Szum fali

Gdy siądę nocą letnią nad brzegiem wody,

a topiel cicho szumiąca pieści mi stopy i płacze,

a wodne lilie u brzegu, jak rozprószone gołębie,

tulą się w echa świateł na wodzie grające...

Kiedy miesiąc kołysany i cichy

lite pasy światła na fali tka —

wówczas wstaje mi w myśli, niby prześniony sen,

życie dawno minione, fala powrotna wieczyście —

zwierciadlana duszy mej baśń.

W grającej, prześwietlonej, rozkołysanej głębinie

byłam białą wodnicą o księżycowych warkoczach:

chodziłam po złotym dnie,

w tęczach fal,

zbierając perły z roztulonych muszli.

Raz wir mię rzucił wodny na powierzchnię,

gdzie zobaczyłam chmurną, niedościgłą piękność gwiazd

(kryształy bożych myśli w nieskończoności zwieszone)

i powróciłam w głąb, gwiaździstych tęsknot pełna.

Lecz zabrakło mi mocy wielkiego pragnienia,

by się wyskrzydlić choćby mgłą z głębiny

i w nieskończoność ulecieć do gwiazd.

Nie miałam siły rzucić wodnych tęcz,

i pałaców, i cudów topieli...

nie miałam siły rzucić wodnic-sióstr,

z którymi zawodziłyśmy po głębi pląs;

ni wodników władających skarbami morza,

którzy gonili kręgi nasze lubieżnym spojrzeniem

i gradem świetnych pereł...

Nie miałam sił, więc tylko owionęłam się moją tęsknotą

i poczęłam ją pieścić — kołysać szumem fal —

i ukochałam niemoc moją i rozpieśniłam ją,

że stałam się harfiarką narodów topielnych.

I — błądząc w koralowych lasach zadumana,

lub stając w konch perłowych śpiewających grotach —

o mej tęsknocie długie grałam pieśni

na księżycowych strunach mych warkoczy.

A pieśń niemocy złudną kołysały fale,

aż mi urosła w — klątwę. —