Spojrzystość (cykl)

Spojrzystość

Rozełkanych1 rusałek nagłe sto tysięcy

Wypłynęło na księżyc, by istnieć mniej więcej.

Wodo, wodo — gdzie jesteś? Tu jestem, gdzie płynę!

Pogłaskały powierzchnię, miłując głębinę.

Ile ciał — tyle smutków... A woda spojrzysta,

By zobaczyć je do cna — ze świateł korzysta.

Bada światłem, a sprawdza umówionym cieniem,

Falując aż do brzegu podwodnym spojrzeniem.

Ale to — nie spojrzenie! To raczej — spojrzystość,

Co nie może tam dotrzeć, gdzie łka rzeczywistość.

Ślepym srebrem zaledwo spojrzyścieje w światy.

Srebru śni się, że szumi i polewa kwiaty.

Woda roi2, że mgły się za ręce w blask wiodą,

Lecz ciał zlęklych nie widzi. Co począć z tą wodą?

Okna twoje — otwarte. Sny oczu nie strzegą,

A ty na mnie nie patrzysz. Dlaczego, dlaczego?

W lesie

Tyle w gęstwinie cisz błądzi i tyle

Słoneczniejących między pniami czasów,

Że nasilone barwami motyle

Lecą w znój przyszły — przeczuwanych lasów.

Wierzchami sosen — szum chodzi wysoki

I — przemijając — pozostawia drzewa.

Dość mi pomyśleć — wśnionemu w obłoki —

O jakimś ptaku, by stwierdzić, że śpiewa...

W drgawym3 powietrzu coraz złotowłosiej

Od snów, co niosą w blask — zmarłe pustkowie, —

A ja pamiętam, że pod lasem — w rowie

Purpurowieje drobny mak — samosiej.

I właśnie, sycąc cienistą snu zmrużkę

Wspomnianą nagle z lat dawnych doliną,

Spożywam chleba wonnego całuszkę4

Razem ze słońca na niej odrobiną...

Strumień

Mrok się z mrokiem porównał, żałoba — z żałobą.

Coś się chciało zazłocić, lecz zabrakło czasu.

Zbył się5 strumień swych brzegów, powstał całym sobą,

Wyprostował się w wieczność i szedł środkiem lasu.

Szedł do krzyża w pustkowiu, gdzie gwiazd swych niepewna

Nieskończoność się krzepi westchnieniami mięty, —

I pierś swą strumienistą przymartwił do drewna

I zawisł, z dobrowoli6 na krzyżu rozklęty.

Po co ci, Senna Falo, na krzyżu noclegi?

Za kogo, Dumna Wodo, chcesz marnieć i ginąć?

Za tych, co już przeżyli dno swoje i brzegi, —

Za tych, co właśnie odtąd nie mają gdzie płynąć.

Zwierzyniec

Flamingo7, różowiejąc, smukli8 się nad wodą

Skrzydlatego jedwabiu zaciszną urodą.

Sama dal tak w nim skupia swe znikliwe dzieje,

Że — czy leci, czy stoi — zawsze daleczeje9.

Wielbłąd w słońcu zapłowiał10 stąd o kroków siedem

Jak sprzęt Boży, okryty poniszczonym pledem11.

Świat, co szuka oparcia dla swego zamętu,

Korzysta z pogarbionej ciszy tego sprzętu.

Ślepie, z których się słońce nigdy dość nie wylśni,

Patrzą na mnie z plamiście rozwrzaskanej12 pilśni13,

W której mrok się tygrysim gęstwi uścierwieniem14, —

Ten sam mrok, co w ogrodzie był tylko — brzóz cieniem...

Pies mój, kwiat oszczekując, łbem się tuli ku mnie, —

By poistnieć w mym świecie trafnie i beztłumnie, —

I oczami po prośbie w twarz mi się człowieczy,

A ja wchodzę — w Mgłę zwierząt i w Tuman wszechrzeczy.

