W chmur odbiciu (cykl)

W chmur odbiciu

W chmur odbiciu — śpią żółwie...

Woda z niebem — coś snuje i współwie, —

Tą współwiedzą drżą liście,

Kwiaty o niej ziołom dają znać.

W ciszę kwiatów i ziół tych

Purpurowych, zielonych i żółtych

Słońce wsącza plamiście

Bystrych świateł rozbryzganą rzadź1.

Konie maści obłocznej

Mkną wzdłuż mrzonek alei ubocznej.

Zaświat stoi — otworem,

Byle minąć zgróz kilka i debrz2.

Bóg je minął... Lecz dokąd

Płynie chmury żaglisty wielokąt?

Czar się zaśmiał za borem,

A ty — drogo — i złoć się i srebrz!

Świat raz jeszcze ustala

Swój stosunek do mgły i korala...

Żadna mgła się nie dowie,

Ile było koralowych prób?

Komuż niebyt się uda?

Powiedz słowo. — Toć mówię: «Utruda». —

Powiedz drugie! — «Błędowie». —

Powiedz trzecie! — «Trzecie słowo — grób!».

Pogrzebane w mgłach — losy!

Trzeba zmyśleć raz jeszcze niebiosy...

Chwiej się, cieniu, i zwiastuj

Śmierć — dziewczynie wśród pieszczot i głusz.

Wieczór płonął zgasiście,

Gdy umarła — niepewnie i mgliście...

Popłoch kwiatów — widm zastój —

Zgon wierzących w naszą jawę zórz.

Liść się odbił na fali

Tak, że właśnie — im bliżej, tym dalej...

Wzrok rozróżnić nie może

Bliskiej wody od dalekich snów...

W cieniu głogów i leszczyn

Chcę pomyśleć, czym słońca jest — bezczyn?

Świat się sprawdza w jeziorze...

Nie ma świata! — Nie było! — Jest — znów! —

Poranek

Kto na Święta Zielone3, dal kusząc, rwie kwiaty —

Mówią o nim: «Deszcz zrywa!» — że niby to właśnie

W ślad za kwiatem — wszemrany w pijanych wód baśnie

Deszcz nadbiegnie — wesoły, kropliście skrzydlaty!

Miedzą w zieleń idziemy. Najskrytszem źdźbłem dłoni

Wżywaj się w kwiat, oślepły od słońca i rosy!

Deszcz zrywamy! Pod wierzbą przykucnął wiatr bosy!

Ciszom, spadłym z zaświatów, do ucha świerszcz dzwoni!

W trawie — świateł, wznak ległych, czujne próżnowanie...

Deszcz zrywamy! Dość westchnąć, a śpiew się już słyszy!

Spójrz w obłoków różowe w niebie pączkowanie,

Gdy ich ruchom — barw zmiana, nie chcąc, towarzyszy...

My dwoje — iluż dalom stąd widni i światom!

Któryż z rzędu nam błękit uderza do głowy?

Zrywamy deszcz! Idź wolniej i śnij się tym kwiatom...

Deszcz zrywamy! O, dłuż się, poranku czerwcowy!

Wół wiosnowaty

Pierwszy upał wiosenny, skrząc się po murawach

Ślepi szyby w chałupach i wodę we stawach.

Muchy ruchem celowym — a bez celu krążą.

W jeden powój miłosny dwie łątki4 się wiążą.

Świerszcz wzniósł nogę — na baczność, a drugą — w sen dłuży...

Gardziel kwiatu drobnego zachłysnął bąk duży, —

Tylko wół, co tej wiosny czad5 chłonie morderczy, —

Jak rogata mogiła6, w pustkowiu pól sterczy!

Źle mu! Przemęczył żebra, przepracował płuca!

Pole w ślepiach kołuje... Mrok do łba się rzuca...

Nigdy dotąd nie tracił ziemi pod kopytem...

Stracił teraz i runął!... Runął — całym bytem!

Za duży — dla litości, dla snu — zbyt brzuchaty...

A że zemdlał na wiosnę — zwie się Wiosnowaty7.

Toć go znałem! Miał w pysku — woń mlecznej ciepłoty,

W której tchu źródłowieją ziół słodkie wypoty.

