Dziejba leśna (tomik)

Dziejba leśna, I

I

Niegdyś dom mój ochoczy

Niegdyś dom mój ochoczy i świat za dąbrową

Porzuciłem, by dachu nie mieć ponad głową,

I siebie porzuciłem gdzieś na skraju lasu

Bez pomocy, bez żalu, bez śpiewu, bez czasu

I biegłem tam, gdzie burza, mrok i zawierucha,

By serce niepokoić i narazić ducha —

Tak się chciałem utrudzić i krwią własną zbroczyć,

Żeby istnieć wbrew sobie i ból swój przekroczyć.

I minęło lat wiele — i po latach wielu —

Marnotrawiąc dróg tysiąc — dotarłem do celu

I pieśniami nade mną rozbrzmiały niebiosy,

Powiększyły się kwiaty, zolbrzymiały rosy —

I zgaduję, że z płaczem, po własnym pogrzebie,

W opuszczoną bezdomność powracam do siebie.

I

Tu jestem

Tu jestem — w mrokach ziemi i jestem — tam jeszcze

W szumie gwiazd, gdzie niecały w mgle bożej się mieszczę,

Gdzie powietrze, drżąc ustnie, sny mówi i gra mi,

I jestem jeszcze dalej poza tymi snami.

Zewsząd idę ku sobie; wszędzie na się czekam,

Tu się spieszę dośpiewnie, tam — docisznie zwlekam

I trwam, niby modlitwa, poza swą żałobą,

Ta, co spełnić się nie chce, bo woli być sobą.

I

Wczesnym rankiem

Gdy ulice, stopami ludzkimi nietknięte,

W słońcu porannym stoją dla nieba otworem,

Nie poznaję drzew dawnych — takie są zaklęte,

Tak trafnie olbrzymieją i tak pachną — borem.

Zda się, że po raz pierwszy owiane szelestem

Jawią się moim oczom w cudnym niepoznaniu,

Jakbym zastał je nagle na ich skrytym trwaniu

W świecie zgoła odmiennym, niż ten, gdzie ja jestem.

Lecz pierwszy zgiełk ulicy, wrzask życia ułudy

Płoszy je, że — malejąc — tłumią czary swoje

I cofają się właśnie w ten świat, gdzie ja stoję

I podglądam ich pilnych przeistoczeń trudy.

I

Południe

Obłok blaskiem sam siebie zaćmiewa w upale,

Dno błękitem przeciera, lub nie ma dna wcale.

Rumianek, co w tych żarach biel gubi cudacznie,

Trzykroć w nic się odzłoci, nim kwiatem być zacznie...

Płat murawy od wzgórza całą źdźbeł bezsiłą

Zielenieje mi w oku — w skrócie i pochyło...

Głos od brzmienia własnego w tej ciszy odwyka,

Nie chce mu się być głosem — bez żalu zanika.

Drwal, nogi rozkraczywszy, z zadumą snu szczerą

W pień uderza zbłyskaną od słońca siekierą.

Echo się do uderzeń opóźnia o mgnienie,

A ja właśnie to drobne chwytam opóźnienie

I nim odgłos siekiery osobno dolata,

Całe niebo przeżywam i zwiedzam pół świata!

W tych przerwach między echem a ciosów bezgwarem

Dusza moja, z niczego zrodzona nad jarem,

Szuka wolnej umieszczki1 dla trwania na nice2,

Dla istnienia na opak, dla tchu — w tajemnice!

Nie wie o tym siekiera, że w ten dzień słoneczny

Pracuje na baśń moją, na mój żywot wieczny!

I że w jedną jedyną bezbrzeż się zespala

Jej połysk i pnia wygłos — mój sen i ruch drwala!

Że echo do uderzeń opóźnia się czaru,

By snom dać krztynę czasu na wstęp do bezmiaru!

I

Zachód

W błękicie — szkarłat zórz! Wniebowstąpienie róż!

Wieczność płonie tak samo, jak płonęła za młodu...

