały pod wpływem sutej libacji, nalał sobie jeszcze czarkę wina i podniósłszy się z miejsca, rzekł:
— Mości filozofie, chętnie przyjmuję twą szlachetną propozycję. Wspaniałym jesteś śmiertelnikiem i zaszczytem będzie to dla mnie do ciebie należeć. Dwa sprzęty cenię nad wszystko; zwą się: stół i łóżko. Stół — bo nań przychodzą kolejno księgi uczone i potrawy wytworne, jest więc on filarem dla pokarmu cielesnego i duchowego; łóżko zaś — bo służy ku spoczynkowi miłemu, jako też zarówno gwoli86 srogiej miłości. Synów Deukaliona87 łóżkiem i stołem boski bez wątpienia obdarzył był człowiek i jeżeli znajdę u waszej miłości te dwa cenne sprzęty, będę imię twoje jako imię mego dobroczyńcy wielbił w greckich i łacińskich rytmach rozmaitych.
To rzekłszy, wychylił porządny łyk wina.
— A zatem zgoda — powiedział filozof. — Czekam was obu u mnie jutro rano. Pójdziecie drogą ku Saint-Germain aż do Krzyża des Sablons. Od stóp krzyża ku zachodowi odmierzycie sto kroków, a napotkacie zieloną furtkę w murze ogrodowym. Zastukacie tam kołatką wyobrażającą zawoalowaną postać z palcem na ustach; starego służącego, który wam otworzy, zapytacie o pana d’Astarac.
— Synu — rzekł mój drogi mistrz, ciągnąc mnie za rękaw — uporządkuj to wszystko w twej głowie: ów krzyż, kołatkę et caetera88, abyśmy mogli jutro odnaleźć te drzwi błogosławione. A wy, łaskawy Mecenasie89...
Ale filozof znikł był już tymczasem, tak że nikt wyjścia jego nie zauważył.
Nazajutrz wczesnym rankiem mistrz mój i ja maszerowaliśmy drogą ku Saint-Germain. Droga była pusta, niebo rudawe, pochmurne, śnieg pokrywał ziemię, wkoło cicho było i głucho. Szliśmy po szerokich wyżłobionych śladach kół pomiędzy murami ogrodów warzywnych, między walącymi się parkanami i niskimi domkami, których małe okna zezem na nas patrzały. Minąwszy dwie czy trzy z gliny i słomy ubite, na pół rozwalone lepianki, ujrzeliśmy na tej rozpaczliwej równinie wznoszący się Krzyż des Sablons. O pięćdziesiąt kroków dalej rozpoczynał się obszerny park, otoczony na pół rozsypanym murem. W murze tym była istotnie zielona furtka z młoteczkiem wyobrażającym szkaradną postać z palcem na ustach; łatwo poznaliśmy, że stosownie do zleceń filozofa jesteśmy u celu naszej drogi; pociągnęliśmy za rękojeść. Dość długo czekaliśmy, zanim zjawił się stary służący i skinieniem dał nam poznać, że mamy iść za nim. Szliśmy przez duży opuszczony park; posągi nimf, pamiętające jeszcze młode lata śp. króla nieboszczyka, kryły pod bluszczem smutek swój i rany, na końcu długiej alei, śniegiem pokrytej, wznosił się ponury zamek z kamienia i cegły, z wysokim a krzywym dachem z glinianych dachówek; zdał on się mi z dala niby zamek Śpiącej Królewny.
Gdy tak szliśmy wciąż za milczącym naszym przewodnikiem, ksiądz szepnął mi do ucha:
— Przyznam ci się, synu, że domostwo to wcale mi się nie uśmiecha; świadczy o szorstkości obyczajów francuskich za czasów Henryka IV90. Przez zaniedbanie i opuszczenie swoje smutek, a nawet melancholię sączy ono w duszę. O ile rozkoszniej byłoby wstępować na czarowne wzgórza tuskulańskie91 z nadzieją, że usłyszymy tam, jak Cyceron w cieniu pinii i cyprysów okalających tę willę, tak drogą filozofom, rozprawia o cnocie.
Czyż nie zauważyłeś też, synu, że na całej tej drodze nie ma ani karczmy, ani jakiego bądź zajazdu? By wypić szklankę świeżego wina, trzeba będzie przechodzić most i iść wzdłuż wybrzeża aż do placu des Bergères. Tam to bowiem na pewno znajduje się oberża pod „Czerwonym Koniem”, gdzie — pamiętam dobrze — jadłem raz obiad z panią de Saint-Ernest, z jej małpą i jej kochankiem. Nie masz pojęcia, Rożenku, jak tam świetnie się jada. „Czerwony Koń” słynie nie tylko z obiadów podawanych tam o wczesnej porze, ale też z licznych i dobrych koni i powozów, które tam wynająć można. Przekonałem się o tym, gdym się uganiał w stajni za pewną służącą, która wydawała mi się ładna. Ładna nie była ona jednak wcale; słuszniej nawet można by ją było nazwać brzydką; ja to, synku mój, krasiłem92 ją w ogniu swych pożądań. Taki bo już jest los człowieka zdanego samemu sobie; błądzimy nędznie, jesteśmy ofiarami złudnych obrazów, gonimy za marami i chwytamy cienie; w Bogu tylko jest prawda i stałość.
Tymczasem za starym sługą wchodziliśmy po rozłażących się stopniach schodów tarasu.
— Niestety — rzekł ksiądz — zaczynam żałować gospody pana ojca twego, gdzie komentując Kwintyliana93, smaczne zajadaliśmy kąski.
Wszedłszy na pierwsze piętro po szerokich schodach kamiennych, zostaliśmy wprowadzeni do salonu, gdzie pan Astarac, siedząc przy ogniu, zajęty był pisaniem wśród opartych o ściany egipskich trumien, mających kształt ludzki, z wiekami malowanymi w święte godła i złoconymi obliczami o podłużnych, błyszczących oczach.
Pan Astarac grzecznie prosił nas, byśmy zasiedli.
