Postacie (cykl)

Postacie

W marzeniu moim puste na przestrzał komnaty,

Wbrew nocy rozjarzone spiekotą południa.

Cisza. W lustrach się dwoją i troją złe kwiaty.

Bije północ. Snu próżnia nagle się zaludnia.

Idą z mroku, na oślep, śpiesznie i kolejno

Postacie, co swym chodem i bladością czynną

Przypominają kogoś, co zmarł w beznadziejną

Noc, gdy wszystko, prócz niego, umrzeć było winno.

Czarną na białych płaszczach znakowane kresą,

Twarz ode mnie ku snowi odwracają pilnie,

Stąpając po podłodze wiernie i usilnie,

Jakby chciały pokazać, że są tym, czym nie są...

I nie tylko zwierciadła, ale ślepe sprzęty

Odbijają niejasno i niecałkowicie

Owych ludzi, co, idąc z odmętów w odmęty,

Chętnie starliby ślad swój i swoje odbicie...

Wiem, że boją się chwili, która zewsząd kroczy,

A w której dłoń wyciągnę i pierwszego z brzegu

Wytrącę, jak sen jeden z reszty snów szeregu,

I zapytam o imię i zajrzę mu w oczy!

Ale który to będzie — nikt nie wie, nie zgadnie...

Przechodzą, los nieznany tłumiąc w płaszczów bieli.

A ja dłoń opóźnioną wyciągam bezradnie

Do tych, co już mijają i już przeminęli...

Matysek

Grał w lesie Matysek na skrzypkach z jedliny —

I wygrał, i wygrał — płacz zmarłej dziewczyny.

O, płaczu bezbrzeżny, dlaczego tak płaczesz?

Dlaczego w pnie drzewne, jak we drzwi, kołaczesz?

Zapomnij o klęsce, a świat się odmieni, —

I rosą spłyń w zieleń, i spocznij w zieleni!

Lecz nie chciał wypocząć, ni wyzbyć się męki —

I różnie się krwawił o kwiaty i sęki —

Czerwony — zielony — srebrzysty — złocisty —

O, Boże, mój Boże — płacz bardzo wieczysty!

Takie było Matyskowe granie,

Zanim pieśni nastało konanie.

Grał w lesie Matysek na skrzypkach z jedliny —

I wygrał, i wygrał — śmiech zmarłej dziewczyny,

O, śmiechu niedobry, dlaczego się śmiejesz?

Dlaczego tak żywcem po lesie szalejesz?

Stłum grzeszną ochotę, zbarcz1 dźwięk swój — żałobą,

I rozpłacz się w niwecz — i przestań być sobą!

Nie przestał być sobą — i śmieszył sam siebie —

I w barwach się mienił — na ziemi i niebie —

Czerwony — zielony — srebrzysty — złocisty —

O, Boże, mój Boże — śmiech bardzo wieczysty!

Takie było Matyskowe granie,

Zanim pieśni nastało konanie.

Grał w lesie Matysek na skrzypkach z jedliny —

I wygrał, i wygrał sen zmarłej dziewczyny.

Śnie błędny — niezbędny, dlaczego tak śnisz się?

Dlaczego tak pilnie majaczysz i skrzysz się?

Przepadnij bez śladu w tym jarze i rowie,

Lub w tamtym strumieniu, co wszystko ci powie!...

Lecz nie chciał bez śladu przepadać w bezkresie, —

I śnił się, i tęczą migotał po lesie

Czerwony — zielony — srebrzysty — złocisty, —

O, Boże, mój Boże, — sen bardzo wieczysty!...

Takie było Matyskowe granie,

Zanim pieśni nastało konanie.

Dzień skrzydlaty

Rozwidniły się w słońcu dwie otchłanie — dwa światy, —

Myśmy byli — w obydwu... A dzień nastał skrzydlaty.

Nikt nie umarł w dniu owym, — nie zataił się w cieniu...

I pamiętam, żem myślał o najdalszym strumieniu.

Nie mówiłaś nic do mnie, lecz odgadłem twe słowa.

A on — zjawił się nagle... Zaszumiała dąbrowa.

Taki — drobny i nikły... I miał — ciernie na skroni.

I uklękliśmy razem — w pierwszej z brzegu ustroni.

W pierwszej z brzegu ustroni, — w pierwszej kwiatów powodzi.

I zdziwiło nas bardzo, że tak biednie przychodzi.