Ogród, gdzie w złotym mchu tkwi odrobina tchu,

Niezbędnego dla ciebie, co śnisz wnętrze ogrodu.

By iść do tamtych stron, odzyskać trzeba zgon,

Zagubiony w tym bycie, co narzucił się światu.

Nic nie mów — tylko patrz! I nie patrz, ale płacz,

Bo już nie ma dla duszy wyjścia z tego szkarłatu!

I

Idzie zmierzch

Idzie zmierzch od zapłotków — od stodół — od jarów,

Idzie zewsząd i znikąd, a taki ma narów3,

Że im bardziej snem przymrze i w rów się zagrzebie,

Tym widniej mu w niebycie — tym łatwiej znieść siebie.

O, niełatwo nam było powiązać los z losem!

Smutek boczył się na nas; żal patrzył ukosem...

Odeszłaś — w ślad za tobą dzień złoty przeminął, —

Ale z ziemi uchodząc, po niebie wciąż płynął...

Dogorywa dnia reszta w obłokach zbłąkana,

Dołem mrok, lecz nadwyżką dnia — płonie stóg siana.

Więc raz jeszcze — choć ciebie nie ma w pól rozłogu4

Przeżywam dzień miniony — ten, co lśni na stogu.

I

Krajobraz utracony

Czemu obcą mi wioskę z zwykłych lip gromadą

Wspominam jak dostępną niegdyś tajemnicę,

Gdzie owiec znakowanych natłoczone stado

Napełniło — już znikłą na zawsze ulicę?...

Czemu dziś we wspomnieniu tak pilnie je śledzę?

Ruch każdy, snem sprawdzony, odtwarzam zawzięcie...

Czas mijał... One — w czasu wbłądziły niewiedzę

I, nagle bezładniejąc, znikły na zakręcie.

I czemu czuję w piersi zdławiony płacz boży

Na myśl, że nie zaszumią tamtych pól powiewy,

I że się nie rozwidnią światłem tamtej zorzy

Zgubioną wełną owiec pośmiecone krzewy?

Dziejba leśna, II

II

Krzywda

Zamknij okno... W ogrodzie — zbyt śpiewno.

Oczy do snu lub do śmierci zmruż.

Krzywda nasza kończy się na pewno!...

Życie — mija... Wolno spocząć już...

Dzień się nowy na obłoków bieli

Nie zatrwoży, że ciał naszych brak...

Lecz to wszystko, cośmy przecierpieli,

Niechaj we mgle ma choć drobny znak!

Bo czym zgrozę odkupić zagłady,

Łez wysiłek i ten pusty czas,

Gdy śmierć zniszczy nawet ran tych ślady,

Ran, co niegdyś tak bolały nas?

II

[Com uczynił...]

Com uczynił, żeś nagle pobladła?

Com zaszeptał, żeś wszystko odgadła?

Jakże milcząc, poglądasz5 na drogę!

Kochać ciebie nie mogę, nie mogę!

Wieczór słońca zdmuchuje roznietę6.

Nie te usta i oczy już nie te...

Drzewa szumią i szumią nad nami

Gałęziami, gałęziami, gałęziami!

Ten ci jestem, co idzie doliną

Z inną — Bogu wiadomą dziewczyną,

A ty idziesz w ślad za mną bez wiary

W łez potęgę i w oczu swych czary —

Idziesz chwiejna, jak cień, co się tuła —

Wynędzniała, na ból swój nieczuła —

Pylną drogę zamiatasz przed nami

Warkoczami, warkoczami, warkoczami!

II

O zmierzchu

Gdy zmierzch na oknie naszym już dosięga kwiatów,

My, w cień wspólny związani na znajomej ścianie —

Myślami do dwu różnych odbiegamy światów,

Dłońmi zwarci w tym ziemskim, jak na pożegnanie.

Wędrówka myśli naszych, stroniących od ciała,

Każe pod grozą straty trwać w znieruchomieniu —

Dech przy tchu, skroń przy skroni, ramię przy ramieniu,

I unikać wszystkiego, co szumi lub pała...

