Słowo o Jakubie Szeli

Przedmowa

Właściwy każdej historiozofii kult bohaterów (wszystko jedno, czy bohaterem tym będzie jednostka czy też zbiorowość), naświetlony klasową koncepcją dziejów, ujawnia gruntowne zmiany w inwentarzu swych posągów: walą się w gruzy piedestały wzniesione przez historiozofię narodową, wyrastają na ich miejscu inne.

W historii Polski, pojętej jako historia chłopstwa polskiego, przesuwają się perspektywy z wersalska strzyżonych1 alei historii oficjalnej, odsłaniając na swych skrzyżowaniach nowy postument bohaterski, który na tle poprzednim wydawał się zwykłym, urągającym symetrii pejzażu, kamieniem przydrożnym.

Jest nim pierwszy świadomy bojownik interesów chłopstwa — Jakub Szela.

Niewątpliwie walka chłopstwa polskiego o wyzwolenie spod jarzma pańszczyzny nie rozpoczęła się od Szeli i nie on ją pierwszy rozpętał. Podczas jednak gdy prekursorzy jego w tej walce — w rodzaju Chmielnickiego2 lub Kostki-Napierskiego3 — rekrutujący się zawsze z zawiedzionych w swych nadziejach awanturników szlacheckich — posługiwali się zgarbionymi barami idei chłopskiej jako stopniem jedynie do swych osobistych ambicji tronowych, Szela jest pierwszym i jedynym w dziejach chłopstwa naszego świadomym reprezentantem idei klasowej, wyrosłym z łona samego ludu.

Historia oficjalna, grupując w sposób odpowiadający jej koncepcji narodowej pewne fakty dotyczące Szeli i konsekwentnie przemilczając inne, ulepiła z tego materiału odrażającą postać chłopa-prowokatora, konfidenta rządu zaborczego, zdrajcy interesów narodowych, zawsze niewspółmiernych i częstokroć sprzecznych z interesem klas upośledzonych.

Nie myśląc wcale przeciwstawiać się tej konsekwentnej w ramach swych zamierzeń koncepcji negatywnej, usiłowałem stworzyć sobie inny obraz Szeli — drogą bądź grupowania tych samych faktów historycznych po linii interesu klasowego chłopstwa bądź też drogą czerpania nowych faktów ze źródeł dotychczas przemilczanych.

Źródłami tymi są przede wszystkim wszelkiego rodzaju pamiętniki i zapiski ludzi epoce Szeli współczesnych.

Jeden z potomków wymordowanej w roku 1848 rodziny szlacheckiej, którego trudno tym samym posądzić o stronniczość w tendencyjnym idealizowaniu postaci chłopskiego prowodyra, Ludwik Dębicki4 we wspomnieniach swych z owych czasów w ten sposób charakteryzuje Szelę na podstawie zebranych przez się opowiadań świadków naocznych:

„(...) Nie był to ich zdaniem pospolity zbrodniarz, nie działał jak inni w stanie opiłym, z wściekłością dzikiego zwierza. Trzeźwy i spokojny, miał na ustach słowa Pisma Św.; gdy mordował i pastwił się nad swoimi ofiarami, wtedy jeszcze występował jako moralista i mściciel. Zdawał się być mistykiem i sekciarzem w siermiędze (...). Po dokonanych mordach miał ten herszt rzezi przemowę do dwóch wdów po Stanisławie i Nikodemie Boguszach, z domu Stojowskich, którym wymordował także synów. Przemawiał jako wybawca od tyranów, jako wykonawca rozkazów nie tylko cesarza, lecz Pana Boga (...). Imię Szeli było hasłem w całej okolicy Brzostku, Pilzna i Jasła...”5.

Zarysowująca się z tych słów postać dyktatora chłopskiego odbiega w znacznej mierze od jego portretu naszkicowanego przez historię oficjalną na użytek podręczników szkolnych i pobudza do rewizji pewnych faktów historycznych.