Ubożeliśmy chętnie — my i nasze zdziwienie...

A on — patrzał i patrzał... Cudaczniało istnienie...

Zrozumieliśmy wszystko! — I że właśnie tak trzeba!

I że można — bez szczęścia... I że można — bez nieba...

Tylko drobnieć i maleć od nadmiaru kochania.

A to była — odpowiedź, i nie było — pytania.

I już odtąd na zawsze przemilczeliśmy siebie,

A świat znów się stał — światem... I czas płynął po niebie.

I chwyciłaś źdźbło czasu, by potrzymać je — w dłoni,

A on — patrzał i patrzał... I miał — ciernie na skroni.

Bałwan ze śniegu

Tam — u samego lasów brzegu,

Gdzie kruk — jedyny pustki widz,

Ktoś go ulepił z tego śniegu,

Co mu na imię: biel i nic...

Na głowę śmieszną wdział czapulę,

A w bok żebraczy wraził kij —

I w oczy spojrzał mu nieczule

I rzekł na drwiny: „Chcesz — to żyj!”

I żył niezgrabny, byle jaki,

A gdym doń przyszedł śladem trwóg, —

Już weń wierzyły wszystkie ptaki,

Więc zrozumiałem, że to — bóg...

Czarował drzewa ócz błyskotem,

Piersią, do której wichry lgną —

I kusił mnie niewiedzą o tem,

Co było we mnie — tylko mną...

Pan ośnieżonej w dal przyczyny

Poprzez ślepotę mroźnych cisz

Patrzał w wądoły i w niziny,

Co mu się śniły wzwyż i wzwyż!

A kiedy poblask wziął od słońca

I w nicość zalśnił — błędny wskaz —

Pojąłem wszystko aż do końca

I uwierzyłem jeszcze raz!

Pszczoły

W zakamarku podziemnym, w mieszkalnym pomroku,

Gdzie zmarły, zamiast dachu, ma nicość nad głową,

W pewną noc Wiekuistą, a dla nas — Lipcową

Coś zabrzękło... Śmierć słyszy i przynagla kroku...

A to — pszczoły, zmyliwszy istnienia ścieżynę,

Zboczyły do tych pustek, jak do złego ula!

Rój się iskrzy tak obco, tak brzęcząco hula,

Że strach w mroku tę jurną ujrzeć pozłocinę2!...

A zmarli w zachwyceniu, źrenicę rozwiewną

Przesłaniając od blasku skruszałych rąk wiórem,

Tłoczą się cień do cienia i wołają chórem:

— «To — pszczoły! Pamiętacie? To — pszczoły na pewno!»

Przytłumione snem bóle na nowo ich trawią!

Wdzięczni drobnym owadom za zbudzoną ranę,

Z wszystkich sił swej nicości patrzą w skry zbłąkane,

Co wzdłuż śmierci i w poprzek żywcem się złotawią...

Znali niegdyś te cudła3 złotego pomiotu,

A dzisiaj, zaniedbani w swych mgieł niedobrzysku,

Podziwiają skrzydlatą szaradę rozbłysku

I chyżą łamigłówkę brzęczącego lotu!

Ale, drogę powrotną zwęszywszy w odmęcie,

Pszczoły lśnią się gromadą już co chwila rzadszą,

Już — w świat się przedostając, gasną na zakręcie, —

Już ich — nie ma! — A oni wciąż patrzą i patrzą...

W zakątku cmentarza

Mają zmarli w niedzielę ten pośmiertny kłopot,

Że w obczyźnie cmentarza czują się — bezdomnie, —

A lubią noc tę spędzać popod mgłą, lub popod

Wiecznością, co się w jarach gęstwi nieprzytomnie.

Maria z Bzówka — wygody wspomina izdebne,

Słońce — w łóżku, wiatr — w sieni — i ogród macierzyn4,

Gdzie było tyle w radość uchodzących ścieżyn,

A wszystkie takie — trafne i drzewom — potrzebne!...

Żebrak, co się zadławił na śmierć krztyną chleba, —

Kijem niegdyś wędrownym obłędnie się babrze

W nieodgadle5 błękitnym — pełnym Boga — chabrze,

By zeń dla snu wiecznego wydłubać — źdźbło nieba.

Mnich, co po to byt ziemski tłumił bez szemrania,

By pędzić żywot wieczny w sposób nienaganny, —

Kreśli palcem na próchnie list do panny Anny

Z życzeniami rychłego w kwiatach — zmartwychwstania.