Czuję ucho twe miękkie — zgrzane przy mym uchu,

Lecz go nie śmiem ochłodzić wilgotnych warg brzegiem,

By dreszczem nieobacznym7 lub pieszczot zabiegiem

Nie skłócić nabytego od zmierzchów bezruchu.

II

Prośba

Czemuśmy się zgodzili na brzemię pokory?

Na istnienia naszego — ból, krzywdę i strwon8?

Czemuśmy nie wyryli choćby kreciej nory,

By dać szczęściu — kryjówkę i nocleg, i schron?

Zaniedbaną pieszczotą chcemy zmóc rozpacze, —

Na ustach słów spóźnionych zbytecznieje9 gwar...

I płacz ciągle nas ściga, choć już nikt nie płacze, —

Bo i cóż nam zostało? — To jedno: twój czar!...

O, nie znuż się ostatnim czarowania trudem!

Wytrwaj w jawie, co męczy zbyt usilnym snem!

Nie wiesz nawet, czym dla mnie w mroku — poza cudem

Są twe dłonie!... Ja tylko, gdy całuję, wiem...

II

Powrót

Wracam, wracam po długiej rozłące —

Dłonie twoje, niecierpliwie lgnące!

Wszystko — dawne, a niby na nowo —

Drogi oddech — znajomy ruch głową...

Znów prowadzisz przez wszystkie pokoje,

I idziemy, idziemy oboje...

Nowej sukni nie postrzegłem wcale —

Śmiech twój dzwoni, że patrzę niedbale.

Pokazujesz dłonią niespodzianie

Nowe w kwiaty obicia na ścianie

I list do mnie zaczęty na stole —

«Pełen żalu... Niech leży... Tak wolę».

Okno nagle otwierasz w głąb nieba —

Niepotrzebnie, a właśnie tak trzeba.

Dłoń mą tulisz do serca, więc słyszę,

Jak uderza — choć w ustach masz ciszę...

I w tej ciszy, w straszliwym milczeniu

Skroń mi, płacząc, składasz na ramieniu.

II

Skończoność

Tyle nam pieszczoty,

Co dla czworga rąk.

A ty, zmierzchu złoty,

Konaj wpośród łąk.

Jedna dal w błękicie,

Ale różna łódź!

Trzebaż było życie

Z ową dalą skuć?...

Późny wieczór stroni

Od zielonych bruzd.

Dłoniom zbrakło dłoni,

Ustom zbrakło ust!

Szczęście, co od słońca

Wzięło czar i kres,

Dobiega do końca,

Unikając łez.

Oto — zlękłe ciało,

Oto gwiezdny kurz!

To, co stać się miało,

Niech się stanie już!

II

Dreszcze nasze u warg się spotkały

Dreszcze nasze u warg się spotkały. Powieki

Zwarły się, by nie widzieć nic oprócz rozkoszy,

Co, po ciemku zrodzona, śni pożar daleki

Sadów, gdzie ptak śpiewając, ognia się nie płoszy.

Nie domknąłem twej wrótni10, upuściłem róże

W twym progu — i zaledwo w snów i pieszczot przerwie

Widzę je wraz z mieczami aniołów w lazurze,

Z których żaden od ust mnie twoich nie oderwie!

A czas nastał. Idąca do lasu przez drogę

Śmierć mnie woła. Na próżno! Umrzeć już nie mogę!...

Razem z tobą w rozkoszy i kwiatach zaryty,

Choćby nade mną nagła wyrosła mogiła,

Skrawka ziemi, gdzie miłość do snu mnie złożyła,

Nie opuszczę, by odejść w nieznane błękity!

Nie zamienię snu mego na sen wiekuisty,

Bogom, zeszłym do jaru — tam gdzie moja chata,

Nie oddam łąk, ścielących swój dywan kwiecisty

Dla ciał dwojga, co uszły potęgom wszechświata!

