same same
same, same — tomik poetycki złożony z wierszy odnoszących się do cielesności i dyskretnie poruszających temat jej ograniczeń, takich jak choroba. Wiersze napisane są długą, spokojną frazą, niekiedy w trzeciej osobie liczby pojedynczej.
same same
Fikcjonariusz
Zakłamane tylko losy własne stają się mocniejszym snem,
Mechaniczność się wzmaga i rozwydrzone skupienie,
Pustka zaś po wydarciu się pocisku
Komplikuje się w mechanizm wprawiany w ruch (korbą).
Witold Wirpsza, Nowy podręcznik wydajnego zażywania narkotyków
Do faktów!
A potem — tak — negocjacje w sprawie nieagresji.
Byle nie zbyt ciche.
Krzyczy się po to, żeby było jaśniej.
A potem, owszem, zaglądanie w zęby —
mankamenty mózgów.
Złoto też czasem chce się zmienić w króla.
A potem, pamiętam, znoszenie bez przeszkód.
Safari z jakąś przecież frajdą.
Umywanie rączek źle robi na skórę.
Do faktów! Był mat na macie.
A potem, tak jakby, słanie się na dechach
i szeptanie w uszy:
teraz się ze mną,
przy mnie się
kochaj,
teraz się dla mnie,
do mnie się
nagnij.
Wszelki wypadek
W stanie bania odczuwamy strach lub lęk.
www.cyo.pl
Zaczynamy banie. Burza napiera na okno, które w lekkim skosie.
Można by kogoś nazwać, bo córka ma w środku jeszcze co najmniej
gromadkę niechcianych dzieci swojej własnej matki. Szukajmy pociechy!
Do Europy wracają liczne prątki Kocha1, tylko że przez Rumunię,
w której się nie było. Za to koncepcje siatki i grupy da się niedbale zarzucić
na każdy obłok motyli. Krzyżuje się rzeczy na wszelki wypadek.
I wszelki wypadek już rączo nadciąga.
Manewry
Och, tak — wybrać na trwałe seryjne rozdzierania, mimo że gdzieś
tam, gdzieś tam nadciąga realne przechylenie. Przygięcie, przegięcie
i raz-dwa-trzy na zastrzyk. Ale panowie, panie — nie będzie się was
zmuszać do czekania na humorek, fajerwerk: szła prawie prostą ulicą
i kręgosłup wcale się nie złamał.
Och, tak — błogosławić świętym oburzeniem bardziej tragicznych
sprawozdawców, śmigłowiec nad Betanią lub choćby porno gwiazdy, niż
swoje własne tycie przekręciki. Ta fala, która nie jest źródłem, mieści mi
się w dłoni. Nie unosi się gniewem, nie cieszy się z niesprawiedliwości
i po prawdzie bardzo jej wesoło.
Och, tak — swobodnie mierzyć spojrzeniem z każdej odległości.
Wypraszać cicho płaściuteńki brzuszek, letnią wrzącą przygodę
w aromacie pinii albo fanclub z zakątków dostępny od zaraz. Chcieć,
żeby ten szczątek, który wyjmą z ciała, był bardziej obcy niż inni
bliscy,
martwi.
Cold wave
Masażysta wgryza się w miejsce tuż nad linią majtek. Jest
niewidomy, a wie, gdzie mam pieprzyki, jak rozpina się stanik, jak nie
brudzić włosów oliwką. Dziś chce szarpać sznurki, których końcem
jestem.
Być tutaj ciałem i ciałem, i ciałem. Własne astralne zostało
w pośpiesznym. Chodzę białą ścieżką na pieszczenie prądem, a potem
czekam, aż wystygną zioła. Piję z goryczką, nim opadnie na dno.
Nad basenem wiszą trójkąty z metalu. Wyciągam ręce i kostium
z wody odpływa ode mnie, zwraca oczom kontur. Mam żółty czepek
i cztery ręczniki — całe ciepło świata. Czy jesteś, kiedy nie dotykasz?
