Kochanek Lady Chatterley
Od autora
Wydawcy angielscy nalegają na mnie, abym opublikował oczyszczone wydanie niniejszej książki, obiecują mi pokaźne zyski i podkreślają, iż wykazałbym w ten sposób publiczności, że jest to doskonała powieść niezależnie od całego „erotyzmu” i od „nieprzyzwoitych słów”. Poczynam więc ulegać pokusie i zabieram się do oczyszczania. Ale to niemożliwe! Z równym powodzeniem mógłbym próbować przykroić swój nos nożyczkami. Książka krwawi1.
Na przekór więc wszystkim nieprzyjaciołom puszczam tę powieść w świat jako uczciwą, zdrową książkę, jakiej nam dzisiaj potrzeba. Owe wyrazy, które początkowo tak bardzo człowieka przerażają i detonują, po pewnym czasie nie robią na nim zupełnie wrażenia. Czy dzieje się to dlatego, że umysł deprawuje się wskutek przyzwyczajenia? Bynajmniej. Wyrazy te obrażały tylko oko, rozumu jednak w najmniejszej nawet mierze nie raziły. Ludzie bez rozumu może będą się nadal czuli zdeprymowani, ale nie o nich przecież chodzi. Rozumni ludzie uświadomią sobie, że nie są i nigdy nie byli urażeni tymi wyrazami — i doznają uczucia ulgi.
A to jest najważniejsze.
Jako istoty ludzkie wyrośliśmy dzisiaj rozwojem daleko poza owe tabu tkwiące w naszej kulturze. Uświadomić sobie ten fakt to rzecz niezmiernie ważna. Rycerze krzyżowi uważali zapewne już samo słowo za coś potężnego i przykuwającego w takim stopniu, w jakim my wcale sobie tego wyobrazić nie potrafimy. Zaklinająca potęga tak zwanych nieprzyzwoitych wyrazów musiała być dla upośledzonych duchowo, ponurych, gwałtownych natur średniowiecza niezmiernie niebezpieczna, a możliwe, że ciągle jeszcze jest zbyt silna dla gnuśnych duchowo, niedorozwiniętych, niskich natur dzisiejszych. Ale prawdziwa kultura sprawia, że na dźwięk wyrazu przeżywamy te tylko reakcje ducha i siły wyobraźni, które należą do obrębu ducha; kultura ta chroni nas przed gwałtownymi, ślepymi, fizycznymi reakcjami, które mogłyby zburzyć naszą obyczajność społeczną.
W minionych czasach człowiek był duchowo zbyt słaby lub zbyt nieokrzesany, aby móc obserwować swoje ciało i swoje funkcje cielesne bez zupełnego uwikłania się w reakcjach fizycznych, które osiągały nad nim władzę. Teraz już tak nie jest. Kultura i cywilizacja nauczyły nas odróżniać słowo od czynu, myśl od postępku albo reakcji fizycznej. Wiemy teraz, że za myślą niekoniecznie nastąpić musi postępek. W istocie myśl i postępek, słowo i czyn są dwiema odrębnymi formami świadomości, dwoma odrębnymi żywotami, jakie wiedziemy. Jest dla nas rzeczą niezmiernie potrzebną utrzymać związek pomiędzy tymi dwoma żywotami. Ale myśląc, nie działamy, a działając, nie myślimy. Największą właśnie koniecznością jest działać odpowiednio do swoich myśli i myśleć odpowiednio do swoich czynów. Jednakowoż w chwili myślenia nie możemy naprawdę działać, kiedy zaś dokonujemy jakiegoś czynu, nie możemy naprawdę myśleć. Dwa te stany, myślenia i działania, wyłączają się wzajem. Powinny jednakże pozostawać w harmonijnym stosunku.
I na tym właśnie polega istotny sens tej książki. Pragnę, aby mężczyźni i kobiety potrafili gruntownie, wyczerpująco, uczciwie i czysto myśleć o sprawach seksualnych. Jeśli nawet nie zawsze możemy działać płciowo ku swemu zupełnemu zadowoleniu, nauczmy się przynajmniej idealnie i jasno myśleć płciowo. Cała ta gadanina o młodych dziewczętach i dziewiczości niczym śnieżnobiała, niezapisana karta jest zwykłym nonsensem. Młoda dziewczyna czy też młody mężczyzna jest kłębowiskiem udręki, kipiącym wirem uczuć seksualnych i seksualnych myśli, wśród których lata dopiero zaprowadzą jakiś ład. Dopiero lata uczciwych rozmyślań i czynów, zmierzających z wysiłkiem we właściwym kierunku, mogą nas w sprawach seksualnych doprowadzić tam, dokąd dotrzeć pragniemy, do prawdziwej, zdobytej cnoty, do absolutnego człowieczeństwa — mogą nas doprowadzić do tego, aby nasze czyny i nasze myśli w dziedzinie życia płciowego harmonizowały ze sobą i nie przeciwstawiały się sobie nawzajem.
Daleki jestem od tego, aby doradzać wszystkim kobietom, by goniły za leśniczymi i zdobywały sobie w nich kochanków. Daleki jestem od tego, aby im doradzać, by za kimkolwiek w ogóle goniły. Bardzo wielu mężczyzn i kobiet widzi dzisiaj największe swoje szczęście w tym, aby żyć w powściągliwości płciowej, aby z zupełną czystością stać na uboczu, posiadając jednak przy tym pełne zrozumienie dla spraw płciowych i absolutnie je sobie uświadamiając. Epoka nasza jest raczej epoką uświadamiania sobie niżeli epoką czynu. Tyle było działania w okresach minionych, zwłaszcza działania płciowego, tyle było powtarzania i powtarzania aż do przesytu, bez odpowiedniego myślenia, bez odpowiedniego uświadomienia sobie! Dzisiaj zadaniem naszym jest uświadomić sobie sprawy płciowe. Absolutne, świadome uprzytomnienie sobie spraw płciowych jest dzisiaj rzeczą ważniejszą nawet niż sama działalność płciowa. Po stuleciach zamroczenia duch pragnie nareszcie wiedzieć, i to wiedzieć bez ogródek. Zaprawdę, ciało jest przy tym niemal zupełnie wyłączone. Jeśli ludzie spełniają dzisiaj czyny seksualne, często spełniają je tylko na niby, dokonywają ich tylko konwencjonalnie. Postępują tak dlatego, iż sądzą, że się tego po nich oczekuje. W istocie duch tylko doznaje zainteresowania, ciało zaś musi być jedynie podniecane. Przyczyna polega na tym, iż przodkowie nasi, nie zastanawiając się zupełnie nad swoim życiem płciowym ani nie uświadamiając go sobie nawet, uprawiali je tak pilnie, że czynność ta zaczyna być dzisiaj mechaniczna, nudna, zaczyna sprawiać rozczarowanie, i tylko ponowne duchowe uprzytomnienie jej sobie może wpłynąć dodatnio na rezultat.
Duch musi wiele nadgonić w dziedzinie życia płciowego, jak i w dziedzinie wszelkich czynów fizycznych. Jeśli idzie o nasze myślenie płciowe, znajdujemy się duchowo w mroku, wydani na łup czyhającej, skradającej się trwogi, która jest dziedzictwem po naszych nieokrzesanych i nieco bestialskich przodkach. Pod tym jednym względem, płciowym i cielesnym, duch nasz pozostał niedorozwinięty.
Musimy teraz nadganiać i przywrócić równowagę pomiędzy świadomością wrażeń i doświadczeń ciała a samymi tymi wrażeniami i doświadczeniami. Równowagę pomiędzy świadomością aktu a samym aktem. Musimy doprowadzić do harmonii pomiędzy nimi. A to wymaga należytego szacunku dla spraw płciowych i należytej czci dla dziwnych doświadczeń ciała. Wymaga to dalej zdolności używania tak zwanych nieprzyzwoitych wyrazów, ponieważ są one naturalną częścią składową świadomości ducha o ciele. Nieprzyzwoitość zachodzi tylko wówczas, kiedy duch gardzi ciałem a ciało nienawidzi ducha i stawia mu opór.
Kiedy czytamy o tego rodzaju wypadkach, jak sprawa pułkownika Barkera2, uświadamiamy sobie dopiero, o co idzie. Pułkownik Barker był kobietą, która żyła w przebraniu mężczyzny. „Pułkownik” ożenił się i przeżył z żoną pięć lat w „szczęściu małżeńskim”. A biedna kobieta myślała przez cały ten czas, że jest normalnie i szczęśliwie poślubiona prawdziwemu mężowi. Rewelacja końcowa jest bezgranicznie okrutna dla nieszczęśliwej kobiety. Sytuacja jest potworna. A jednak istnieją dzisiaj tysiące kobiet, które mogłyby zostać w ten sposób oszukane i żyć nadal w tej nieświadomości. Dlaczego? Ponieważ nie wiedzą o niczym, ponieważ nie potrafią w ogóle myśleć płciowo, ponieważ są pod tym względem nieuświadomione i głupie. Lepiej by było dawać tę książkę wszystkim dziewczętom, gdy dochodzą do lat siedemnastu.
Duch żywi prastary, tchórzliwy lęk przed ciałem i jego mocami. Ducha właśnie musimy w tych sprawach wyzwolić i ucywilizować. Lęk ducha wobec ciała prawdopodobnie więcej ludzi wpędził w obłęd, niżeli można naliczyć.