Historia oficjalna stwierdza, że w okresie wyprzedzającym rzeź galicyjską o lat z górą piętnaście Szela był już popularnym w okolicy orędownikiem i doradcą chłopstwa, reprezentantem i delegatem swej wsi w pertraktacjach z dworem. W roku 1832, aby dowiedzieć się, co chłopi winni płacić dworowi, a co nie, idzie pieszo do Lwowa, do samego namiestnika, co po powrocie odpokutowuje dwumiesięcznym aresztem. W rok jeszcze niespełna przed rzezią organizuje deputację chłopstwa okolicznego do cesarza, do Wiednia, celem ostatecznego wyświetlenia u źródła sprawy ciężarów pańszczyźnianych, na co obkłada wieś samorzutnym podatkiem po dwa cwancygiery6 od chaty.

Historia oficjalna przyznaje dalej, że hasło do rzezi rzucił Szela na skutek wyraźnej obietnicy, danej mu imieniem cesarza przez starostę tarnowskiego, Breinla7. Z chwilą rozprawienia się z panami chłopi otrzymać mieli na własność uprawianą przez nich ziemię i zostać zwolnieni raz na zawsze od przymusu pańszczyzny. Po trzydniowej jednak rzezi, na skutek interwencji u dworu opanowanej popłochem szlachty, cesarz, zapominając o swej poprzedniej obietnicy, wydaje dekret nakazujący chłopom powrót na pańszczyznę. O dalszych losach tego dekretu historia oficjalna milczy, ograniczając się do stwierdzenia faktu aresztowania Szeli i odstawienia go do Tarnowa oraz późniejszego zesłania go na Bukowinę. Zarówno sam fakt aresztowania, jak i późniejsze zesłanie przedstawione tu zostały jako rodzaj umówionej komedii, zainscenizowanej przez starostę Breinla celem uspokojenia wzburzonej szlachty oraz łatwiejszego wynagrodzenia Szeli przez władze austriackie. W nagrodę za wyrządzoną przysługę cesarz obdarowuje go w dożywocie kawałkiem gruntu na dalekiej Bukowinie.

W oświetleniu niektórych źródeł ówczesnych cały ten drugi akt dramatu galicyjskiego przedstawia się nieco inaczej. I tu punktem kulminacyjnym jest fakt nadejścia niespodziewanego dekretu cesarskiego, nakazującego chłopom powrót na pańszczyznę. Towarzyszy mu jednak drugi fakt — przez historię oficjalną przemilczany — fakt odmówienia przez Szelę wykonania tego rozkazu. Przy odmowie Szeli stanęło murem całe chłopstwo okoliczne, na roboty nie wracając. Równało się to jawnemu buntowi przeciw woli cesarza, przez którego chłopstwo z Szelą na czele uważało się nie bez słuszności za oszukane. Ogromny autorytet Szeli, zwrócony raz przeciw władzy rządowej, stawał się dla niej na przyszłość elementem niebezpiecznym, precedensem do dalszych buntów i nieposłuszeństw. Dlatego na rozkaz tegoż samego starosty Breinla Szela został aresztowany i odstawiony do Tarnowa, w następstwie zaś zesłany na dożywotnie osiedlenie na Bukowinę, gdzie „na osłodę” wydzielono oszukanemu dyktatorowi chłopskiemu kawałek gruntu do uprawy.

Z takiego ugrupowania faktów o łatwo stwierdzalnej autentyczności historycznej wynika, że w obliczu interesu klasowego Szela nie był bynajmniej sprzedawczykiem, działającym w imię korzyści osobistych, lecz świadomym i bezinteresownym obrońcą sprawy chłopskiej, głuchej na abstrakcyjną dla niej argumentację dobra ogólnonarodowego.

Gdyby nawet Szela historyczny nie istniał, to w interesie o cały świat świadomości klasowej wzbogaconej kultury polskiej należałoby go wymyślić.