Tu się w to nie wierzy. Tu panie Lucyny muszą trzymać w ramkach
swoich starych synów, żeby dać im wiarę. Na monitorze jest się jasnym
gąszczem, mięsistym wielorybem.
Biała ścieżka, jadalnia i pieszczenie zimnem.
Opis z natury
Czarne nad miastem żarzy się z dużych odległości. Zapomina się
rzeczy — długopisów, termometrów, zapadek. Zapomina się zakląć
i klęknąć w najtrafniejszych momentach. Fale znoszą wesołe walczyki,
aż wysycha ci słownik, głowa odpada przy hamowaniach.
Kuracjuszko w podróży — dwupędowa droga zmienia ci się
w krucjatkę. Będzie się jeszcze gawędzić, obgadane zostaną systemy
płatności. Chlebodawcy i biorcy sprytnie stopią się w jednię i nie wprawi
ich w drżenie żaden z ocembrowanych widoków.
Jedzie się dotknąć
do kaloryfera, wkładać
do lodówki kabaczki,
zmieniać kranówę
w nieposkramialne żywioły.
Prząśniczki
Początkująca prząśniczka musiała jednej zimy
nauczyć się na pamięć 40–50 pieśni.
www.cottbus.de
Zdradziła was, dziewczęta. Wy wciąż u prząśniczki, a ją tulą algi, bo
żony są na fali. Jak skały ten puszek, jak puszek te skały.
Mężczyzna wącha na deptaku kobiecy nadgarstek. Bez frajdy, bez
ulgi. Koszule z walizki są zawsze pogniecione. Zdradziła was, dziewczęta,
teraz bez was musi się
wynucić.
Alfaville
Śni się i nie śpi. Naniesione do głowy hałdy plaży — muszle, kamyki
i kwarc. To nie jest łagodny widok, to rysunek wniknięcia, o które nikt
nie prosił. Strach i koc na ucho, jakby zły duch mógł stosować metody
szczypawek.
I drży się, i się sobie wyświetla. Na przykład, że nową kanapę trzeba
sprzedać i natychmiast ktoś na niej umiera, oczywiście z naszego
powodu. Na przykład, że przyznaję się do wszystkiego wszystkim, a ty
tylko patrzysz.
Sieć czwarta
„Ucho”, które mamy z boku głowy, to tylko jedna,
najlepiej widoczna część narządu słuchu.
www.sluch.com.pl
Napina się brzuch ryby i już — masz proroka na dotknięcie palcem. On
ma to do ciebie, że nie umie milczeć — przyszłość się nim przepowiada,
znalazła w nim sobie miejsce na zawsze, na teraz. I musisz to znosić jak
karcone dziecko, które ma uszy do słuchania, ale nóg wcale nie ma do
ucieczki.
Więc słuchasz.
Otwierają się przyparkowe brzozy, w każdym ich wątłym, spalinowym
słoju może mieszkać szczerozłoty koszmar. Kładziesz go na dłoni,
szperasz w benzynowych tęczach. Za siedmioma rzekami obce tęczówki
właśnie tracą kolor, wtórnie wychwyca się spod nich serotoninę i ranę,
żeby już za chwilę mogła stać się twoja.
Bez reszt.
Przeprawa
Filary, nawierzchnie w ciągłej renowacji.
Cóż za cudny pomysł: ścigać się z kaleką!
Spójrz tylko na przęsła i niech one patrzą.
Miejmy dwa mieszkania: na rzece i pod rzeką.
Skalowanie
Strumyczkiem spuszczona tu ludność i duszno, bo walka o tlen toczy
się zupełnie jak wasza — pod kołdrą niewidką. Słychać tutaj o dłoniach,
które pną się w dół — wbrew regułom rozmowy i gramatyki. Opuszki parzą
i znaczą, dając znaki, że ciałem łączysz się z bydłem. Słodka i sama —
Minotaurynka kontra suplementy.