Chorobliwość wielkiego umysłu, jak na przykład Swifta3, daje się przynajmniej po części sprowadzić do tej samej przyczyny. W wierszu do jego ukochanej Celii, posiadającym ów obłąkany refren: „Lecz — Celia, Celia, Celia sra”4, widzimy, co się może przytrafić wielkiemu duchowi, kiedy ulega bezmyślnemu przerażeniu. Tak inteligentny umysł jak Swift nie potrafił pojąć, jak się ośmiesza. Naturalnie, że Celia sra! Któż tego nie robi? I o ileż gorzej byłoby, gdyby tego nie robiła! Jest to coś beznadziejnego. I proszę sobie potem wyobrazić biedną Celię, którą doprowadzono do tego, że musi się wstydzić swoich naturalnych funkcji jako czegoś haniebnego — a doprowadził ją do tego jej „kochanek”! Jest to coś potwornego. A pochodzi to stąd, że posiadamy wyrazy, które są tabu, oraz że nie rozwinęliśmy w swym duchu dostatecznej świadomości spraw cielesnych i płciowych.
W przeciwieństwie do człowieka seksualnie niedorozwiniętego, który jest owocem purytańskiego przemilczania, widzimy nowoczesnego, przesiąkniętego jazzem, wyniosłego duchowo młodzieńca, który sądzi, że musi zawsze iść jeszcze o krok dalej, który nie pozwoli się skrępować żadnymi względami ani respektem i po prostu „robi co chce”. Z lęku przed ciałem i w zaprzeczeniu jego istnienia popada postępowa młodzież współczesna w przeciwną skrajność i traktuje ciało jako pewnego rodzaju zabawkę, z której się czerpie przyjemność, jako nieco niegrzeczną zabawkę, z której jednak można mieć trochę rozrywki, zanim sobie człowiek poparzy przy tym palce. Ci młodzi ludzie drwiąco marszczą nos nad doniosłością spraw płciowych, traktują je jak cocktail i szydzą z ludzi starszych. Chłopcy ci uważają się za postępowych i przypisują sobie wyższość. Gardzą oni taką książką jak Kochanek Lady Chatterley. Jest dla nich o wiele za prosta i zwyczajna. Z nieprzyzwoitych słów nic sobie nie robią, a jej ujęcie miłości wydaje im się staroświeckie. Po co robić tyle hałasu z powodu miłości? Bierz ją jak cocktail! Książka ta, powiadają, zdradza mentalność czternastolatka. Ale może mentalność chłopca czternastoletniego, odczuwającego jeszcze nieco należytego lęku i naturalnej trwogi wobec spraw płciowych, jest zdrowsza od mentalności takiego młodego zwolennika cocktailu, który nie zna szacunku przed niczym, którego duch nie potrafi nic więcej, jak igrać zabawkami życia (przy czym płeć jest jedną z głównych zabawek) i który przy tym procesie traci rozum. Zaprawdę, Heliogabal5!
I tak oto, pomiędzy istniejącym jeszcze starym purytaninem, który w podeszłym wieku łatwo popada w nieobyczajność płciową, a wytwornym zwolennikiem jazzu z młodego pokolenia, który powiada: „Nam wolno wszystko. Jeżeli o czymś myślimy, możemy to także robić” — i wreszcie niżej stojącym, niekulturalnym człowiekiem o brudnej wyobraźni, który szuka brudu — pomiędzy nimi książka ta nieledwie znajdzie dość powietrza do oddychania. Ale wszystkim im powiadam to samo:
Zachowajcie sobie swoje perwersje, jeżeli wam są miłe — swoją perwersję purytanizmu, swoją perwersję wytwornego nieokiełznania, swoją perwersję plugawej fantazji. A ja pozostanę przy swojej książce i przy swoim poglądzie: Życie jest możliwe wtedy tylko, gdy duch i ciało są w harmonii, gdy panuje pomiędzy nimi naturalna równowaga, gdy posiadają one dla siebie wzajem naturalny szacunek.
D. H. Lawrence
Rozdział pierwszy
Epoka nasza jest w istocie swojej tragiczna, dlatego wzbraniamy się traktować ją tragicznie. Kataklizm nastąpił, stoimy pośród ruin, poczynamy budować nowe, małe osiedla, żywić nowe, małe nadzieje. Bardzo to ciężka praca: w przyszłość nie prowadzi gładka droga; ale my kroczymy okrężnymi manowcami, przedzieramy się przez przeszkody. Musimy żyć, ilekolwiek by się nieb zapadło nad nami.
W takim mniej więcej położeniu znajdowała się również Constance Chatterley. Wojna zawaliła jej dach nad głową. Wówczas zrozumiała, że trzeba żyć i uczyć się.
Poślubiła Clifforda Chatterleya w roku 1917, kiedy przyjechał na miesiąc urlopu do domu. Miesiąc trwał jej okres miodowy. Potem mąż jej powrócił do Flandrii6: w pół roku później przywieziono go z powrotem do Anglii, mniej lub bardziej w kawałkach. Constance, jego żona, liczyła wtedy dwadzieścia trzy lata, on sam dwadzieścia dziewięć.
Zdumiewająca była siła, z jaką trzymał się życia. Nie umarł, a kawałki poczęły się zrastać. Przez dwa lata pozostawał w rękach lekarzy. Potem uznano go za uleczonego i pozwolono mu powrócić do życia. Dolna część ciała, począwszy od bioder, pozostała na zawsze sparaliżowana.
Było to w roku 1920. Clifford i Constance zamieszkali w starym domu Chatterleyów, Wragby Hall, „gnieździe rodzinnym”. Wobec śmierci ojca był teraz Clifford baronetem, Sir Cliffordem, zaś Constance była Lady Chatterley. Rozpoczęli gospodarkę i pożycie małżeńskie w dość opuszczonej siedzibie rodzinnej Chatterleyów z nader skromnymi dochodami. Siostra Clifforda wyprowadziła się. Innych bliskich krewnych nie miał. Starszy brat padł na wojnie. Okaleczały na zawsze, wiedząc, że nigdy nie będzie miał dzieci, powrócił Clifford do zadymionej Anglii Środkowej7, aby — póki zdoła — zachować nazwisko Chatterleyów przy życiu.
Nie był zupełnie zmiażdżony. Mógł jeździć sam w fotelu na kółkach i posiadał specjalny fotel z wmontowanym motorkiem, tak że mógł jeździć powoli przez ogród i piękny, melancholijny park, z którego był w istocie bardzo dumny, chociaż udawał, że wcale mu na nim nie zależy.
Wycierpiawszy tyle, Clifford zatracił do pewnego stopnia zdolność cierpienia. Był dziwnie wesół i swobodny, można by niemal powiedzieć: zadowolony, cerę miał rumianą, zdrową, a bladoniebieskie oczy połyskiwały wyzywająco. Ramiona jego były szerokie i silne, ręce bardzo mocne. Ubrany był starannie i nosił eleganckie krawaty z Bond Street. Ale w twarzy jego dostrzegało się czujne, lecz nieco puste spojrzenie kaleki.
Tak bliski już był utraty życia, że to, co mu z niego pozostało, wydawało mu się szczególnie cenne. Pożądliwy błysk jego oczu zdradzał, jak dumny był, że po tak wielkim wstrząśnieniu znajdował się jeszcze przy życiu. Ale zraniony był tak dotkliwie, że coś w nim uległo zniszczeniu, że niektóre jego uczucia zniknęły. Było w nim jakieś miejsce bez wrażliwości.
Żona jego, Constance, była rumianą, młodą kobietą o wiejskim wyglądzie, miękkich, brunatnych włosach, silnym ciele i powolnych ruchach, pełnych niezwykłej energii. Miała wielkie, zdumione oczy i miękki, łagodny głos; zdawało się, że dopiero co przybyła ze wsi rodzinnej. Bynajmniej tak nie było. Ojcem jej był znany niegdyś członek Królewskiej Akademii Sztuk, stary Sir Malcolm Reid. Matka jej za pięknych czasów prerafaelizmu była jedną z ówczesnych wykształconych fabianek8. W otoczeniu artystów i inteligentnych socjalistów doznawały Constance i jej siostra Hilda wychowania, które można by nazwać estetycznie niekonwencjonalnym. Zabierano je do Paryża, Florencji i Rzymu, aby oddychały sztuką, zabierano je i w innym kierunku, do Hagi i Berlina, na wielkie kongresy socjalistyczne, gdzie słyszało się mówców przemawiających wszystkimi językami kulturalnymi i gdzie nikt nie narzucał sobie powściągliwości.
Toteż dziewczęta od najwcześniejszej młodości nie czuły lęku ani przed sztuką, ani przed idealistyczną polityką. Były to ich naturalne żywioły. Były one zarazem kosmopolitkami i prowincjonałkami, w owym kosmopolitycznym prowincjonalizmie sztuki, idącym w parze z czystymi ideałami socjalistycznymi.
W wieku piętnastu lat zostały wysłane do Drezna, między innymi także dla muzyki. I dobrze się tam urządziły. Żyły swobodnie ze studentami, staczały z mężczyznami długie utarczki słowne na tematy filozoficzne, socjologiczne i artystyczne, były tyleż warte, co i sami mężczyźni: więcej jeszcze, ponieważ były kobietami. I wałęsały się po lasach z barczystymi młodzieńcami, którzy nosili gitary, ping-ping! Śpiewały pieśni ptaków wędrownych i były wolne. Wolne! To było wielkie słowo. Tutaj, w otwartym świecie, w lasach o poranku, z rześkimi, śpiewającymi, barczystymi kolegami, były wolne, mogły robić, co im się chciało i — przede wszystkim — mówić, co im się chciało. W pierwszym rzędzie szło właśnie o rozmowy: o namiętną wymianę słów. Miłość była tylko drugorzędnym akompaniamentem.