Panna Anna udaje, że jest — w bezżałobie

I biorąc na kolana młodą mgłę — pieszczochę, —

Ukradkiem z pajęczyny tka zwiewną pończochę

Dla brzozy, co tkwi boso na kochanka grobie.

A opodal — mniej więcej naprzeciw rozstaju,

We fraku bezrozumnie skąsanym przez szczura,

Na czele kilku cieni żeńskiego rodzaju

Nieboszczyk Madaleński — prowadzi mazura.

Kocmołuch

Gdy śródlistne trzepoty gilów i jemiołuch

Zmącą ciszy cmentarnej ustrój niezawiły, —

Cień z trudem z zaniedbanej wychodzi mogiły,

Cały w rdzach i liszajach — podziemny kocmołuch.

Słońce, grzejąc zmarłego, roztrwania po trawie

Złote krzty — złote supły i złotsze podłużki,

A on zmysłem nicości wyczuwa jaskrawie,

Jak śmierć w słońcu — w kształt nikłej maleje śmiertuszki...

Niezbyt pewny swej jawy i ufny snom niezbyt, —

Spogląda oczodołów próżnicą wierutną

W obłoków napuszyście wybujały Bezbyt,

Poza którym nic nie ma, prócz tego, że smutno...

Lecz on smutek w pośmiertnej przekroczył podróży,

Pierś wzbogacił weselem nowego żywota,

A gdy mu nieśmiertelność zbyt modro się dłuży, —

Tka snowi wieczystemu wezgłowie ze złota!...

Zazdroszczę mu, bo duszę do trosk ma niezdolną,

Nie wie, co to jest — nędza i żal i pustkowie.

Poznał przepych tajemnic! Niech wszystko opowie,

Bo już — czas! Bo już dłużej przemilczać nie wolno!

Lecz w chwili, gdy chcę zwiewne zadać mu pytania

O słonecznych utrudach, o gwiezdnych mozołach,

Widzę nagle, jak blednąc męczeńsko się słania

Ten zagrobnych ran pleśnią pokryty biedołach!...

W gęstwinie — cieniścieje bezludzie i lśni tam

Zejście nieba na ziemię do drzew na uboczu, —

A ja patrzę w mrok jego spustoszałych oczu

I nie pytam już o nic... Już o nic nie pytam...

Znikomek

W cienistym istnień bezładzie Znikomek błąka się skocznie.

Jedno ma oko błękitne, a drugie — piwne, więc raczej

Nie widzi świata tak samo, lecz każdym okiem — inaczej —

I nie wie, który z tych światów jest rzeczywisty — zaocznie6?

Dwie dusze tai w swej piersi: jedna po niebie się włóczy, —

Druga — na ziemi marnieje. Dwie naraz kocha dziewczyny:

Ta czarna — snu wieczystego na pamięć barwnie się uczy, —

Ta jasna — całun powiewny tka dla umarłej doliny.

Którąż z nich kocha naprawdę? Złe ścieżki! — Głębokie wody! —

Urwiska! — Nawoływania! — I znikąd żadnej pomocy! —

I powikłane od lęku, w mrok pierzchające7 ogrody! —

A w dłoniach — nadmiar istnienia, a w oczach — okruchy nocy!

I mgła na ustach dziewczyny, rumianych marzeń rozgrzewką, —

A kwiaty wzajem się widzą — a zgony wzajem się tłumią! —

Znikomek spożył kęs nieba i miesza złotą mątewką8

Cień własny z cieniem brzóz kilku. A brzozy śnią się i szumią...

Wiosna

Takiej wiosny rzetelnej, jaką w swym powiecie

Widział Jędrek Wysmółek, — nikt nie widział w świecie!

Poprzez okno karczemne łeb w bezmiar wyraził

I o mało się w durną mgłę nie przeobraził!

Lecz umocnił się w karku i, nieco przybladłszy,

Łbem pochwiał dla otuchy i splunął, i patrzy...

Jego własna chałupa wraz z babą i sadem

Odwróciła się nagle nieproszonym zadem9.

Wieprz — znajomek, niewiększy na pozór od snopa,

Biegnie w skradzionych portkach Magdzinego chłopa.

Ryj mu lilią zakwita! Czar bije od przodu!

I z wołaniem: «Gdzie Magda?» — pcha się do ogrodu!

