Czyściec

[Czyściec — Motto]

Ad audiendum verbum

(dla usłyszenia słowa)

Pieśń pierwsza. Pralnia chemiczna

Nic już nie pozostało po dawnych wizerunkach

po wielkich ucztach, na których maczałeś swe usta

dostojnie i powoli, dostojnie i powoli

W pustce, w znużeniu rysują się nowe kształty

musisz przyzwyczaić swój wzrok do mroku

by zauważyć ich śladowe muśnięcia na boku

Oto leżę teraz w ciemności mnogiej, wielokrotnej

Me usta zawiązane są w kokardy drapowane

Tak wygląda drugi początek końca

w zapomnianej przez wszystkich odlewni żeliwa

które kiedyś miało służyć na zbroje, na mundury

tych najsłabszych i niezrównoważonych psychicznie

co to się mieli plątać się właśnie w Czyśćcu

Niech mi to udowodni ktoś wywazelinowany

że nie może istnieć druga strona postrzępiona

Niech weźmie te chrzanione lupy, skanery czułe

niech wybada wielkie braki wszystkiego

Stoję, prężę się w chórze dziwnych uczniów

z przekrzywionymi głowami śpiewają

Głowy i głosy przekrzywione ze zdziwienia

sobą w nowych, oczekiwanych funkcjach

na pasie dzielącym krainy niedostępne

Szczelne nory schowane, zapomniane

Syk chłodu i potępienia tylko rozrzedza

oddychanie innych, niezwykle intensywne

Idę ze szczotką drucianą na siebie i ciebie

Uciekaj, uciekaj ode mnie w podskokach

Widzisz moje oblicze pełne zacietrzewienia

masz się czego bać, kochanie, masz

Ostre szczotki, środki pielęgnacji drażniące

dzierżę w wysuszających się ciągle dłoniach

Druciana szczotka spoczywa już w kącie

w pewnym podkuchennym schowku porzucona

Szczotka druciana w mych dłoniach, berło

Powoli dostrzegam swoje brudactwo

Przecieram tory moich własnych wędrówek

zarastają one bardzo szybko kurzem

Biorę metalowy druciak do mycia naczyń

przypalonych garnków ze szwedzkiej stali

nigdy nie miała się przypalać, a jednak

Z wielką zawziętością szoruję ich głębokie dno

zobaczyć, jaka była ich pierwotna kolorystyka

Z drutu kolczastego korony, suknie me strojne

pochowanie w garderobach, pochowane w ziemi

Higieniczna misja pielęgnacji wszystkich

podmywanie w wodzie rumiankowej, nasiadówka

Rozdaję więc mydło z osobistego tłuszczu

z dodatkami pachnących słów zatopionych w nim

Możecie się teraz mną myć, moim woskowym ciałem

Płyny rozdaję do tych jeszcze bardziej intymniejszych

miejsc niż krocza, narażone są na reakcje alergiczne

na ciągłe informacje o tych drobnoustrojach, bakteriach

atakują nas one w ramach cichej wojny podjazdowej

w której jest tu ciągły remis, zero do zera

Mleczko kokosowe do powierzchni delikatnych

choć ślady zawsze jakieś zostaną w formie blizn

Czyść mnie, szoruj szczotkami, gąbkami syntetycznymi

Szoruj brud czystości tego wiecznego dbania o higienę

wewnętrzną i osobistą

Niech więc brudas we mnie jeszcze bardziej czarny

zaprzeczy mi w każdym słowie, zapełni arbuzami

Demontaż tak pięknie wysprzątanej konstrukcji

takiego niezwykle zdyscyplinowanego wysiłku

z zaciśniętymi zębami i zmęczeniem

z nadludzkim wysiłkiem poczynionej

z lubością ją zniweczyć, miękko

z impetem i namiętnością roztrzaskać w pył

dla miejsca, gdzie wszystko jest między

trzeba by znaleźć jeszcze lepszy środek czyszczący

aby usunąć mnie

Moje istnienie z mokradeł, z tłuszczów

moje istnienie z kurzu i bakterii rozpuścić

w odwiecznie śmierdzącym chlorze

Pieśń druga. Między

Czarna, brudna królowa, to ja, płaczliwa madonna

Mam drobne jeszcze błyski dobroci, można je zauważyć

jak przechylisz głowę trochę w lewo

to może dostrzeżesz we mnie ten zabłąkany odcień dobroci

Oto jestem Rozszczepiona pryzmatem twojego wzroku

Twoje spojrzenie na mnie prawie miłosne

złożone z tysięcy zaczepnych kryształków

Twoje spojrzenie i wiem już wszystko

Twoje spojrzenie i nie wiem już nic

A mój drugi kawałek rozszarpany, rozszczepiony

Jego krawędzie są ostrzejsze, można się skaleczyć

pokaleczyć język, podniebne podniebienie

W głębokich warstwach zostałam podzielona między

Powoli składam się, oceniam, czy jeszcze jestem

wyczyszczona z Blu i Bruny, czy jestem Bianca

Druga część mnie pomiędzy nie jest ani dobra, ani zła

na dwie nieregularne części pęknięta

Ich wewnętrzny skrzyp, walka błędnych rycerzy

Nic tu nie jest samym w sobie, wszystko odnosi się

to są ciągłe powtórzenia, powtórzenia, powtórzenia

po to, aby sędzia dokładnie przeanalizował

za pomocą mikroskopu elektronowego, kto skusił

które słowo skusiło, skacząc na oślep

To druga liga, Jemu nie chce się oglądać

Jest tu więc sytuacja nieskończenie pusta

Nie chce rozstrzygać, że coś się zmieni w grze

więc wszyscy czekają napięci jak struny

żeby zmiany zewnętrzne zmieniły ich constans

Zmierzcha już, zimno jest już, na zewnątrz

Idę skryta przez zmęczenie i mam słodką ślinę

Co rano czyszczę medale doskonałości

odznaczenia człowieka roku albo pół roku

taka łagodna, empatyczna, wszyscy lubią mnie

Promienne spojrzenie pieczołowicie mydlę, czyszczę

Te moje wyrestaurowane fasady to jedyna nadzieja

W kącikach ust i oczu, uszu tkwią wielkie czernie

wielkie apetyty niespełnione, głodne, ciągle by się spełniały

apetyty na wszystko, na wszystkich, mieć w sobie wszystko

Czym bardziej odświętne wznoszę jasne spojrzenia

tym grubsza warstwa narasta we mnie jako bunt skryty

Nie umiem być pokorna wobec uczuć dobrych, okazywanych

tych uśmiechów szczerych, tych lekkich skinień głową

Cóż za perfidna zależność wrzucona w moje istnienie

za fasadą jaśnie oświetloną, za fasadą ciemnością pokrytą

tkwi świątynia buntownika, skrycie odmalowywana na nowo

Bianca moje imię spisane, by wysoko i nisko

spoglądać, by znaleźć coś poza uczuciami, poza gramatyką

ciągle pomiędzy przebywać, doznawać rozkoszy

i goryczy bycia ani tu, ani tu

Niemożliwość zlokalizowania mnie za pomocą systemów

nawigacji satelitarnej i teologicznej

gdzie się aktualnie znajduje między

Lubię ten własny brud sklejający moje słowa, obrazy

Kreować od początku te klejące się do siebie spoiwa

z niczego

żeby tak było cicho i czysto

by móc według jakieś logicznej metody rozumieć

odzyskiwać wiarę w jakikolwiek sens mierniczy

podpisywać się jeszcze Bianca albo Chiara1

Białe rozcieranie rzeczywistości, do dna

do głębszych warstw, do konstrukcji pierwotnej

Moje zawzięte drapanie, prawie alergiczne

podrapać się do końca świata, do granicy

gdy się ściera już wszystko, nie ma już podłoża

Moje poszukiwanie sensu za cenę wszystkiego

za cenę połamanych paznokci, nieświeżej cery

O jad kiełbasiany, o drobnoustroje, o nieświeże oddechy

Sunę, oto ja, zachodząca gwiazda chińskich wyprzedaży

z bardzo dumnym wyrazem oczu, z bardzo dumnym

Prostuję się nerwowo, wyglądając lepiej zdecydowanie

Robię sobie ciągle samodzielnie operacje plastyczne

nadając mojej twarzy ciągle zdziwiony wyraz

nacinając skórę w odpowiednich miejscach

Wszyscy się podśmiechują ze mnie, widząc te zmiany

widząc ślady, blizny po moich rozciągnięciach

między słusznością i niesłusznością

Zbyt biała na popołudniową porę z ciepłem w tle

Zbyt chłodna, spokojna na zbawienną kochankę

Zbyt cicha, by jej głos ktoś pochwycił i się przewrócił

z przerażenia, z przerażenia, z przerażenia

Mój byt był zawsze zbyt, zawsze ta nawiązka zostawała

Dzielenie, po którym zostają dwa kosze ułomków

Te pozostałości, nie wiadomo, co z nimi począć

Zbyty, zbyty ciągnę za sobą, wyginając się mocno

Mój tren ślubny z szeleszczących ułamków

które po jedzeniu, miłości i snach pozostają

Pieśń trzecia. Przekrzywiony upadek

Mieszkam w ściółce leśnej — kreciej

z regularnie płaconym ogrzewaniem

gdzie wszystkie izolacje cieplne mruczą

Ciepło wyściela moje małe schronienia

z pluszu, z aksamitu, waty higienicznej

Budzę się rano, by co dzień wpieprzać

zdrową żywność i żyć w dobrym stylu

zrównoważonej diety metafizycznej

Nie jestem satanistką biegającą

w czarnych rajstopach na głowie

ani też kapłanką podcinającą piersi

biodra, łabędzią szyję, brązowe nogi

na znak, że nie pasują już do nastroju

do adwentowej sutanny w tym roku

Miało być sterylnie biało, chłodno

żeby nikt nie wchodził do mojej pułapki

zaprojektowanej na siebie samą

Mogłabym ciągle przypudrowywać się

spoconą twarz kokainą oblepiać

zachowując ten śnieżny odcień bieli

prawie nieczłowieczeństwa, diamentowy

prawie boski chłód spojrzenia na wszystko

Pozbyć się balastu głośnych opowieści

wielkiego chrzanienia ze szklanką wina

przekomarzania się i oglądania rannych

w ramach dobrej nowiny non stop kolor

Spokojnie w słonecznych okularach sunę

przez dynamicznie rozwijające się przejścia

podziemne

Skrywana biel kołnierzyka, to nieludzkie

bywać tak białym jak śmierć

jak bianka

Jakże by tu umrzeć, właściwie w jaki sposób?

Czy w wielkich cierpieniach oczy przymrużać z bólu

iskrzyć się w boleściach pozowanych do obrazu

czy odejść łagodnie nieświadomym przesunięcia?

Wybierz mi coś właściwego, na mój rozmiar

na moje możliwości amatorskiego teatru gestów

Przetestuj mnie, czy będę uciekać, czy ulegnę

Czy histerycznie będę pozdrawiać całą moją rodzinę

rozdając im w spadku kosmyki moich włosów

pozostawionych na pożółkłej od lęku poduszce

dekorując ją w orientalne wzory swym wiciem?