Hilda i Constance, obie zanim doszły do lat osiemnastu, miały już poza sobą próbne przygody miłosne. Młodzieńcy, z którymi tak namiętnie rozprawiały, tak wesoło śpiewały i z taką swobodą obozowały pod drzewami, pragnęli oczywiście miłostki. Dziewczęta były w rozterce, ale ostatecznie tyle się o tej sprawie mówiło, uważało się ją za tak ważną! A mężczyźni byli tak pokorni i spragnieni! Dlaczegóż dziewczyna nie miała być po królewsku wspaniałomyślna, dlaczego nie miała podarować siebie?
Podarowały więc siebie, każda młodzieńcowi, z którym wiodła najzawikłańsze i najpoufniejsze rozmowy. Te właśnie rozmowy, te dyskusje były rzeczą najważniejszą: miłość i stosunek miłosny stanowiły tylko rodzaj prymitywnej reakcji, drobne otrzeźwienie. Było się potem mniej zakochaną w młodzieńcu, trochę skłonną do nienawidzenia go, jak gdyby wtargnął on niepowołany w zakazaną dziedzinę życia prywatnego i wolności wewnętrznej. Dla dziewczyny bowiem cała godność i znaczenie, jakie posiadała w życiu, polegały na osiągnięciu bezwarunkowej, doskonałej, czystej i szlachetnej wolności. Jaki był sens życia dziewczyny? Uwolnić się od starych, niskich więzów i niewoli.
I mimo całej sentymentalnej gadaniny na ten temat, wszystkie te bzdury seksualne należały do najstarszych i najniższych więzów i niewoli. Poeci, którzy je wielbili, byli to przeważnie mężczyźni. Kobiety wiedziały zawsze, że istnieje coś lepszego jeszcze, coś wyższego. A teraz wiedziały o tym z daleko większą pewnością niż dawniej. Piękna, czysta wolność kobiety była nieskończenie cudowniejsza niż jakakolwiek zmysłowa miłość. Jedyne nieszczęście, że mężczyźni pozostawali w tych sprawach tak dalece w tyle za kobietami. Zawzięci byli na te sprawy seksualne jak psy.
I kobieta musiała ulec. Pod względem apetytu mężczyzna tak bardzo przypominał dziecko. Kobieta musiała mu dać, czego chciał, inaczej stałby się zapewne niegrzeczny jak dziecko, uciekłby i zniszczył to, co było bardzo miłym stosunkiem. Ale kobieta mogła się oddać mężczyźnie, nie tracąc swojej wewnętrznej, wolnej jaźni. Poeci i ludzie, którzy mówili wiele o seksualiźmie, nie wzięli tego widocznie pod rozwagę. Kobieta mogła brać mężczyznę, nie oddając się sama. Mogła raczej użyć tych głupstw seksualnych, aby zdobyć nad nim władzę. Wystarczyło, aby w stosunkach płciowych powstrzymała się tylko, pozwoliła mu dojść do końca i wyładować się, nie dochodząc sama do kryzysu9; potem zaś mogła przedłużyć stosunek i osiągnąć swój własny orgazm i moment kulminacyjny, podczas gdy on był tylko narzędziem.
W chwili wybuchu wojny obie siostry poczyniły już swoje doświadczenia; wezwano je natychmiast do domu. Żadna z nich nie była nigdy zakochana w jakimś młodzieńcu bez wzajemnego zbliżenia w słowach: to znaczy bez głębokich i z przejęciem prowadzonych rozmów. Owej zdumiewającej, głębokiej, niewiarogodnej emocji, polegającej na tym, że się godzinami rozmawiało namiętnie z naprawdę mądrym chłopcem, dzień za dniem, miesiącami, zaczynając ciągle na nowo — owej emocji nie potrafiły sobie uświadomić, zanim jej nie przeżyły! Rajska obietnica: „Będziesz miała mężczyznę, aby z nim rozmawiać!” — nigdy nie była udzielona. Spełniła się, zanim się dowiedziały, jaka to była obietnica.
A gdy po podnieconej poufałości tych ożywionych i uduchowionych dyskusji pożycie płciowe stawało się mniej lub bardziej nieuniknione, przyjmowało się je obojętnie. Oznaczało ono koniec rozdziału. Posiadało też własny urok: jakiś dziwnie drgający dreszcz w głębi ciała, jakiś ostatni skurcz zwycięstwa, jak ostatnie słowo, podniecający i bardzo podobny do szeregu gwiazdek, jakie można postawić, aby zaznaczyć koniec ustępu lub przerwę w temacie.
Kiedy dziewczęta powróciły do domu latem roku 1913 (Hilda miała wtedy dwadzieścia lat, Connie osiemnaście), ojciec ich mógł dostrzec wyraźnie, że miały już doświadczenia miłosne.
L’amour avait passé par là10, jak to ktoś wyraził. Ale ojciec ich był sam człowiekiem doświadczonym i pozostawiał życiu wolną drogę. Natomiast matka, nerwowa, ciężko chora osoba, w ostatnich już miesiącach życia, pragnęła tylko, aby córki jej były „wolne” i aby „osiągnęły swoje ja”. Ona sama nigdy nie zdołała stać się zupełnie sobą: nie dane jej to było. Niebo wie dlaczego, gdyż była kobietą posiadającą własny majątek i własną wolę. Przypisywała winę mężowi. Prawdziwa jednak przyczyna polegała na tym, że nie umiała wyzbyć się starego wrażenia autorytetu, jakie wżarło się w jej ducha czy w jej duszę. Nie miało to nic wspólnego z Sir Malcolmem, który pozwalał swojej nerwowej, wrażliwej żonie rządzić w jej kurniku, sam zaś kroczył własnymi drogami.
Dziewczęta były więc „wolne” i powróciły do Drezna, do swojej muzyki, do uniwersytetu i do młodzieńców. Kochały swoich młodzieńców, a młodzieńcy kochali je nawzajem z całą namiętnością duchowego pociągu. Wszystkie te cudowne rzeczy, które młodzieńcy myśleli, wyrażali i pisali, myśleli oni, mówili i pisali dla dziewcząt. Młodzieniec Connie był muzykalny, młodzieniec Hildy posiadał zdolności techniczne. Ale żyli jedynie dla swoich dziewcząt. Znaczy to: w duchu i w podnietach duchowych. Poza tym byli nieco zastraszeni, ale nie wiedzieli o tym.
I po nich znać było wyraźnie, że przeniknęła ich miłość: to znaczy przeżycie fizyczne. Dziwna to rzecz, jak niedostrzegalne niemal, a jednak niechybne zmiany sprawia ona w ciele zarówno mężczyzny, jak i kobiety: kobieta staje się bardziej kwitnąca, delikatniej zaokrąglona, kanty młodego ciała wygładzają się, wyraz jej twarzy staje się bądź zalękniony, bądź triumfalny; mężczyzna jest o wiele spokojniejszy, bardziej zatopiony w sobie, nawet kształt jego ramion i pośladka staje się mniej pewien siebie, bardziej wahający.
We właściwym, cieleśnie odczuwanym dreszczu płciowym siostry prawie ulegały dziwnej mocy męskiej. Ale opanowywały się szybko, przyjmowały dreszcz płciowy jako sensację i pozostawały wolne. Mężczyźni natomiast wdzięczni kobietom za przeżycie seksualne, oddawali im dusze. A potem sprawiali niemal takie wrażenie, jakby zgubili szylinga11, a znaleźli monetę sześciopensową. Przyjaciel Connie bywał niekiedy nieco mrukliwy, przyjaciel Hildy nieco ironiczny. Ale tacy są przecież mężczyźni! Niewdzięczni i nigdy niezadowoleni. Jeżeli ich nie bierzesz, nienawidzą cię, że nie chcesz; jeżeli ich bierzesz, nienawidzą cię także, z jakiegoś innego powodu. Albo i bez powodu, po prostu dlatego, że są niezadowolonymi dziećmi i nie potrafią być zadowoleni, cokolwiek by otrzymali, cokolwiek by kobieta czyniła.
Ale przyszła wojna. Hilda i Connie musiały znowu powrócić do domu, gdzie były już w maju na pogrzebie matki. Przed Bożym Narodzeniem roku 1914 obaj ich młodzieńcy niemieccy nie żyli już; siostry płakały i kochały swoich młodzieńców namiętnie, ale wśród tej miłości zapomniały o nich. Nie istnieli już.
Connie i Hilda mieszkały w domu ojca, a raczej w domu matki w Kensington, i obracały się w sferze młodzieży z Cambridge, sferze, która opowiadała się za „wolnością” i odznaczała się flanelowymi spodniami, otwartymi przy szyi flanelowymi koszulami i przykładnym gatunkiem uczuciowej anarchii, szepczącym, dyskretnie pomrukującym głosem i arcysubtelnymi manierami. Ale Hilda poślubiła nagle starszego o dziesięć lat mężczyznę, członka tej samej sfery z Cambridge, mężczyznę o pokaźnym majątku i wygodnej, dziedzicznej niemal w jego rodzinie posadzie rządowej; pisywał on także rozprawy filozoficzne. Zamieszkała z nim w niewielkim domu w Westminsterze i obracała się w owym dobrym towarzystwie wyższych urzędników państwowych, którzy niezupełnie należą do szczytów, ale stanowią lub pragną stanowić prawdziwie inteligentną siłę narodu: są to ludzie, którzy wiedzą, o czym mówią, albo mówią, jakby wiedzieli.