A czas nastał. Wpatrzona w chmur naokół trwogę

Śmierć mnie woła. Na próżno! Umrzeć już nie mogę!

Słońce na duchy nasze, dla nieba zbyteczne,

A dzielące z kwiatami swój czar i przewinę,

Patrzy jako na żywe zegary słoneczne,

Gdzie cień chabrów miłości wskazuje godzinę.

Dłonie nasze, splecione w szczęścia niepodzielność,

U stóp brzozy przygodnej — wobec szumów łąki

Skruszyły w swym uścisku wzajemną śmiertelność,

I nie masz dla nich czasu — i nie masz rozłąki!

A czas nastał. Wiodąca wzwyż duchów załogę

Śmierć mnie woła. Na próżno! Umrzeć już nie mogę.

II

Twój portret

Twój portret z lat dziecinnych... Ten uśmiech niecały,

Co dziś mi zapowiada pieszczotę gołębną —

Też nogi, które grzeję wargami, gdy zziębną —

Lecz skaczące w ogrodzie przez sznur rozbujały.

Pierś — jagoda znikliwa i nie do ujęcia,

W biegu wklęta w ramiona, jak łódź między wiosła,

Serce czuć w niej, jak w gnieździe ciepły łeb pisklęcia:

Długo siebie nie znało, nim w pełnię urosła!

Na dwie siostry w rozłące — patrzę na przemiany11,

I czarem podobieństwa — w milczeniu się poję —

Którąż dzisiaj posiadam, żądzą opętany?

Jednąż kocham dziewczynę, czyli dziewcząt dwoje?

II

Lubię szeptać ci słowa

Lubię szeptać ci słowa, które nic nie znaczą —

Prócz tego, że się garną do twego uśmiechu,

Pewne, że się twym ustom do cna wytłumaczą —

I nie wstydzą się swego mętu12 i pośpiechu.

Bezładne się w tych słowach niecierpliwią wieści —

A ja czekam, ciekawy ich poza mną trwania,

Aż je sama powiążesz i ułożysz w zdania,

I brzmieniem głosu dodasz znaczenia i treści...

Skoro je swoją wargą wyszepczesz ku wiośnie —

Stają mi się tak jasne, niby rozkwit wrzosu —

I rozumiem je nagle, gdy giną radośnie

W śpiewnych falach twojego, co mnie kocha, głosu.

II

Szczęście

Coś srebrnego dzieje się w chmur dali.

Wicher do drzwi puka, jakby przyniósł list.

Myśmy długo na siebie czekali.

Jaki ruch w niebiosach! Słyszysz burzy świst?

Ty masz duszę gwiezdną i rozrzutną.

Czy pamiętasz pośpiech pomieszanych tchnień?

Szczęście przyszło. Czemuż nam tak smutno,

Że przed jego blaskiem uchodzimy w cień?...

Czemuż ono w mroku szuka treści

I rozgrzesza nicość, i zatraca kres?

Jego bezmiar wszystko w sobie zmieści,

Oprócz mego lęku, oprócz twoich łez...

Dziejba leśna, III

III

Jam — nie Osjan

Jam — nie Osjan13! W zmyślonej postaci ukryciu

Bezpiecznie śpiewam moją ze światem niezgodę!

Tarczą złudy obronny — zyskałem swobodę,

Której on by zapragnął, gdyby tkwił w tym życiu.

Za niego dźwigam brzemię należnej mi sławy

I za niego o przyszłość mych pieśni się trwożę —

Żyję tak, jakbym jego życia był ciekawy —

Ginę, jak on by ginął, choć zginąć nie może!

Ten go uczci, co będzie na moim pogrzebie,

Gdy moja mgła się z jego spokrewni tumanem.

Nikt się nigdy nie dowie, czym byłem dla siebie —

Dla innych chciałbym zawsze być tylko Osjanem.

Tak rzekł śpiewak, lecz własnym smutkom nie podołał,

I nagle: Boże, Boże! — do Boga zawołał.