— Czekałem na was, moi panowie, a skoro chcecie mi wyświadczyć tę grzeczność i być na moje usługi, proszę was, abyście dom mój za własny odtąd uważali. Będziecie tu tłumaczyli rękopisy greckie, które przywiozłem był z Egiptu. Nie wątpię, że z zapałem zabierzecie się do tej pracy, skoro wiecie, że pomogą one dziełu, którego pragnę dokonać, a którego celem jest odnaleźć utraconą wiedzę, przez którą człowiek odzyska swą pierwotną nad żywiołami potęgę. Nie mam wcale zamiaru już dziś odsłonić przed wami zasłon przyrody i ukazać wam Izydę94 w całej jej olśniewającej nagości, ale mogę mimo to zawierzyć wam przedmiot mych studiów, nie lękając się, byście zdradzili me tajemnice. Poręcza mi to uczciwość wasza oraz władza, którą mam, by odgadywać i uprzedzać wszystko, co można by przeciw mnie przedsięwziąć, a siły tajemne i okrutne są na usługi mej zemsty.
Lepiej niż wierność wasza, o której nie wątpię zresztą, potęga moja zapewnia mi wasze milczenie i nic nie ryzykuję, zwierzając się przed wami. Wiedzcie więc, że człowiek wyszedł był z rąk Jehowy obdarzony wiedzą doskonałą, którą utracił później; w chwili narodzin swych był bardzo potężny i mądry. Wynika to z ksiąg Mojżesza95, należy tylko dobrze je rozumieć. Przede wszystkim, jasne jest, że Jehowa, skoro on właśnie świat stworzył, nie jest Bogiem, lecz tylko potężnym demonem. Pojęcie o Bogu, który ma być jednocześnie Stwórcą i Doskonałością, jest tylko germańską marą, godną barbarzyńskiego Saksona lub Welsza. Kto ma chociaż cokolwiek umysł oświecony, nie zdoła przypuścić, by istota doskonała choćby ziarnko do swej doskonałości dodać jeszcze mogła. To jasne jest natychmiast. Bogu brak pojęć, bo cóż mógłby on pojmować, skoro sam jest nieskończonością. Nie stwarza on nic, bo nie ma dlań czasu ani przestrzeni, tych warunków niezbędnych w każdej budowie. Mojżesz był zbyt dobrym filozofem, by mógł nauczać, jakoby Bóg świat stworzył. Mojżesz miał Jehowę za to, czym jest on w istocie: za potężnego demona lub, jeśli go nazwiemy właściwym imieniem — za Demiurga96. Tak więc Jehowa, stworzywszy człowieka, dał mu poznać świat widzialny i niewidzialny. Upadek Adama i Ewy, co wam innym razem wytłumaczę, nie zupełnie pozbawił ich tego poznania, wiedzy swej udzielili oni swemu potomstwu.
Te nauki, od których zależy panowanie nad przyrodą, spisane są w księdze Enocha97. Kapłani egipscy zachowali jej tradycję i tajemniczymi znakami utwierdzili ją na murach swych świątyń i w trumnach swych zmarłych. Mojżesz, wychowany wśród świątyń Memfisu98, był jednym z wtajemniczonych. Jego księgi, w liczbie pięciu, a nawet sześciu, to arki kosztowne, zawierające skarby wiedzy boskiej. Tam odnajdujemy najpiękniejsze tajemnice, jeżeli odrzucimy późniejsze wstawki i wzgardzimy ich znaczeniem dosłownym, poziomym99, a natomiast, jak mi się to w części udało, poszukiwać będziemy subtelniejszej treści w nich zawartej. Te w świątyniach egipskich dziewiczo przechowywane prawdy przedostały się do mędrców aleksandryjskich100; ci wzbogacili i uwieńczyli je jeszcze całym skarbem przekazanym Grecji przez Pitagorasa101 i jego uczniów, którzy z duchami powietrza obcowali niegdyś swobodnie. Należy więc zbadać księgi hebrajskie, hieroglify egipskie, dalej traktaty gnostyków102 greckich, tak zwanych przez to właśnie, że udziałem ich było istotnie poznanie. Zachowałem dla siebie, jak słuszna, część najtrudniejszą tej ogromnej pracy. Pracuję nad odczytaniem hieroglifów103, które Egipcjanie kreślili na ścianach swych świątyń i grobach swych kapłanów. Przywiozłem z Egiptu dużo tych napisów; odgaduję ich treść i znaczenie za pomocą klucza, który udało mi się znaleźć u Klemensa Aleksandryjskiego.
Rabin Mozaides, w samotności przebywający u mnie, pracuje, by znaleźć istotne znaczenie Pięcioksięgu104. Starzec to w magii bardzo uczony, przez lat siedemnaście żył zamknięty w krypcie wielkiej piramidy i tam czytał księgi Thota105. Wy zaś moi panowie, użyjcie tu swej wiedzy, by odczytywać rękopisy aleksandryjskie, których wielką liczbę sam zebrałem. Znajdziecie tam zapewne cudowne tajemnice i nie wątpię, że dzięki tym trzem krynicom światła: hebrajskiej, egipskiej, greckiej, znajdę wkrótce środki, których mi dziś brak jeszcze, by władać zupełnie nad przyrodą widzialną czy niewidzialną. Wierzcie, że potrafię wynagrodzić wasze usługi, udzielając wam pewnej części mojej potęgi.
Nie wspominam już nawet o pospolitszych sposobach wynagrodzenia; tak daleko bowiem posunąłem się już w mych pracach filozoficznych, że pieniądz uważam za drobnostkę.
W tym to miejscu jego przemowy przerwał mój mistrz drogi:
— Nie będę taił jego miłości, że pieniądz, który dlań zdaje się bagatelką, dla mnie jest troską piekącą, przekonałem się bowiem, że niełacna to rzecz zarabiać pieniądze, uczciwie czy nawet nieco inaczej. Będę więc też bardzo wdzięczny za łaskawe pańskie w tej mierze przyrzeczenia.
Pan d’Astarac z gestem, jakby usuwał jakąś niewidzialną przeszkodę, uspokoił księdza Coignarda. Co do mnie, zaciekawiony wszystkim, com widział, pragnąłem tylko jak najprędzej wstąpić w nowy okres mego życia.
Na wezwanie swego pana stary sługa, ten sam, który otwierał nam był furtkę, ukazał się we drzwiach gabinetu.
— Moi panowie — rzekł nasz gospodarz — jesteście wolni aż do południa, do obiadu. Proszę was jednak, byście udali się do pokojów, które wam przysposobić kazałem, i donieśli mi potem, czy niczego tam nie brak. Kryton106 wskaże wam drogę.
Upewniwszy się, że idziemy za nim, milczący Kryton poszedł z nami po schodach aż na poddasze; tu, skręciwszy w długi korytarz, wskazał nam dwa bardzo czyste pokoje, gdzie wesoło płonął ogień na kominku. Nie przypuszczałbym nigdy, by zamek tak zniszczony na zewnątrz, z popękanymi murami, zda się, i wybitymi oknami, mógł mieć tak porządne jeszcze pokoje.