Connie zajmowała się nieco miłosierdziem wojennym i obcowała z odzianymi we flanelowe spodnie intransigeant’ami12 z Cambridge, którzy chwilowo wydrwiwali z lekka wszystko i wszystkich. „Przyjacielem” jej był niejaki Clifford Chatterley, młodzieniec lat dwudziestu dwu, który pośpieszył do domu z Bonn, gdzie studiował szczegóły techniczne górnictwa węglowego. Przedtem spędził dwa lata w Cambridge. Teraz został podporucznikiem eleganckiego pułku, a w mundurze tym bardziej wypadało mu wydrwiwać wszystko.
Clifford Chatterley pochodził z wyższych sfer niż Connie. Connie należała do zamożnej inteligencji, on do arystokracji. Nie z feudalnego gatunku, ale w każdym razie do arystokracji. Ojciec jego go był baronetem, matka córką wicehrabiego.
Chociaż jednak Clifford był lepszego pochodzenia niż Connie i bardziej należał do „towarzystwa”, był jednak z usposobienia lękliwszy i bardziej prowincjonalny. Poruszał się swobodnie w „wielkim świecie”, to znaczy wśród arystokracji ziemiańskiej, był jednak lękliwy i nerwowy w owym innym wielkim świecie, składającym się z hord stanu średniego i niższych klas oraz cudzoziemców. Aby powiedzieć prawdę, odczuwał nawet nieco lęku przed klasą średnią, proletariatem i cudzoziemcami, nienależącymi do jego klasy. W jakiś obezwładniający sposób uświadamiał sobie własną bezbronność, aczkolwiek miał do dyspozycji wszelkie szańce uprzywilejowania. Jest to dziwne, ale powszechne zjawisko naszych czasów.
Dlatego działała na niego łagodna pewność siebie takiej dziewczyny, jak Constance Reid. W owym zewnętrznym świecie chaosu panowała ona nad sobą o tyle bardziej niż on.
Tym niemniej i on był buntownikiem: buntował się nawet przeciwko własnej klasie. Może buntownik to za silne słowo; o wiele za silne. Został wciągnięty w powszechny, ulubiony opór młodych przeciwko konwencjom i przeciwko wszelkiego rodzaju prawdziwemu autorytetowi. Ojcowie byli śmieszni: jego własny, uparty ojciec był najbardziej śmieszny. Rządy były także śmieszne: nasz własny, wyczekujący i przyglądający się — szczególnie śmieszny. Armia była również śmieszna, a zwłaszcza starzy partacze generałowie, przede wszystkim czerwonolicy Kitchener13. Nawet wojna była śmieszna, chociaż zabijała wcale pokaźną liczbę ludzi.
W istocie wszystko było nieco śmieszne, nawet bardzo śmieszne; z pewnością wszystko, co miało coś wspólnego z autorytetem, czy to w armii, czy w rządzie, czy na uniwersytecie, było do pewnego stopnia śmieszne. A klasa panująca, o ile rościła sobie pretensje do panowania, także była śmieszna. Sir Geoffrey, ojciec Clifforda, był niezwykle śmieszny, gdy rąbał swoje drzewa i wypędzał mężczyzn z kopalń, pchając ich w objęcia wojny, sam zaś patriotycznie pozostawał w bezpiecznym miejscu. I trwonił przy tym dla kraju więcej pieniędzy, niż posiadał.
Kiedy panna Chatterley — Emma — przybyła z Anglii Środkowej do Londynu, aby się poświęcić pracy pielęgniarki, wyrażała się w spokojny sposób, bardzo dowcipnie o Sir Geoffrey’u i jego zdecydowanym patriotyzmie. Herbert, starszy brat, śmiał się głośno, chociaż to jego drzewa rąbano na użytek okopów. Ale Clifford śmiał się trochę nieswojo. Wszystko było śmieszne, to prawda. Ale jeśli to człowieka zbyt blisko obchodziło i sam stawał się śmieszny...? Ludzie z innej klasy, jak na przykład Connie, pod jednym przynajmniej względem byli poważni. W jedno przynajmniej wierzyli.
Byli bardzo poważni, gdy szło o Tommiech14 i o grożący powszechny obowiązek wojskowy, i o brak cukru, i o karmelki dla dzieci. We wszystkich tych sprawach władze popełniały oczywiście śmieszne błędy. Ale Clifford nie potrafił brać sobie tego do serca. Dla niego władze były śmieszne ab ovo15, nie z powodu cukierków lub Tommiech.
Władze zaś same wydawały się sobie śmieszne i zachowywały się w sposób naprawdę śmieszny, a wszystko razem było jednym wielkim domem wariatów. Aż rozwinęły się sprawy na kontynencie i przyszedł Lloyd George16, aby tam uratować sytuację. To przekroczyło już granice tego, co mogło być ośmieszone, i dzielni młodzieńcy nie śmiali się już.
W roku 1916 Herbert Chatterley padł i Clifford został spadkobiercą. Nawet to uczyniło go lękliwym. Ważność jego jako syna Sir Geoffreya i dziedzica Wragby była w nim tak zakorzeniona, że nie mógł się jej wyzbyć. A jednak wiedział, że i to jest w oczach olbrzymiego, kipiącego świata śmieszne. Teraz więc był dziedzicem, był odpowiedzialny za Wragby. Czyż to nie było straszne? A jednak i wspaniałe, a zarazem może tylko absurdalne?
Sir Geoffrey nie uznawał absurdalności. Był blady i naprężony, zatopiony w sobie i zdecydowany stanowczo ratować swój kraj i własne stanowisko, bez względu na to, czy u steru byłby Lloyd George czy ktokolwiek inny. Tak dalece był odosobniony, tak odcięty od owej Anglii, która naprawdę była Anglią, tak zupełnie niezdolny zrozumieć prawdziwy stan rzeczy. Sir Geoffrey opowiadał się za Anglią i Lloydem Georgem, jak przodkowie jego opowiadali się za Anglią i św. Jerzym17: i nigdy nie dostrzegał różnicy. Sir Geoffrey rąbał drzewa użytkowe i opowiadał się za Lloydem Georgem i Anglią, za Anglią i Lloydem Georgem.
Pragnął, aby Clifford ożenił się i miał potomka. Clifford miał wrażenie, że ojciec jego jest beznadziejnym anachronizmem. Ale pod jakimże względem wyprzedzał go on sam choćby o krok, poza lękliwym poczuciem śmieszności wszystkiego, a nade wszystko śmieszności swego własnego położenia? Gdyż chcąc nie chcąc traktował swoje szlachectwo i Wragby niezmiernie poważnie.
Radosne podniecenie z wojny zniknęło... martwe. Za wiele śmierci i grozy. Mężczyzna potrzebował otuchy i podpory. Mężczyzna musiał mieć kotwicę w pewnym świecie. Mężczyzna potrzebował żony.
Rodzeństwo Chatterley, dwaj bracia i siostra, zamknięci razem w Wragby, mimo wszystkich swoich stosunków żyli dziwnie odosobnieni. Uczucie odosobnienia wzmacniało więzy rodzinne, uczucie słabości ich pozycji, uczucie bezbronności mimo — a może i z powodu — tytułu i posiadania ziemi. Byli odcięci od owej przemysłowej Anglii Środkowej, w której wiedli życie. I odcięci byli od swojej klasy przez uparty, zamknięty charakter Sir Geoffreya, ich ojca, z którego sobie podrwiwali, chociaż byli tak wrażliwi na punkcie wszystkiego, co go dotyczyło.
Troje rodzeństwa oświadczyło, że chcą być zawsze razem. Ale oto Herbert nie żył, zaś Sir Geoffrey chciał, aby się Clifford ożenił. Sir Geoffrey zaledwie o tym wspomniał: mówił niezmiernie mało. Ale jego milcząca, skryta stanowczość niezmiernie utrudniała Cliffordowi obronę.
Jednakże Emma powiedziała: nie! Była o dziesięć lat starsza od Clifforda i czuła, że małżeństwo jego byłoby dezercją, zdradą wobec wszystkiego, co stanowiło ideał młodych członków rodziny.
Tym niemniej Clifford poślubił Connie i przeżył z nią miodowy miesiąc. Był to straszliwy rok 1917, a oni byli z sobą zżyci jak dwoje ludzi stojących na tonącym okręcie. Clifford był w chwili małżeństwa nietknięty i strona seksualna znaczyła dla niego niewiele. Nawet pomijając to, byli sobie oboje, on i ona, tak bliscy. Zaś Connie odczuwała to zbliżenie, pozostające poza sferą życia płciowego, poza „zaspokojeniem” mężczyzny, jako mały triumf. W każdym razie Clifford nie był tak zawzięty na swoje „zaspokojenie”, jak tylu innych mężczyzn. Nie, zażyłość była głębsza, była bardziej osobista niż to. Kwestia seksualna była tylko czymś przypadkowym, jakimś dodatkiem: jednym z owych dziwnych, niejasnych procesów organicznych, które uporczywie zachowały się w swej gminnej postaci, ale nie były nieodzowne. Connie chciała jednak koniecznie mieć dzieci, chociażby aby wzmocnić swoje stanowisko wobec szwagierki Emmy.