Lubił słuchać, jak woda, wargą ssana czujnie,

Na dno brzucha mu spada — dźwięcznie i niechlujnie...

Lubił wgniatać kurzliwie w piach, lśnistszy8 od złota,

Dreptające kopyta z przytwierdkami błota.

Nie wiem, jak się to działo, — ale już o świcie

Wchodził z widnokręgami w obłędne współżycie...

Gdzie się zjawił — tam zawsze tkwił w snów bezokolu9,

I bezdomniał w oborze — i daleczał w polu...

Oczami, co się martwią, choć światu nie przeczą,

Patrzył we mnie, jak w oddal — w mgłę ledwo człowieczą...

Wierzył w Boga, nie wiedząc, że to — Bóg... Na miedzy

Przystawał, by ciąg dalszy snuć owej niewiedzy.

A nie bratał się z ciałem, co marło w niedoli, —

Żył sam w sobie, — poza nim... A ono — niech boli...

I zadrwiły zeń nagle niegodziwe kości:

Nie zniósł wiosny — bez szczęścia, czaru — bez radości...

Poraziło go słońce. Przyśniły się zgony...

Skroń chylę i całuję łeb, snem pomącony,

Twardy, jak głaz, co cierpi z trudem — nie od razu...

Kocham upór męczeński — hej! — takiego głazu!...

A on leży i leży... Muchy grzbiet obsiadły.

Brzuchem w nicość się tłoczy, a wargi pobladły, —

Jęzor z nich się w świat wywarł i na bok zwichnięty

Śmierć liże, niby cukier, dany dla przynęty...

Dzień przystanął opodal... Czas luzem się tuła...

Jar pobliski brzmi osą, jak pusta szkatuła.

Cisza stoi nad polem — żywa i gorąca,

Lecz nad tą ciszą, z istnień utkaną tysiąca,

Góruje tajemnicą drętwego mozołu

Cisza — wezbrana w ciele zemdlonego wołu.

Przed świtem

Trwa jeszcze ciemne rano, —

Śpi niebo nad altaną.

Staw błysnął o dwa kroki, —

Już widać, że głęboki.

W łopuchu10, czy w pokrzywie,

Świerszcz dzwoni przeraźliwie!

Rozpoznaj-że11 w ciemnocie,

Czy wróbel tkwi na płocie?

Kształt wszelki wybrnął z cienia,

Lecz nie chce mieć imienia.

Chce snom się jeszcze przydać:

Nie widać nic, a — widać.

Z lat dziecięcych

Przypominam — wszystkiego przypomnieć nie zdołam:

Trawa... Za trawą — wszechświat... A ja — kogoś wołam.

Podoba mi się własne w powietrzu wołanie, —

I pachnie macierzanka — i słońce śpi — w sianie.

A jeszcze? Co mi jeszcze z lat dawnych się marzy?

Ogród, gdzie dużo liści znajomych i twarzy, —

Same liście i twarze!... Liściasto i ludno!

Śmiech mój — w końcu alei. Śmiech stłumić tak trudno!

Biegnę, głowę gmatwając w szumach, w podobłoczach!

Oddech nieba mam — w piersi! — Drzew wierzchołki — w oczach!

Kroki moje już dudnią po grobli12 — nad rzeką.

Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!

A teraz — bieg z powrotem do domu — przez trawę, —

I po schodach, co lubią biegnących stóp wrzawę...

I pokój, przepełniony wiosną i upałem,

I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem, —

Dotyk szyby — ustami... Podróż — w nic, w oszklenie, —

I to czujne, bezbrzeżne z całych sił — istnienie!

Wieczór

Drobne okno otwórz niespodzianie,

Niech zobaczę twe łóżko przy ścianie!

Taka cisza, że nie poznać świata, —

Jeden tylko na dębie liść lata.

Koral zorzy13 po podpłociu biega

I sam siebie na sękach postrzega.

Motyl w zmierzchu biało nam się ziścił,

Gdy się skrzydłem do malwy przyliścił.

Ciche grabie z najcichszą łopatą

Tkwią we dwoje i do snu pod chatą,

Kto w nie spojrzy — zrachuje dwie cisze.