Zacząłem rozglądać się po naszym mieszkaniu. Okna nasze wychodziły na pole, widać z nich było błotniste wybrzeża Sekwany aż do Mont-Valérien. Rzuciwszy okiem na sprzęty, dostrzegłem na łóżku popielaty frak, odpowiednie doń spodnie, kapelusz i szpadę; na dywanie stała zgrabna para trzewików ze sprzączkami, obcas przy obcasie, noskami na zewnątrz, jakby już same przez się świadome były zasad dobrego ułożenia. Brałem stąd korzystną dla nas wróżbę o szczodrobliwości naszego pana i na cześć jego bardzo starannie zająłem się swoją toaletą; pudrem, którego całe pudełko znalazłem na stoliku, obficie posypałem włosy, w szufladzie komody znalazłem koszulę z koronkami i białe pończochy. Wdziawszy to wszystko: nowe pończochy, koszulę, spodnie, kamizelkę, frak, zacząłem kręcić się w kółko po pokoju, z kapeluszem pod pachą i ręką opartą na rękojeści szpady; co chwila przy tym spoglądałem w zwierciadło i żałowałem, że Kasia koronczarka nie może mnie widzieć w tym eleganckim stroju.
Od jakiegoś już czasu oddawałem się temu zajęciu, gdy ksiądz Hieronim Coignard wszedł do mego pokoju w nowym rabacie107 i bardzo godnej pelerynce.
— Rożenku — zawołał — tyżeś to, mój synu? Nie zapomnisz chyba, że piękne te szaty zawdzięczasz nauce, której ci udzielałem. Strój ten przystoi humaniście takiemu jak ty, gdyż humanitates znaczy wytworność. Lecz spójrz, proszę cię, na mnie i osądź, czy dobrze wyglądam: w tym ubraniu czuję się bardzo porządnym człowiekiem. Ten pan d’Astarac wydaje mi się dosyć szczodry. Szkoda tylko że jest obłąkany; choć pod jednym przynajmniej względem musi być człowiekiem rozumnym, skoro sługę swego nazwał Krytonem, czyli sędzią. Bo rzeczywiście, słudzy nasi są świadkami, a czasem kierownikami nawet wszystkich naszych czynów. Gdy lord Verulam108, kanclerz Anglii, mąż uczony — choć filozofia jego nie jest w moim guście — wszedł do Wielkiej Izby, gdzie miano go sądzić, jego dworscy, strojni z przepychem, panującym w ogóle w domu kanclerza, powstali z miejsc dla uczczenia swego pana. „Siadajcie — rzekł im lord Verulam — podnosząc się, poniżacie mnie”. Bo w istocie, te łotrzyki przez niezmierne wydatki doprowadzili go do ruiny i skłonili do sprzeniewierzeń i przekupstw, za które sądownie odpowiadać musiał. Rożenku, niech przykład lorda Verulam, kanclerza Anglii, autora Novum organum, będzie ci, synu, zawsze przytomny109. Wracając zaś do pana d’Astarac, w którego służbie jesteśmy, szkoda wielka, że jest to czarownik i że zajmuje się kunsztami wyklętymi. Wiesz, synu, że jestem drażliwy w rzeczach wiary i ciąży mi to niemało, żem na służbie kabalisty110, który nasze Pismo Święte, by niby lepiej je zrozumieć, wykręca do góry nogami. Jeżeli jednak, jak to nazwisko jego i wymowa wskazuje, jest on szlachcicem gaskońskim — możemy być spokojni. Gaskończyk może zawrzeć pakt nawet z diabłem — bądź pewny, że diabła oszuka.
Dzwonek, sygnał obiadowy, przerwał naszą rozmowę.
— Rożenku, mój synu — rzekł mój zacny mistrz, schodząc ze schodów — przy obiedzie patrz uważnie i naśladuj wszystkie moje ruchy. Jadałem przy trzecim stole biskupa z Séez i wiem, jak należy się zachować, jest to kunszt niemały; jeść po pańsku trudniej jest niż po pańsku mówić.
W jadalni stół był już na trzy osoby nakryty; zasiedliśmy z panem d’Astarac.
Kryton usługiwał i wnosił kolejno na stół galarety, groch chyba tuzin razy przecierany, różne gęste sosy, ale pieczeń ciągle się nie zjawiała. Mistrz mój i ja staraliśmy się usilnie ukryć nasze zdziwienie; pan d’Astarac dostrzegł je jednak i rzekł do nas:
— Obiad dzisiejszy to tylko próba i jeżeli uważacie, że nie zbyt szczęśliwa, nie będę się przy tym upierał, każę dawać wam potrawy pospolitsze i sam nawet nimi nie pogardzę. Jeżeli potrawy te, którymi częstuję was dzisiaj, są źle przyrządzone, nie winą to mego kucharza, lecz raczej winą chemii, która jest dotąd w powijakach. Ale dzisiejszy obiad daje wam pewne pojęcie o tym, co będzie się dziać w przyszłości. Obecnie ludzie jedzą niefilozoficznie, nie żywią się jak istoty rozumne, nie myślą nawet o tym. Bo i o czym też ludzie myślą? Prawie wszyscy żyją w bezmyślności, a i ci, którzy umieją się zastanawiać, zajmują się głupstwami, poetyką lub dialektyką. Przyjrzyjcie się, panowie, posiłkowi ludzkiemu, począwszy od owych czasów dalekich, gdy zerwało się obcowanie ludzi z sylfami i salamandrami; ludzie opuszczeni przez duchy powietrzne pogrążyli się w ciemnocie i barbarzyństwie, żyli nadzy i nędzni w jaskiniach, nad brzegami potoków lub wśród drzew po lasach. Myślistwo było jedynym ich przemysłem111; gdy udawało im się jakie zwierzę lękliwe podejść lub doścignąć w biegu, pożerali tę zdobycz na pół jeszcze żywą i drgającą.