Tymczasem w roku 1918 przywieziono Clifforda rannego, a dziecka nie było. Zaś Sir Geoffrey zmarł ze zgryzoty.
Rozdział drugi
Connie i Clifford przybyli do Wragby jesienią roku 1920. Panna Chatterley, ciągle jeszcze oburzona na odstępstwo brata, wyprowadziła się i wynajęła sobie małe mieszkanko w Londynie.
Wragby był to długi, niski, stary budynek z brązowych cegieł, rozpoczęty w połowie osiemnastego wieku, później rozszerzony, aż stał się podobny do królikarni i sprawiał niezbyt wytworne wrażenie. Stał on na wzgórzu w bardzo pięknym, starym parku dębowym, niestety jednak widać było w niewielkim oddaleniu komin kopalni Tevershall, z którego wydobywały się obłoki pary i dymu, dalej zaś, w wilgotnych oparach, rozciągał się stok wzgórza z rozsianymi domami wsi Tevershall, która zaczynała się niemal u wrót parku i w beznadziejnej brzydocie ciągnęła się przez ohydną milę: domy, całe szeregi nędznych, małych, zakopconych domków murowanych z czarnymi dachami łupkowymi, z ostrymi kantami, o celowej, rozpaczliwej posępności.
Connie mieszkała w Kensington albo w górach szkockich, albo w pagórkowatym Sussex: to była jej Anglia. Z całym stoicyzmem młodości pojęła od pierwszego wejrzenia absolutną, bezduszną brzydotę Środkowej Anglii węgla i żelaza i pogodziła się z nią: brzydota ta była tak niewiarogodna, tak bezgraniczna, że nie można było wprost myśleć o niej. W niezbyt miłych komnatach Wragby słyszała szmer sita węglowego przy otworze szybu, sapanie dźwigarki parowej, stukot przesuwanych wózków i ochrypłe, krótkie gwizdki lokomotywy kopalnianej. Hałdy dokoła szybu Tevershall płonęły, płonęły od lat, trzeba by poświęcić tysiące, aby je ugasić. Musiały więc płonąć. A gdy wiatr wiał z owej strony, co zdarzało się często, dom pełen był zaduchu tego siarczanego spalania się ekskrementów ziemi. Ale nawet podczas dni bezwietrznych w powietrzu czuło się coś podziemnego: siarkę, żelazo, węgiel czy kwasy. Nawet na różach wigilijnych sadze osiadały uporczywie, niewiarogodnie, niby czarna manna Sądu Ostatecznego.
Tak, tak właśnie było: fatum, jak we wszelkich innych sprawach! Było to okropne, ale dlaczego się przeciwko temu dąsać? Dąsaniem się nie można było tego usunąć. Wszystko szło swoją drogą. Życie i wszystko inne! Na niskich, ciemnych zwałach chmur płonęły nocą czerwone plamy, drżały, wzdymając się i kurcząc, jak oparzelizny sprawiające ból. To były piece hutnicze. Początkowo przykuwały one Connie w pewnego rodzaju grozie; doznawała uczucia, jakby wiodła życie podziemne. Potem przyzwyczaiła się. A rankami padał deszcz.
Clifford twierdził, że woli Wragby od Londynu. Krajobraz posiada tu spokojną, własną wolę, a ludzie wytrwałość. Connie zadawała sobie pytanie, co posiadali poza tym: z pewnością ani oczu, ani mózgów. Ludzie byli tak samo wychudli, niezdarni i posępni, jak krajobraz, i tak samo nieuprzejmi. Tylko w ich rozwlekłej gwarze i w stuku ich okutych gwoździami butów roboczych, kiedy małymi grupami kroczyli po pracy przez asfalt, było coś zagadkowego, coś, co budziło przerażenie.
Z okazji powrotu dziedzica nie było uroczystości powitalnej, nie było obchodu ani deputacji, nie było nawet kwiatka. Tylko wilgotna, zimna jazda w samochodzie, wzdłuż ciemnej, mokrej alei, wijącej się między ponurymi drzewami, aż na stok parku, gdzie pasły się szare, mokre owce, aż na wierzchołek, gdzie rozciągała się ciemnobrunatna fasada domu i gdzie czekali gospodyni i jej mąż, upiorni, niby niepewni mieszkańcy oblicza ziemi, czekali, gotowi wyjąkać swoje powitanie.
Nie było zupełnie kontaktu między Wragby Hall a Tevershall, zupełnie. Nikt nie podnosił ręki do czapki, nikt nie dygał. Górnicy patrzeli tylko; właściciele sklepików zdejmowali przed Connie czapki, jak przed znajomą, a Cliffordowi kiwali ze zmieszaniem głowami: to było wszystko. Nieprzekraczalna przepaść, a po obu stronach ukryta odraza. Początkowo Connie cierpiała pod wpływem nieustannego dżdżu niechęci, sączącego się ze wsi. Później zahartowała się na to, stało się to pewnego rodzaju środkiem podniecającym, czymś, na co się można było okazać przygotowaną. Nie znaczy to, aby ona i Clifford byli nielubiani — po prostu należeli do innego gatunku niżeli górnicy. Nieprzekraczalna przepaść, nieopisany rozłam, jaki nie istnieje może na południe od rzeki Trent. Atoli w Anglii Środkowej i w przemysłowej Północnej istnieje taka nieprzekraczalna przepaść, ponad którą nie może powstać kontakt. Ty pozostań po swojej stronie, a ja pozostanę po swojej! Dziwne zaprzeczenie wspólnego tętna ludzkości.
Abstrakcyjnie wieś sympatyzowała z Cliffordem i Connie. Ale owo „Zostaw mnie w spokoju!” zakorzenione było we krwi po obu stronach.
Proboszcz był miłym mężczyzną lat około sześćdziesięciu, przejętym zupełnie swymi obowiązkami i osobiście przytłoczonym niemal do granic niepozorności, niemal do zera przez owo milczące hasło wsi: „Zostaw mnie w spokoju!”. Żony górników prawie wszystkie były metodystkami. Górnicy byli niczym. Ale nawet ta odrobina oficjalnego uniformu, jaką nosił duchowny, wystarczała, aby zupełnie zaćmić fakt, że był on człowiekiem jak każdy inny. Nie, był on Mester Ashbym, rodzajem automatycznej instalacji modlitewnej i kaznodziejskiej.
Owo ukryte, instynktowne: „Uważamy się za tyleż warte, co ty, jeżeli już koniecznie chcesz być panią Chatterley!” było dla Connie początkowo niezmiernie deprymujące i zagadkowe. Owa dziwna, podejrzliwa, fałszywa uprzejmość, z jaką żony górników odpowiadały na jej próby zbliżenia, ów dziwnie obelżywy podton tego „O rety, teraz naprawdę jestem czymś, jeżeli Lady Chatterley raczy ze mną mówić! Ale niech się jej nie zdaje, że mimo to nie jestem tyleż warta, co ona!” — ten podton, który wyczuwała zawsze w na wpół pochlebczych głosach kobiet, był czymś niemożliwym do zniesienia. Niepodobna było ominąć tego. Było to beznadziejne i obelżywie niekonformistyczne.
Clifford zostawiał ludzi w spokoju, a Connie nauczyła się czynić to samo: po prostu przechodziła obok nich, nie spoglądając na nich, a kobiety wybałuszały oczy, jakby była chodzącą figurą woskową. Kiedy Clifford musiał się z nimi stykać, zachowywał się wyniośle i pogardliwie; niepodobna było pozwolić sobie jeszcze na uprzejmość. Na ogół był raczej wyniosły i pogardliwy wobec każdego, kto nie należał do jego klasy. Trwał na swoim stanowisku bez próby pojednania. A ludzie ani go lubili, ani nie lubili: po prostu należał do całej reszty rzeczy, jak hałdy węglowe i jak samo Wragby.
W istocie jednak Clifford był niezmiernie lękliwy i łatwo popadał w zakłopotanie, teraz, kiedy był sparaliżowany. Nie znosił w swoim pobliżu czyjejkolwiek obecności, poza swoją osobistą służbą, gdyż musiał siedzieć w ruchomym krześle lub w pewnego rodzaju fotelu dla chorych. Mimo to wierny jego krawiec ubierał go równie starannie jak dawniej, Clifford nosił jak dawniej eleganckie krawaty z Bond Street i w górnej części ciała prezentował się tak samo wytwornie jak dawniej. Nie należał nigdy do modnych zniewieściałych młodzieńców: miał w sobie raczej coś wiejskiego, dzięki rumianym policzkom i barczystym plecom. Ale głos jego, bardzo spokojny, wahający się, i oczy, zarazem wyzywające i lękliwe, spoglądające chwilami z pewnością siebie, chwilami niepewnie, zdradzały jego prawdziwą naturę. Zachowanie jego było na przemian obelżywie wyniosłe i skromne, natarczywe i niemal trwożne.
Connie i jej mąż byli sobie wzajem bardzo oddani, zachowując jednak nowoczesny dystans. Clifford zbyt został urażony w najtajniejszej głębi przez wielki szok swego paraliżu, aby móc być swobodnym i lekkim w pożyciu. Był istotą zranioną, a ponieważ nią był, Connie czuła do niego namiętne przywiązanie.