Swobodnie mnie skrusz i połam sobie, jak chcesz

Niech wygną się moje ręce, nogi poskładane

w porządku alfabetycznym, zrywając nowalijki

w której należy całować mocno w usta i patrzeć

Moja śmierć w czepku kąpielowym bawi się

w umieranie, mrużenie oczu od refleksów w niej

Lubi mój kolor, choć w ręku ściska nowe barwniki

W dzień mojego przekrzywionego upadku

wszystko było przekontrastowane i przesycone

Ta woda chlorowana, która była w basenie

powodowała niszczenie wszystkich tkanin

ich rozdzieranie w niefortunnych miejscach

W białym kostiumie siedziałam, oparta o brud

Baseny wykopywane na świętą pamiątkę męki

Nie chciało mi się wtedy pływać w tym moczu

irytowało mnie to ciągłe machanie łapami

Ciągle utrzymywać się na powierzchni lustra

rwać się do kolejnych oddechów, co wysoko wiszą

ciągle walczyć o to bycie między, o to poziomowanie

Mimo rezygnacji i zniechęcenia wodną formą relaksu

weszłam na pośrednią w wielkości skocznię, między

Chciałam zrzucić swe ciało zakostiumowane w dół

Lekko odbiłam swój ostatni ciężar, wygięłam się w łuk

triumfalny co najmniej, co najwięcej

Mój skręcony lot trwał sekundy niefortunne, odliczane

Uderzyłam w wystający brzeg sztucznego morza

w wykafelkowany skalny klif, wywafelkowany uskok

Poczułam długi ból głowy, kręgosłupa, palca u nogi

Krzyknęłam z bólu rozbita o chlor, o swoje ciało

Mój kręgosłup został złamany na tysiące części

które rozbite niestety już do siebie nie pasowały

ani ze względu na kształty, ani na motywy na nich

Zaczęłam się roztapiać, zgruchotanie czułam chwilę

przymknęłam oczy, licząc, że tak wygląda zakończenie

mojego skakania do góry w dół, do dołu w górę

Ciągnęłam za sobą cielesność wywleczoną

Migotliwa podążała ona wciąż za mną

próbowała we mnie odnaleźć dawnego właściciela

obwąchując mnie, sprawdzając, nie dowierzając

Trudno jest zostawić tę kapryśną słodycz po drodze

z daleka jeszcze w tylnej szybie samochodu widzieć

jak wyje z tęsknoty za tobą i nie rozumie, że to śmierć

Przepełniona wodą odzyskuję pełnię przecieku

Wtedy otrząśnięto mnie w chłodnym przejściu

w korytarzu usłyszałam pytanie i słowa rozwiązane

nie byłam w stanie ich uchwycić, mimo wysiłku

Nie miałam w sobie jakiegokolwiek zaczepu

żadnego przełamania w sobie, skrytej szczeliny

Słów tych zrozumieć nie mogłam, skierowanych

Przesunięcie smutne odsunęło mnie od siebie

Poczułam obietnicę brzegu oddalonego o miliardy

miliardy stóp, łokci, zaniedbywanych zgięć

Rwałam się, chwytając się czegokolwiek

ale wyrzuciłam się sama w szarosrebrny popiół

Dziwne, bo byłam przygotowana na zajęcia WF-u

miałam na sobie jeszcze ślad po kostiumie

idealnie nadającym się do pływania w morzu

Strój w cytrynowe pasy niebezpieczeństwa

Pieśń czwarta. Prochy

Oto linoskoczek, na poły przechodzący

nad piekłami srogimi, nad niebami mdłymi

teraz leży w swym stroju biało-czarnym

rozumiejąc powoli swe nagłe rozbicie

na grubą warstwę lepiącego się Prochu

Ukryte są w nim tajemnicze pumeksy i resztki

wysuszonego mleka z piersi, z witaminami

zmielone z dokładnością magistra farmacji

wszelkie lekarstwa, tabletki świata na wszystko

W środku można wyczuć jeszcze inne rzeczy

choćby spopielone kawałki słów za słabych

czy wałęsające się nawiasy jak pogubione rzęsy

Substancja ta miała cechy leczniczo-drażniące

smutek wypełniający mnie całą zgruchotaną

Słodkie tabletki przemielone otaczają mnie

Gorzkie antybiotyki zmielone w buzi

wyplute na krawężnik rzeczy wszelkiej

Wszystko było jakieś takie skurczone tu

z zimna i ze strachu, i ze smutku

podkurczone ze wstydu, że się nie udało

Patrzeć swymi przepłakanymi oczami

Nie można ich przymknąć ni zmrużyć

Krajobraz dokładnie 50% bieli-czerni

Mam w dłoni jeszcze prochy dla siebie

Moje kolorowe przyjemności skurczone

ściśnięte, barwiące swą słodką powłoką

by się lepiej łykało, by łukiem tęczy

zbawić moje bóle podziemne

Prawdziwe cuda mogą się zdarzyć, gdy zmieszam

różne lekarstwa ze sobą nie do pary, nie do wiary

Popiję zwietrzałym winem, poczekam na prochy

na moje wewnętrzne przecieranie się bolesne

Jeśli chcesz znać tę chorobę, to jest ona rzadka

osoba o takich skłonnościach cierpi prześmiesznie

ma potworne bóle głowy i zawroty, i krew z nosa

jej leci na ziemię, z nią całą na ziemię, zalewa się

wszystko widzi straszliwie ostro, każdy detal

mocno wbija się w nią, za głęboko zdecydowanie

Teraz jestem w prochach na prochach w twoich prochach

prawie zatopiona, trafiona, prawie zatopiona

Łykam miliony lekarstw za pomocą siebie, zanurzam się

Przedawkuję wielokrotnie ilość lekarstw na dobę

po to, żeby się już nie obudzić, by ten sen przedłużony

zagłuszyć za pomocą przyjaznej dłoni, jaką podaje nam

farmakologia

co głaszcze po głowie, głaszcze, głaszcze przyjemnie

Pieśń piąta. Trzy minuty Czyśćca

Trzy minuty Czyśćca, zdycham ostatecznie

Zdycham w twych ramionach jak w okowach

jak w ostatnim okopie w błocie wyżłobionym

Czy wiesz, że to przez ciebie te trzy minuty

przez to rozbicie pryzmatem twojego wzroku

twojego mdłego spojrzenia na mnie prowadzonego

Zostałam potępiona i zbawiona, bo nie umiałam

trzymać cię za rękę, nie odpowiedziałam ci

Widzisz, wszyscy mi mówili, że teraz będę płakać

że przypomnę sobie gorzkie wypełnienie tabletek

choć ich pozór, choć ich powlekanie jakże słodkie

Gdyby istniało tu jakiekolwiek ostre narzędzie

zabiłabym się wiele razy, z satysfakcją umierania

aż w końcu byś zlitował się nade mną i pochwycił

łapiąc za mą dłoń, stanowczo mi tego zabraniając

Już nigdy więcej bym tego nie zrobiła dla ciebie

Nie szantażowałabym cię swym płaczem, histerią

W wersji sproszkowanej już mnie nie chcesz za bardzo

teraz ta niepotrzebność, samotność wzgardzona

Nie ma jak pokutować, nie ma narzędzi tortur

Nie ma kół zębatych śmiejących się nieszczerze

Nie ma klatek z owocami rekordowo gorzkimi

Nie ma nic, tylko wielkie pogorzelisko wokół

Ten strup właściwy ciągle się goi i sklejony jest

z plastrem, jeszcze trzy minuty gojenia się

Daj mi właściwy powód mego czekania

W krainie zwęglonej baśni wszystko jest marne

Wszystko jest spalone, ze wstydu kryje swoje twarze

w kąty za karę

Tych kątów do odczekania miliardy, same kąty

Stoję bez ruchu, prawie jak umarła w kącie

Liczę do stu, liczę na ciebie, ojcze, liczę na liczenie

Zniszcz mnie lub zbaw, niech już nie będzie

trzech minut zapomnianych przez wszystkich

Czekam na litość

Wyciągam swe żebracze ręce, błagam o ruch

Z kartką pogniecioną informuję przechodniów

że jestem ciężko chora i nie mam nic

Mam temperaturę w cieniu bardzo niską

Czekam na litość bażancich spojrzeń na boki

Wyciągam się żebracza jak żagiel zwieszony

błagając o szept, co poruszy wielkie ciężary

Czy widzisz moje sczerniałe ręce z węgla wykute

z węgla, dobry jest na przeczyszczenie

Czekam na litość, zbieram na lekarstwa

Pieśń szósta. Sine jezioro pod powieką

Pełna bólu, zmęczenia sobą nie mogę kroczyć

w paradzie jednej osoby bez flag i emblematów

Odwracam się, zemdlona szarością w porcjach

Widzę mą podobiznę multiplikującą się w kątach

Fermentuję, deformuje się ciągle me senne spojrzenie

Smród tutejszy silnie uderza mnie po policzkach

boleśnie spłynęło wszystko wodospadami w doły

Upadłam jeszcze raz na siebie, próbując zobaczyć

wielki, osobowy siniec, rozlewający się we mnie

znak zakazu, nakazu i ostrzeżenia dla łobuziar

Odrętwiałe oczy podniosłam wielkim wysiłkiem

z siną twarzą pełną dźwięcznych zębów w ustach

Czyż nie jestem teraz piękniejsza, obita-opuchnięta?

Me wdzięczne policzki strzaskane, guzy się piętrzą

na prawej i lewej stronie mych skroni jak rogi srebrne

Uśmiecham się niecierpliwie uznając, że mnie poznasz

umalowaną dziś niewinnie dla ciebie, na spotkanie

Wije się niecierpliwie niewielkie rozlewisko

w odcieniach mieni się jej oleista fala

niestety niezachęcająco, niestety niezachęcająco

W szarym prochu fioletowo-zielone jezioro

Bajoro brudne, odmęty głębokie i ograniczone

rozlane tu przypadkiem przed wiekami

w sumie przez nieuwagę się wylało

ale nikt tego nie zmył, nie posprzątał

O nim się tylko zapomina, bo jest z boku

Jego solna toń wypełniła mi gardło

gdzieś przypomniałam sobie tę woń

znaczenie tego zapachu apteczne

walerianowy z cukrem smród wielki

Kompost, nawadnianie okolicy kroplami

z dozownika wąskiego, ciągle zatykanego

To tylko dla bydła gorszego sortu

dla cielaków z sutkiem w buzi

z papierosem najtańszym w okolicy

Mają twarde języki i żuchwy stalowe

smaków nie rozróżniają już w zasadzie

Na brzegu jeziora rozsypany cukier

Cukier zaciągający się gorzkim smakiem

dla histeryczek i histeryków baśniowych

drżą im ręce, nie potrafią nawet nosić siebie

Cukier na małe łyżeczki sypany

zachodzące walerianą zachody słońc

testów ciążowych i papierów lakmusowych

stosowanych przez jeszcze uczących się

Takie sine oko na pustyni pokrytej wykładziną

ukrywa to, że pod nią trwa konsekwentny rozpad

Pomóż mi podnieść oczy, pomóż mi spojrzeć

Cóż to za zjawisko niezwykłe i smrodliwe

czy zapominanie aż tak cuchnie, aż tak?

Pieśń siódma. Bianca śpiewa nad walerianowym jeziorem do nieznajomego

Moje spierzchnięte usta wyszeptują pytanie do ciebie

Kim jesteś, o skulony? Gęsia skóra na twym ciele?

Językiem swym chłepczesz silny koncentrat waleriany

zalany tylko 0,000001% słonej wody z morza

ta niewielka ilość już wystarcza, że pamiętasz o wszystkim

Gdzieś Jego daleka obecność przypomina tobie

że słona woda jest bardzo zdrowa i antyseptyczna

Jeżeli umiesz rozciąć jeszcze raz usta do śpiewu

słowa wypowiadane spopielają się od razu w miał

Nic nie ma smaku, nawet waleriana, nawet twoja ślina

Proszę więc o łyżkę cukru, małymi porcjami popijajmy

za naszą pośmiertną starość i niedołęstwo spowodowane

uprawianiem sportów, które defasonowały nasz bezruch

zapomnieć wszystko, czego nauczył komitet normalizacyjny

Kim jesteś, skulony potworze z jezior fotografowany?

Wszyscy myślą, że jesteś rodzajem istnienia niemożliwego

że jesteś istnieniem z dosyć precyzyjnego fotomontażu

Gumowy łabędź, z którego tchnienie umknęło, i zmarszczony

taki materac wydmuchany, dziurawy w swych spojeniach

Leżysz wyrzucony na brzeg walerianowego sińca w kształcie

nieregularnego koła narysowanego prawie ludzką ręką

Potrzebowałabym teraz kogokolwiek

Czy ty możesz być przez chwilę

Kimkolwiek?