Słodka i sama — Minotaurynka kontra suplementy. Jest duszno
i wszyscy już niedyskretnie chcieliby opuszczać. Słychać tu o ścisku,
w którym ciała pocą się miodem i mlekiem, zastygają w przewlekłym
macaniu. Wzdłuż krzyża biegną ci paciorki. Załóżmy, że to różaniec.
W brzuchu mieszka słodkolubna ryba.
W brzuchu mieszka słodkolubna ryba. Z chłodem wiąże cię zresztą
więcej szczegółów: majowy kaloryfer, bielizna i obrączka. Żartujmy,
inaczej ktoś umrze. Patrzysz przez lupę na ten wasz przestworek. W
obramówce szkiełka stoicie przed sobą kompletnie ubrani i wyglądacie
mniej więcej tak samo jak z daleka.
Tak samo jak z daleka, na dłoniach macie ślady niegdysiejszych
roszad, lecz w całości rozgrywki coś, co miało być genialną taktyką, nie
zostawia już nawet tropów. To ciało milczy, więc nie mawiasz ciałem. Jest
taki moment między twoją ciszą a milczeniem reszty, kiedy zmieniasz się
w strzelisty strzępek minerału.
Strzelisty strzępek minerału, którym można się kaleczyć na tysiące
sposobów. Wszystko jest kwestią kąta oraz roztrzęsionej chwili, w której
on chciałby przyznać, że o to mu chodzi. Zawsze ktoś pierwszy doda do
miłości odrobinę mordu. Pokaż mu pępek i sprawdź: nie odpadnie żaden
fragment świata.
Nie odpadnie żaden fragment świata. Weź go więc do ręki i wbij sobie
w oko. Na tej siatkówce żyje już tyle podupadłych gwiazdek, że czułe
ciałka w okolicy źrenic zasługują na miano przeglądarek. Czas, by rozpiąć
stanik, by zostać przynajmniej judzeniem optycznym, trójwymiarową
wersją obcych monitorów.
Kochany
W okresie wiosennym i letnim tipsy akrylowe będą
wykonywane sporadycznie!
www.ewciatips.blog.onet.pl
Niech twoje dziwki, kochany, będą dziwne jak kobiety po wyjściu
z basenu, w chlorze i czepku. Niech mają ręce z ołowiu, niech mają
z brązu. Niech kołysząc biodrami grzechoczą jak węże, jak wystraszone
dziecięce zabawki.
Niech twoim dziwkom, kochany, makijaż wyrasta na twarzy, niech
wyrastają im wyraziste kontury zawsze gdzieś na uboczu, zawsze przed
pierwszym promieniem, który mógłby zdradzić, niech będą na ciebie
gotowe.
Niech twoje dziwki, kochany, zmieniają się w lwice, w łanie. Niech będą
jak gryfice, jak centaurzyce, jak smoki. Niech mają w domu szpicrutkę
i święte obrazki, niech biorą je zawsze ze sobą.
Niech twoje dziwki, kochany, strzegą kaloryferów zimą, latem
wentylatorów. Niech dmuchają ci w kark zapachem świeżo przeżutego
piżma. Niech ci zdejmą pidżamę w paski, niech wciągną gładki,
syntetyczny jedwab.
Niech twoje dziwki, kochany, mieszkają w sąsiedztwie, pod
nami, nad nami, po obydwu stronach. Niech dzwonki w ich drzwiach budzą ze snów
umarłych i świętych, niech oni ci zazdroszczą.
Niech twoje dziwki, kochany, przychodzą do nas nocą. niech nam drą
prześcieradła, zostawią pod poduszką swoje martwe tipsy. Niech budzę
się w ich zrzuconych skórach, w ich koronkach z lumpeksów.
Wielokrotnie
Ta zima jak wiosna, a strach jak wczasy koło Kołobrzegu. Przywykanie
do myśli, a także vice versa. Bo może być tak, że rytm zmienia w bęben,
albo chociaż w kontrabas z jedną czułą struną, od dna aż do szczytu — we
wszystkich punktach amen.
