W zwiewnych nurtach kostrzewy (cykl)

Topielec

W zwiewnych nurtach kostrzewy1, na leśnej polanie,

Gdzie się las upodobnia łące niespodzianie2,

Leżą zwłoki wędrowca, zbędne sobie zwłoki.

Przewędrował świat cały z obłoków w obłoki,

Aż nagle w niecierpliwej zapragnął żałobie

Zwiedzić duchem na przełaj3 zieleń samą w sobie.

Wówczas demon zieleni wszechleśnym4 powiewem

Ogarnął go, gdy w drodze przystanął pod drzewem,

I wabił nieustannych rozkwitów pośpiechem,

I nęcił ust zdyszanych tajemnym bezśmiechem,

I czarował zniszczotą5 wonnych niedowcieleń,

I kusił coraz głębiej — w tę zieleń, w tę zieleń!

A on biegł wybrzeżami coraz innych światów,

Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów,

Aż zabrnął w takich jagód rozdzwonione dzbany,

W taką zamrocz6 paproci, w takich cisz kurhany7,

W taki bezświat zarośli, w taki bezbrzask8 głuchy,

W takich szumów ostatnie kędyś9 zawieruchy,

Że leży oto martwy w stu wiosen bezdeni10,

Cienisty, jak bór w borze — topielec zieleni.

Gwiazdy

Tej nocy niebo w dreszczach od gwiazd mrugawicy11

Kołysało swój bezmiar w sąsiednie bezmiary,

To w próżnię swe radosne unosząc pożary,

To zbliżając je znowu ku mojej źrenicy.

Patrzę, niby przez nagły w mej ślepocie wyłom,

A światy roziskrzone — zaledwo12 na mgnienie

Odsłaniają mym oczom, jak nieba mogiłom,

Dalekie, zatajone w srebrze ukwiecenie.

Odsłaniają swe jary13, wzgórza i parowy14,

Już z jednego szum borów płonących dolata15,

Z drugiego — cisza grobów, a z trzeciego świata —

Krzyk o pomoc i zawiew południa lipcowy.

Zasłuchany, wpatrzony stoję tak do świtu,

Aż niebo wron zbudzonych przesłoni gromada,

Gwiazdy giną w jaśnistych16 roztopach błękitu,

I gąszcz rosy na rzęsach zbłyskanych osiada.

Skroń znużoną pochylam do stogu na łące,

Garścią rozćwierkanego rojem świerszczów17 siana

Rzeźwię18 oczy, smugami gwiazd jeszcze gorące,

I do snu odniałego19 padam na kolana.

I śni mi się, i trwogą uderza do głowy

Krzyk o pomoc i zawiew południa lipcowy.

Odjazd

Gdym odjeżdżał 20na zawsze znajomym gościńcem21,

Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy,

Podkute szafirowym dookoła sińcem.

Był klomb i rój motyli, i błękit przezroczy22,

I rdzawienie się w słońcu dojrzałej rezedy23.

A gdy byłem już w drodze, sam nie wiedząc kiedy

I czemu — przypomniałem24 te oczy, przyziemnie

Śledzące mą zadumę i wpatrzone we mnie

Tym wszystkim, czym się można wpatrzeć w świat i dalej.

Co widziały te oczy, nim w tysiącu alej

Zginąłem, jedną chatę rzucając za sobą?

I czemu z szafirową zawczasu żałobą

Patrzyły w ten mój odjazd poprzez zieleń rdzawą

Rezedy, co pachniała, przytłumiona trawą?

I dlaczego te oczy były coraz łzawsze?

Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawsze

I zostawiać samopas25 kędyś26 — na uboczu?

Czy nie wolno odjeżdżać znajomym gościńcem

I oddalać się zbytnio od tych złotych oczu,

Podkutych dookoła szafirowym sińcem?