Pieśń ósma. Walerianowy śpiewa żołnierskie piosenki

Fioletowy język trzepocze zalękniony pieśń ostatnią

nad rozlewiskiem zabagnionym ze szlamu i waleriany

Wojenne pieśni śpiewam nad głuchym jeziorem, echami

Ciągle zapomnieć nie mogę, choć chłepczę tę maź

Czynić tak muszę na pamiątkę tego, że musiałem pić

dużo lekarstw uspokajających, zapominając na zawsze

czym laur zwycięstwa jest odkupiony, medale spoczywające

w komodzie sosnowej, nie było gdzie ich położyć

To była krwawa jatka, nikt już tego prawie nie pamięta

Mnóstwo rannych, sami zabici, piekło na ziemi

choć teraz nie jestem pewien używania tej metafory

Walczyliśmy w kurzu czarnej chmury z deszczem kwaśnym

Nadchodziła burza gniewu, dla nas, dla mas wyginanych

dla mas wyginanych miękko-swobodnie na wietrze

Zabić wroga gwałcącego nasze łąki i miasta brudne

Jego kobiety czeszą się inaczej niż nasze, mają karminowe usta

naszym się zawsze włosy przetłuszczają, to oznaka zdrowia

Wojenne pieśni śpiewam nad głuchym jeziorem, z chórem

Wiesz, jak wygląda pejzaż pełen fontann żylnych, tętniczych

Nigdy pewnie nie byłaś w miejscu, gdzie nóż nie wystarczy

Te krzyki, te ciała porozrzucane przez huki, bomby

Widzisz te twarze pełne zalęknienia, płoszą się zwinnie

patrzą na ciebie, błagając o naturalną litość w tobie wydzielaną

Zamykają oczy, zaciskając je do środka, obawiając się huku

przypominają sobie jakieś pourywane strzępy modlitw

Ty stoisz przy nich i celujesz prosto w ich twarze ściśnięte

Wydaje ci się, że widzisz twarze wszystkich męczenników

rzeźbionych w miękkim drewnie przez szatana rzemieślnika

On uwypukla, jak mocno cierpią z niczego, dla igraszki losu

Te lukrowane słodycze palone, smażone i farbowane

Jak już strzelasz, to odwracasz głowę w stronę czyśćca

W końcu jednak trafiono i mnie, w ucho lewe — prawe

Leżałem wtedy na leżaku, spoglądałem w niebo

Słoneczne leżaki — nosze, niosą cię do szpitala

a tam dowiadujesz się, że nic z tego nie będzie

chyba że wytną ci wszystko bez znieczulenia

Będą ci nożyczkami do papieru wycinać wycinanki

Wydrylują twoje owocowe, robaczywe wnętrza

Wtedy przypomnisz sobie twarze wszystkich zabitych

własnoręcznie za pomocą karabinów na słowa

tratatatatrattaatrrratatratttatratttatratttatatatrrrrrata

takie karabiny mają techniczną usterkę, mogą się zacinać

i jąkać

Pieśń dziewiąta. Bitwa po bitwie

Leżę twarzą odwrócony w popiół, do środka

Muszę leczyć swe obrażenia wewnętrzne

Uciekają mi słowa pieśni żołnierskich i patriotycznych

ku pokrzepieniu serc, po śmierci krzepną z trupami

Tak bym chciał je śpiewać, żując czerwone kwiaty jak tytoń

Podsłuchujesz mnie bez ustanku, ty jesteś szpiegiem

Twój głos skryty ma w sobie ten pogłos stłamszony

zdradza ciągłą rejestrację każdego szmeru najcichszego

Czy teraz dobrze mnie słyszysz, czy przesunąć się odrobinę

do skrytych mikrofonów, czy są bardzo wsłuchane we mnie?

Chcesz śpiewu zwierzeń tego, „całego w sińcach”?

Dobrze, to niech wszyscy mnie potępią jednogłośnie

skazując mnie milionowy raz na karę śmierci za dezercję

Z pola walki zabrano mnie tutaj, piejąc dostojnie hymny

wachlując me zwłoki skrzypami i widłakami w trakcie

podczas pogrzebów spreparowanych przez domyślne wdowy

Po śmierci nastała bitwa we mnie, w każdej mej komórce

w każdym organie wewnętrznym słyszałem te skrzypy

przerzucany przez widłaki, to w jedną, to w drugą stronę

Wszystkie moje niedrożności zostały odrzucone razem

Moja batalia trwa ciągle, pełen furii kruszę się ze sobą

płacząc nad wielkim jeziorem, zostałem uderzony

w najczulsze miejsca pod skórą byka, wołu pochylonego

Nagi, bez zbroi i mundurów zszywanych z resztek

Jestem zmęczony tym ciągłym krzykiem bojowym

w oczekiwaniu na wroga w pełnym kamuflażu

Moje jezioro zostało mi dane, żebym zapomniał o biciu

mocno w policzki, dla ich własnej przytomności

Cucić się ciągle z żalu, z otumanienia zapachami

Strzelaj do mnie, strzelaj prosto w serce, 60 punktów

Dostajesz bonus w postaci dwóch granatów z drzewa

prosto w mordę, bez zawleczki, czerwone i słodkie

Po śmierci jestem jeszcze bardziej wycięty w sobie

tylko ścinki zostały po moim żołnierskim rynsztunku

Takiego mnie widzisz, taki słaby kadłub leżący

zgnieciony sam przez siebie w popiele nieświętym

Ślinię się, bo nie mam w sobie żadnych zwieraczy

Oczekuje się od mnie skrycie zupełnie nowych rzeczy

Do tego potrzebna jest mi waleriana, boskie lekarstwo

Moja pokuta nazbyt oczywista, muszę wypić ją z czasem

tę wielką gorzką łyżkę, a wtedy stanę się tylko echem

z sennym mrużeniem poobijanych oczu

z walerianowym odcieniem przeminę, wietrzejąc

Pieśń dziesiąta. Bianca obraca się wokół siebie pierwszy raz

karuzela metafizyczna

Odwrócę się od ciebie, nie będę słuchać

tego smutnego wykrzykiwania pustej sceny

tylko taka amatorszczyzna mu pozostaje

Chciał maszerować, a leży skulony w okopach

zsikany ze strachu sam przed sobą, przed wrogiem

licząc na zbawienie za linią swego horyzontu

Boli mnie słuchanie jego kwaśnego jazgotu

dźwięk, co porządkuje moje tańce ze śmiercią

Ona pochwyca mnie za biodra i obmacuje pijana

oczekując, że mam ciało na zamek błyskawiczny

to pozwoli jej szybko mnie rozebrać i obrać

Odwracam swój pielęgniarski głos zmęczony od niego

Śpiewak z mordą pełną karabinów starego typu

Pot mu jeszcze pozostał na nylonowych mankietach

Podchodziło mi wszystko pod gardło nacięte

jad szerszeni i pszczół, byłam zatruta od niego

Zawroty głowy, omdlenia jako skutki uboczne

Obracam się jako karuzela siedmioramienna

Obracam się wraz z drągami zespawanymi ze mną

Każde siedzenie jest już tutaj zarezerwowane

Niecierpliwie się kręcą w swoim miejscu, czekając

na swoją kolejność wywołanych do odpowiedzi

Jestem osią tej karuzeli, zakręcam się wokół siebie

chcąc pozbyć się tych brzmień nałożonych w nadmiarze

oto moja pokuta

Słuchanie tych kręcących się

wokół siebie rozciągniętych

Jestem karuzelą karuzeli

Mój ciężar nierozłożony

równomiernie, krzywo

Stracić tę pieprzoną równowagę

ruchu i trwania w sobie, o sobie

we własnej osi, na własnej osi

Taki przyrząd z ciernia utkany

dla zabawy, rekreacji po trudzie

w czasie, gdy park jest już zamknięty

dla odwiedzających groby

Pieśń jedenasta. Viniale

W nadmiernym ruchu, tracąc barwy na rzecz szarości

powoli moje rozkręcenie zaczęło zanikać dostojnie

Zobaczyłam przed sobą willę Viniale, stała na górze

Góra z pumeksu kosmetycznego w popiele zanurzona

na której pozostawały jeszcze skóry wężowo-księżycowe

Budynek miał w sobie tylko delikatnie muśnięcie różu

Włoskie, zielone okiennice zostały dawno zamknięte

Gęste warstwy sadzy zdradziły mi tajemnicę ukrycia

Źródło brudu i podgrzybków, niejadalnych czarnych głów

Sama zresztą podejrzewałam, że coś gnije tutaj w środku

nażyźniając okolicę swym pojedynczym wystąpieniem

Odwróciłam się w stronę zabitych drzwi deską piniową

Wtedy lekko zostałam przesunięta do środka tego pałacu

dłonią przesuniętą, co za dobro wynagradza, a za zło karze

Byłam w jego przedpokoju, panował mrok zmrużenia

W studniach głębokich wszystko miało swoje zakończenia

Pozbawione tutaj jakiegokolwiek sensu i funkcji meble

z sera topionego z dodatkiem wełny mineralnej, rzeźbione

i sreberkami kruchymi oblepiane, błyszczące, mylące

Zobaczyłam na wielkich schodach rozciągniętych wokół holu

siedzącą kobietę z bardzo chudym i smutnym policzkiem

ubraną w postrzępioną bieliznę z resztek srebra z piwnicy

Trzymała głowę w dłoniach wychudłych, wysuszonych

podkreślając bardzo matowy odcień twarzy

Zakorzenione tu były sadzonki ostów samosiejących się

Owa szorstkość jej trwania powodowała mój lęk

Prawie zauważalnie cofnęłam się do siebie znów

Poczułam, że jej pieśń z czarnego gardła gorzką będzie

Jej dzikie spojrzenie wyniuchało mnie w mroku

Nie mogłam się wycofać

choć chciałam mój ruch cofnąć

Takie są cholerne reguły gry

reguły gry w gry planszowe

nie można cofnąć ruchu

do momentu Niewiedzy

Pieśń dwunasta. Pani domu śpiewa

Jestem panią domu, jestem bardzo zajęta sobą

Muszę włożyć braki kwiatów w brak wazonu

Muszę rozmazać ten kurz z popiołu na meblach

Zabrakło mi środków czyszczących niestety

Nic nie jest przygotowane na przyjęcie gościa

Nie jestem ubrana dość wytwornie, nieumalowana

Misternie trzeba dobierać garderobę na wieczór

potem będą się z pani podśmiechiwać po cichu

że pani domu nie wygląda dobrze, zestarzała się

ostatnio

Będą ciągle komentować każdy szczegół ubrania

Dobór właściwych dodatków do całości kreacji

Wszystko komponuje idealny porządek i ład

A ty przyszłaś w moje nieprzygotowanie, teraz

Przepraszam cię za mój bałagan ciągły w środku

wszystko przez roztargnienie, przez wspomnienia

nie mogę powrócić ze spokojem do prac domowych

Prowadziłam dom mojej siostrze, przez całe życie

Ona przez lata bardzo ciężko chorowała i śmieciła

Zajmowałam się porządkami odpowiedzialnie, sama

wstydziłam się jej wolnego umierania przed innymi

Nie mogłam patrzeć, jak boleśnie odchodziła, umieraj już

Trwało to tak strasznie długo, na co czekasz, zbieraj się

Marzyłam o samotności i o tym, by umilkła, umieraj już

Miałam dosyć jej mycia, przewijania, karmienia już

utrzymywania wszystkiego w porządku, zdychaj szybko

To wszystko trwało latami, umieraj już, umieraj już

Opieka nad nią była taka męcząca, nie mogę już patrzeć

Nadszedł w końcu ten dzień, chwalcie boga, ach-lleluja

którego jutrzenki z dawna oczekiwałam z przekąsem

Siostra zmarła, nie obudziwszy się, nie poprosiła mnie

jeszcze o tę ostatnią przysługę podtarcia jej tyłka

mogła się przecież zesrać ze strachu, przed końcem

Po jej pogrzebie zostałam nareszcie sama w swym domu

Poślubiłam podczas tajemnej uroczystości siebie dla siebie

aby nikt nie rujnował pedantycznej sterylności dywanów

Wspomnienia błękitne grzybem odkładały się na ścianach

Pani domu prowadzi dom pełen bezpieczeństwa i ciepła

Pani domu kocha porządek przez lata, nic nas nie rozłączy

Unikałam ludzi ciągle odwiedzających z podarkami lichymi

Tą idealną harmonię mojego skrytego domu naruszyliby Oni

Raz dziennie chodziłam na targ po zakupy, by przyjrzeć się

tym ohydnym twarzom, brudnym, rozmnażającym biedę

Jak coś takiego można zaprosić do siebie, do domu?