A oto historia:
szyba, za nią kawa, wrzask jak na lotnisku, gdy nagle,
cholera, ależ cudny płaszczyk.
Albo:
szyba, za nią cmentarz w środku pełen wody, złe
prądy zmieniają go w lądowisko kawek.
Albo:
szyba, a za nią: na cmentarz raczej w płaszczu, na
kawę na lotnisko, ciepło trafia w zimno, nożyce na kość.
Scena w muszli
A. W.
Taka nagła czułość powinna się jednak ukrywać w oparach — czy
nie po to się bywa w teatrze? Więc kiedy tak obstajesz przy prostych
wyrazach, twierdząc, że nie chciałbyś poznać żadnego poety, myślę,
kiedy ostatnio użyłeś słowa serce lub czegoś w tym stylu. Nic się nie
martw — jestem mistrzynią świata w niechodzeniu do łóżka, dręczy mnie
tylko nadmiar dekoracji. Widzę jak czterdzieści lat temu
wsiadasz do tramwaju. Zajezdnia nazywa się Cichy Zakątek, ty masz
płaszcz do kostek. Jesteś malarskim chłopcem. Mówiłyśmy o tobie z moją
przyjaciółką gdzieś w okolicy twoich czterdziestych urodzin,
gdy ty robiłeś serię zdjęć na pralce drugiemu dziecku, bawiąc się w
Kwiekulik2. Skoro już mowa o dzieciach — nie, nie chciałbym być twoją
córką, wolałabym żebyś mi kupował kolczyki. Widzę cię
przez wdzianka z darów. Noszę w tej chwili rajstopki do przedszkolnych
kapci. Wysiadasz z taksówki po jakimś sylwestrze i jakoś o mnie myślisz,
nazywasz mnie, zdrabniasz, przypuszczasz.
marszczysz mi sukienki w okolicach talii.
Żegnaj, laleczko
Masz dziś dużo wspólnego ze śniegiem, dziewczynko. Jest luty i do
pierwszego kwiatka jest dalej niż do domu, chociaż nie masz domu ani
nikogo, do kogo mogłabyś się zwracać per panie. Niech więc będzie
opowieść na ukołysanie: w barze przy Sześćdziesiątej Dziewiątej, chociaż
wszyscy wiedzą, że w tym mieście nie numeruje się ulic, piłaś whisky
z określonym typem.
On płakał, ty go trącałaś kolankiem. Z czarną konsekwencją masz
myśleć o prawie własności, o koronkowym glejcie, który podpisałaś.
Cóż więc po kolanku, kiedy las spalony. Za oddziałem banku, w którym
chciałaś ciułać, skręciłaś w drugą stronę jak w upojne krzaki. Źle ci
przebywać w chłodnych opowieściach na zatartym brzegu, źle ci tam
dziewczynko, wolisz wciąż fingować.
Szliście aż do miejsca, w którym się otwiera coś jakby żyły czymś
co najmniej ostrym. Patrzyły na was wieżowce, bruneci i blondynki
wieczorową porą. Niech cię nie łapią za gardło wyznania przed nocnym.
Czy chłopcy się boją? Niech będzie, że chłopcy.
Zakrętka ósma
Łabędź krzykliwy ma aż 25216 piór — najwięcej
z ptaków, których pióra zostały policzone.
Soczek Tarczyn, egzotyczny
Wszystkim naszym czasownikom chwilowo najbardziej do twarzy
w biernych stronach, gdzie raczej jest się liczonym, niż można by liczyć.
I raczej widzimy się tu, niż oglądamy pod choćby lekko ostrym kątem.
Bo najpraktyczniej jest nie zaznaczać kształtów, swobodnie rozlewać
się w plamy na wszystkich serwetkach, podsuwać się pod oczy jak teścik Rorschacha,
poznawać tylko naukowców i wróżki. Pozwolić im mówić.
Niech nam porachują.
