Wpatruj się co wieczora...

Wpatruj się co wieczora we słońce zachodnie:

Nic nie powiększa oczu i duszy — i nie ma

Chwili — jako ta chwila potężna — i niema,

Kiedy dzień w piersi morza gasi swą pochodnię.

Podobny gdzieś w nadbrzeżnych skał ukrytym lochu

Gorzkiej muszli, co wiecznie szlochem fali dyszy,

Poeto, labiryncie ciemny, ukój w ciszy

Serce twe krwawe, pełne słonych łez i szlochu.

Obróć w dal widnokręgu znojną skroń i usta

Otwarte, a źrenica twa sucha niech bieży

Od zachodniego słońca tragicznej rubieży

Na wschód, kędy fioletu mgieł zawisła chusta!

I mierząc dal, waż w sercu te wysokie losy,

Których jaskrawe blaski ślepiły w zenicie,

I które wzwyż się dumnie wspinały w niebiosy,

A pochyliły w ciemny grób — jak wszelkie życie.

Ludzkość w próżnej goryczy starzeje bez wiary;

Myśl o bóstwach, co wieczne być śniły nadzieją:

Ich kadzielnice rdzawe mgłą dziś jeno wieją,

A ołtarze haftuje srebrem pająk szary.

Myśl o narodach podłych. Były wielkie, Twoja

Rasa lazurem chwały swe lilie poiła,

Lecz króle podłe dały, gdy z nich spadła zbroja,

Że w zbrukanych sztandarach brat brata zabijał.

Czerw z dojrzałych owoców toczy marmur łona;

Myśl o kochankach, których sny były tak dumne:

Kiedy na drzewie ryli wspólne swe imiona,

Znacząc pod korą wieko na swą własną trumnę.

Jękliwym dźwiękiem rogu pasterz z bliskiej wioski

Zwołuje z łąk skoszonych trzodę zabłąkaną.

Ty, wobec wielkiej słońca zachodniego troski,

Myśl o tych słońcach, które więcej nie powstaną.

I podczas gdy surowa noc w niebieskiej dali

Wbija w całun przeszłego dnia swój szereg złoty

Gwiazd, stokroć okrutniejszych od ćwieków Golgoty,

Ty — z dala skał zgładzonych wieczną pracą fali,

Z dala swarliwych wiatrów i grzmiącego morza,

Unieś — idący smutnie w swoich dróg zawiłość,

Kędy1 cel kij pielgrzymi znaczy wśród rozdroża,

Ciszę serca, które ci nawiedziła — miłość.

Przypisy:

1. kędy (daw.) — którędy a. dokąd. [przypis edytorski]