Wieczór

Słońce, zachodząc, wlecze wzdłuż po łące

Wielki cień chmury, ciągnąc go na wzgórza,

Zetknięte z niebem, co życie, gasnące

Pod barw przymusem — w głąb marzeń przedłuża,

Aby dowidzieć poprzez dale puste

Jedyną wokół purpurową chustę

Dziewczyny, która swych dłoni oplotem

Kolana zgodnie wgarnęła pod brodę

I coraz bardziej pod niebios namiotem

Samotniejąca w tę dal i pogodę,

Od dawna ruchu i snu nie odmienia,

Chłonąc czar drętwy samego patrzenia

We wszystko naraz, w nic zasię27 z osobna,

Wpobok28, zaledwo29 do siebie podobna,

Wyolbrzymiona wobec próżni świata,

Krowa się w świetle różowi łaciata,

Co jednym rogiem pół słońca odkrawa,

A drugim wadzi o daleką gruszę...

Sennych owadów nieprzytomna wrzawa

Umacnia pustkę i podsyca głuszę30,

Wspartą na stogach, powiązanych w drągi.

Kolejne idą nad polem przeciągi

Tchu ziół dalekich, zaprawnego31 potem

Zoranej ziemi, co — tknięta wron lotem —

Paruje ciężko i chłodnieje z wolna.

Na widnokresie32 jakaś mgła dowolna,

Cień, niemający przyczyn wśród przestworu33,

Rośnie, by zwiększyć potęgę wieczoru,

I wśród rosnących z nim razem bezmiarów

Dziwnie brzmią zgiełki świerszczących komarów.

W polu

Dwoje nas w ciszy polnego zakątka.

Strumień na oślep ku słońcu się pali,

W liściu, co trafił na krzywy prąd fali,

Wirując, płynie szafirowa łątka34.

Nadbrzeżna trawa, zwisając, potrąca

O swe odbicie zsiwiałą kończyną,

Do której ślimak, pęczniejąc z gorąca,

Przysklepił muszlę swym ciałem i śliną.

W przerzutnym35 pląsie znikliwsza36 od strzały

Płotka37 się czasem zasrebrzy na mgnienie.

Pod wodą — spojrzyj! — prześwieca piach biały

I mchem ruchliwym brodate kamienie.

Czemu ci głowa na dłonie opadła?

To — pachnie trawa i ten piach pod wodą —

To — wód, polśnione smugami, zwierciadła

Parują ciszą, blaskiem i ochłodą.

Tych kilku dębów ponad brzegiem liście,

Podziurawione i przeżarte chciwie

Przez gąsienice, trwają tak przejrzyście

Nad własnym cieniem, co utkwił w pokrzywie.

Z tej tu pokrzywy czar dębowych cieni

Zgarnę ku piersiom, co na słońce dyszą,

Ustami dotknę bezmiernej zieleni,

Stęsknionej do mnie swym sokiem i ciszą.

Do kwiatów przywrę rozpalone czoło,

Wsłucham się w bąki grające i brzmiki38,

I będę patrzał39, jak lepkie gwoździki

Wśród jaskrów40 lśniącą ociekają smołą.

I będę patrzał, jak maki i szczawie

Mdleją, ciał naszych odurzone wonią,

I będę wodził twoją białą dłonią

Po wielkiej trawie, nieznanej nam trawie.

Tęcza

Słychać go było, jak po młodym życie

Biegł coraz śpieszniej — ciepły deszcz majowy,

Zbryzgany słońcem, co przez obłok płowy41

Wzdłuż mu kropliste rozwidniało nicie42.

Pyląc, uderzył w piach drogi spróchniały,

Poszperał w krzaku, co lśniąc, się kołysze,

Strącił liść z wierzby, przyciemnił głaz biały

I ustał, w nagłą zasłuchany ciszę.

Teraz mu patrzeć, jak wierzchem obłoku

Tęcza, bezmiary objąwszy, rozkwita,

Poprzerywana i niecałkowita,

Jakby się śniła zmrużonemu oku.

Aż luźne znikąd jednocząc migoty43,

Nagłą zawisa ponad światem bramą,

By ci przypomnieć, że zawsze tak samo

Trwasz w każdym miejscu u wnijścia44 tęsknoty.