Zjadali także swoich towarzyszy i zniedołężniałych rodziców: głuche, zgłodniałe trzewia były pierwszym żyjącym cmentarzem ludzkim. Po długich wiekach dzikości zjawił się człowiek boski, przez Greków Prometeuszem zwany. Nie ulega wątpliwości, że w schronieniu nimf obcować on musiał z salamandrami. Od nich to przejął i śmiertelników nikczemnych nauczył, jak wytworzyć i zachować ogień. Jedną z licznych korzyści tego boskiego podarku była możność gotowania pożywienia, uczynienia go w ten sposób lżejszym i subtelniejszym. I w znacznej mierze dzięki pokarmom, które przeszły przez dobroczynne działanie ognia, ludzie stali się z wolna i stopniowo rozumni, zabiegliwi, przemyślni, zdolni do uprawiania sztuk i nauk.
Ale był to tylko pierwszy krok i boleśnie pomyśleć, że przez tyle milionów lat ubiegłych kroku drugiego nie uczyniono. Od czasów gdy przodkowie nasi pod osłoną skał piekli na ogniu z chrustu całe ćwierci niedźwiedzie, żadnego postępu nie uczyniono już w sztuce kuchennej. Bo nie nazwiecie postępem, moi panowie, pomysłów Lukullusa112, ani tego ciężkiego tortu, któremu Witeliusz113 dał był miano „tarczy Minerwy”, ani wszystkich naszych pieczeni, pasztetów, marynat, mięs nadziewanych, różnych przysmaków, na których tak widome są jeszcze ślady dawnego barbarzyństwa.
Gdy na stole królewskim w Fontainebleau podają całego jelenia, z sierścią i rogami, to jest to dla oka filozofa widok równie brutalny jak widok troglodytów114 siedzących w popiele ogniska i ogryzających kości końskie. Piękne malowidła w sali, gwardziści, oficerowie bogato ubrani, orkiestra na trybunach, grająca arie Lamberta i Lulliego115, obrusy jedwabne, srebrne naczynia, złote puchary, kryształy weneckie, świeczniki, zastawy cyzelowane napełnione kwiatami nic tu rzeczy nie zmieniają i nie mogą swym wdziękiem ukryć istotnej treści tej wstrętnej rzeźni, gdzie gromadzą się mężczyźni i kobiety i zasiadają nad trupami zwierząt, nad połamanymi kościami i rozszarpanymi członkami, aby tym wszystkim napaść się chciwie. Z bezmyślną żarłocznością połykamy mięso, tłuszcz, wnętrzności zwierząt, nie odróżniając, które części tych pokarmów są dla nas istotnie odpowiednim pożywieniem, a które — stokroć liczniejsze — należy po prostu odrzucić. Do żołądka naszego wchłaniamy składniki złe i dobre, użyteczne i szkodliwe — bez różnicy. A w tym razie właśnie należałoby zrobić pewien wybór i gdyby w całym kolegium lekarskim znalazł się choć jeden lekarz, zarazem chemik i filozof, nie bylibyśmy zmuszeni zasiadać nadal przy tych obrzydliwych ucztach.
Przyrządziłby on nam, moi panowie, mięsa oczyszczone i odpędzone, zawierające tylko takie składniki, które są w sympatycznym związku z naszą istotą cielesną. Spożywano by wówczas tylko ekstrakt świń i wołów, eliksir kuropatw i pulard; wszystko, co się je, dałoby się strawić zupełnie. Nie tracę nadziei, że będę mógł kiedyś tego dokonać, gdy będę miał czas wolny, by więcej niż dotąd rozmyślać nad chemią i medycyną.
Przy tych słowach naszego gospodarza ksiądz Hieronim Coignard oderwał wzrok od czarnej mazi, którą miał na talerzu, i z niepokojem spojrzał na pana d’Astarac.
— Będzie to jednak — ciągnął ów wciąż dalej — postęp jeszcze bardzo niedostateczny. Człowiek zacny nie może jeść bez wstrętu ciała zwierzęcego, i żadnego narodu nie można uważać za naród cywilizowany, dopóki po jego miastach są jeszcze rzeźnie i jatki. Ale przecież kiedyś pozbędziemy się tego barbarzyńskiego przemysłu. Gdy poznamy dokładnie, jakie pożywne substancje zawarte są w mięsie zwierząt, możliwe będzie otrzymać te same substancje z ciał martwych, które dostarczyć ich potrafią w obfitości. Ciała nieorganiczne zawierają istotnie wszystko, co znajduje się w ciałach żyjących, świat zwierzęcy bowiem powstał z świata roślinnego, a rośliny czerpią swe pierwiastki z materii martwej. Żywić się będziemy wówczas ekstraktami metali i minerałów, odpowiednio przez fizyków przygotowanymi. Nie można wcale wątpić, że będą one doskonałe w smaku, a zdrowe w użyciu. Retorty i alembik116 zastąpią naczynia kuchenne, a alchemicy będą naszymi kucharzami. Czy nie spieszno wam, panowie, widzieć te wszystkie cuda? Ręczę wam, że ziszczą się w niedalekim czasie. Ale nie widzicie jeszcze doskonałych skutków, które z tego wynikną.
— Istotnie nie ogarniam ich myślą — rzekł mój mistrz, pociągnąwszy łyk wina.
— W takim razie, zechciejcie posłuchać mnie jeszcze chwilkę — rzekł pan d’Astarac. — Ludzie, nie ociężali już przez powolne trawienie, staną się cudownie obrotni i lekcy. Wzrok ich się zaostrzy i pozwoli im dostrzec okręty płynące po morzach księżycowych117. Ich umysł się rozjaśni, ich obyczaje złagodnieją, posuną się mocno naprzód w rozumieniu Boga i przyrody.
Ale trzeba zauważyć wszystkie zmiany, jakie zajdą niewątpliwie. Nawet sama budowa ciała ludzkiego się zmieni. Fakt to, że narządy nieużywane i niećwiczone wątleją i wreszcie zanikają. Zauważono, że ryby pozbawione światła ślepną; widziałem w Valais pasterzy, którzy żywią się wyłącznie zsiadłym mlekiem i stąd też bardzo wcześnie tracą zęby; byli między nimi tacy, którzy zębów nigdy w ogóle nie mieli. Trzeba podziwiać, że w przyrodzie nie utrzyma się nic, co jest niepotrzebne. Gdy ludzie żywić się będą balsamem, o którym mówiłem, wnętrzności ich bez wątpienia skrócą się o kilkanaście łokci118, objętość brzucha przez to zmniejszy się znacznie.
— Tu to już zapędza się wasza miłość — rzekł mój mistrz — i na złe drogi prowadzi swe projekty. Co do mnie, nigdy nie narzekam, gdy kobieta ma brzuch dość okrągły, byle reszta utrzymana była w dobrej proporcji. Na ten wdzięk kobiecy jestem bardzo czuły; nie należy przycinać go niebacznie.