Lecz ich nie powstrzymałam, do Viniale zakradł się gość

Tak jak ty tutaj zjawił się niespodziewanie, niezaproszony

Włamywacz wskoczył przez uchylone okno w dachu

Wyszłam w nocnej koszuli sprawdzić, kto hałasuje i broi

gdy zapaliłam światło, napastnik, którego nie rozpoznałam

rzucił się na mnie, zaczął mnie dusić brudnymi rękami

Czy Pani sobie to wyobraża, brudnymi łapami na mą szyję?

Gdy wytrącał ze mnie ostatnie oddechy rytmiczne

przypomniała mi się twarz mojej siostry odwracającej wzrok

odliczającej start swojej nowotworowej rakiety w gwiazdy

Gdy ostatni mój oddech został powstrzymany rybną dłonią

przymknęłam oczy na chwilę, wtedy w moim czystym domu

poczułam przeciąg

Nie było Obcego i mego ciała pod kredensem gotyckim

Chciałam pozamykać okiennice przed burzą, co nadciągała

Przeciągi są niezdrowe i można ciężko się rozchorować

Każde okno mojego domu było otwarte na roścież, hukało

więc zamykałam szczelnie moje sumienie na każde pytanie

Na strychu w ostatnim lufciku zapytano mnie

o moje przyznanie się do brudu

więc go ze złością zatrzasnęłam

by się nigdy więcej nie otwierał

Podmuchy wiatru wydają się czasem

jakimś nawoływaniem z daleka

jeżeli wpadną w jakieś szczeliny

Pieśń trzynasta. Nieporządki

Oto skryta siedzę tutaj zaczerwieniona porostem

Może ty będziesz moją przypadkową emisariuszką?

Moje zakurzone usta pełne, są poplątane w szykach

nieporządki oddechów i bezdechów grzybiarzy

Należałoby czyścić ten brud i kurz pokrywający mnie

Kurz coraz bardziej zamieszkuje tu w zakamarkach

Co na to powiedzą sąsiadki z okolicy i znajomi?

Mogę siedzieć tylko na schodach między piętrami

patrzeć, jak wokół mnie staje się nieczystość

a ja jestem tym źródłem brudu rozchodzącego się

Gdy popiół i zgnilizna wszystko już wypełnią

po brzegi wypełnię się kompostem nieprzyzwoitym

Wtedy ktoś odszuka mnie w tym otwartym grobie

dokona niezbyt sympatycznej ekshumacji

odkrywając moje domniemane imię

Grzyb piwniczny, grzyb biały wokół mnie kwitnie

kiedyś tak bardzo je zwalczałam, w kątach piwnicy

oczekuję ich obecności, modlę się o ich powracanie

Rozłożą one te żelbetonowe ściany na kruszywo

które wykorzystywane będzie do budowy obwodnic

Grzyb ten żywi się wilgocią od morza chłodnego

tak czekam znów na ten przeciąg powtórzony

bym była gotowa wobec niego i wobec siebie

Moją pokutą jest ciągłe spojrzenie mej siostry

której pod koniec lekarstw nie podawałam usłużnie

Czekałam z uśmiechem, aż w swoim moczu odparzona

odwróci się do mnie z powrotem, prosząc mojej łaski

Jakże są sekretne te odpryski z rzeczywistości

zmieniają mój dawny uśmiech w skowyt

No wie Pani, taki skowyt wewnętrzny

Czy Pani się to też czasem zdarza, taka dolegliwość?

Czy to normalne jest takie skowyczenie w brudzie

w okresie niemenopauzy, ale pauzy przeciągłej?