Nie mogła się jednak obronić przed uczuciem zdziwienia, jak mało posiadał w istocie łączności z ludźmi. Górnicy byli w pewnym sensie jego własnymi ludźmi; on jednak patrzał na nich raczej jako na przedmioty niż jako na ludzi, raczej jako na cząstki kopalni niż jako na cząstki swego własnego życia, raczej jako na brutalne, nieukształtowane fenomeny niż jako na bliźnich, z którymi miał coś wspólnego. Poniekąd lękał się ich, nie mógł znieść, gdy patrzeli na niego, który był teraz sparaliżowany. A ich dziwne, surowe życie, wydawało mu się tak samo nienaturalne jak życie jeżów.
Okazywał niejakie zainteresowanie, ale jak człowiek, który spogląda przez mikroskop w dół lub przez teleskop w górę. Nie posiadał kontaktu. Z nikim nie posiadał faktycznego kontaktu, jedynie — przez tradycję — z Wragby, i — dzięki silnym węzłom obrony rodzinnej — z Emmą. Poza tym nie obchodził go w istocie nikt. Connie sama czuła, że i ona nie obchodzi go naprawdę, naprawdę; może ostatecznie nie było w nim niczego, do czego by można dojść; jedynie tylko zaprzeczenie ludzkiego kontaktu.
Tymczasem był od niej bezwarunkowo zależny, była mu potrzebna każdej chwili. Chociaż tak wielki i silny, był jednak bezradny. Mógł jeździć dokoła w krześle na kółkach, posiadał rodzaj fotelu dla chorych z wmontowanym motorem i mógł w nim powoli okrążać park. Ale sam był istotą zupełnie bezradną. Potrzeba mu było Connie, aby była przy nim, aby go upewniała, że i on istnieje naprawdę.
A jednak był ambitny. Zaczął pisać nowele; dziwne, bardzo osobiste historie o ludziach, których znał. Mądre, bardzo złośliwe, a jednak w jakiś tajemniczy sposób pozbawione znaczenia. Zdradzały one niezwykły i swoisty dar spostrzegawczy. Ale nie było w nich zetknięcia się z przedmiotem, nie było prawdziwego kontaktu. Miało się wrażenie, jakby wszystko rozgrywało się w próżni. A że błonia życia są dzisiaj w przeważnej części sztucznie oświetloną sceną, nowele te dziwnie odpowiadały nowoczesnemu życiu, to znaczy nowoczesnej psychologii.
Jeżeli szło o te opowiadania, był Clifford niemal chorobliwie wrażliwy. Chciał, aby wszyscy uważali je za dobre, za najlepsze, za non plus ultra18. Ukazywały się one w najnowszych miesięcznikach, i jak się to zwykle dzieje, spotykały się z pochwałami i naganami. Dla Clifforda jednak nagany były torturą, nożami, które go kłuły. Jak gdyby całe jego „ja” zawarte było w tych nowelach.
Connie dopomagała mu jak mogła. Początkowo była zachwycona. Clifford omawiał z nią wszystko, omawiał monotonnie, przenikliwie, uparcie, a ona musiała się na wszystko gorliwie godzić. Jak gdyby cała jej dusza, całe ciało i zmysły musiały się zbudzić i wejść w te opowieści. Owładnęło to nią i absorbowało ją zupełnie.
Fizycznym życiem żyli bardzo mało. Connie musiała czuwać nad gospodarstwem. Ale gospodyni służyła przez wiele lat Sir Geoffrey’owi, zaś zasuszona, stara, w najwyższym stopniu poprawna osoba — niepodobna było niemal nazwać jej służącą ani w ogóle kobietą — która usługiwała przy stole, przebywała w domu od lat czterdziestu. Nawet pokojówki nie były już młode. Było to coś okropnego! Cóż można było począć z takim domem, jeżeli nie unikać go! Wszystkie te liczne, nieskończone pokoje, których nikt nie używał, cała ta środkowoangielska codzienna monotonia, mechaniczna czystość, mechaniczny porządek! Clifford nalegał, aby przyjąć nową kucharkę, kobietę doświadczoną, która służyła już u niego na kawalerskim mieszkaniu w Londynie. Zresztą wszystko zdawało się kierowane mechaniczną anarchią. Wszystko odbywało się w najlepszym porządku, w najskrupulatniejszej czystości, największej punktualności; nawet w najskrupulatniejszej uczciwości. A jednak była to dla Connie metodyczna anarchia. Najmniejsze ciepło nie łączyło tego wszystkiego organicznie. Dom wydawał się tak posępny jak nieużywana już droga.
Cóż mogła czynić innego, jak nie pozostawiać rzeczy ich biegowi?... Pozostawiała je więc ich biegowi. Panna Chatterley o arystokratycznie wąskiej twarzy przyjeżdżała niekiedy i triumfowała, gdyż nie zastawała żadnych zmian. Nie potrafiłaby nigdy wybaczyć Connie, że pozbawiła ją wspólnoty świadomości z bratem. Ona, Emma, powinna mu była pisać te nowele, te książki; te Chatterleyowskie nowele, coś nowego na świecie, co stworzyli oni, Chatterleyowie. Nie istniała skala porównania. Nie istniał organiczny związek z dawniejszymi myślami i formami wyrazu. Istniało tylko coś zupełnie nowego na świecie: Chatterleyowskie książki, coś zupełnie osobistego.
Ojciec Connie, bawiąc z wizytą we Wragby, powiedział do córki w zaufaniu:
— Pisanina Clifforda jest dość rozsądna, ale nic w tym nie ma. To nie jest trwałe!...
Connie spojrzała na otyłego szlachcica szkockiego,19 który dzielnie radził sobie przez całe życie, a oczy jej, wielkie, zdumione, niebieskie oczy nabrały zamglonego wyrazu. Nic w tym nie ma! Co on rozumiał przez to: nic w tym nie ma? Jeżeli krytycy to chwalili, jeżeli Clifford stał się niemal sławny, jeżeli mu to nawet przynosiło pieniądze... co miał jej ojciec na myśli, mówiąc, że w tym, co Clifford pisał, nic nie ma? A cóż w tym miało jeszcze być?
Ale Connie przyswoiła sobie probierz młodych: co zawierała chwila, to było wszystkim. Chwile zaś następowały po sobie, bez konieczności wewnętrznego wzajemnego związku.
Podczas drugiej jej zimy we Wragby ojciec powiedział do niej:
— Spodziewam się, Connie, że nie pozwolisz się zmusić przez okoliczności, aby zostać demi-vierge?
— Demi-vierge? — odpowiedziała Connie niepewnie. — Dlaczego? Dlaczego nie?
— Oczywiście, chyba że ci to odpowiada! — dodał ojciec szybko.
To samo powiedział do Clifforda, kiedy zostali sami.
— Obawiam się, że dla Connie nie iest rzeczą odpowiednią być demi-vierge.
— Półdziewicą! — odpowiedział Clifford, tłumacząc sobie to wyrażenie, aby się upewnić.
Zastanowił się chwilę, potem poczerwieniał silnie. Był zły i urażony.
— Pod jakim względem nie jest to dla niej rzeczą odpowiednią? — zapytał sztywno.
— Chudnie... staje się kanciasta. To nie odpowiada jej usposobieniu. Nie należy ona do śledziowatego gatunku wątłych dziewcząt. To rześki pstrąg szkocki.
— Oczywiście bez plam — rzekł Clifford.
Chciał potem powiedzieć Connie o tej sprawie demi-vierge’ostwa... o tym półdziewiczym stanie rzeczy. Ale nie mógł się na to zdobyć. Był z nią zbyt zżyty, a jednak nie dość zżyty. Był z nią tak bardzo zjednoczony we własnym i w jej duchu, ale cieleśnie nie istnieli dla siebie nawzajem, a żadne z nich nie miało odwagi poruszenia corpus delicti20. Byli z sobą tak zżyci, a tak zupełnie bez kontaktu.
Connie odgadła jednak, że ojciec jej powiedział coś Cliffordowi, którego to teraz trapiło. Wiedziała, że nie zależy mu zupełnie na tym, czy ona jest demi-vierge czy demi-monde21, póki o tym nie wiedział z zupełną pewnością i póki mu na to nie zwracano uwagi. Czego oko nie widzi, o czym mózg nie wie, to nie istnieje.
Connie i Clifford żyli już od dwóch blisko lat we Wragby, nieokreślonym życiem, obracającym się dokoła Clifforda i jego pracy. Zainteresowania ich nigdy nie przestały zbiegać się nad jego dziełem. Mówili i zmagali się w boleściach tworzenia i mieli wrażenie, jak gdyby się coś działo, jak gdyby się naprawdę coś działo, w próżni.
I tak dalece było to życiem: w próżni. Poza tym był to niebyt. Istniało Wragby i istniała służba... ale istniały upiornie, nierzeczywiście. Connie odbywała spacery w parku i w laskach przylegających do parku, rozkoszowała się samotnością i tajemniczością, trącała stopą brunatne liście jesieni i zrywała prymulki wiosny. Ale wszystko to działo się we śnie; a raczej było to niby odbicie rzeczywistości. Liście dębowe były dla niej niby liście dębowe widziane w lustrze, ona sama była postacią, o której ktoś czytał, i zrywała pierwiosnki, które były tylko cieniami albo wspomnieniami, albo słowami. Ani one, ani cokolwiek innego nie miało substancji... nie było zetknięcia, nie było kontaktu! Tylko to życie z Cliffordem, to bezgraniczne snucie nici mózgowej tkaniny, te notatki świadomości, te opowiadania, o których Sir Malcolm powiedział, że w nich nic nie ma i że nie będą one trwałe. Dlaczego miało w nich coś być, dlaczego miały być trwałe? Na jeden dzień wystarczy zło jednego dnia. Na jedną chwilę wystarczy pozór rzeczywistości.