Gdyby Szela istniejący nie był bohaterem, to i wówczas w imię męczeńskiej epopei krzywdy chłopskiej, należałoby go dźwignąć na wyżyny heroizmu.

Tym bardziej skoro istniał i skoro posiada wszystkie cechy bohaterstwa, obowiązkiem naszym jest go ożywić.

Niechaj i tym razem uczyni to poezja od wieków do tego powołana.

W białe noce, od rżysk8 i gumien9,

porośniętych i mchem, i mgłą,

pozbierałem tę pieśń, jak umiem,

i przynoszę skrwawioną i złą.

Rozhuśtała już jesień tysiącem batut,

krzywe wierzby nad stawem w takt żabich gam.

Na ostatni fałszywy czerwienny atut

dzisiaj w durnia ze śmiercią gram.

Może jutro już przejdzie traktor

po tych polach jak łaty płacht,

przyjdzie zmierzch — czarnobrody faktor10

weźmie ziemię w swój czarny pacht11.

I na dziesięć mil wkrąg12 czy na sto,

kędy łan się pod sierpem kładł,

wstanie wielkie kamienne miasto,

nieprzejrzany, sześcienny sad.

I gdy znowu się noc rozgwiezdni

w białej mszy księżycowych plam,

będą zwisać nad ścieżką jezdni

ciężkie jabłka łukowych lamp.

W białe noce, zza kęp ostrężnic13,

gdzie chowała się słońca rzyć14,

wychodziła ta pieśń na księżyc

godzinami po psiemu wyć.

Przykucała na polu, za kępą chwastów,

kołysała się, chwiała jak zwiędła nać.

Kiedy rankiem ją spłoszył pastuch,

krople krwi było w bruzdach znać.

Raz ta pieśń — zaszła mnie w życie, za łąką,

powaliła, przygniotła, kazała: służ!

i wyrwała mi język jak płony kąkol,

a miast niego wetknęła mi nóż.

Przyszła zimą skostniała, skomlała: milczę!

przypytała się: ogrzej! jęczała: krew!

A w zanadrzu urosła w żarłoczne wilczę,

nakarmiła się sercem, sięgnęła trzew.

Kiedyś wiosna otworzy naścieżaj

pestki serc rozłupane przez pół,

zasiądziemy przy jednej wieczerzy,

będzie ziemia jak jeden stół.

Wstrzyma dzień ten swój pęd, co prze go,

gdy mu krzykną: nie zachodź! stań!

Zniesie każdy, co ma najlepszego,

będzie świat cały — kartą dań.

Na ten dzień krasnolicy i gwarny,

zwiastowany przez grad i szkwał,

zasiądziemy, czerwony i czarny,

zmywać barwy z sztandarów i z ciał.

Na ten dzień — pokłon jutru od dzisiaj —

trzepocącą się we krwi jak karp,

na glinianej przynoszę wam misie

tę złą pieśń — mój największy skarb!

1

Tańcowała izba, stół,

cztery konie, piąty wół.

Tańcowały krowy z obór,

jak w tancerkach był niedobór.

Tańcowała izba, sień

Jak ci bida, to się żeń!

Z końmi — wiadra, z ludźmi — konwie,

jeden Bóg ich z których stron wie.

Tańcowały skrzypce, bas,

biała droga w czarny las.

Wyrzucała nogi-wierzby

na gościńcu, bo i gdzieżby?

Tańcowała izba, wieś

Jak ci bida — mam cię gdzieś!

Umorusał szybki.

Zawodziły, labidziły

w ciasnej izbie skrzypki:

«A cóż ci to, Maryś, co ci,

że ci w oczkach się markoci,

że ci jakoś oczki puchną,

co przemówisz z którą druhną?

A czy cię kto, Maryś, urzekł,

czy żałujesz swoich nóżek,

że nie tańczysz tak, jak drudzy?

Przecie twój dziś ślub, nie cudzy».

Padał deszcz. Płakał deszcz.