By ci przypomnieć, żeś z duszą, snem zżartą,

Wpatrzony w bezmiar, wsłuchany w swe dreszcze,

Wszedł do tych światów przez bramę rozwartą,

Co się za tobą nie zamknęła jeszcze.

Koń

Koniu krzywy, koniu siwy,

Ozdobiony łachem grzywy,

Kocham zawiew zmydlonych twym potem rzemieni

I oddech, juchą45 parnej dymiący zieleni.

Łeb kościaty, ale krewki,

Z wargą miękką, jak pierś dziewki,

Przewieś mi poprzez ramię w rzewną bezrobotę46,

Bym twarzą prężnej szyi wyczuwał ciągotę47.

Koniu smutny aż do śmierci

Z białą pręgą lejc48 na szerci49,

Zaprzyjaźnij się ze mną, jak to czynisz z wołem,

Wejdź do mojej chałupy, siądź razem za stołem.

Dam ci wody z mego dzbana,

Dam ci cukru, dam ci siana,

Dam bryłę szczerej soli, gleń50 świeżego chleba

I przez okno otwarte przychylę ci nieba.

Nie sęp51 oczu brwi sitowiem,

Powiem tobie, wszystko powiem!

A gdy noc już nastanie, pozamykam dźwierze52

I wspólnie odmówimy wieczorne pacierze.

Stodoła

Tyś całował dziewczynę, lecz kto biel jej ciała

Poróżowił na wargach, by cię całowała?

Tyś topolom na drogę cień rzucać pozwolił,

Ale kto je tak bardzo w niebo roztopolił?

Tyś pociosał stodołę w cztery dni bez mała53,

Ale kto ją stodolił, by — czym jest — wiedziała?

Stodoliła ją pewno ta Majka stodolna,

Do połowy — przydrożna, od połowy — polna.

Ze stu światów na przedświat54 wyszła sama jedna

I patrzyła w to zboże, co szumi ode dna.

Wśród georginij

Wśród georginij55 — brzęczenie os.

Twojeż to kroki? Twójże głos?

To — koniec lata, jeden z tych dni,

Gdy słońce blednie, a ogród lśni.

To chory półsen znużonych drzew.

Odwróć swe oczy, ucisz swój śpiew!

To — spija rosę ostatni znój —

To — w cieniu twoim cień spoczął mój.

Pierwszy deszcz

Pierwsza z brzękiem zbudziła się mucha,

Pierwsze liście powypełzły z drzew,

I deszcz pierwszy wdudnia mi do ucha

Rozegrzmiały w błyskawicach śpiew.

Tego śpiewu zgruch i rozgruch długi

Któż by pojął, któż pochwyciłby?

Rozbrykane, rozwierzgane strugi

Miażdżą o ziem pluskające łby.

Już przy ziemi wrzask ich zaumiera56,

A po niebie jeszcze dalej gna!

Chmura oścież w wszechświat się rozdziera,

Nie ma za nią kresu ani dna!

Słońce, w szyby łzawiejąc odżdżone57,

Po podłodze złoty wzburza łan,

I odbicia okien rozmnożone

Wprawia w kurze zruchomiałych ścian.

Ktoś rozepchnął furtę w mym ogrodzie,

Aż z odwrzaskiem runęła na błoń!

Nie wiem, kto to — lecz w porannym chłodzie

Błogosławię niewiadomą dłoń.

[Oto słońce przenika światłem bór daleki...]

Oto słońce przenika światłem bór daleki,

Sosnom z nieba podając tajny znak wieczoru.

Oto sosny spłonęły, jakby w głębiach boru

Nagle coś szkarłatnego stało się na wieki!

Zwabiony owym znakiem, biegnę tam niezwłocznie,

Aby zawczasu jeszcze, nim wpłynę w noc ciemną,

Zastać na nikłym trwaniu i sprawdzić naocznie

To właśnie, co już drzewa widziały przede mną.

Wiosna

Młode jeszcze gałęzie tężą się pokrótce

W zielonej, pniom dla znaku przydanej obwódce.

Kwiaty, kształt swój półsennie zgadując zawczasu,

Nikłym pąkiem wkraczają w nieznaną głąb lasu.

