Szopka. Wiersze Or-Ota

Szopka

Chodźcieno bliżej, kochane dzieci!

Patrzcie! tu gwiazda nad szopką świeci,

Ona to, złocąc niebieskie stropy,

Wiodła trzech królów do biednej szopy;

Śpiących pasterzy blaskiem zbudziła,

Do stóp Jezuska zaprowadziła,

A teraz stoi i jasno świeci,

Więc pójdźcie tutaj, kochane dzieci!

W szopce, we żłobku, na miękkiem sianie

Leży Jezusek, świata kochanie;

On, co ma zbawić narody ziemi,

Leży, spowity szaty biednemi;

Nie ma sukienki, kolebki nie ma,

Lecz wesołemi patrzy oczyma,

Bo się raduje Święte biedactwo,

Że się do Niego zbiegło prostactwo.

Możni królowie składają dary:

Mirrę, kadzidło, złota bez miary;

Lecz Jezus, wdzięczny za ich ofiarę,

Woli poglądać na świtki szare,

Na tych pastuszków, których gromada

Przyszła do Niego od owiec stada

I w zachwyceniu patrzy na Dziecię,

Na swoje skarby największe w świecie.

Ten Mu dwa białe daje baranki,

Ów śliczną piosnkę ciągnie z multanki,

Trzeci zerwane w polu kwiatuszki

Kładzie z pokłonem pod drobne nóżki,

A jeszcze inny sukmankę zdziewa,

Pana Jezusa ciepło okrywa.

Dziecię z uśmiechem patrzy na niego

I łezki szczęścia z oczu mu biegą.

Najświętsza Matka i Józef święty

Nabrali trawy świeżutko zżętej,

Karmią osiołka, co razem z wołem

Przy żłobku Bożym stoją pospołem:

Ciepłym oddechem dobre zwierzęta

Ogrzały Dziecku nóżki, rączęta,

I one wiedzą, że owo Dziecię

Przyszło, by cnotę czynić na świecie.

Czekajcie, dzieci! zaraz w stajence

Zaczną pastuszki grać na lirence,

Będą śpiewali śliczne kolędy,

By się nowina rozeszła wszędy,

By ziemia cała o tem wiedziała,

Że wielka radość światu się stała.

A wy też Bogu pokłon oddajcie

I z pastuszkami pieśń zaśpiewajcie.

Piaskarz

Ej, ta szara Wisełka

I odziewa i żywi,

Jakby matka serdeczna,

Jakby ludzie poczciwi.

Ona daje zarobek

Dla sieroty biednego,

Kupcie, panie, panowie,

Kupcie piasku białego.

Hej! hej! piasku białego!

Od poranka do zmroku

Po podwórkach wciąż chodzę,

Boć trza przynieść kęs chleba

Starej babce niebodze;

Lat już setka jej prawie

Zaciężyła na głowie.

Kupcie piasku białego,

Kupcie, panie, panowie.

Piasku wiślanego!

Oj, szczęśliwe te dzieci,

Co to uczą się w szkole;

Kiedy o tem pomyślę,

Żalę się na swą dolę:

Jabym czytał i nocą,

Aż do świtu jasnego;

Kupcie, panie, panowie,

Kupcie piasku białego!

Hej! piasku białego!

Gdy do snu się już kładę,

Nieraz sobie zamarzę,

Może da mi kto książkę

I litery pokaże.

Boć to z książek człek przecie

Pozna tyle dobrego.

Kupcie, panie, panowie,

Kupcie piasku białego!

Piasku wiślanego!

Przewoźnik

Hej! poczciwe moje wiosło,

Ho! ho!

Już do ręki mi przyrosło!

Ho! ho!

Już bez niego żyć nie mogę,

Bo z niem codzień ruszam w drogę

Ho! ho!

Ho! ho!

Fale Wisły ono pruje,

A łódź chyża w dal szybuje,

Na błękitnej, na głębinie,

Jak jaskółka lotna, płynie.

Stara Wisła, dobra macierz,

Szepce z cicha ranny pacierz,

Po kościołach dzwony dzwonią —

Głos ich leci ponad tonią.

Stare Miasto w słonku świeci,

A po falach łódka leci,

I omija wiry, piaski,

Mknąc do brzegów Kępy Saskiej.

Hej, ty Wisło! ty kochana!

Od małego tyś mi znana!

Kocham ciebie duszą całą

Taką wielką i wspaniałą.

Ty mnie żywisz i odziewasz,

Ty mi pieśni do snu śpiewasz,

Płyń swobodnie, płyń daleko,

Droga rzeko! nasza rzeko!

(Po pierwszym, drugim i czwartym wierszu każdej strofki dodaje się: „ho! ho!”)

Żak

Chodzę sobie, chodzę

Z garnuszkiem po mieście;

Żaczek nieboraczek

Wędruję po kweście.

Do możnych i biednych

Pukam w imię Boże;

Kto ma dobre serce,

Ten mi dopomoże!

Ciężko to się uczyć

O głodzie i chłodzie,

Ależ nie brak serca

W tym naszym narodzie.

Jeden mnie nakarmi,

Drugi mnie odzieje,

A w głowinie żaka

Codzień zajaśnieje.