Pieśń czternasta. Bianca odwraca się drugi raz

Przestań, umilknij już, nie wiesz, jak fałszujesz

Drażni mnie twoja naciągana na znaczenia pieśń

Nie chcę zbliżać się do ciebie, śmierdzisz przykro

Rozkładasz się tak strasznie wolno, trwa to latami

Kompostowe lato, z tobą wakacje wymuszone

unikając pośrednio twojej obecności niepewnej

wśród mebli kolonialnych i tapet prowansalskich

Ich głównym nowym motywem jest scena hand made

Jedna z sióstr leży w łóżku i błaga Odwróconą o łaskę

pomoc w zdychaniu królewny na ziarnie grochu

Tapeta jest bardzo szczegółowa, a motyw w milionach

Ujęcie sceniczne pojawia się rytmicznie nie do zniesienia

Prowansalskie widoki, niby to słodkie, skradają się w bólu

powoli, słony grzyb zdobywa kolejne kawałki i lądy

zjada historie na tapecie przedstawione, stopklatki

Pożera powoli, rozkodowując ich dawną intensywność

Ten dom jest taki cuchnący odwróceniem, goryczą

Ubrudziłam się tobą bardzo

od twojej pieśni brud

Obracam się drugi raz na pięcie

Znam już trochę swoją mechanikę

ta minimalna możliwość ruchu

zatracić się w tym kołowaniu się

Znów widzę przesuwające się echa

po rzeczywistościach tańczących

Niedokończone rysunki się ścierają

Poczułam lekkie hamowanie

ktoś zatrzymywał mnie za włosy

siedząc na jednym z ramion karuzeli

zatrzymywał mnie swoim szuraniem

przydługich nóg o ziemię

Pieśń piętnasta. Przyrząd gimnastyczny Sensory Integration

Przede mną

drążek pojedynczy, przyścienny, nieistniejący

z obejmami i sworzniami mocującymi kurtyny

Listwa naścienna, spopielony słupek oraz odciągi

z hakami, by utrzymywały niezwykłe ciężary

Słupek, listwa naścienna z otworami po oczodołach

zapewniającymi regulację twojego poniżenia

Odskocznia gimnastyczna treningowa ku górze

z obiciem, ocynkowana rura stalowa, co chód oddaje

na obu końcach haki umożliwiające zawieszenie

twojego braku ciała na skrzyni gimnastycznej

będziesz mógł osiągać na tym sprzęcie lepsze wyniki

Wymachy ku górze

Materace gimnastyczne z wypełnieniem z pianki

regenerowanej, w nieskończoności się regeneruje

Liny z okuciami do zawieszenia twojego rozkładu

System mocowania lin do ściany, byś już nie spadał

Oto zestaw do treningu braku ciała Sensory Integration

Resztki po twoich skórach, po układzie nerwowym

są wyciskane przez metalowe konstrukcje ze słów

Cóż to za niezwykły projekt wystawienniczy

Te poręcze z podparciami do ćwiczeń duchowych

Ławka do treningu mięśni, dopiero je teraz ćwiczysz

Wcześniej ich nikła obecność nie była odczuwalna

nie wykorzystywana przez ciebie na co dzień

dlatego zanikły, teraz muszą urosnąć jak dzikie rośliny

które do bolesnej korozji cię doprowadzą przez zakwasy

Solidna konstrukcja ramowa z rur wysokiej jakości

Do lin spięta obudowa obciążników, byś ciągle fikał

zamknięty obieg linki, napinacz linki, wiszący drążek

do wyciągnięcia twojego zbitego w siebie cielska

Przyrząd do prostowania nóg zahamował karuzelę

i dzięki temu teraz jestem zawieszona na przyrządzie

Razem z tobą na Sensory Integration rozciągam się

Ja, miłosierna Samarytanka, nie wiem, jak pomóc

którą dźwignię mam poluzować dla ciebie

Profil stalowy półzamknięty z elementami

a w środku wśród tych lin i metalowych kółek

śpiewam pieśń dla skazanego na galerę, by mu miarowo

wierszem ułatwiać rytmiczne wykonywanie ruchu

Pieśń szesnasta. Użytkownik zestawu Sensory Integration skrzypi

Każde me słowo skrzypi z niedooliwienia

Słychać tak bardzo, jak się otwiera i zamyka

jego brzmienie w moich koślawych ustach

wszystko przez ten zestaw ćwiczeń na rozciąganie

Nagle wypowiedzenie czegokolwiek staje się trudne

Długotrwała jest moja rehabilitacja, skomplikowana

Opracowano system automatycznego nagrywania

na taśmy magnetofonowe zaleceń, instrukcja obsługi

moich pieśni pasujących do osobistego programu

Instrukcje do różnorodnych typów ćwiczeń

Zestawy opisów pozycji wykonywania ćwiczeń

komendy, cząstkowe opisy ćwiczeń, liczebniki

oraz informujące, motywujące komentarze nagrane

zmieniając we mnie elementy i moduły dynamiki

z liczbą powtórzeń na wybrane partie wspomnień

Ćwiczenia są łączone w dowolne zestawy, mam do wyboru

mogą być pogrupowane według charakterystyki problemu

Przygotowany układ może być łączony

z odpowiednio dobranym podkładem muzycznym

możesz zatem śpiewać do mnie cały czas, ty

wydając mi rozkazy i polecenia dyscyplinujące

bym w swym fartuchu nylonowym doświadczył potu

Poprawa samopoczucia, a przede wszystkim świadomość

sprawności własnego ciała

w nowej formule, nowe nieciało

Dzięki delikatnym impulsom przekazywanym

przez słowa uzyskuję efekt naturalnej pracy mięśni

podobny jak przy wykonywaniu tradycyjnych ruchów

Każdy może ułożyć swój indywidualny, sumienny styl

Niepowtarzalny, powtarzalny zestaw ćwiczeń

Jest to konstrukcja jedyna możliwa dla mnie

by mój tłuszcz odrzucić, by mój byt wreszcie znikł

dzięki zintegrowanej diecie z soli morskiej

Krystalizuje się ona w przejściach granicznych

Pieśń siedemnasta. Ćwiczenie z powtórzeniem

Śpiewam z pośpiechem w głosie swoim

będziesz miała wrażenie mojego ruchu

Jestem teraz może trochę podobny do ciebie

podobny do białej instruktorki aeroaerobiku

Zawieszone gesty spadają pod swym ciężarem

spadają ze zmęczenia, noszą w sobie tony

tony smarów i łojów baranich, schowanych

Pracowałem jako konstruktor, inżynier sumienny

Nosiłem w sobie trochę smutków, swą nadwagę

spowodowaną przez to, że regularnie się pieprzyłem

z kurtyzanami świata zalęknionego, spoconego

Tu następuje niesłyszalny refren

Miałem miłą żonę, od czasu do czasu zauważałem ją

między meblami kuchennymi, między RTV, kwitnąca

Traktowałem ją jak ostatnią w kolejce do moich majtek

przed nią za marne pieniądze robiły to profesjonalistki

wyciągnięte, długie, z gębami od krzyków udawanych

Pieprzyłem się z nimi regularnie, a płaciłem dobrze

ona patrzyła na mnie jakoś tak dziwnie w oknie

wiedziała wszystko, bo kobiety umieją niuchać

tymi swoimi szerokimi, łapczywymi nosami

Płakała codziennie dwie godziny, to był jej refren

Refren

Z powodu tych moich burdelowych przyśpiewek

chyba nawet kiedyś chciała wyjść, ale utknęła

między meblami kuchennymi, między RTV a AGD

nie mogła się w końcu przecisnąć się przez nie

Wchodziłem w wielkie zady tłuste i podatne

z ciągłą świadomością refrenu ukochanej-kwilącej

Nie chciało mi się sobie czegokolwiek odmawiać

wykonywać jakikolwiek ćwiczeń, pobudzić się

uruchomić mój układ krążenia myśli i uczuć

Tłuste złogi właśnie stały się przyczyną zawału

Po odbytym stosunku płaciłem rudowłosej pani

Zdążyłem spojrzeć na jej zaostrzone końce włosów

Zawał serca klasyczny, powieki zasłoniły wszystko

Ktoś jednak skierował do mnie jakieś pytania

ja nic nie mogłem usłyszeć, wtedy właśnie

odezwał się we mnie ten refren z dawna odrzucany

Chciałem go przekrzyczeć, uciszyć w sobie

te płaczliwe śpiewanie i ujadanie w powietrzu

co w sobie instrukcję obsługi mojej pokuty nosiło

Refren

Teraz do tej pieśni akompaniuje mi dyskretnie jej refren

zachęcając mnie do wytrwałych ćwiczeń, by zgubić to ciało

Ma w sobie tę burdelową dekorację z nasieniowodów

Moje resztki wyłowione dzięki Sensory Integration

rozrzucone zostały; do różnych ćwiczeń zmuszone

w tym rytmicznym ruchu archeologicznych bioder

zgubię ten płaczliwy pogłos, po wszystkich refrenach

i ćwiczeniach z pamięci, z ciągłymi powtórzeniami

Pieśń osiemnasta. Bianca odwraca się trzeci raz

Zgięłam się mocno na wciągniku Sensory Integration

Ciśnienie odśrodkowe nakazuje mi ruch dookoła osi

Skręt tak mocny we mnie, jakby ktoś mocno mnie ściskał

Wykonałam jeszcze skrzypiący odwrót oczu ku pustce

nie czytając z ust kłamliwych, speszonych podglądaniem

Przeszkadzam wykonującym pokutę w ciszy

Jestem tu zmuszona do pieśni, choć jej nie chcę

Me usta owrzodzone, pełne bakterii przygodnych

Owrzodzieją me uszy, oczy, dziąsła zbyt miękkie

Zmuszona jestem do odwiedzania ciebie w popiele

Znów mocno kręcę się w sobie, ma szybkość wzrasta

Przyjemne są te zaniki wszystkiego na rzecz rozmazania

rozmywania się w budyniowym krajobrazie

Znów na mych żeliwnych ramionach karuzeli czuję

pokutników martwych, wybrali niewłaściwe miejsce

Męczę się ich ciężarem ogromnym, jedyną rozrywką jestem

taka cyrkowa ze mnie dekoracja, żeliwna, czarna, czujna

na swych długich ramionach ze stali zaplątanych niosę

niosę wysłuchanie ściszonych do zera

Jawię się spowiednikiem zmuszonym do wycierania się tobą

Nie rozgrzeszam win zastygłych dawno, sklejonych warstwami

Jestem tylko takim dodatkiem w dzikiej kolorystyce utrzymanym

co nikomu i niczemu nie służy i tylko zabiera miejsce

by wszyscy cieszyli się, że na końcu świata można się pobujać

w rytmie pieśni dawnych, w moich ramionach opadających

swobodnie

Pieśń dziewiętnasta. -500 stopni

Gdy moje wirowanie na 500 obrotów ustawało

odezwał się we mnie nagły chłód wewnętrzny

Tu było chyba 500 stopni poniżej morza

Tu było chyba 500 stopni poniżej wszystkiego

500 chłodnych stopni wiodących mnie w głębiny

popiołów, proszków na przeziębienia i grypę

Zniżając swój wzrok przyciasny, schodziłam w dół

do skrytej zamrażarki, do głębokiego zamrożenia

gdzie nadpsute mięso leżakuje jeszcze

Przedłużyć daty ważności, wytłoczone czytelnie

na wierzchach, na zafoliowanych bandażach

Najgłębsze są przemysłowe zamrażarki

w które nikt nie sięga już rękami do dna

Drżenie było coraz większe, skurczyłam się, płacząc

głęboki i na miarę był szyty ten mój płacz właściwy

Na dnie lodówki ma dłoń macająca lękliwie wyjęła

zmrożoną postać jakiegoś istnienia zapomnianego

Nie wiesz, jakie to kiedyś kształt w sobie nosiło

tak głęboko było zmrożone i obrośnięte lodem

Ciepło moje rozmroziło Temu usta zabliźnione

Dotknęłam w miejscu, gdzie był otwór śpiewaczy

Wielka, czerwona dziura krzyknęła ze zdziwienia

Oto jest otwarta i wydaje z siebie dźwięki nareszcie

przerażona opuściłam to na ziemię z hukiem

Bryła lodu z otworem gębowym krztusiła się

Białe, bezkształtne szykuje się do pieśni

już stroi swe dźwięki niskie i wysokie

rozpoznaje swój własny głos, nie słyszał go dawno

Pisk zamrożony w trakcie jego trwania w sople ostre

na świadectwo ocen niedostatecznych

Pieśń dwudziesta. Odmrożone usta śpiewają

Niesamowite to uczucie usłyszeć swój głos, znów

pełen stęknięć, cichych jęków wewnętrznych

Jestem istnieniem schowanym w lodowatej powłoce

Lód z warstwy moich łez mnie otacza i skrywa

ich słoność rzeźbi mnie powoli, ulegam korozji

stopniowemu rozwarstwieniu na 500 części

Jestem produktem o przedłużonym terminie istnienia

przed potępieniem wstawionym do zamrażarki

Mija czas, przeterminowuję się z czasem w czyśćcu

Zniweczony, wraz z lodem i owocami kruszon

Zostałem wyróżniony i wrzucony w głębokość

Teraz liż mnie, liż, bym się ocieplił stopniowo

swym ciepłym językiem pełnym słodyczy i ciepła

Ciepło twe czuję w powietrzu, o przybyszu z daleka

Nie jestem męski ani żeński, jestem przedostatni

Nie pamiętam już nic ze swego pachnącego życia

krwią i kałem pachnącego życia, 500 obrazów zostało

Mieszkałem chyba lub mieszkałam w bloku szarym

wykonywałem z jakąś piekielną regularnością pracę

nie przypominam sobie jakiejś rodziny mdłej w tle

Za ścianą mego mieszkania ponumerowanego

przez lata, za tą ścianą była bita kobieta i dziecko

Łamał na nich meble, żelazka jakiś pijaczyna ohydny

Ja popijałem wtedy herbatę lekko już wystudzoną

patrzyłem w brudne okna, nie reagując na ich płacz

nawoływania ratunku jakieś osoby mieszkającej obok

Tak sobie siedziałem z zimną herbatą i myślałem o nich

Te ich piski ścierały się ze mną, ja tylko patrzyłem

Z czasem nawet na mych ustach pojawiał się uśmiech

taki pasujący do tej boskiej komedii za kurtynami

Pewnego dnia z nudy, z cynizmu zacząłem liczyć ich ból

500 razy krzyczała, płakała wraz z dzieckiem, liczyłem

z pietyzmem, z delikatnym uśmiechem prawie że szaleńca

Już byłem w połowie tysiąca, gdy nagle zmarłem

Śmierć przez poparzenie nieszczelną instalacją elektryczną

Me ciało przebiegały jeszcze mocne wstrząsy i wielki ból

gdy spytano mnie płaczliwym głosem tego dziecka

Pełen konwulsji, nagłego żalu, zrozumienia chowałem się

już chciałem się potępić i skazać na wieczne ukrycie

gdy wielka litość zmieszana z pogardą, przyfrunęła

na 500 skrzydłach skonstruowanych z niczego

wskazała mi wielką chłodnię, możliwość zapomnienia

Pokuta dla mnie jest znaczona przeterminowaniem

Moje potępienie i zbawienie wtedy za ścianą walczyło

Wszystko przez tę chłodną herbatę, co ją piłem

ustami zmrożonych głęboko, w ostatniej warstwie

w ostatniej warstwie magazynowej zamrażarki

Pieśń dwudziesta pierwsza. Bianca kręci się czwarty raz wokół

Skręć mnie mocno jeszcze raz, wyciśnij

soki malinowe i z dzikiej róży tłoczone

Znów zamarzają ci usta warstwą słonego lodu

od twoich smarków, śluzów, łez ściskanych

Bryła lodu znów zlewa się z zamrożeniem

Diamentowe igiełki znów pokryją go słusznie

dziergając na nim nowe wzory nieporządku

powodując erozję tych materiałów odpornych

Nieucho pokryło się szronem z zimna

już myślałam, że umrę w tej temperaturze

w 500 stopniach zimna, ale byłam już umarła

pełna złamania, gruchocząca jak instrument

Mam w swojej pustce jakieś dawne ziarna

wydają jeszcze nikły szelest, odbijając się

Sine usta szepczą pieśń jak modlitwę

którą śpiewa się przed wielką zagładą

wiedząc, że się jednak przeżyje w postaci

garści popiołu sypanej na głowy dla mas

Pchnięcie skręciło mnie znów mocno

Bujana zabawka znów zagrała swą melodię

Zaprogramowaną pieśń mam jak pozytywka

W przerwach gruchoczę sobą wokół

gubiąc swe treny w szalonym pościgu

Czy czujesz dziwną obecność potępienia?

Jest tak blisko, wyciągasz się mocno

chwytając się czegoś ostatniego, wystającego!

zaprojektowanego dla twojego uchwytu

zaprojektowanego tylko dla twojej dłoni

Ostatni uchwyt na karuzeli, we mnie chwyć

najgłębiej

Pieśń dwudziesta druga. Bar mleczny na peryferiach

Poślizgnęłam się, spadłam z siebie znów

Rozbiłam się o linoleum, rozłożone było

linoleum ciepłe i cuchnące linorytami

spalonym mlekiem i kisielami śmierdzącymi

od dna przypalonymi, od dna

Stała tu gigantyczna cysterna z mlekiem

najbardziej tłusta i pełna kożuchów

wyglądająca jak wielka pierś kobieca

zakończona silikonowym sutkiem

Przylepiona do niej była jakaś osoba

bezzębna i łakoma

z wytrzeszczonymi oczami ze zdumienia

przechwycała do ust te tłuste kożuchy odstane

Wielka pierś złączona mocno z nim

gdy zauważył moją obecność, odwrócił się

patrzył na mnie, patrzył tępo w dal

Po jego twarzy i ustach spływał strumień

tłustego, wysokokalorycznego przepełnienia

Zachłysnął się nawet, krztusił pełen wysiłku

Wielka pierś jednak regulowała wszystko

zasłaniała przed nim wielkie horyzonty lęku

Była cała pozłacana, tak że niczym w lustrze

odbijała wszystko, odbijało mu się tłuste mleko

Widział on swoją postać i moją w tle

Niezbyt jestem zadowolona z tego zaproszenia

do baru mlecznego na peryferiach

Widziałam karmienie piersią złotą do syta

Obrzydzenie mnie jakieś nagle ogarnęło

Tłuste kożuchy pętliły się w jego przełyku

Oderwałam się z trudem od piersi zbyt ciepłej

zbyt lepkiej

zwymiotowałam, doszczętny wymiot ze mnie

ostatni

Pieśń dwudziesta trzecia. Pieśń z sutkiem w ustach

bełkocząc

Już nie wymiotuj, proszę, patrząc na mnie

na tę przepełnioną bańkę mleczną, maślaną

Wielkie złoża dobroczynnych elementów

odkładają się we mnie niczym brud

Jestem tym, który chciał posiąść bogactwa

Całego świata rodzynki i pieczywa białe

kradłem, niszczyłem, zdobywałem wiele

wypełniając się słodkim mlekiem, miodem

po brzegi, po krawędzie dobrobytu, wykipienia

Złoto zlewało się z bielą w mieszankach

kruszcu, jedzenia, maseczek na usta, na oczy

przykładanych przez czarnych niewolników

Diamentowa rozpusta kusiła mruganiem

słodkim teatrem zależności i manipulacji

Za złoto, bursztyny sprzedawane dusze

za tłustą pierś pełną sączącego się nasycenia

w korzeniach swoich ma głód i strach

Kanaliki mleczne schowane są głęboko

Moje lśniące, pachnące życie kończyło się

nowotwór żołądka i układu pokarmowego

Najbardziej znani na świecie lekarze wróżyli

kuracje alternatywne, milkwaye

przedłużenie mi w komfortowy sposób życia

Wiedziałem, że czekają mnie bóle porodowe

wraz z żoną zadecydowaliśmy o eutanazji

w szwajcarskiej klinice z różowym widokiem

Obserwować sobie te jeziora mgłą zasunięte

Taka refleksyjność nachodziła wtedy człowieka

tak miękko i przyjemnie odchodzi się w ziemię

Po co zwoływać ciężkie myśli w szyki bojowe

w ramach dawnej pieśni skruchy?