Wóz drabiasty, jaskółczej doznając uciechy,

Z okrzykiem: «Co ja robię?» — frunął ponad strzechy.

A wójt w ślad mu się jarzy to modry10, to złoty

I zębami przedrzeźnia znikłych kół turkoty.

Wywróconą na opak do rowu ulicą

Mknie Kachna i płonącą powiewa spódnicą.

Wichrzy się i pokłębia i upałem bucha,

Cała w ogniu i szumie! Pożar — nie dziewucha!

Skry miota wedle woli, — nie szuka powodu,

I z szeptem: «Moja wina!» — dymi się od spodu!

A Maciej — ten z przeciwka, co to brak mu klepki,

Konno dybie11 w niebiosy wesoły i krzepki!

Cały w różach i malwach, coraz nieznajomszy

Pyskiem w niebie wydziwia, jakby służył do mszy.

Tuż obok, jak to bywa między błękitami,

Przelatuje siedząco Pan Bóg z aniołami.

A ten wrzeszczy od rzeczy i na koniu pstroku12

To skoczy, to zje malwę, to ginie w obłoku!

Srebroń

Nastała noc, spragniona wymian

Mroku na dreszcze w półśnie rosy.

Dąb bałwochwalczo wierzy w Tymian,

We wpływ Tymianu — na niebiosy.

Światła na trawie mrą pokotem, —

Śmierć świateł wzrusza leśne knieje.

Północ przedawnia się pod płotem,

A płot — przyszłością gwiazd srebrnieje.

Gdzie jest bezdroże? A gdzie — droga?

Gdzie — dech po śmierci? Ból — po zgonie?

Więc nie ma tchu i nie ma Boga?

I nie ma nic — a księżyc płonie?

Księżyc to — wioska ogromniasta,

Gdzie ciszę ciuła brat mój — Srebroń,

Co siebie własnym snem przerasta,

Więc mu istnienia w srebrze — nie broń!

To — niepoprawny Istnieniowiec!

Poeta! — Znawca mgły i wina.

Nadskakujący snom — manowiec,

Wieczności śpiewna krzątanina.

W sieć rymów łowi srebrne myszy,

I srebrny chwast i srebrną jabłoń, —

I rzuca strzępy srebrnej ciszy

Na księżycową błoń czy prabłoń...

— «Śmierci! — powiada — Mrok nas słyszy!

Nie śmiej się w niebo i nie błaznuj!» —

I rzuca strzępy modrej ciszy

Na księżycowy znój13 czy praznój...

— «Jam ten — powiada — co mgłą dyszy

I wie, że Bóg to — łza i zamieć!» —

I rzuca strzępy złotej ciszy

Na księżycową miedź czy pramiedź...

Pełno tam — dolin, wzgórz, bajorów14,

Modrych rozwiśleń15 i udniestrzeń16,

I niby scena bez aktorów,

Rozpacza pusta w świetle przestrzeń.

I szepce Srebroń w dal znikomą:

— «Nie samym światłem mrok się żywi, —

Wszyscy jesteśmy nieszczęśliwi,

Lecz po co srebrnieć? — Nie wiadomo...

Nim śmierć w źdźbło mroku przeistoczy

Pomysł mych łez — i zarys ducha —

Niech mi gwiazdami spyla oczy

Nicości złota rozsypucha!» —

I gdy tak mówi, — nicość właśnie

Kłami połyska — zła i szczera, —

I jeszcze jedna gwiazda gaśnie, —

I jeszcze jeden Bóg umiera.

Kopciuszek

Gdy Kopciuszek łachmanów rozmarzonym zgrzebłem

W balu niedostępnego wdumał się przepychy,

Wróżka, lecąca jutra niepewnym śródniebiem,

Nagle przed nim stanęła. Był wieczór dość cichy.

A ona w cudach pilna i w radości chyża

Utkała z pajęczyny, skradzionej spod płota,

Suknię, co prześwituje do oczu pobliża

Oddalami w szkarłatach zanikłego złota...

Szczypta złudy... Źdźbło jawy... Zaufaj, nim zgaśnie!

Wdzięk nicości zdrobniałej... Garść zlękłego głogu...

Już gotów koralowy naszyjnik, co właśnie,

Lśniąc na piersi dziewczęcej, podobał się Bogu.

Bal się zaczął! Czas jechać! Snom wrzaw się zachciewa!

Więc szczura przedzierzgnęła w tęgiego woźnicę,