A gdy już pokończę

Nauki najpierwsze,

Wejść do akademji

Chęci mam najszczersze.

Sławną akademją

Słynie ten nasz Kraków,

Ona głosi światu

O chwale Polaków.

Może też da Pan Bóg,

Że, pracując pilnie,

Z żaka — profesorem

Zostanę niemylnie.

Wtedy, pamiętając

Przeszłość młodocianą,

Będę wspierał biednych,

Tak jak mnie wspierano.

Krakowiaczek Skuba

Pod wawelską skałą

Mieszkał smok-potwora,

Czatował na ludzi

Z rana do wieczora.

Czatował i ludzi

Zjadał tuzinami,

Aż kraj płakał cały

Gorącemi łzami.

Tedym se pomyślał,

Że to sprawa kusa,

I poszedłem prosto

Do króla Krakusa.

— Daj, królu, barana,

Daj mi worek siarki,

A ja Kraków zwolnię

Od tej gospodarki. —

Do baraniej skóry

Siarki nałożyłem,

Potem mocną dratwą

Po szewcku zaszyłem.

Buch! pod smoczą jamę

Kąsek smakowity —

I wyłazi potwór,

Jak zawdy, niesyty.

Już skórę ze siarką

Połknął smok przeklęty,

Już go srodze piecze

Ogień zażegnięty.

Poleciał do Wisły,

Wodą się zapija

I żłopie, i żłopie,

Aż pękła bestyja!

Gdy się król dowiedział

O zgonie szkodnika,

Dał mi złotą zbroję,

Dzielnego konika.

A lud, rad, że przyszła,

Na potwora zguba,

Wołał: — Niechaj żyje

Krakowiaczek Skuba!

Kominiarczyk

Choć mam ledwo lat dwanaście,

Tęgi ze mnie zuch!

Umiem drapać się po dachu,

I wprost w komin buch!

Choć tam czarno, gdyby w piekle,

Nie boję się nic,

Tylko sznurem się opaszę

I odrazu hyc!

Z miotłą w ręku wnet tam jadę,

Ciasno, ciemno wkrąg,

Już szoruję brudne ściany,

Ile siły rąk.

Trzeba dobrze wytrzeć sadze,

Bo nuż zatlą się,

Może pożar wnet wybuchnąć,

I byłoby źle.

Chociem czarny, jak djabełek,

Przeciem z siebie rad,

Kto zna pracę kominiarza,

Ten powie, żem chwat!

Toć w kominie i na dachu

Nie tak łatwy trud,

Często życie swe naraża

Kominiarzów ród.

Więc nie śmiejcie się z biedaka,

Co pracować chce,

I nie z sukni, ale z czynów

Uszanujcie mnie.

Młodszych braci mną nie straszcie,

To bolesny żart,

Bo uznania za swą służbę

Kominiarczyk wart.

Czarownica

Jestem stara czarownica

Z babki i prababki,

Mam brodate, brzydkie lica

A nos jak grabki.

Mieszkam w chacie, co to stoi

Na kurzej nodze;

Kto do puszczy trafi mojej,

Połknę go srodze.

Gdy miesiąca światło blade

Świeci ponure,

Na ożogu pędem jadę

Na Łysą górę.

Tam co piątek się zbierają

Złe jędze-baby,

Piją smołę, zajadają

Koty i żaby.

Lecz ty, dobre, pilne dziecię,

Spokojnie zaśnij,

Bo zła jędza żyje przecie

Jedynie w baśni.

Kto ma rozum, ten nie wierzy

W gusła i czary;

(zacina ożóg batem)

Hej! z kopyta, niech waść bieży,

Ożogu stary.

Jestem stara czarownica

Z babki i prababki.

(znika)

Owczarek

Kędy stoi krzyż przy drodze,

Co go dobrze znam,

Za owcami w polu chodzę,

Na fujarce gram.

Piosnkę echo niesie

Po zielonym lesie,

Wtórzą jej skowronki

Z nad kwiecistej łąki.

Skubią trawkę białe owce

Albo kwiatki pstre;

By nie poszły na manowce,

Kruczek strzeże je.

Poczciwości psisko

Wciąż się kręci blizko,

I patrzy co chwilka,

Czy nie widać wilka.

Gdy południe się przybliża,

Słonko mocno lśni,

To w dwojakach Maryś chyża

Obiad niesie mi.

Od kaszy i mleka

Aż pachnie zdaleka,

Maryś wyśpiewuje,

A ja pałaszuję.

A gdy schodzi już wieczorek,

W blaskach stoi krzyż,

Płynie stamtąd mój paciorek

Do stóp Boga wzwyż.

Proszę Matki Boskiej

O szczęście dla wioski,

Dla mojej rodziny

I całej krainy.

Emigrant

Za morzami, za górami,

Błądzę w obcej ziemi,

Smutne oczy mocząc łzami

W tęsknocie za swemi.

Kiedy spojrzę rozżalony

Ku rodzinnej stronie,

Serce bije jakby dzwony,

Płacze w biednem łonie.

Oj, ty wiosko, droga wiosko,

Na com ja cię rzucił?

I tę świętą Mękę Boską,

Gdziem pacierze nucił?

Ten kościołek pochylony,