Me złoto w mojej pelerynie wisiało, dekorowało

Złote runo musiałem zostawić, z uśmiechem

żegnałem się z najbliższymi, całując ich lekko

po miękkich, rumianych policzkach

Słońce zachodziło nastrojowo na obrazku

Ktoś nawet wspomniał o wielkiej słuszności

Gdy wszyscy na palcach odchodzili cichutko

kroki prawie dekoracyjne, baletowe, wycofane

przyszedł do mnie uśmiechnięty blondyn

niosąc w ręku me oświecone zbawienie i spokój

Podłączył do złotych żył, ropa w nich płynęła

Wykonana ręcznie z kryształu górskiego kroplówka

z rureczkami splatanymi w warkoczach ścisłych

Cenna substancja kropla po kropli dozowana dla mnie

Ciepło i przyjemnie zasnąłem pełen wygody

wtedy nagle nastąpiło gwałtowne drgnięcie

zerwałem się z siebie, zobaczyłem się w korytarzu

ktoś dopytywał się o mnie, a ja nie byłem gotowy

Wiedziałem, że jestem nagi w szpitalnym raju

Skryłem się wśród kryształowych kroplówek

wśród jedwabnych rurek od sprzętów medycznych

Te wszystkie konstrukcje skłębiły się razem

tworząc wielkie wymiono, uczę się ssać

z trudem zdobywania pokarmu i zmęczeniem

Gryzę z bólu wielki sutek, on łagodzi mój ból

przeżarcia, przepełnienia, wygodnej spiżarni

Ten ból niedonoszenia mego życia jak ciąży

Kiedyś skończy się ten pokarm, a ja będę mógł

być nowo narodzonym, z którego się cieszą

zabierają go ze szpitala do siebie, do domu

skurczonego i zależnego w kocach ciepłych

pachnącymi tłuszczami dosyconymi

Pieśń dwudziesta czwarta. Bianca odwraca się kolejny raz na palcu

W me zmarszczki powiał znów wiatr

Owinęłam się nimi dosyć zgrabnie

Modnie splisowana już jestem

Cień po mojej skórze w kurtkę uszyty

z ukrytymi kieszeniami, zakamarkami

Powłóczyste resztki hamują moje ruchy

jeszcze korale z mych zębów wiszą

na szyi powleczone na struny głosowe

Na czole spoczywa już kapelusz pleciony

ze słów mielonych z dodatkami włókien

Kręcę się w tej rewii cała w dekoracjach

w których rozpad i spopielenie następuje

Trzymam w ustach niedopałek papierosa

drogocennego, wyrzuconego przez kogoś

pamiętającego, że są ci, którzy dopalają

Te resztki po innych w moich ustach

Zaciągam się głęboko ostatnimi gramami

Znów byłam w sobie tak skupiona

Wykonam teraz piruet zbyt szybki i błędny

Jak tu zwrócić na siebie uwagę twoją

gdy popiół pokrywa mnie w środku

kamufluje tajemnie me konstrukcje?

W szarości, w połowie jestem uchwycona

Przechwycona w połowie okrążenia

między piekłem — niebem kręcę się

Wykonuję piruet, a mą łyżwą uderzam w lód

Całe me ciało wielka dynamika rozpiera

rękę podnoszę do góry i jakaś umowna sukienka

podkreśla mój ruch zapętlony, a potem rozbijam się

potykam i słyszę już śmiechy i chrząknięcia

Lubię rozbijać te piruety nieskończone

do krwi mieć te kolejne złamania wewnętrzne

mieć poczochrane włosy, sukienkę rozdartą upadkiem

tysiąckrotnie uderzać się o chłodną taflę i kusić

kusić CIĘ swymi upadkami

Piesń dwudziesta piąta. Zakład utylizacji odpadów higienicznych

Znów byłam zatrzymana w swoim pędzie dookoła

Jeszcze kręciło mi się w głowie od zwichrowania

Widzę częściowe układy urbanistyczne miejsc pokutnych

Sami sobie konstruują wszystko podług swoich umiejętności

A tu, proszę, jaki się znalazł mrówczy architekt ukryty

Na pudrowym podłożu zbudowany, dobrze prosperujący

zakład utylizacji odpadów higienicznych

w sumie takie miejsca muszą przecież gdzieś istnieć

Gdzieś to wszystko trzeba gromadzić, te bandaże

zużyte, zaropiałe waciki i łazarzowe prześcieradła

w które obwijane są zwłoki, po przejściach dalej

Te resztki ciał pozostawianych w ramach operacji

na otwartym sercu albo otwartych ustach, oczach

ciągle się zatykają w rurach przechodzących dalej

wybijają swój smród i zawartość na wierzch znów

Widzę niewysoki budynek z dużym, wilgotnym kominem

wielkie złoża śmieci, z których może lęgnąć się epidemia

Noszą w sobie organiczne ślady tych, na których żerują

bakterie rozwiązujące najbardziej skomplikowane zadania

rozwiązują ich znaczenia do liczb pierwszych, do zera

Lęk przed nimi nakazuje spalać w ogniu potężnym

ślady po zostawionych słabościach i niedołęstwie

Każda z cegieł tego budynku z popiołu sprasowanego

ustawiona krzywo, jakoś tak niedopasowana do innych

Na każdym bloczku napis wypalony w ceramice

pismem kaligrafa, starał się bardzo brzydko pisać

Konstrukcje wytrzymujące nacisk przechodzenia

Każda z cegieł była osobno i razem, tworząc zgrabną ruinę

w której ktoś mieszkał, narzekał głośno z daleka

W kominie nikła strużka dymu krążyła

rysując rebusy trwające

bez rozwiązania

Dym sygnalizował

że zakład utylizacji jest czynny

mimo bardzo późnej pory

Pieśń dwudziesta szósta. Obsługująca zakład spalania odpadów śpiewa

Czy już dobrze teraz widzisz mnie?

Czy już dobrze słyszysz mnie?