Przekrój strzałkowy3
Mój nowy skład, jak sad bez jabłek, jak brzegi bez kładki: od szyi
w górę, od szyi w dół — oburącz zakładanie obróż. Gramy w ciepło-zimno.
Dotyka się po to, żeby było bliżej. Dotykasz mnie po to, żeby było dalej.
Przyciągasz za sobą w antyoranżerie, na czarne bieguny tylko
z odpychaniem. Wrzeszczenie do ucha, kopanie przez ścianę. To, co nie
jest twoje, z pewnością jest piękne, więc grajmy w pustkę i nie grajmy
w pełnię.
Zator
Niedziela, sprawy się komplikują. Bazylia jest w doniczce; zanim
jakieś pesto, trzeba ją wyżywić. A ty boisz się środka — korytarzy, żyłek.
Masz je tak blisko wierzchu, że mogłabym ci wejść w krwiobieg jednym
płynnym ruchem.
Ale póki co, wracasz na noc do domku na drzewie pod moją łopatką.
Pomyśl, czy to nie dziwne, że nigdy nie zobaczę, jaki masz wyraz, kiedy
tam lądujesz. Pomyśl, czy to nie dziwne, że tyle słów nie zmienia się
w ciało.
Dokarmianie światła, na uwadze
szlaban, balustrada z widokiem na skórę.
Locus4 focus
Miałaś rację ledwie się przyznając. Twoja matka z odległości znów
obcina włosy na bardzo krótko, chociaż jest jeszcze młoda, chociaż kiedy
chadza do parków, mrówki używają jej kciuków jak gładkich drabin.
Macha do ojca, w dłoni trzyma chustkę z ligniny. Wieczne pożegnanie.
Córki są takie przemądrzałe, gdy długo nie rodzą i nie kończą studiów. To
nie jej przypadek, ma magisterium i dzieci: dzieworództwo w działaniu.
Ale motyle z jej brzucha mieszkają na odległych łąkach. Nawet słowa
łąka używa się tutaj na lekkim przydechu — jak wielu innych słów, które
nie znajdą nigdy godnych odbić. Zakradaj się do piwnic, na strychy — na
zagrzanych grzędach
nocuje twój moll, dziewczynko. W ciemni się trzęsiesz, na słońcu
prześwietlasz te klisze. Więc jeśli rankingować strachy, słowo mąż
wysunie się wyraźnie na czoło, a przez czoło przecież lepiej jest
przeciągnąć kosmyk,
jak wtedy, kiedy przy jakiejś poręczy chciałaś się całować, ale
zabrakło ci, bo ja wiem, wdzięku, odwagi, zamaszystej kiecki. Och, wiem
— wolisz sama wbijać w siebie choćby wykałaczki,
bo jedna wiesz, jak daleko stąd do płynnego życia, na które nie
masz żadnego dowodu. I chociaż zakładam, że kłamiesz — ty kłamiesz.
W jakimś letnim parku, na ławce w półcieniach, grzebiesz sobie w oku
zakażoną drzazgą
i nic się nie zmienia.
Śluza
Zanurza głowę, a świata jest nadal za dużo, chociaż trwa głośny
demontaż — koparki pracują nocą, świecąc dla niepoznaki oczami.
Wyjdzie na kawę, niech będzie dziś słodka — dostaje po niej odruchów.
Śniło się nader prawdziwie — żeniłeś się z kimś na kształt jej matki,
a ona tymczasem nosiła bardzo czerwone pantofle. Teraz, rzuć okiem,
przeżywa. Bo już wpłynęła w ten szeroki roztwór.
i dłonie ma
jak do żabki:
się roz
pływa.
Sypkie lustra
Człowiek nie powinien się spodziewać cudów po ciele.
J. M. Coetzee, W sercu kraju
U was post coitum omne animal palą. A ja potrafię być triste5 zupełnie
bez dotykania. Wzeszła dziś mgła nad wodą, która udaje cmentarz. Na
końcu świata są filtry, urosły pod mgłą, która przykrywa cmentarz, a ja,
nad brzegiem, triste.