Ćmy

Przychodzą nieustannie z tamtej strony ciszy

Psy, wierzby, nagłe sady, ćmy białe, ćmy szare

I próżnię zapełniają, gdzie czasem brak myszy,

By zasklepić czymkolwiek w świat wyziorną szparę.

Przychodzą potłumione zielenią otchłanie

I dziewczęta, co w oczach dźwigają los nieba —

I obłoków nad ziemią srebrne górowanie

I ta wiara, że właśnie tak trzeba, tak trzeba...

I przychodzą modlitwy o większą tęsknotę,

Źli bogowie, złe wiosny i mgła zagrobowa,

Bzy bez jutra, bez wczoraj, ćmy czarne, ćmy złote

I ty, co tak się smucisz, gdy piszesz te słowa...

Zwiewność

Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce,

Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce.

Cień ręki — na murawie... A wszystko — niczyje,

Ledwo się zazieleni — już ufa, że żyje.

A jak dumnie się modrzy15 u ciszy podnóża!

Jak buńczucznie16 do boju z mgłą się napurpurza17!

A jest go tak niewiele, że mniej niż niebiesko...

Nic, prócz tła. Biały obłok z liliową przekreską18.

Dal świata w ślepiach wróbla. Spotkanie traw z ciałem.

Szmery w studni. Ja — w lesie. Mgłą byłeś? — Bywałem!

Usta twoje — w alei. Świt pod groblą19 w młynie.

Niebo — w bramie na oścież... Zgon pszczół w koniczynie.

Wstążka zmarłej dziewczyny na znajomej darni20,

Słońce, co chwiejnie skacząc, źdźbli21 się w łzach deszczarni22.

Wiara fali w istnienie za drugim nawrotem

I wołanie o wieczność w jaśminach za płotem.

Chód po ziemi człowieka, co na widnokresie23,

Malejąc, łatwo zwiewną gęstwę ciała niesie

I w tej gęstwie się modli i gmatwa co chwila

I wyziera24 z tej gęstwy w świat i na motyla.

Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą

Dotykałem... Co z nimi? Gdzie one?

Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,

Z oczu w nicość strącone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,

A słońce malowało mi na ścianie

Złote psy — złote wybrzeża,

Złote skrzypce — złote otchłanie...

Kto dość zaklinająco spogląda

W światło, nawidocznione milczeniem,

Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda

I zbójcę słonecznego ze skrzystym spojrzeniem...

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,

Śniąc, że na wielbłądzie jadę... Zbójcą jestem...

A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie

Czytał dziennik ze spokojem i szelestem...

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy

Wąs ojca — i gzyms szafy — i róg serwety białej,

Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,

Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały...

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,

Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,

Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,

Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem...

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,

Ociężale wygodniał i płowiał...

Cukier igrał skrą błękitną,

Bochen chleba — różowiał...

Zegar wytrząsał ze sprężynowych zwojów

Dłużącą się nutę w głąb sali.

W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów

Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało... Źle, że coś się stało...

Ten sam zegar w innych miastach bił nieśmielej...

I dusza się potknęła o nieoględne ciało, —

I kolejno umierać zaczęli...

Sen

Śniło mi się, że konasz samotnie,

Mnie nie było, ale jestem już!...

Biegłem do cię powrotnie, powrotnie

Poprzez gęstwę błyskawic i burz.

Leżysz — męką szpecona bezkarną

I zanikiem wychudzonych lic.

Dłonie twoje do próżni się garną...

Patrzysz na mnie i nie mówisz nic.

Więc porwałem cię w ramion spowicie25

Razem z śmiercią, co twe piersi ssie, —

I swe własne tchnąłem w ciebie życie, —

Tchnąłem życie — i zbudziłem się!

Klęska

Dawniej mi się zdawało, żem z mroków chaosu

Wybiegł w świat — niepochwytny i wolny od losu.

Że najtrwalszy ze wszystkich przywidzeń i dziwot —

Sam o sobie śnię powieść — sam klecę mój żywot.

Że powoli, niechętnie i niepostrzeżenie

W złych snach mi się z dnia na dzień — ciuła przeznaczenie.