— O to nie będziemy się sprzeczali. Zgadzam się, by kibić i łono kobiety kształtowało się na modłę przyjętą przez rzeźbiarzy greckich. Czynię to z uprzejmości dla ciebie, księże kochany, a także ze względu na trudy związane z macierzyństwem, chociaż co prawda i w tym mam zamiar zaprowadzić pewne zmiany, które kiedyś wyłożę wam jeszcze. Wracając do naszego przedmiotu, przyznam się wam, że to, co wam dotąd mówiłem, jest tylko przejściem do prawdziwego pokarmu, to jest do pokarmu sylfów i wszystkich duchów powietrznych. Piją one światło, a to wystarcza, by ciału ich nadać cudowną siłę i giętkość. Jest to jedyny ich napój; będzie on kiedyś i naszym, panowie; należy tylko promienie słońca w napój przemienić. Wyznaję, że nie widzę jeszcze całkiem jasno, jak to osiągnąć; przewiduję liczne trudności i ogromne przeszkody na tej drodze. Gdy jednak mędrzec jaki dojdzie do tego celu, ludzie staną się rozumem i pięknością równi sylfom i salamandrom.
Mój drogi mistrz słuchał tych słów zgarbiony, ze smutno zwieszoną głową. Zdawał się rozmyślać nad zmianami, jakim ulegnie jego osoba pod wpływem pokarmu wymarzonego przez naszego gospodarza.
— Panie — rzekł wreszcie — czy nie mówiłeś wczoraj w gospodzie o pewnym eliksirze, który wszelkie inne pożywienie czyni zbytecznym?
— Tak — rzekł pan d’Astarac — ale jest to eliksir tylko dla filozofów; pojmujesz więc, jak mało osób zeń korzystać może; lepiej nie mówić o nim.
Tymczasem niepokoiła mnie pewna wątpliwość i prosiłem pana d’Astarac, by mi pozwolił ją wyłożyć, gdyż nie wątpię, że natychmiast potrafi mi ją wyjaśnić. Pozwolił mi, więc rzekłem:
— Panie, czy te piękne salamandry, o których, opierając się na twych słowach, urobiłem sobie tak uroczy obraz, nie straciły zębów, pijąc światło, tak jak ci pasterze z Valais, którzy żywią się tylko nabiałem? Przyznam się, że ta niepewność mnie dręczy.
— Synu mój — rzekł pan d’Astarac — ciekawość twoja podoba mi się i chcę ją zaspokoić. Salamandry nie mają zębów we właściwym znaczeniu tego słowa. Dziąsła ich ozdobione są natomiast dwoma rzędami pereł, bardzo białych i lśniących, które nadają ich uśmiechowi wdzięk niewysłowiony. Wiedz nadto, że perły te są światłem stwardniałym.
Wyraziłem zadowolenie z tego, a pan d’Astarac ciągnął dalej:
— Zęby człowieka są znamieniem jego dzikości. Gdy człowiek będzie żywił się, jak należy, zęby jego zastąpi jakaś ozdoba, w rodzaju pereł u salamander. Dziwić się będą wówczas wszyscy, jak niegdyś bez wstrętu i obrzydzenia mogli kochankowie patrzeć na zęby, godne psów, w ustach swych kochanek.
Po obiedzie pan d’Astarac zaprowadził nas do obszernej galerii obok jego gabinetu, która służyła mu za bibliotekę; tu na dębowych półkach stała rzędem cała armia, a raczej wielki sobór ksiąg niezliczonych in duodecimo, in octavo, in quarto, in folio119, oprawnych w skórę, płótno, safian, pergamin. Sześć okien oświetlało to milczące zgromadzenie, zajmujące od końca do końca całą wysokość ścian; duże stoły, globusy i przyrządy astronomiczne stały w środku tej galerii. Pan d’Astarac polecił nam wybrać sobie miejsce najwygodniejsze do pracy.
Mój drogi mistrz z głową do góry wzniesioną pochłaniał wzrokiem wszystkie te księgi i promieniał z radości:
— Na Apollina120 — zawołał — to mi wspaniały księgozbiór! Biblioteka biskupa z Séez, choć zasobna w dzieła praw kanonicznych, nie może się z nią równać. Nad tę bibliotekę nie masz, moim zdaniem, przyjemniejszego miejsca pobytu, nie wyłączając Pól Elizejskich121, opiewanych przez Wergiliusza122. Dostrzegam tu, na pierwszy rzut oka, tak rzadkie i cenne dzieła, iż wątpię, czy jakakolwiek książnica prywatna może się z pańską równać; we Francji ustępuje ona tylko bibliotece Mazariniego123 i Bibliotece Królewskiej. Ośmielę się rzec nawet, że nagromadzone w tym oto rogu rękopisy łacińskie i greckie czynią ją godną zaliczenia do rzędu sławnych bibliotek: Bodlejańskiej, Ambrozjańskiej, Laurentyńskiej, Watykańskiej, do których teraz należy dodać i Astaraceńską. Nie chwaląc się, z dala nie zawodzi mnie węch co do trufli i książek; i od chwili tej mam pana za równego Peirescowi, Groslierowi i Canevariusowi124, tym królom bibliofilów.
— Przewyższam ich znacznie — rzekł łagodnie pan d’Astarac — biblioteka ta jest o wiele cenniejsza niż wszystkie, które wymieniłeś. Biblioteka Królewska jest wobec mojej antykwarnią, jeżeli sądzić nie wyłącznie według liczby tomów i ilości zaczernionego papieru. Gabriel Naudé i ksiądz Bignon, słynni bibliotekarze, wobec mnie byli tylko nieudolnymi pasterzami marnego stada ksiąg baranich. Co do benedyktynów, przyznaję, że są pracowici, ale brak im wiedzy i ich biblioteki noszą ślad mierności umysłów, które je zebrały. Mój zbiór nie jest utworzony na wzór innych; dzieła tu zebrane tworzą całość, która niezawodnie da mi wiedzę. Jest to biblioteka gnostyczna, ekumeniczna, duchowna. Gdyby wszystko, co tu na tych niezliczonych kartach papieru i pergaminu skreślono, przeniknęło w należytym porządku do twego mózgu, księże, wiedziałbyś wszystko, mógłbyś wszystko, byłbyś panem przyrody, twórcą rzeczy, trzymałbyś świat w dwóch palcach ręki, jak ja tę szczyptę tabaki. — Przy tych słowach podał tabakierkę memu mistrzowi.