Między bandażami jestem rozkopana

Tutaj uczę się segregować jak grabarz

mak od piasku, zafajdane pościele, bandaże

Muszę je przekładać pieczołowicie na kupki

wrzucać do odpowiednich pieców gotowych

Układam z nich różne rzeźby i wzory

szukając nieustannie jakieś reguły

porządkującej ten smród, utrapienie

Me kiedyś delikatne i pachnące dłonie

pokryły się trądem, bąblami pełnymi trucizny

Przypominam sobie teraz me pukle włosów

włosów spadających na ciepłe ramiona

były obwinięte pachnącymi szalami

Pamiętam, jak szłam w pełnym słońcu

po Oranienstrasse w popołudnie, na obcasach

z błękitnego zamszu, lekko i swobodnie

wszyscy patrzyli wtedy na mnie

na piękno, na mą młodość w błękicie

a ja miałam głowę podniesioną wysoko

Wiesz, to było bardzo dawno temu

ledwo pamiętam te moje filmy zerwane

Lubiłam segregować już wtedy ludzi

przebywałam tylko w miłym towarzystwie

pachnących, nacieranych olejami bogactwa

Podobali mi się tacy wysocy blondyni

zajmują się oni typowymi polowaniami

w ustach mają waniliowe lody i smaki

Wraz z mym mężem mieliśmy piękny dom

wszystko było takie jasne, pastelowe

tylko jedna rzecz nam nie pasowała do końca

nasza służąca, która tak dziwnie patrzyła

Prowokowała moje rumienienie, wstyd nagły

Miała czarne włosy spięte i brodę wystającą

Czarne oczy pachnące doszczętną spalenizną

Podczas jednego z przyjęć, kiedy degustowaliśmy

kuleczki z orzechami i markowy koniak

znajomi nasi zwrócili uwagę, że jest to żydówka

tylko udaje blondynkę o niebieskich oczach

Brudne jej ciało, myśli brudne, a tam, gdzie brud

przyda się Tisztitószer2, co rozpuści i w niwecz obróci

te dziwne problemy w kuchni

Jakoś się tak złożyło, że zaczynała się wojna

korzystając z wywozu śmieci, pozbyliśmy się jej

za pomocą Tisztitószerów, tej czarnookiej dziwaczki

Potem z radości płodziliśmy naszych potomków

W sumie zmarłam ze starości, w domu starców

obsługiwana przez piękną blond dziewczynę

noszącą błękitne obcasiki do jasnych sukienek

Me słabe serce zgasło, gdy oglądałam program

w jaki bestialski sposób transportowane są zwierzęta

zwierzęta hodowlane, tak było mi przykro wtedy

Umieranie trwało chwilę mojej nieuwagi

Zerwałam się jak napięta struna, jednym uderzeniem

obśliniona, zsikana poczułam smród spalenizny

Spytano mnie w dziwnym miejscu, w jakimś holu

po żydowsku, ale ja nie rozumiałam tego języka

Gdybym wtedy miała przy sobie moją dawną służkę

to by mi wytłumaczyła te dziwnie skręcone zdania

Znalazłam ucieczkę przed popiołem tutaj

spalając te śmieci pełne wojennych historii

dawnych zranień zewnętrznych, wewnętrznych

Ciągle widzę w palenisku ten przerażony wzrok

dziewczyny, co kusiła, co ją odrzuciłam za oczy

za to, że musiałam się wstydzić przed znajomymi

na przyjęciu, na którym podawane były kuleczki

z orzechami, z koniakiem w małych kieliszkach

z cienką nóżką, prawie drżącą na tle płomienia

Teraz segreguję, śmierdzę zgnilizną słoną

od łez, wylewów, nagłych potopów łzawych

Kiedy oddzielę te wszystkie rzeczy od siebie

okaże się, że wszystkie są tym samym skrawkiem

ubrudzonym w tym samym miejscu, tak samo

Wtedy może ktoś z litości wrzuci mnie do pieca

bym się spaliła ze wstydu i zapłonęła rumieńcem

jeszcze raz

Pieśń dwudziesta siódma. Ostatnie odwrócenie. Hiperbola

Odwrócę się od śmierdzącej spalenizną

jej narastający smród ciężko porzucić

Śmierdzący odchodami swymi spoczywają

w kątach lękliwych, w ciemnych norach

Wyginam się ostatni raz, rozciągając

swe ramiona na polach walki odległych

oznaczonych za pomocą podwójnej linii

Linia przerywana, podkreślająca swą umowność

Ubrana w biały kostium gimnastyczki

łamię swe biodra, misterne kręgosłupy

w nieznane bryły geometryczne, odwrócone

Parszywa jest bowiem geometria szczebiocząca

wpisująca się w bryły, opisywana na nich

zgodnie z zasadami owłosionej matematyki

Wewnętrznie czuję jakieś inne algorytmy

inne funkcje wpisane we mnie, podwójnie

Hiperbola ukryta, podwójne podzielenie

wobec osi, wobec pionu, poziomu i zera

Me dwa ramiona wybrzuszają się w tańcu

zbliżając się do osi wiecznie, bez ustanku

zbliżając się z dwóch zupełnie innych stron

magnetycznie, tajemniczo, z odwrócenia

Różniczkuję odwrócenia, różniczkuję grzech

Nie ma w sumie ucieczki wobec mej funkcji

ciągle zaburzanej przez niezwykłe turbulencje

wykreślane w powietrzu na migi sygnały

Karuzelą pomalowaną farbą emulsyjną jestem

o dwóch sprzecznych kierunkach ruchu

piszczę z wysuszenia mych strun wewnętrznych

Rwę się cała na punkty rozłożyste w układzie

Kwitną one z pąków zlepionych łuską zamszową

Dawne barwy dekoracyjne zanikły

zbladły ze wzruszeń wobec Niego

Tylko szarości pozostały w tłach

Moja spocona twarz uśmiecha się jeszcze

wymuszony grymas do publiczności

Szpagaty rozciągliwe, bolesne, częściowe

w mój układ współrzędnych wpisane

Sześć punktów archeologicznych, pogrzebanych

zmieniają mą hiperboliczną funkcję

Rysunek mój na liniach akrobatycznych

elastycznie uginają się pod ciężarami ciała

Kręcenie się teraz trwa długo, już czuję

zawroty i zwroty mych postaw ukrytych

naskórki porozrzucane zostaną w okolicy

po mnie

Zmiatać je będą pieczołowici dozorcy

ubrani ciepło i opuszczający parę oddechu

w wszechstworza

wszechstworza zaklęte w ciszy przedpotopowej

Wszystkie zakwasy z soków własnych odłożone

wycisnąć je w ruchu monotonnym i szybkim

za pomocą zatęchłego odprowadzacza wody

Wylać te resztki po oczyszczeniach stóp

Dosładzanie fermentującego moszczu cukrem

druga fermentacja we mnie odkłada się złogami

Wielkie ciężary przenoszone przez usługujących

wiekuiście pomoc niosących, niewypowiadalnych

Ich imię się zamazuje, zaraz po napisaniu

w niebywaniu raczej odpoczywają ich nazwy

Trwa przyciskanie mnie do perforowanej ściany

w celu uzyskania wina ostatniego z tych zbiorów

o smaku łykowatym, dzikim i raczej niespotykanym

Z daleka to popychanie słyszę, lecz nie umiem iść

w połowie odległości pomiędzy wierzchołkami urojonymi

Me ruchy są niezwykle spowolnione

W pauzie trwa każde moje drgnienie

Biele wokół rozmazują się we mnie, a ja w nich

jakieś resztki jasnych pigmentów mej skóry

jeszcze sugerują moje przesilenia

Pieśń dwudziesta ósma. Lilith

Przede mną w głuchej pustyni widzę ją

w gigantycznej sukni moja piú bella regina3

Patrzy na mnie trochę speszonym wzrokiem łani

trochę się wycofuje, widząc me zdziwienie

Nie uciekaj, mam dla ciebie smakołyki skryte

w dziurawych, gubiących się kieszeniach skarby

Znalazła mnie tu, nie umiejący chodzić kadłub

owinięty sobą jak siecią niezwykle dokładnie

Oto Lilith speszona mną, cała w czerni koronkowej

ze słów misternie tkanych, cekiny i brokaty

Ach, cekiny i brokaty, cekiny i brokaty przeciągłe

brzmiące misternie przy każdym jej drgnieniu

Cekiny i brokaty na pobrudzonej od popiołów sukni

Najbielsze jej lica, już prawie mdleje zagubiona

Chłodnych dłoni nie ma gdzie włożyć ze strachu

przede mną

Nurkuje w swoim pylistym fundamencie pomnika

na którym została śmiesznie wywyższona pośmiertnie

za wielkie konstrukcje wokół siebie toczone z kamienia

Oto czarna Lilith niema, śpiewała kiedyś pięknie

pieśni zwycięstwa, pieśni pod łukami triumfalnymi

Przygryza wargi i wyciąga chłodną dłoń do mnie

Wielkie kokardy na jej ciele, na wysokości ramion

łączą się ze złotymi protezami, wkładkami push-down

wszczepianymi, lutowanymi do kości słoniowej

Jubilerskie inkrustracje w każdym jej fragmencie

Wokół nocnej kreacji tysiące moli podążających

za słodko-gorzkim zapachem tłustych nici

Zszywały one znaczenia ze sobą, tworząc dalekie krainy

Wielki, zgniły kołnierz infantki na niej

złożony z szeptów malowanych, szeroki

Cóż za precyzja składania tego w tak misterny twór

Nie została zabalsamowana zgodnie ze swoją wolą

Teraz jest rozciągnięta między wytwornie tkaną suknią

Stoi naprzeciwko mnie, patrzy na moją obojętność

Jest tak najpiękniej zamyślona, stojąca bez cienia

Lilith ubrana w sto tysięcy słów wypowiedzianych

zawiązanych w starych znaczeniach za pomocą kokard

ściskanych w ciszy i wielkim skupieniu układanych

Uchwyciłam się jednej z jej wstęg, rozwiązałam natychmiast

Ona — łania leśna znająca ten step wiekuisty z prochów

poczyniony, zapomniany przez systemy miernicze

pomknęła wielkimi susami, unosząc mnie ze sobą, niechcący

A na zewnątrz była noc purpurowa

Pieśń dwudziesta dziewiąta. Lilith w powietrzu śpiewa do Bianchi

Bianco, Bianco najdroższa i ukryta ciągle

Zabieram cię ze sobą daleko, pod spód

Tutaj nasze pieśni nie są wysłuchiwane

Prochy żywią się melodiami skruszonymi

Wtul się w me włosy, bo podążamy

przez wiele milionów istnień skrytych

do pasa granicznego, gdzie tajemnica

sekrety ukryte w słowach i pieśniach

Nasze dusze podwójnie rozwarstwione

w ukrytych szczelinach czarny krem wyborny

Znam te szepty prawie modlitewne

w twoim zmęczeniu odnajduję chciwie

Czekałam długo na ciebie tutaj, niuchając

Nocowałam w swej sukni, żywiąc masy

skrawki słodkich korzonków rosnących

na moich dłoniach, na stopach żyznych

zagubił się ich smak, koloryt dawny

dlatego świetnie nadają się na nawóz

o nazwie fabrycznej Evergreen for you

Schowana w swoich dawnych dekoracjach

ze sklejki malowanej odręcznie, heblowanej

Scenografie po spektaklach, kostiumy zużyte

z bandaży, z plastrów przeciwreumatycznych

Mam jeszcze ciepły głos, tylko dla ciebie

Miodne wspomnienia rozświetlonych słów

Czy pamiętasz ich znikome ślady w sobie?

Zdyszana z pośpiechu śpiewam pieśń dla ciebie

Jestem taka pospieszna, jestem pospieszna

ciepła i wielokrotnie zagięta w sobie tutaj

Przenoszę nasze ciężary do cieplejszych krajów

naszą zgniliznę w koronkach ze słów noszę

Sunę z wielkim wysiłkiem do tyłu

trzeba teraz to przeliterować do początku

Moja czarna królewno, porzucona przez siebie

gdzie twój dwór okazały, gdzie twoje służące

których obecności niechybnie oczekiwałaś?