Dal się w oczach umyślnie kołysze.

Wieczór różnie niszczeje po krzakach,

Cień do rowu włazi na czworakach.

Za miedzami, za ustroniem14 młyna

Bóg się kończy — trawa się zaczyna.

Kurz, świetlejąc, dogasa nad drogą,

I jest wszystko, choć nie ma nikogo!

Tylko brzoza, kwitnąc w światów mnóstwo,

Całe swoje w snach odmilkłe brzóstwo

Z nagłym szeptem wcudnia do strumienia,

Gdzie raz jeszcze w brzozę się zamienia.

Niedziela

Za miastem na odludziu — rozpacz i Niedziela!

Puste niebo zaledwo ziemi się udziela.

Dwoje nędzarzy bladych z miłości i strachu

Szuka w rowie przytułku dla pieszczot bez dachu.

On jej piersi, zużytym śmiałkujące czarem,

Ogarnia skrzętnej dłoni przymilnym sucharem.

A ona w zmierzchach rowu źrenicami dnieje,

Oddając, zamiast cnoty, — mus i beznadzieję.

Niedołężni od żądzy, śmieszni od pośpiechu

Uzręczniali się gnuśnie do żwawego grzechu.

Do jej włosów wargami wpełzał jak do krzaka,

Raz tylko czułe słówko szepnął na bosaka.

I ona, nim wylgnęła z rąk uboczem ciała,

Raz się tylko do niego mgłą przycałowała.

Trudno im, w twardym łożu głodne żarząc brzuchy,

Ciułać steranych pieszczot poniszczone puchy!

Nawet w snach upojenia tkwią zadry i sęki:

Trzeba się docałować do nacichłej męki.

Trzeba dreszczom dać dostęp do zbolałych kości, —

Więc kochali się wrogo — na przekór miłości.

Poistnieli dla siebie z łaski tego cienia,

Co ich w rowie od reszty wygrodził istnienia.

Milczkiem rozkosz spożyli — z dala od wesela,

Tyle tylko, że była naokół Niedziela!

Magda

Czub chałupy aż dymi zachodu purpurą!

Świat się wsnuł w nieskończoność nie wiadomo którą,

Bo już kilka spłonęło w niwecz raz po razie...

Ostatniej, co w obłoków utkwiła oazie,

Złociście nieobecnieć dano w mżach oddali.

Ziemia ku niej pasmami w ogrodach się pali.

Kot przebiega w kurz drogę, dłużąc się przyziemnie,

Łeb odwraca i tyłem w drzew cofa się ciemnie,

Płosząc kurę, co, w ciepłym zadrzemana puchu,

Zrywa się, dziobie ziemię i znów tkwi bez ruchu.

Cisza duma nad bliską dnia w mroku utratą.

Cień z wierzby na opłotek sfrunął muchowato,

Siadł na sęku i w trawę, spragnioną ochłody,

Ścieka, jak mętna kropla parującej wody.

Ćma mignęła... Wiatr powiał... Piach zbłyskał się plewą...

Komar w beczce zadzwonił... Zaskrzypiało drzewo...

Zorza z mgłą się spłynęła, a z wiecznością — lato.

Warto teraz na Magdę popatrzeć dziobatą,

Jak na czele swych czworga małomównych chłopiąt

Siedzi w progu chałupy i milczy samopiąt...

Przedwieczerz

To nie wieczór, choć oczy zawczasu się żalą,

Że — co było pobliżem — wnet będzie oddalą.

I nie szepty, lecz cisze mijają się wzajem, —

W ich mijanki cień patrzy z parowu za gajem.

Ogród nawrzał zielenią już inną, już nie tą, —

Zamrugany na przemian słońcem i sztachetą.

O, teraz stwierdź co prędzej nietutejszość kwiatów,

Gdy trawniki coś mają z obczyzny zaświatów!

To — nie sen, lecz kurzawa gmatwa się z pogodą, —

Już w stawie nie rozpoznasz tej wody pod wodą...

I nie smuga na rzęsach, lecz w cieniu zdrobniały

Liść na dębie zwieczorniał, choć dnieje dąb cały!