Clifford posiadał sporo przyjaciół, a raczej znajomych, i zapraszał ich do Wragby. Zapraszał najrozmaitszych ludzi, krytyków i pisarzy, ludzi, którzy mogli dopomagać w wychwalaniu jego książek. Im zaś schlebiało, że zapraszano ich do Wragby, i chwalili. Connie doskonale to rozumiała. Ale dlaczego nie? Był to jeden z przelotnych obrazów w zwierciadle. Cóż w tym było złego?
Była panią domu dla tych gości, przeważnie mężczyzn. Była też panią domu dla zjawiających się niekiedy krewnych Clifforda. Ponieważ była istotą miękką, rumianą, o wiejskim wyglądzie, skłonną do piegów, miała wielkie, niebieskie oczy, kędzierzawe brunatne włosy, miękki głos i dość silne, kobiece biodra, uważano ją za nieco staromodną i „zbabiałą”. Nie była „śledziowatą rybą” o kształtach chłopięcych, z płaską piersią i małym pośladkiem. Była zbyt kobieca, aby być zupełnie szykowną.
Toteż mężczyźni, szczególnie niezbyt młodzi, byli dla niej naprawdę bardzo uprzejmi. Connie wiedziała jednak, jakie męki przeżywałby Clifford za najlżejszą oznaką jej flirtu, więc nie zachęcała ich zupełnie. Była spokojna i niezdecydowana, nie miała z nimi kontaktu i nie pragnęła go mieć. Clifford był z siebie niezwykle dumny.
Krewni jego traktowali ją nader uprzejmie. Wiedziała, że uprzejmość ta świadczyła o braku lęku i że ludzie ci nie mają szacunku dla człowieka, który nie potrafi zastraszyć ich trochę. Ale i z nimi nie miała kontaktu. Pozwalała im zachowywać się uprzejmie i z lekka wzgardliwie, dawała im wyczuć, że nie potrzebują chować sztyletu w zanadrzu. Nie miała z nimi rzeczywistej styczności.
Czas mijał. Cokolwiek się działo, nie działo się nic, ponieważ ona była tak cudownie pozbawiona kontaktu. Ona i Clifford żyli swymi ideami i jego książkami. Przyjmowała gości, zawsze ktoś był w ich domu. Czas posuwał się naprzód jak zegar, następowało pół do dziewiątej zamiast pół do ósmej.
Rozdział trzeci
Connie doznawała jednakże wzrastającego niepokoju. Brak kontaktu rodził w niej zaniepokojenie, które ogarniało ją jak obłęd. Członki jej wzdrygały się, kiedy nie chciała, aby się wzdrygały, grzbiet jej podrywał się, kiedy nie pragnęła go wcale wyprostować, lecz wolałaby raczej wygodnie spoczywać. Uczucie to przenikało jej ciało, jej łono, aż ogarniało ją wrażenie, że powinna by skoczyć w wodę i płynąć, aby uciec od tego; był to obłędny niepokój. Budził w niej bez powodu silne bicie serca, sprawiał, że Connie chudła.
Był to po prostu brak spokoju. Uciekała nagle przez park, pozostawiając Clifforda samego, i rozciągała się pośród paproci. Tylko uciec od domu... musiała uciekać od domu i od ludzi. Las był jej jedynym schronieniem, jej sanktuarium.
Nie był jednak prawdziwym schronieniem, prawdziwym sanktuarium, gdyż nie miała z nim związku. Był jedynie miejscem, w którym mogła się uwolnić od wszystkiego innego. Nigdy nie odczuła kontaktu z samym duchem lasu... jeśli las posiadał w ogóle coś tak bezsensownego.
Niejasno zdawała sobie sprawę, że marnuje się przez to. Niejasno uświadamiała sobie, że nie posiada kontaktu: zatraciła związek z dotykalnym i żywym światem. Tylko Clifford i jego książki, które nie posiadały rzeczywistego bytu... w których nic nie było! Pustka a pustka. Niejasno zdawała sobie z tego sprawę, ale działo się to tak, jakby uderzała głową o kamień.
Ojciec ostrzegał ją nieraz:
— Dlaczego nie bierzesz sobie przyjaciela? Toby było dla ciebie najlepsze.
Tej zimy Michaelis przyjechał na kilka dni z wizytą. Był to młody Irlandczyk, który zdobył już swymi sztukami teatralnymi wielki majątek w Ameryce. Eleganckie towarzystwo Londynu przyjmowało go przez pewien czas z zapałem, gdyż pisywał udatne sztuki towarzyskie. Potem eleganckie towarzystwo zrozumiało z wolna, że było ośmieszane przez nędznego szczura dublińskiego, i nastąpiła reakcja. Michaelis stał się uosobieniem wszystkiego, co plugawe i nikczemne. Zdemaskowano go jako wroga angielszczyzny, zaś w sferze, która uczyniła to odkrycie, uchodziło to za najgorsze i najszpetniejsze przestępstwo. Utrupiono go zupełnie, a zwłoki jego wyrzucono na śmietnik.
Tym niemniej posiadał Michaelis nadal swój elegancki apartament w Mayfair, a krocząc po Bond Street stanowił ideał gentlemana, gdyż najlepszych nawet krawców niepodobna zmusić do tego, aby nie szyli dla swoich upadłych klientów, jeżeli ci klienci płacą.
Clifford zaprosił tego trzydziestoletniego młodzieńca w chwili niezbyt obiecującej dla towarzyskich widoków Michaelisa. Ale Clifford nie zawahał się. Michaelis znajdował zapewne posłuch u kilku milionów ludzi; a że był beznadziejnym outsiderem, niewątpliwie okaże się wdzięczny za zaproszenie do Wragby właśnie w tej chwili, gdy reszta eleganckiego świata odtrącała go. Z wdzięczności zaś niewątpliwie dopomoże Cliffordowi w Ameryce. A może się to przydać, gdy o kim dobrze mówią, zwłaszcza w Ameryce. Clifford był człowiekiem przyszłości; i było rzeczą zdumiewającą, jak silny instynkt reklamy posiadał. Doszło do tego, że Michaelis bardzo szlachetnie uwiecznił go w jednej ze swoich sztuk, i Clifford stał się czymś w rodzaju bohatera narodowego. Aż nadeszła reakcja, kiedy spostrzegł, że został ośmieszony.
Connie dziwiła się trochę ślepemu, nieprzepartemu popędowi Clifforda, aby się stać głośnym; to znaczy stać się głośnym w owym olbrzymim, bezkształtnym świecie, którego sam nie znał i którego się lękał; stać się głośnym jako pisarz, jako pierwszorzędny, nowoczesny pisarz. Connie wiedziała od cieszącego się powodzeniem starego, serdecznego, kpiącego Sir Malcolma, że artyści rzeczywiście reklamowali się sami i starali się o zbyt dla swego towaru. Ale ojciec jej korzystał z udeptanych już ścieżek, z których korzystali wszyscy inni członkowie Akademii Królewskiej, kiedy sprzedawali swoje obrazy. Gdy natomiast Clifford odkrywał zupełnie nowe drogi reklamy, i to najrozmaitsze. Zapraszał do Wragby najróżnorodniejszych ludzi, nie krępując się niczym. Zdecydowany zbudować sobie szybko pomnik sławy, używał do budowy wszelkiego gruzu, jaki mu się nawinął pod rękę.
Michaelis przybył punktualnie, w bardzo ładnym aucie, z szoferem i służącym. Był żywym okazem z Bond Street! Ale na jego widok w ziemiańskiej duszy Clifforda coś się wzdrygnęło. Michaelis był niezupełnie... niezupełnie, tak, absolutnie nie był tym, czym starał się okazać na zewnątrz. Dla Clifforda było to decydujące i dostateczne. Był jednak bardzo uprzejmy dla gościa; dla jego zdumiewającego powodzenia. Psia bogini Powodzenia, jak ją nazywano, warcząc broniła na wpół pokornego, na wpół przekornego Michaelisa i zupełnie oszołomiła Clifforda: i on bowiem pragnął sprostytuować się z psią boginią Powodzenia, gdyby go tylko zechciała wziąć.
Widać było, że Michaelis nie jest Anglikiem, mimo wszystkich krawców, kapeluszników, fryzjerów i szewców najlepszej dzielnicy Londynu. Nie, nie, widać było, że nie jest Anglikiem: ten fałszywy gatunek płaskiej, bladej twarzy i zachowania; i ten fałszywy rodzaj rozżalenia. Był w nim gniew i rozżalenie: to było jasne dla każdego rodowitego Anglika, który brzydziłby się tak jawnym okazywaniem tych uczuć. Biedny Michaelis dostał niemało cięgów i teraz jeszcze miał wygląd obitego psa. Jedynie instynkt, a bardziej jeszcze bezwstyd utorował jego sztukom drogę na scenę i na jej czoło. Chwycił publiczność za kark. I zdawało mu się, że dni kopniaków przeminęły. Ale one nie przeminęły... Nie przeminą nigdy. Gdyż Michaelis w pewnym sensie prowokował kopniaki. Łaknął jednego: być tam, gdzie było nie jego miejsce... wśród wyższych sfer angielskich. A jak się te sfery cieszyły z kopniaków, które mu mogły zadawać! I jak on ich za to nienawidził!
Tym niemniej podróżował ze swoim służącym, w swoim eleganckim aucie — pokurcz dubliński.
