Solo Berkeley (solipsystycznie)

Czekałam na niego

w dolinie kamieniołomu nad morzem. Za mną

białe promieniujące skały, niżej

kamienisty, krzewiasty brzeg — na cały horyzont

słońce i świecąca woda. Nie

nadchodził.

Spacerowałam jak po estradzie: równo, biało, blask

z góry i spod stóp. Sprawdziłam zegarek: chodził. To

cykanie

wydało mi się odcięte od własnej oczywistości. Nie lokowało się

na tym pełnym widoków bezludziu. Jakby

coraz ciaśniejszym. Jakby

zwykły bieg życia

był poza zasięgiem — oplątywała mnie

paniczna, drętwa samotność. Nie widziane

nie widzi. Nie słyszane

głuchnie. Spojrzałam na zbocze — oślepiło mnie.

Nie widzę go — nie istnieje. Zamknęłam oczy:

za moimi plecami jakiś punkt

rozrastał się w gigantyczną otchłań. Odwieczna

wszystkość

wchłaniająca sens, obecność, znaczenie.

Te skały, brzeg, morze — to jej wglądówka dla mnie.

Negatyw.

To, co mi chce pokazać. Serce

roznosiło mnie na kawałki. Otworzyłam oczy. Schodził

zboczem!

Ostrożnie, skupiony, zeskakiwał z ostatnich bloków

na estradkę. Zobaczył mnie, kiwnął ręką. Ja też

kiwnęłam. Jakie świetne stworzenie! Jakie

podobne do mnie: głowa, ręce, nogi. Okulary

przeciwsłoneczne. Ja też mam takie.

Dotknęłam ich. Wszystko

przycichło, jakby tyłem wpełzało

na swoje miejsce. Złapałam oddech

i poszliśmy razem, przed siebie. Ale właściwie

to poszliśmy

przodem —

1984