— Dziękuję — rzekł ksiądz Coignard, zachwyconym wzrokiem wodząc po tych uczonych ścianach.
— Oto — zawołał — ta półka między trzecim a czwartym oknem nieoszacowany dźwiga ciężar; zeszły się tu wspaniałe rękopisy wschodnie i zdają się gwarzyć ze sobą; widzę tu chyba z dziesięć bardzo szanownych foliałów125, pod strzępami purpury i złotem tkanych jedwabi. Jedne z nich mają klamry z drogich kamieni, jak płaszcze cesarzy bizantyjskich, inne znów zamknięte w płytach z kości słoniowej.
— Są to — rzekł pan d’Astarac — dzieła kabalistów hebrajskich, arabskich i perskich. Otworzyłeś właśnie Potężną rękę, obok znajduje się: Stół nakryty, Wierny pasterz, Okruchy świątyni i Światło w ciemnościach; na tym pustym miejscu były Ciche wody, cenny traktat nad którym Mozaides pracuje obecnie. Mozaides, jak wam to już mówiłem, panowie, mieszka u mnie i zajęty jest dociekaniem najgłębszych tajemnic zawartych w księgach hebrajskich. Chociaż liczy przeszło sto lat życia, rabin ten zgadza się nie umrzeć jeszcze dopóty, póki nie zbada znaczenia wszystkich symbolów kabalistycznych. Jestem mu bardzo za to zobowiązany i proszę was, panowie, byście poznawszy go, okazywali mu takie same uczucia, jakie ja dlań żywię. Ale nie o to chodzi. Wróćmy do tego, co was bezpośrednio dotyczy. Tobie, księże Coignardzie, powierzam przekład na język łaciński tych oto rękopisów greckich nieocenionej wartości; ufam twej wiedzy i gorliwości, a nie wątpię też, że i uczeń twój będzie ci wielką pomocą.
I zwracając się do mnie, dodał jeszcze:
— Tak, synu, pokładam w tobie wielkie nadzieje, w znacznej części oparte na wychowaniu, jakie otrzymałeś. Bo chowałeś się, że tak powiem, w płomieniach, pod okapem komina nawiedzanego przez salamandry; a to okoliczność bardzo ważna.
Mówiąc, pochwycił plik manuskryptów i położył je na stole.
— To oto — rzekł, pokazując zwitek papirusów — pochodzi z Egiptu. Jest to dzieło Zosimosa Panopolitańczyka126, które miano za stracone i które sam odnalazłem w trumnie pewnego kapłana Serapisa127. To, co tu widzicie — dodał, wskazując na strzępy kartek lśniących i włóknistych, na których zaledwie dostrzec można było litery greckie pędzelkiem kreślone — są to objawienia niesłychanej wagi Persa Sophara i Jana, arcykapłana Świętej Euagii.
Proszę was, abyście tym naprzód się zajęli. Następnie będziemy studiowali rękopisy Synesiosa, biskupa Ptolemaidy, Olimpiodora i Stephanosa128. Odnalazłem je w Rawennie w lochu, gdzie spoczywały od panowania tego nieuka Teodozjusza129, przezwanego Wielkim. Na początek zapoznajcie się, panowie, z obszarem pracy, która was czeka. W głębi sali, na prawo od kominka, znajdziecie gramatyki i słowniki, które wam może pracę ułatwią. Teraz wybaczcie, że was opuszczę, w gabinecie kilku sylfów na mnie czeka. Kryton już postara się, by wam na niczym nie zbywało. Do widzenia!
Zaledwie pan d’Astarac wyszedł, mój drogi mistrz zasiadł przed papirusem Zosimosa i uzbroiwszy się w lupę, którą znalazł na stole, zabrał się do odczytywania. Zapytałem go, czy nie zdziwiony jest tym, co słyszał przed chwilą.
Nie podnosząc nawet głowy od księgi, rzekł:
— Synu, za dużo poznałem ludzi rozmaitych i zbyt różne przechodziłem losy, bym miał czemukolwiek się dziwić. Ten szlachcic zdaje się być szaleńcem, nie tyle może dlatego, że jest nim w istocie, ile że myśli jego tak zupełnie są różne od myśli pospolitego ogółu. Lecz gdy zastanowimy się nad tym, co w ogóle na każdym kroku się mówi, musimy przyznać, że w tych zdaniach pospolitych jest często jeszcze mniej sensu niż w tym, co mówił nasz filozof. Umysł ludzki, sam sobie pozostawiony, zamki swe i świątynie stawia w obłokach, i rzeczywiście pan d’Astarac wcale nieźle lata po chmurach. Prawda jest tylko w Bogu; nie zapominaj o tym, mój synu. Ale to jest rzeczywiście dzieło Imouth, które Zosimos Panopolitańczyk napisał dla siostry swej Theozebii. Cóż to za zaszczyt i rozkosz czytać ten rękopis jedyny, cudem odnaleziony! Dnie i noce na to poświęcę. Litość mam, synu, nad tymi nieukami, których próżniactwo popycha do rozpusty; jakże nędzny wiodą oni żywot! Czymże jest kobieta w porównaniu z papirusem aleksandryjskim! Porównaj tylko, proszę, tę cenną bibliotekę z „Małym Bachusem”, a towarzystwo tego cennego manuskryptu z pieszczotami dziewcząt w altanie oberży i powiedz, synu, w czym naprawdę znaleźć można zadowolenie. Ja przynajmniej, biesiadnik Muz, dopuszczony do tych cichych uczt medytacji, przez retora z Madaury130 sławionych wymownie, nie waham się w wyborze i dziękuję Bogu, że jestem porządnym człowiekiem.
Przez pięć czy sześć tygodni ksiądz Hieronim Coignard, wierny przyrzeczeniu, dzień i noc ślęczał nad dziełem Zosimosa Panopolitańczyka. Przy obiadach, które spożywaliśmy w towarzystwie pana d’Astarac, rozmowa toczyła się wyłącznie o gnostykach i o wiedzy starożytnych Egipcjan. Niewiele jeszcze umiejąc, nie bardzo byłem pomocny memu drogiemu mistrzowi, ale starałem się jak najlepiej wypełniać jego zlecenia; praca ta sprawiała mi nawet przyjemność. I doprawdy żyliśmy szczęśliwie i spokojnie. Siódmego tygodnia pan d’Astarac pozwolił mi odwiedzić rodziców w ich gospodzie. Po kilku tygodniach nieobecności gospoda wydała mi się szczególnie mała; zastałem tylko matkę, samą i smutną.