Szumiał wiatr pod lasem.

Dziwował się krępy bas,

pomrukiwał basem:

«A czyś ty, Maryna,

miała oczy w bielmach,

że ci się spodobał

ten smarzowski stelmach15?

A gdzieś ty, Maryna,

miała oczy, powiedz,

że ci się uwidział

na młodego16 wdowiec?

A czy ci, Maryna,

a czy ci to warto?

Pochował już żony trzy,

pochowa i czwartą.

Wdowiec — mruk, będzie tłukł,

o tym każdy parch wié17

Złakomiłaś ty się, Maryś,

na ten zagon marchwi.

Maryna, Maryna,

czy ci to nie lubo,

że ci gram w taki kram,

że ci grram tak grrrubo».

Padał deszcz. Płakał deszcz.

Kroplą kroplę starł wnet.

Podrygiwał, podmigiwał

usmarkany klarnet:

«Weź se, Maryś, czepek nasadź,

jak nie chciałaś gęsi pasać,

jak nie chciałaś statków myć,

idźże zamąż, idźże, idź!

Taki baran, jaka owca

chciałaś wdowca, idź za wdowca.

Taki ogier, jaka klacz

wprzódyś chciała, teraz płacz!

Przywiózł Szela wódki z miasta,

roków miałaś pół-piętnasta18.

Radził wujek, radził ksiądz:

»Nie idź za mąż, jeszcześ brzdąc«.

Czemuś mu nie rzekła, Maryś:

»Idźże, Szela, dla mnie staryś.

Roków masz trzydzieści pięć,

innym pannom głowy kręć«.»

Padał deszcz. Płakał deszcz.

W bruzdach lśnił jak lakier.

Tańcowała cała wieś

czapki strzech na bakier.

«Grajże, Josek, grajże, Berek!

Naści wódki półkwaterek!

Naści wódki całą kwartę

na wesele, na to czwarte!

Idźże, Maryś, tańczyć, idźże!

Już mi dziś cię nikt nie wydrze,

już nie ujdziesz, jakbyś w dno wrósł,

już nas związał księży powróz.

Stoją wierzby kole19 szczelin,

przyszły patrzeć na ślub Szelin20.

Idź je, Maryś, do dom prosić,

jadła-picia będzie dosić21».

«A musiałażeś22 ty, Maryś,

jakiś zadać czar mi,

że się niczym już, jak tobą,

głód mój nie nakarmi.

A musiałaś ty mi zadać

jakiś zdradny napój,

że mię pali, choć go stamtąd

nożem powydrapuj.

A musiałażeś ty, Maryś,

we mnie wróść jak gałąź,

żem tak osłabł, jakbyś ze mnie

krew wyssała całąś.

Ani wyrwę cię już stamtąd,

choćbym trzewia rozciął.

Udławiłem ja się tobą

jak zdradliwą ością.

Ani dom mi dom bez ciebie,

ani wieś mi — nie wieś,

jeno mi się w oczy popatrz

i przez ramię przewieś.

Omotała mię całego

jakaś dziwna chorość,

że już czasem jak ta ziemia

chciałbym zbożem porość.

Żebym czasem w byle sadzie

chciał być ulem pszczelim,

żeby we mnie pszczoły grały,

nie ten ból mój, Szelin.

Snadź23 dojrzało we mnie cosik,

aż z tej ciąży ścierpłem,

że jak snop się dzisiaj walę

pod twym słodkim sierpem.

Snadź ustało się to we mnie

jak najtęższy rosół.

Weźże, Maryś, go pokosztuj,

jedną łzą go osól.

Oj, ustało coś się we mnie,

kutym, starym łotrze,

coś od soku z malin gęstsze

i od miodu słodsze.

Zamuliła mnie jak kożuch

jakaś dziwna dobroć,

by się do niej twoim ustom

łatwiej było dobrać.

Weźże mi się nad nią nachyl,

ile zechcesz — upij,

a tę resztę choć rozpryskaj

dla swawoli głupiej.