I nie śmierć, ale studnia, gdzie mrok dno pomylił,

Chce, byś, idąc, skroń ku niej bezwolnie nachylił...

I nie szkarłat, lecz sama możliwość szkarłatu,

Niepokojąc obłoki, narzuca się światu.

W odmętach wieczoru

Słońce, zagrzęzłe w odmętach wieczoru,

Spoza chat czubów i przyłbicy młyna

Jeszcze się resztą świateł przypomina

Upatrzonemu wśród sadów jezioru...

Jezioro barwnym powleka się mrokiem,

Co, rozwidniając, nie widzieć pozwala...

Z wędrownym błyskiem spotyka się fala

Pod umówionym w głębinie obłokiem.

Obłok swój bezruch kojarzy z fal ruchem...

Fala swe rysy i szczerby, i sznury

Przesuwa z wolna za wiatru podmuchem

Przez jego piętra z ognia i purpury...

Purpura łamie błękitów przegrody

I w nieprzejrzyste rozżarza się złoto,

Poprzerywane plam czarnych ślepotą,

Jakby tam nagła nieobecność wody

Ujęła barwom podłoża dla czaru...

Drzewa wraz z brzegiem i garścią gołębi

Odbite chwiejnie, spragnione bezmiaru

Do zaniedbanej powracają głębi,

Z której powstały, — i nadal w niej kwitną.

Zieleń ich możesz nazywać błękitną —

I purpurową, i złotą... W wód cieniu

Jest nią i nie jest, posłuszna imieniu,

Które jej nadasz, muśnięty fal wzrokiem.

Woda pod światło drzew liście kołysze,

Wsłuchane w szmer swój nad wodą i w ciszę

Pod umówionym w głębinie obłokiem.

Po jego piętrach, od podstaw do szczytów

Wspak odwróconych w kształt sprzecznej ruiny.

Duch, wzwyż stąpając, wciąż schodzi w głębiny,

Z państwa purpury w świat zgasłych błękitów.

I, schodząc, barwy odmienia bez końca:

To — purpurowy, to — czarny, to — złoty,

Posłuszny zejściu swojemu w ciemnoty

Wód, zapatrzonych w przeróżną śmierć słońca.

Śmierć, co zagrzęzła w odmętach wieczoru,

Spoza chat czubów i przyłbicy młyna

Jeszcze się resztą świateł przypomina

Tobie — i twemu wśród sadów jezioru...

Powrót

Wieczorny szkarłat na niebiosach

Szukał wciąż sposobu zbłękitnienia, —

I zbłękitniał. — Niebo mży w twych włosach, —

Niebo z włosów spływa w mrok istnienia.

Niech no zalśni odrobina czasu

W bacznym oknie i w zawiłym jarze,

A na zawsze pójdziemy do lasu.

I poszliśmy. — O czymże ja marzę?

Jaką z nieba mgłę do oczu tulę ?

Był świt w liściach, a w obłokach — skrytki.

Kwitły chore na błękit — śniwule15

I nakrwione słońcem — złotolitki16.

Drzewa przez sen bezkresami bredzą,

Cała w szumach — przyszłość i ustronie!

Czar twój — dreszczu sprawdziłem niewiedzą, —

Ust domysłem obadałem dłonie.

I byliśmy w pilnym trwaniu — sami, —

Cień twój szukał na ziołach popasu.

A świat, szumiąc, mijał nad drzewami,

Aż przeminął... I wrócił do lasu...

Powrót świata dział się jednocześnie

W twoim domu — na oszklonych schodach, —

W oczach dziewcząt, których los tkwi we śnie,

I w sąsiednich studniach i ogrodach.

W śniegu

Już nie ma dawnej łąki! Nieznanej krainie

Upodobnił ją śnieg ten, co ciszkiem się stoży17.

Czasem lśniwo18 nalodku19, oślepłe od zorzy,

Na ukos mignie oczom, a naprzeciw — zginie...

Różowe od poblasku i oprawne w śniegi

Gałęzie gniazd gruzłami przeświecają w słońce,

I kruków nieruchome tkwią na nich szeregi,

W jedną stronę swych dziobów nasrożywszy końce.

Można teraz się zbłąkać wśród białego czaru,