— Jakżem rada, Kubusiu! — krzyknęła, widząc mnie wystrojonego po pańsku. I z płaczem jęła mnie ściskać i całować.
Uspokoiwszy się i otarłszy łzy rozczulenia rąbkiem fartucha, rzekła:
— Ojciec twój jest pod „Małym Bachusem”. Od czasu twego wyjazdu chodzi tam coraz częściej pod pozorem, że dom stał mu się pusty i smutny przez twą nieobecność. Rad będzie bardzo cię zobaczyć. Ale powiedz mi, mój Kubusiu, czy kontent jesteś z twego nowego położenia? Żałowałam, żem dała ci pójść do tego szlachcica i na spowiedzi wyznałam przed księdzem wikarym, że w tym postanowieniu miałam więcej na względzie twoje dobro doczesne niż zbawienie twej duszy. Ksiądz wikary zgromił mnie dobrotliwie i kazał mi iść za przykładem zacnych niewiast Pisma Świętego. Wymienił mi imiona kilku takich niewiast, ale nie mogłam ich zapamiętać. Zresztą niedługo się mną zajmował, gdyż był to sobotni wieczór i kościół pełen był penitentek.
Uspokoiłem, jak mogłem, matkę i tłumaczyłem jej, że u pana d’Astarac pracuję nad greką, która jest językiem Ewangelii. Ucieszyło ją to, ale pozostała jeszcze zakłopotana.
— Nie zgadniesz nigdy, mój Kubusiu — rzekła — kto mi mówił o panu d’Astarac: Cadette Saint-Avit, gospodyni proboszcza od Świętego Benedykta. Pochodzi ona z Gaskonii, z miejscowości sąsiadującej z włościami, których pan d’Astarac jest dziedzicem. Wiesz, że Cadette Saint-Avit jest to osoba wiekowa, jak przystoi gospodyni proboszcza. W młodości swej tam na wsi znała ona trzech panów d’Astarac, z których jeden, kapitan okrętu, utonął na morzu; był to najmłodszy z nich. Drugi, pułkownik, zginął w jakiejś wojnie; najstarszy, Herkules d’Astarac, jedyny został przy życiu. Jest to ten właśnie, w którego służbie jesteś, jak ufam, dla dobra twego, mój Kubusiu. W młodości swojej był podobno wytworny w ubraniu, szczodry i szlachetny w obyczajach, lecz ponurego usposobienia; trzymał się z dala od służby publicznej i nie chciał wejść w służbę królewską, tak jak uczynili bracia jego i znaleźli w niej śmierć zaszczytną. Zwykł był mawiać, że nie masz dlań nic nędzniejszego nad szlachetne rzemiosło wojenne i że wyżej ceni prostego wieśniaka niż brygadiera lub marszałka Francji. Takie były jego zapatrywania; wydały mi się nie tyle złe lub przewrotne, ile śmiałe i dziwaczne. Muszą jednak być potępienia warte, bo Cadette Saint-Avit mówiła, że proboszcz ganił je, iż są niezgodne z porządkiem przez Boga na świecie ustanowionym i sprzeczne z pewnymi ustępami Biblii, gdzie Bogu nadana jest nazwa kwatermistrza131. Skoro tak, to byłby to grzech wielki. Ten pan Herkules miał taką niechęć do dworu, że nie pojechał nawet do Wersalu przedstawić się jego królewskiej mości, jak to jest przywilejem jego pochodzenia. Zwykł był mawiać: „Mnie król nie odwiedza i ja też doń się nie wybieram”. Rozumiesz, mój Kubusiu, że jest to zdanie wcale nie naturalne.
Matka spojrzała na mnie z niepokojem i ciągnęła dalej:
— Muszę ci jeszcze coś powiedzieć, mój Kubusiu, co jeszcze trudniejsze do uwierzenia, a jednak Cadette Saint-Avit mówiła mi o tym jako o rzeczy zupełnie pewnej. Otóż pan Herkules d’Astarac, pozostawszy w swych dobrach, zajmował się tylko ściąganiem światła słonecznego do butelek. Cadette Saint-Avit nie wie, w jaki sposób pan d’Astarac to robił, ale jest pewna, że po niejakim czasie w tych karafkach, szczelnie zakorkowanych i ogrzewanych w kociołkach z ciepłą wodą, tworzyły się małe, lecz śliczne kobietki, ubrane jak księżniczki na scenie. Śmiejesz się, mój Kubusiu, a jednak nie należy żartować z takimi rzeczami, gdy widzi się ich skutki. Jest to wielki grzech wyrabiać w ten sposób istoty, które nie mogą być ochrzczone, nie będą więc mogły dostąpić szczęśliwości wiekuistej. Bo nie sądzisz chyba, że pan d’Astarac zanosił do kościoła do chrztu swoje twory w butelkach; nie znalazłaby się chrzestna matka dla nich.
— Ale, kochana mamo — odrzekłem — lalki pana d’Astarac chrztu nie potrzebowały, bo nie były splamione grzechem pierworodnym.
— Nie pomyślałam o tym — rzekła — i Cadette Saint-Avit, choć gospodyni proboszcza, też mi tego nie powiedziała. W młodości jeszcze opuściła Gaskonię i nic już nie słyszała o panu d’Astarac, o jego karafkach i lalkach. Spodziewam się, mój Kubusiu, że zaniechał tych praktyk przeklętych, których bez pomocy czarta dokonać nie można.
— Powiedz mi, mamo — zapytałem — czy Cadette Saint-Avit na własne oczy widziała te damy w karafkach?
— Nie, moje dziecko, pan d’Astarac jest zbyt skryty, by miał pokazywać swe lalki. Ale mówił jej to kościelny Fulgenty, który bywał w zamku i zaręczał, że widział te małe osóbki, jak wychodziły ze swego szklanego więzienia i tańczyły menueta. Tym więcej zatem Cadette Saint-Avit miała rację wierzyć temu wszystkiemu, bo można nie wierzyć własnym oczom, ale nie słowu porządnego człowieka, a zwłaszcza gdy jest ze stanu duchownego. Drugą złą stroną tych praktyk jest, że są niezmiernie kosztowne. Cadette Saint-Avit mówiła mi, że niepodobna wystawić sobie, jakie szalone sumy wydał pan Herkules na swoje butelki, piece i przyrządy, którymi pozapełniał cały zamek. Ale po śmierci swych braci stał się najbogatszym dziedzicem w okolicy i gdy on wyrzucał pieniądze jak szalony, jego folwarki pracowały dla niego. Cadette Saint-Avit sądzi, że mimo tych nadmiernych wydatków i dziś musi być jeszcze bardzo bogaty.