Jeno wprzód mi tej słodyczy

miarką ust twych namierz

Żółty kłos mi z serca wyrósł,

ty go, głupia, złamiesz».

Tańcowała izba, sień

cztery noce, piąty dzień.

Strumień wódki rowem pociekł,

zatańcował w gnieździe bociek.

Tańcowali, poszli spać.

Wyszedł księżyc, nie mógł wstać.

Jak żydowska lśnił się maca,

wszystkie cienie poprzewracał.

Tłukł się niebem wszerz i wzdłuż,

nie mógł trafić ani rusz.

Po kościelnym dachu biegał,

wpadł na wieżę, rozbił zegar.

Aż go w krzakach zgryźli psi.

Było wrzasku w całej wsi.

«A i głupiżeś ty, Szela, głupi!

A i herny24 z ciebie, Szela, mąż.

Pół jarmarkuś swojej Maryś skupił25,

teraz z bidą koniec z końcem wiąż.

A i dziwnyżeś ty, Szela, dziwny!

A i gdzieś ty taki, Szela, rósł?

Za spojrzenie tych jej oczu piwnych

całe miasto byś jej do dom zwiózł.

Choć jak jabłoń, choć jak jabłoń obrodź,

że cię garścią, że cię garścią rwią,

nie przemogła jeszcze nigdy dobroć

babiej chuci nie wybitej z krwią.

A i kiedyż ty się, Szela, dowiesz,

jak nie widzisz, choć na oczyś zdrów,

po co chodzi twoja Maryś w owies

z smagłym Wickiem, co go masz do krów?

A i spytałbyś się tego siana

i tych snopków, co je zważył szron,

ile razy z nich schodziła zgrzana

twoja Maryś cała w źdźbłach i on.»

U karasia kare skrzela,

u szczupaka siwe.

Nie udało ci się, Szela,

to kochanie ckliwe.

Na stodole wrota z kłodką.

Miękkie siano pachnie słodko.

Na stodole snopek mężyn

mięcej drga od pańskich sprężyn.

«Weź mię, Wicuś, sobą przykryj.

Lepszy dzień od nocy przykrej.

Taka mdli mię straszna lubość,

jeno pójdź mię sobą ubość».

«Daj mi, Maryś, daj mi z bliska

twoich piersi kretowiska.

Jak dwie skiby twoja kibić,

dajże mi się pługiem wskibić».

jak za drzewo dzięcioł,

że tę jasność ode słońca

taki czarny cień ciął?

Oj, nie obłok to, nie chmura

nagłym deszczem szumna,

to ci stoi Jakub Szela

na środku gumna26.

Jak uderzył Szela raz,

przykląkł Wicuś, zgiął się w pas.

Jak uderzył Szela drugi

poszły nosem krwi dwie strugi.

Jak uderzył w skroń, nad brwią,

przysiadł Wicuś, charknął krwią.

Jak uderzył czwarty z prosta,

upadł Wicuś, tak już został.

Otarł Szela krwawy farsz:

«Ty mi, tłuku, do dom marsz!».

Zamknął w izbie na trzy spusty,

wyszedł w pola mdły i pusty.

Kończył dzwonić dzwon i pierzchł.

Wyszedł w pole siwy zmierzch.

W kierpcach27 krasych28 szedł jak Hucuł29,

mrok po polach garścią rzucał.

Wstał na niebie wąski sierp.

Jakeś głupi — teraz cierp!

Jak chowali przy niedzieli

Szelinego Wicka,

żałowała ci go cała

ludność katolicka.

Cała ludność wychodziła

choć przed próg, na ganek,

jeno Szelin nikt30 nie wyjrzał

z izby, zza firanek.

A i po co ci to było

miód kraść z cudzych uli?

Już cię teraz jedna ziemia

do swych ust przytuli.

A i po co ci to było

służyć cudzym żonom?

Nie pomierzwiłby cię był tak