I że musi upłynąć bardzo dużo czasu,

Nim mrok pozna mnie w kwiatach, lub stwierdzi śród lasu...

Dziś wiem, że w zło się trzeba, jak w szelest, zasłuchać, —

Że je łatwiej wykrwawić, niźli udobruchać.

Mgła mi z ręki wróżyła... Pamiętam szept cienia...

Nim cios we mnie uderzył — wprzód zbrakło zbawienia.

A gdym wołał o pomoc — tak nagle się stało,

Jakbym najpierw miał ranę, a później — to ciało...

Bo między mną a klęską — żaden czas nie płynął, —

I nic było tych godzin, gdym jeszcze nie zginął...

Noc

Takiej nocy nie było! To noc — nietutejsza!

Przyszła z innego świata i trzeba ją przeżyć...

Już płaczą rzeczy martwe... Ale o to — mniejsza!

Nie każdą śmierć dziś można wiecznością uśmierzyć...

Nic nowego za grobem! Nic — poza tą bramą,

Gdzie się duchy zlatują ku istnienia plewom:

A cokolwiek się stanie — stanie się to samo, —

Złych zdarzeń powtarzalność ciąży nawet drzewom!

Po pajęczej z chmur nici zszedł śnitrupek biały,

Stanął w oknie i patrzy, komu spać przeszkodził?

Krzyk słyszę! To — z Tarpejskiej na księżycu skały

W przepaść boga strącono, który się narodził!

W czas zmartwychwstania

W czas zmartwychwstania Boża moc

Trafi na opór nagłych zdarzeń.

Nie wszystko stanie się w tę noc

Według niebieskich wyobrażeń.

Są takie gardła, których zew

Umilkł w mogile — bezpowrotnie.

Jest taka krew — przelana krew,

Której nie przelał nikt — dwukrotnie.

Jest takie próchno, co już dość

Zaznało zgrozy w swym konaniu!

Jest taka dumna w ziemi kość,

Co się sprzeciwi — zmartwychwstaniu!

I cóż, że surma26 w niebie gra,

By nowym bytem — świat odurzyć?

Nie każdy śmiech się zbudzić da!

Nie każda łza się da powtórzyć!

W trwodze

Idź w mrok po senną strawę, zgłodniały tułaczu!

Cień każdy i mgła każda mogą ci się przydać...

Lecz co znaczy łza w oku, gdy nie słychać płaczu?

I co znaczy ten wszechświat, gdy Boga nie widać?

O, wszyscy, wszyscy przyjdźcie w trwodze i bezładzie!

Niech was będzie tak dużo, tak nieprzeliczenie,

Bym się duchem zagubił w waszych snów gromadzie

I bym nie mógł rozróżnić, gdzie wy, a gdzie cienie?

Twarzy, zewsząd zjawionych jak najwięcej twarzy!

I dłoni — i tej widnej na przestrzał ulicy!...

Wszystko dzisiaj się skończy, nic się już nie zdarzy, —

I nie ma już od dawna żadnej tajemnicy!...

Trzeba zejść się gromadnie, byle nie odwlekać...

I pomówić o wszystkim... I przedsięwziąć kroki...

I odtąd nic już nie mieć i na nic nie czekać, —

I co prędzej — na oślep iść w smutek głęboki...

Wiedza

Byłem przed chwilą w bezkresie!

Blask się potykał z mym ciałem...

To ja tak złocę się w lesie...

Wiedziałem o czymś, wiedziałem!...

Lecz motyl mignął szkarłatnie

Pomiędzy mną a modrzewiem...

Sny moje, sny przedostatnie!...

Już znikły! Znowu nic nie wiem...

Pobiegnę w chabry nieznane,

W kąkolu27 całą dal zmieszczę!

I umrę i zmartwychwstanę, —

I będę wiedział raz jeszcze!...

Samotność

Wiatr wie, jak trzeba nacichać...

Za oknem — mrok się kołysze.