Osuszę twe łzy w biegu szalonym i celowym

Jestem Lilith, pocieszycielka wycofana w dal

Miękkie są nasze zbroje, delikatniejsze niż skóra

cieląt i koźląt ssących daremnie wodę ciepłą

przegotowaną, ostudzoną do temperatury pokojowej

Podatniejsze jesteśmy na rany cięte i rwane

Nie patrz tak na mnie, za głośno spoglądasz

Musimy uważać na fruwające tutaj papiery ścierne

wielkie, atakujące mechanicznie byty roztrzaskane

czasami Gruboziarniste pilnują pól pustynnych

Me kolana są sine od pasów startowych

podchodzenia do lądowania w celach fizjologicznych

Wysycha ma skóra delikatna bez kremów, bez dłoni

Marnotrawię swą urodę w tym pejzażu z tytoniu

Wybielona, chlorowana, w brudzie płukana bielanko

ubrana w litanie do najświętszych serc błyszczących

mają one funkcje odblaskowe, to czyni je migotliwymi

są zdumiewająco funkcjonalne w liściastych lasach

Wleczesz swe gobeliny, którymi się nikt nie interesuje

ani to latające dywany, ani wyborne dekoracje wnętrz

Wyścielają one wysypiska śmieci, pojemniki kradzione

pojemniki na śmieci przywożone jak trofea zwycięskie

Masz przy sobie klasery ze znaczeniami sprzed wojny

między dobrem a złem, drugiej czy dwudziestej dziewiątej

Przyciskasz pieśni do siebie jak ostatni oręż, tarczę rzeźbioną

chroniącą przed pęsetami i dźwigami abstrakcyjnymi

w ścisku, w skrzypieniu, w podnoszeniu wielokrotnym

Uciekając przed zagładą rychłą, chowasz się do kąta

liczysz i odliczasz od tyłu wszystkie wiersze w nadziei

Swoje imię czytasz od tyłu, jak imię przewrócone w śnie

lecz nie znajdziesz nic w tym przeczeniu frywolnej magii

Musisz się tu więc pogodzić z przyciasnymi słowami

z podśpiewkami naszymi sprzedawanymi za grosze

Śpiewane rymy i schematy dla fałszywej gwiazdy

oby swym blaskiem nas balsamowała przed zniknięciem

w zapadniach niepamięci, w niewidoczności pospolitej

Murzyńskie oblicza jednak w nas głęboko spoczywają

odwrócone od posłuszeństwa, powinności dnia-nocy

My, kolonizatorki u bram edenów, przedmieścia rabujące

Jakoś nam tak trudno oddawać to myto za przejście

ze zbiorów naszych, z plonów niezwykle płodnych

trudno dziesięcinę ze słów oddać, przekraczając dalej

tupiemy, podskakując w tańcu na znak buntu przeciwko

w korowodzie cichym, zamkniętym na wszystko wokół

Lecz w środku najgłębiej jest wielki lęk

tłuszczem obrośnięty toczy naszą lotność

Spoczywasz senna przy mnie, ze znużenia, ze snu

Mój złowiony sum cały dnem umorusany, okraszony

ciągle w poszukiwaniu mętnych granic dna stawów

Węgorze czarne prześlizgują ci się między zębami

gdy milczysz, także się kłębią, jak po bitwach morskich

To ich umykanie, zakreślone grzbiety, słowa ze śliny

nie odczytywalne przez wróżbitów ani grafologów

Pochwycam cię, by w ich centrum oś ruchu zanikła

powodując ich nienaturalny chaos i rozwarstwienie

Podzielić je, rozwarstwić precyzyjnie w podroby

na filety bez kręgosłupów dawnych, ości ukrytych

na skóry preparowane i suszone w pełnym słońcu

w popiołach nienasyconych ciągle i zmuszonych

Uważaj, możesz puścić mą wstęgę przez nieuwagę

Splotę więc dla ciebie nosze wygodne w drodze

z mych czarnych tasiemek powiewających i włosów

w powietrzu, co teraz bardziej słonym się wydaje

jego smak czujemy już razem w ustach naszych

ciszej

Kołysane przez szepty i szyfony

przez szepty i szyfony

Pieśń trzydziesta. Podróż podwójna

Niesiona w podskokach w absolutną szarość

przez przekorną mieszkankę czyśćcowych pól

niepłodnych, wyciętych dawno, dawno temu

Lot do oddalonych kresów, zacieranych granic

przez wielkie przestrzenie przykurczone

Szepce do mnie swoje historie, nie słyszę

Ona nie wybiera jeszcze nieba, choć przenosi

Ten dziwny zapach ukryty ma w gruczołach

w koronkach zdradza się jej odsunięcie ciche

Ona — środek transportu dla stłuczonych istnień

Postrzępiony latawiec powiewa kokardami

tasiemki czarne zatykają mi usta, dławią oddechy

wplątujące się między język, między koła

Nie porywa noworodków i dzieci mlecznych

lecz śnieżnobiałe bianki obtoczone słowami

nakarmione prochami strzelniczymi, melonami

Przynosi mnie tutaj do granicy, pozostawiając

Spogląda na mnie niemo, odprowadza do furtki

Nie pójdzie ze mną dalej i już tego żałuje

Literuje mnie, przegląda mnie, kataloguje obecność

B I A N C A B I A N C A B I A N C A

w jej ciemniejących ustach zanikam na zawsze

Tłumiki osadzane na każdej literze amortyzują mnie

Zakładanie plisek na siebie

zakrywanie ich wnętrz sobą

Delikatnie i sumiennie

Delikatnie i sumiennie

Zostawia mnie pełną kurzu złotego, porzuca

operowaną na stole chirurgicznym w przejściu

operowaną jej niewyraźnym i rwanym szeptem

Skłania przede mną czoło, żegna mnie uśmiechem

Zakrywa znów swe oblicze jako dusza czyśćcowa

odchodzi szukać w szkieletach swej fatamorgany

Przesuwa się wyraźnie moje epicentrum, przesuwa się

moje dygotanie spokojniejsze, jest spokojniejsze

Pieśń trzydziesta pierwsza. Pas graniczny

Skulona z zimna nie widzę nic

tylko siebie, 68 kg mięsa mielonego

co by się nadało

Jadą pociągi transportowe na bocznice

Słyszę ich przewlekłe odgłosy, sapanie

tam, gdzie rosną rośliny niezakwitające

zaniedbane i nierozpoznawalne w deltach rzek

łączących swą słodycz ze słonym zbiornikiem

Ukradkiem w rozlewiskach furtki pochowane

Podziemnie, odchodzące wody porodowe

Rowki przygotowane na przesuwanie mas

Smary, lepiszcza wyściełają wielkie łożyska

by cieplej i rozkurczowo

Stalowe skorupy leżą na śmietnikach

Cysterny z miodem wielokwiatowym

są roztrzaskiwane przypadkowo w pyłki

są zaorane, zziębnięte, pokryte smołą połacie

Pasy graniczne, pasy mistyczne, pasy cnoty

ściskane sznurem, drutem i wazeliną

by zawsze miały podwyższoną temperaturę

czekały w śliskim nieokreśleniu ściśnięcia

na przecięcie wstęgi ostateczne nożem

Choć tego dnia raczej nikt z domu wychodzić

nie będzie

Wieczorem będzie ostateczna dogrywka

podczas której pasy z kredy zamazane zostaną

licznymi nogami przedziwnych wdzięków

szurając, niszczą te spalone pola gry

resztki w kątach bramek cmentarnych

piano non vivace

Idę więc po linie, co za zręczność

Idę po linie szerokiej na hektary

kiedy ją przekroczyłam, nie wiem

czy się bardziej oddalam, czy nie

Szerokie połacie nieużytków czekają

Stojąc samotnie przy pasie granicznym

robię jeszcze listę rzeczy do rozpakowania

Zapomnieć wszystko, bez możliwości pomyłki

wypisuję zdyscyplinowana te rzeczy zbędne

a ma biała dłoń rumienieje, już dnieje

Pieśń trzydziesta druga. Bok

W szarości skóry jęczmiennej

plączę swe nogi, stepując jednocześnie

trochę nierytmicznie mi to wychodzi

Wzrasta przede mną bok w miarę uderzeń

konstrukcja z czarnego grafitu, magnezu

W belkach konstrukcyjnych i wspornikach

wielopiętrowe mieszkalnictwo komunalne

Wybijane kamieniami otwory drzwiowe

wilgotne ościeżnice w przeciągach

Podwiewa mi sukienkę chłód dziwny

Uderzasz mnie mocno w bok, przechodzę

W ciemnym korytarzu ramiona powtórzone

Piętra te same, podzielone tak samo na porcje

Bądź teraz, szukaj mnie, teraz ty mnie

Brudzę się grafitem ścian i rysuję na czarno

z ołowianym połyskiem łapię jeszcze błyski

Ślizgają się na mnie te larwy przejrzyste

zależne od źródła macierzystego, zależne

Piętro po piętrze biegnę po laur ściśnięty

Po korytarzach wlekę swoje ciało za rękę

ono opiera się siłą i się wyrywa do wyjścia

Uderzasz mnie mocno w bok, przechodzę

Jestem w ostatnim wolnym pokoju z rezerwacją

Czuję mnożącą się obecność, tysiące nad i pod

z boku i zewsząd czuję ich niecierpliwość

Przede mną tylko okno, w którym ustawiam się

we właściwym miejscu, pod właściwym kątem

Posłusznie, z spuszczoną głową patrzę w dół

w przepaści głębokie i tęskne, tak tęskne

Topnieje tu popiół zmiatany pod rogi dywanu

Kto tu zagląda zgięty do środka, ten tak wygląda

Uderzasz mnie mocno w bok, przechodzę

W milionach okien stoją poeci z otwartymi usty

żadnych dźwięków samodzielnie nie wydają już z siebie

Zgarniani, zbawiani grupowo w pośpiechu przypływów

Rozgrzeszenie w tłumie przeoczą ich dawne pozdrowienia

dla szatana z wakacji, listy, które wysyłali spod swych ud

bo się im dziwnie pomylił adresat, może to wina poczty

Ramionami tak szerokimi zbierani z głębokich wykopów

wyżłobionych w wapieniach przybrzeżnych, podmytych

w ramach stawki, którą zabiera zwycięzca za partię

gry w kości za kości

Uderzasz mnie mocno w bok, przechodzę

Pieśń trzydziesta trzecia. Rysunek II

Czuję za sobą tupanie z uwiądem w tle

Zniszczony rysunek od paru dni

stoi w wodzie niezmienionej, pełnej soku

Grzebiąc łapami w błocie pogrzebowym

wyszukuję korzeni wyhodowanych przez wilgoć

Kształt jakiś nieokreślony śledzi me postępy w nauce

Rysunek określają punkty kaligrafowane, początkowe

gdy je połączysz linią, to się ujawni graf skryty

Używałam cyrkla na tej lekcji geometrii, kreśląc

łuki zewnętrzne nieba, oba ich końce to błędy

Kontrasty się wzmacniają, jest tylko czerń i biel

Me ciało niedoskonałym instrumentem kreślarskim

Przestrzeni wielkiej nie zmierzyłam łokciami suchymi

nie pokonałam jej za pomocą skruszonej ekierki

w rogach prawie diabelskich, nie pokonałam czyśćca

Droga krzyżowa stacja 51, autobus się tu nie zatrzyma

niebezpieczna tu okolica i w rozkładzie jazdy

brak twego rozkładu, brak 51 kości skruszonych

na tarce z orzechami, z daktylowymi opłatkami

Mielę punkty drobnoziarniste na plamę barwną

byle się nie zmieściła w tych właściwych skalach

Sama rysuję me granice walcami wynajętymi

w bryłach geometrycznych przechowują łona

Potajemnie wychowują w swym chłodzie mioty

z margaryny poczynione, by straszyć nimi innych

Uciekajcie w popłochu przed mym rysunkiem

Nawołujcie i w popłochu tatuujcie me imię

pod pachami chowane, na lepsze momenty

załóżcie głębokie dekolty na kolacje uroczyste

może się uchronicie przed rysunkiem kolczastym

przed siatką ogrodową, wrastają w nią pnie ciężarne

w ich cielskach powoduje to bolesne przypominanie

Ale teraz rozcieram swe granice restrykcyjne

rozmazuję linie na włochate strzępy miękkie

Rysunek drugi ukryty jest pod spoconą dłonią

ma być bowiem trzecia jego cześć zmazana

a ten środkowy fragment ciągle walczy między

nieprzekreśleniem a przekreśleniem śliskim

Spoczywa on wkopany w ziemię częściowo

Część jego wystaje w postaci płyt granitowych

z wykutym liternictwem jednostajnie osobliwym

z dawnymi datami śnieżnobiało precyzyjnymi

z imionami osób śpiących, ułożonych na boku

Sen o złożeniu do grobu w garniturach brokatowych

Kroki do wieczności pomylone w tańcu z podskokami

na trampolinach z błony śluzowej wyścielającej

wnętrza eleganckich wnęk z buku, z brzozy

Wtopiona druga część zawsze w okolicach ziemi

rysuje się na glebach nawożonych łajnem

Rysunek ciernisty okrawa kształt pusty, zastany

Określa mój kształt bolesny plątanina bluźnierstw

słodkie, pozostawione w ścianie, dla płaczliwych raczej

w miękkich kamieniach wetknięte, trwale się utleniają

Pluję w siebie, analizując reakcje chemiczne zachodzące

Znów obrastają moją mordę liszaje i pleśniawki kwitną

hodowlane, nawilżane stale mą gęstą śliną, w głębokości

uniemożliwiają mi bezkrwawe szemranie i lamenty

Hultajskie ich zwyczaje w zdobywaniu nowych pól

na mej twarzy w okolicach ust walczą nieustannie

o przewodnictwo i wpływ na śpiewy wulkaniczne

Zalana lawą swego głosu zbyt głośnego podkurczam się

czekając na wykopanie z asfaltu z pobocza autostrad

po których mkną, miękko świszcząc w pędzie, One

Rysunek rozpada się, z trudem podnoszę ręce

nadając mu formułę nieczytelnego i niechcianego

odrzuconego przez budowniczych rysunku węglem

Pieśń trzydziesta czwarta. Wiatr od morza

Nasze gardła wysuszone, wzmocnione

resztkami nut impregnowane wielokrotnie

Stoimy w oknach pokutującej i grzesznej Prory4

Największa ruina w okolicy nadająca się na eventy

czekając na Jego ruch na lękliwym postumencie

Fundamenty dawnej budowli siłą były gwałcone

Teraz to miękkie wszystko nareszcie i bezzębne

tylko przewiewa przez nią wiatr, hula niezłapany

Wszyscy mają otwarte gardła na roścież

Kąciki ust są nadcięte jak krocza przy porodzie

by się poszerzyć, by się nie rozerwać w sumie

gdy doda się wszystko i wyjdzie wynik bez reszty

Z otwartymi gardłami czekamy, pokalani

Wielkie organy z pociętymi otworami

puste, wydrążone, wyrestaurowane bardziej

tylko gardła pozostaną, po nas tylko gardła

Wiatr od morza powiewa spokojnie w naszą stronę

owiewa nasze policzki sine od wysiłku, od czasu

wwiewa się do naszych ust powoli i leniwie

porusza naszymi archeologicznymi szczątkami

strun głosowych, utkanych w węzły żeglarskie

drążąc te nasze tunele podziemne, podmorskie

wszystkie czyni gładkimi szlakami dla siebie

Przez drgnięcie wydobywają się z nas głosy

nieznane dotąd dźwięki, melodie, niewyśpiewywane

miliardowe organy brzmiące nie sobą, lecz Jodem

Nie pozwala nam śpiewać siebie, związuje nas

zabiera nasz ciężar z portu, wyprowadza w Pełne

Grube liny jedwabne, splotem krzyżykowym snute

ich wątki naprzemienne w porządku nieodgadnionym

Wciąga nas w głębokość, do której tęskniliśmy

Ten statek rozpruwa się w zetknięciu z wodą

Żyrandole roztrzaskują się, i marmury, i zaplecza

my w nim idziemy na dno, osnuci planktonem

po to, aby nie być już, by nie bywać i się nie pojawiać

zatracić się w tym dostojnym opadaniu w ramiona

które zaciskając się w pozdrowieniu, uwalniają nas

od śpiewania pieśni czyśćcowych

A ze zdziwienia otworzą się nam dzioby nienasycone

Pieśń ostatnia. Dolepienie do Nieba

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((

Przypisy:

1. Chiara (wł.) — odpowiednik imienia Klara bądź przymiotnik: jasna, przejrzysta, jednoznaczna. [przypis edytorski]

2. Tisztitószer — z węgierskiego: płyn do czyszczenia. [przypis autorski]

3. piu bella regina (wł.) — najpiękniejsza królowa. [przypis edytorski]

4. Prora — ośrodek wypoczynkowy na wyspie Rugii, zbudowany przez nazistów. [przypis edytorski]