Na to wszedł do gospody mój ojciec. Uściskał mnie serdecznie i zapewnił, że od czasu mego wyjazdu, jako też tego poczciwego i wesołego księdza Coignarda, dom stracił całe ożywienie swoje. Pochwalił moje ubranie i twierdząc, że świadom jest dobrych manier — jako że w swoim zawodzie nisko grzecznym być musi z hałastrą tak samo jak z panami — zaczął i mnie manier nauczać, nakazując mi zaokrąglać ruchy ręki, a nogi mocno na zewnątrz stawiać; w końcu dla dokładniejszej ogłady radził mi udać się na jarmark do Saint-Germain, by zobaczyć Leandra132 i we wszystkim go ściśle naśladować.
Zjedliśmy razem obiad i rozstaliśmy się, wylewając strumienie łez. Kochałem ich oboje bardzo i płakałem głównie dlatego, że odczuwałem, iż przez te sześć tygodni rozłąki stali mi się prawie zupełnie obcy. Zdaje mi się, że ich smutek z tego samego pochodził źródła.
Gdym wyszedł z gospody, była już noc zupełna. Na rogu ulicy Pisarskiej usłyszałem niskim, głębokim głosem śpiewaną piosenkę:
Jeśliś wianek utraciła,
Samaś chciała, moja miła!
i niebawem ujrzałem w stronie, skąd głos dochodził, brata Anioła, który z torbą na ramieniu, trzymając wpół Kasię koronczarkę, szedł w ciemnościach krokiem chwiejnym a triumfalnym, kłapiąc sandałami, spod których tryskały potoki błota, niby na chwałę jego rozpusty, jak fontanny wersalskie biją na cześć królów. Usunąłem się i przyparłem do słupa w rogu bramy, by mnie nie dostrzegli. Był to trud zbyteczny, byli bowiem dość sobą zajęci. Kasia z głową opartą na ramieniu mnicha śmiała się serdecznie, promień księżyca drżał na jej wilgotnych wargach i odbijał się w oczach jak w wodzie krynicy. Poszedłem dalej, ze smutkiem i złością w sercu na myśl, że krągłą kibić tej ładnej dziewczyny obejmują ramiona brudnego kapucyna.
„Czyż podobna — mówiłem sobie — by rzecz tak piękna była w tak szpetnych rękach? Skoro Kasia mną gardzi, po cóż jeszcze wzgardę tę dotkliwszą czyni, podobając sobie w tym szkaradnym bracie Aniele?”
To upodobanie dziwiło i obrzydzeniem mnie przejmowało; że jednak nie darmo byłem uczniem Hieronima Coignarda, tego niezrównanego mistrza, który umysł mój do rozmyślań zaprawił, uprzytomniłem sobie natychmiast satyrów133 uprowadzających nimfy i pomyślałem, że jeżeli Kasia wygląda na nimfę, to satyry, tak jak nam ich przedstawiają w rzeźbach po ogrodach, są równie ohydni jak ten kapucyn. Wywnioskowałem stąd, że nie powinienem zbytecznie dziwić się temu, co przed chwilą widziałem. Te rozmyślania nie rozwiały jednak mego smutku, zapewne dlatego, że smutek mój nie z rozumu pochodził. Tak zadumany szedłem wolno w ciemnościach nocy i w błocie odwilży, aż doszedłem do gościńca Saint-Germain, gdziem spotkał księdza Hieromina Coignarda, który po wieczerzy wracał z miasta do Krzyża des Sablons.
— Synu — rzekł — wracam z wieczerzy od bardzo uczonego duchownego, drugiego Pereisca, mówiliśmy dużo o Zosimosie i gnostykach; wino było cierpkie i jadło nieszczególne, ale najczystszy nektar i ambrozja płynęły w naszej rozmowie.
I zacny mój mistrz z niezrównaną wymową rozwodził się dalej nad Panopolitańczykiem.
Niestety! Źle go słuchałem, myśl moja goniła ciągle tę kroplę księżycowego blasku drżącą na wargach Kasi.
W końcu zatrzymał się, a ja skorzystałem z tego, by zapytać, na jakiej podstawie Grecy przypisywali nimfom miłość do satyrów.
Dzięki swej rozległej wiedzy mój drogi mistrz miał zawsze gotową odpowiedź na każde pytanie:
— Synu — rzekł — gust ten zasadza się na naturalnej sympatii; jest on silny, ale mniej namiętny niż odpowiedni mu pociąg satyrów do nimf; poeci bardzo dobrze zauważyli tę różnicę. W związku z tym opowiem ci szczególną historię, którą wyczytałem w jednym z rękopisów biblioteki biskupa z Séez. Widzę jeszcze ten foliał, pisany pięknem pismem ubiegłego wieku. Chodzi o taki dziwny przypadek: pewien szlachcic normandzki wraz z żoną udał się na zabawę publiczną; on przebrał się za satyra, ona za nimfę. Wiadomo z Owidiusza134, jak namiętnie satyry ubiegają się za nimfami; ów szlachcic czytał Metamorfozy, i tak wniknął w treść swego przebrania, że w dziewięć miesięcy później żona jego powiła dziecko z koźlimi nogami i rogami na czole. Z dalszych dziejów ojca wiemy tylko, że losem wspólnym wszystkiemu stworzeniu zmarł, pozostawiwszy oprócz swego kozłonoga drugie dziecko, młodsze, ochrzczone i o kształtach ludzkich... Ten brat młodszy sądownie zażądał, by brata jego wydziedziczono ze spuścizny ojcowskiej na zasadzie, że nie należy on do gatunku odkupionego krwią Jezusa Chrystusa. Trybunał normandzki, zasiadający w Rouen, przychylił się do tego wniosku i wyrok w tym duchu zatwierdził.
Zapytałem mego mistrza, czy możliwa jest, by przebranie mogło tak wpływać na skutki przyrodzone, by kształt dziecka zależny był od ubrania ojca. Ksiądz Coignard zalecił nie wierzyć temu zgoła.