Nie widać świata, nie słychać,

Lecz ja coś widzę i słyszę...

Ktoś z płaczem ku mnie z dna losu

Bezradną wyciąga rękę!

Nie znam obcego mi głosu,

Ale znam dobrze tę mękę!

Zaklina, błaga i woła,

Więc w mrok wybiegam na drogę

I, nic nie widząc dokoła,

Zrozumieć siebie nie mogę!

W brzozie mgła sępi się wiotka.

Sen pusty!... Wracam do domu...

Nie! Nikt się z nikim nie spotka!

Nikt nie pomoże nikomu!

[Po co tyle świec nade mną...]

Po co tyle świec nade mną, tyle twarzy?

Ciału memu nic już złego się nie zdarzy.

Wszyscy stoją, a ja jeden tylko leżę, —

Żal nieszczery, a umierać trzeba szczerze.

Leżę właśnie, zapatrzony w wieńców liście,

Uroczyście — wiekuiście — osobiście.

Śmierć, co ścichła, znów zaczyna w głowie szumieć,

Lecz rozumiem, że nie trzeba nic rozumieć...

Tak mi ciężko zaznajamiać się z mogiłą,

Tak się nie chce być czymś innym, niż się było!

Na poddaszu

Skroń wynurzam z poddasza. Niech gwiazdy mnie strzegą!

Ty — z dołu — przyjrzyj no się mej górnej żałobie!

Tkwię w trumnisku, utkanym z wyżyn i z niczego, —

A na imię mam — Oddal! Nic nie wiem o tobie...

W dole — świateł drobnota. Piętrowanym cieniem

Dom migoce... Są okna, gdzie zawsze jest ciemno...

Byt mój stał się radosnym w snach znieruchomieniem

Skoku, który dać mogę w tę przepaść pode mną!

Mów, gdzie wszechświat nocuje ? W nizinnych snów mrowiu,

Czy tu wyżej, gdzie nicość z lekka się odsmuca,

Gdy po dachów rozległych blaszanym pustkowiu

Księżyc świeci, kot biegnie i komin cień skróca?...

Trupięgi

Kiedy nędzarz umiera, a śmierć swoje proso28

Sypie mu na przynętę, by w trumnę szedł boso,

Rodzina z swej ofiarnej rozpaczy korzysta,

By go obuć na wieczność, bo zbyt jest ciernista, —

I, grosz trwoniąc ostatni dla nóg niedołęgi,

Zdobywa buty z łyka,29, tak zwane trupięgi.

A, gdy go już wystroi w te zbytki żebracze,

Wówczas dopiero widzi, że nędzarz, — i płacze!

Ja — poeta, co z nędzy chciałem się wymigać,

Aby śpiewać bez troski i wieczność rozstrzygać,

Gdy mnie w noc okradziono, drwię z ziemskiej mitręgi30,

Bo wiem, że tam — w zaświatach mam swoje trupięgi!

Dar kochanki, czy wrogów chytra zapomoga31? —

Wszystko jedno! W trupięgach pobiegnę do Boga!

I będę się chełpliwie przechadzał w zaświecie,

Właśnie tam i z powrotem po obłoków grzbiecie,

I raz jeszcze — i nieraz — do trzeciego razu,

Nie szczędząc oczom Boga moich stóp pokazu!

A jeśli Bóg, cudaczną urażony pychą,

Wzgardzi mną jak nicością obutą zbyt licho,

Ja — gniewny, nim się duch mój z prochem utożsami,

Będę tupał na Niego tymi trupięgami!

Chałupa

Gdy się żal do świata wiśniami napłoni,

Będę ci chałupę budował w ustroni.

Błyskuńcem siekiery pień rozszczepię w deski,

W szalejącą twardziel wbiję gwóźdź niebieski.

Porozwieram w słońce okna przeciwsenne,

Żeby po pułapie strachy pełzły dzienne.

Przesosnowe progi do twych stóp przymuszę,

A świetlicy każę jaśnieć w twoją duszę.

Poobciosam niebyt tak, że będzie gładki