W dali — postrach na wróble przesadnie rękaty

Z zeszłorocznym rozpędem chyli się we światy,

Jakby chciał paść w ramiona pobliskiej cierpiałki58,

Co naprzeciw cień w skrócie rzuca w piasek miałki.

W obłoku — obłok drugi napuszyście59 płonie.

Wróbel łeb zaprzepaszcza w swych skrzydeł osłonie,

Jak gdyby nasłuchiwał, co mu dzwoni w sercu?

Świat, zda się, dziś nam nastał, a na pola szczercu60,

Gdzie zieleń swym wyrojem omgliła rozłogi61,

Bocian, pod prostym kątem załamując nogi

I dziób dzierżąc wzdłuż piersi dogodnie, jak cybuch62,

Kroczy donikąd, w słońca zapatrzony wybuch,

Co skrzy się, że go okiem zgarnąć niepodobna63,

We wszystkich rosach naraz i w każdej z osobna.

Przyśpiew

Wkosmacona w kwiat płytki,

Łeb ująwszy w dwie chwytki,

Pszczoła, nim ją porwie lot,

W słońcu myje się, jak kot —

I do naga z odwianych64 skrzydeł się rozbiera.

Lada powiew — lada

Płoszy wróbli stada,

I psi rumian65 kreśli cień

Ten sam niemal, co dzień w dzień,

I żuk brzuchem w niebiosy złudnie zaumiera66.

Staw obłokiem żegluje,

Młyn mu kołem ojcuje,

Spoza lasu szumi las,

Spoza czasu szemrze czas,

Droga roztopolona67 śni się nie do końca...

Utrudą68 żałobny

Koń, dozgonnie ksobny69,

Zaniepatrzył się na wóz,

Przymknął oczy w cieniu brzóz

I krótkim kaszlem dudni, jak kobza70, do słońca.

Niech się dłuży cień ławy,

Niech wypoczną w nim trawy!

Z łbem na łapie chudy pies

Śpi po łapy owej kres,

Jakby na niej się świata kończyło bezdroże.

Ziele w jarze71, ziele!

Skąd twoje wesele72?

Niech się wzmaga wiew73 i żar,

Niech się wzmaga bór i jar,

I to wszystko, co jeszcze, prócz nich, stać się może!

Fala

Niepostrzeżenie w morza urasta głębinie

Fala, która w niebiosach szuka dla się74 tronu.

Niepochwytna75 dla oka w narodzin godzinie,

Olbrzymieje76 tym śpieszniej, im bliższa jest zgonu.

Cicha bywa, gdy wzbiera nad sióstr zmarłych tłumem,

Aż załamie się w miejscu, gdzie się skędzierzawi77,

Wówczas, węsząc śmierć spodem, burzy się i wrzawi78,

I uderza o brzegi swym pośmiertnym szumem.

I z tym szumem, malejąc, pada na kolana,

I na ląd swe pozgonne79 wysypuje śniegi.

Czy zaszumisz po śmierci, duszo przewezbrana80?

Czy uderzysz raz jeszcze o znajome brzegi?

Wiatrak

Piętrząc się nad ugorów81 chętną mu równiną,

Wiatrak, na wszystkie wokół odsłonięty światy,

Poskrzypuje drewnianą w tańcu krynoliną82,

A na trawę, jak diabeł, miota cień rogaty.

Wędrowcze, w jednym miejscu zatkwiony83 kosturem84,

Co znaczą twoje wstrząsy i nagłe podrygi?

Komu kłaniasz się wokół dębowym kapturem?

Z kim tak trafnie rozmawiasz na migi i śmigi85?

W co wierzysz? Kogo widzisz nad sobą w lazurze86?

Gdybyś się uczłowieczył — jakie miałbyś lica87?

Co za stwór się zataił w twej sękatej skórze?

Czym jesteś, oglądany przez duchy z księżyca?

[W ślad za górnym orszakiem obłoków przesuwnych...]

W ślad za górnym orszakiem obłoków przesuwnych,