Było w nim coś, co się Connie podobało. Nie dodawał sobie fasonu; nie posiadał co do siebie złudzeń. Rozmawiał z Cliffordem rozsądnie, krótko, praktycznie o wszystkim, co Clifford chciał wiedzieć. Nie rozpierał się i nie lekceważył siebie. Wiedział, że został zaproszony do Wragby, aby być wykorzystany, i niby stary, szczwany, niemal zobojętniały człowiek interesu, albo jak wielki człowiek interesu, pozwalał się wypytywać i odpowiadał z możliwie najmniejszym nakładem uczucia.
— Pieniądz! — rzekł. — Pieniądz to rodzaj instynktu. Zbijanie pieniędzy to pewnego rodzaju usposobienie człowieka. To nie jakaś czynność. To nie trick, który się wykonuje. Jest to niejako nieustanny przypadek własnej natury człowieka; kiedy się raz zaczyna, zarabia się pieniądze, i to już trwa; do pewnego punktu, jak sądzę.
— Ale trzeba właśnie zacząć — odpowiedział Clifford.
— O, oczywiście! Trzeba w to wejść. Nie można nic zrobić, gdy się jest trzymanym z daleka. Trzeba sobie wywalczyć wstęp. Kiedy się to zrobiło, reszta robi się sama.
— A czy pan potrafiłby zarabiać pieniądze inaczej niż przez sztuki teatralne? — zapytał Clifford.
— O, prawdopodobnie nie! Mogę być dobrym lub złym pisarzem, ale jestem pisarzem, a w szczególności dramatopisarzem, i muszę nim być. To nie ulega kwestii.
— I sądzi pan, że musi pan być pisarzem popularnych sztuk? — zapytała Connie.
— Tak, bezwarunkowo! — odpowiedział Michaelis, zwracając ku niej nagłe spojrzenie. — Nic w tym nie ma. Nic nie ma w popularności, i jeżeli o to idzie, nic nie ma w publiczności. Naprawdę nie ma w moich sztukach nic, coby je czyniło popularnymi. To nie o to idzie. Są one, podobnie jak pogoda... takie, jakimi być powinny... przynajmniej w danej chwili.
Skierował na Connie swoje leniwe, bardzo okrągłe oczy, które zatonęły w takim braku złudzeń, a ona zadrżała z lekka. Wydawał się tak stary... tak nieskończenie stary, wzrosły na pokładach deziluzji, sięgającej w nim na głębokość wielu pokoleń, niby warstwa geologiczna; a zarazem był bezbronny jak dziecko. W pewnym stopniu nawet napiętnowany, ale obdarzony rozpaczliwą odwagą swojej szczurzej egzystencji.
— W każdym razie zdumiewające jest, ile pan osiągnął w swoim wieku — rzekł Clifford w zamyśleniu.
— Mam trzydzieści lat... tak, mam trzydzieści lat! — odpowiedział Michaelis szorstko, z nagłym, dziwnym śmiechem, pustym, triumfalnym i gorzkim.
— I jest pan samotny? — zapytała Connie.
— Jak pani to rozumie? Czy żyję sam? Mam służącego. Jest Grekiem, tak twierdzi, i nie nadaje się do niczego. Ale trzymam go. I mam zamiar ożenić się. O, tak, muszę się ożenić.
— Brzmi to tak, jakby pan musiał kazać sobie operować migdałki — zaśmiała się Connie. — Czy będzie to dla pana taki sam wysiłek?
Spojrzał na nią zdziwiony.
— No tak, Lady Chatterley, w pewnym sensie! Uważam... proszę mi wybaczyć... że nie mogę się ożenić z Angielką, nawet nie z Irlandką...
— Więc niech pan spróbuje z Amerykanką — rzekł Clifford.
— O, Amerykanka! — roześmiał się Michaelis głucho. — Nie, powiedziałem swemu służącemu, żeby mi wyszukał Turczynkę czy coś podobnego... coś bliższego typowi wschodniemu.
Connie dziwiła się naprawdę temu osobliwemu, melancholijnemu egzemplarzowi człowieka, który miał powodzenie. Powiadano, że posiadał on dochód pięćdziesięciu tysięcy dolarów z samej Ameryki. Niekiedy był ładny: niekiedy, gdy spoglądał w bok i padało na niego światło, było w nim ciche, trwałe piękno rzeźbionej w kości słoniowej maski murzyńskiej; w jego bardzo okrągłych oczach i grubych, charakterystycznie wygiętych brwiach, w jego nieruchomych, zaciśniętych wargach, w jego chwilowej, ale znamiennej nieruchomości — owej bezczasowej nieruchomości, do jakiej dąży Budda i jaką, nie dążąc do niej, posiadają niekiedy Murzyni — było coś prastarego, jakieś podporządkowanie się rasie! Eony podporządkowania się przeznaczeniom rasy, zamiast naszego indywidualnego oporu. A potem przepływanie, jak szczury przepływają przez rzekę. Connie poczuła nagły, dziwny napływ sympatii dla niego, sympatii połączonej ze współczuciem i odrobiną niechęci, jakiś napływ uczucia, które było niemal miłością. Outsider! Outsider! A nazywano go karierowiczem! O ileż bardziej karierowiczem był Clifford, o ileż był bardziej natarczywy! I o ile bardziej głupi!
Michaelis odczuł natychmiast, że wywarł na niej wrażenie. Z wyrazem zupełnej obojętności skierował na nią okrągłe, brunatne, nieco wypukłe oczy. Szacował ją i rozmiary wrażenia, jakie wywarł. W stosunku do Anglików nic nie mogło go ustrzec przed tym, aby być wiecznym outsiderem, nawet miłość. Ale kobiety durzyły się w nim niekiedy... nawet Angielki.
Ze swego stosunku do Clifforda zdawał sobie doskonale sprawę. Byli jak dwa obce psy, które chętnie warknęłyby na siebie, a tymczasem uśmiechają się do siebie z przymusem. Ale co do niej, nie był zupełnie pewien.
Śniadanie przynoszono zwykle do sypialni; Clifford nie zjawiał się nigdy przed obiadem, a jadalnia była nieco ponura. Po kawie Michaelis, dusza nieznająca spokoju i niestała, zadał sobie pytanie, co ma robić. Był piękny dzień listopadowy... piękny jak na Wragby. Spoglądał na melancholijny park. Boże wielki! Co za miejscowość!
Posłał służącą zapytać, czy może załatwić coś dla Lady Chatterley, gdyż jedzie do Sheffield. Odpowiedź brzmiała, że Lady Chatterley prosi, aby wstąpił do jej pokoju.
Connie miała własny salonik na trzecim piętrze, najwyższym w środkowej części domu. Pokoje Clifforda znajdowały się oczywiście na parterze. Michaelisowi schlebiało, że zaproszono go do buduaru Lady Chatterley. Nieuważnie szedł za służącą... nigdy nie spostrzegał otaczających go rzeczy, nigdy nie miał kontaktu ze swoim otoczeniem. W pokoju jej rozejrzał się dokoła, przesunął wzrokiem po pięknych niemieckich reprodukcjach Renoira i Cezanne’a.
— Bardzo tu miło — powiedział z dziwnym uśmiechem, jakby ten uśmiech sprawiał mu ból, i pokazując przy tym zęby. — To bardzo mądrze, że się pani ulokowała tak wysoko.
— Tak, zdaje się — odpowiedziała Connie.
Pokój jej był jedynym wesołym, nowoczesnym pokojem w całym domu, jedynym w ogóle pokojem we Wragby, w którym indywidualność jej mogła sobie znaleźć wyraz. Clifford nigdy go nie widział, a Connie zapraszała tu bardzo mało ludzi.
Siedzieli teraz, ona i Michaelis, naprzeciwko siebie przy kominku i gawędzili. Pytała go o niego samego, o jego matkę, ojca, braci... obcy ludzie byli dla niej zawsze jakby cudem, a gdy sympatia jej budziła się, nie znała różnic klasowych. Michaelis mówił o sobie szczerze, zupełnie szczerze i bez ozdób odsłaniał po prostu swoją zgorzkniałą, obojętną duszę zbłąkanego psa, zdradzając przy tym przebłysk mściwej dumy ze swego powodzenia.
— Dlaczego pan jest takim samotnikiem? — zapytała go Connie; znowu spojrzał na nią pełnym, badawczym wzrokiem brunatnych oczu.
— Niektórzy ludzie już tacy są — odpowiedział. Potem dodał z odcieniem poufałej ironii: — A jakże jest z panią? I czy pani nie jest również czymś w rodzaju takiego samotnika?
Connie, nieco zaskoczona, zastanowiła się przez chwilę, potem powiedziała:
— Tylko w pewnym sensie! Nie tak dalece, jak pan!
— Czy ja jestem tak dalece samotnikiem? — zapytał Michaelis ze swoim dziwnym uśmiechem, tak bolesnym, że był już skrzywieniem się, jakby go bolały zęby; oczy jego były przy tym zupełnie melancholijne, czy też stoickie, czy pozbawione złudzeń, czy zalęknione.
— Co? — zapytała Connie prawie bez tchu, kiedy na nią spojrzał. — Czy pan nim nie jest?
Czuła tak straszliwe wezwanie, płynące od niego ku niej, że omal nie straciła równowagi.
— O, ma pani zupełną rację! — rzekł Michaelis, odwracając głowę i spoglądając w bok, z ową dziwną nieruchomością starej rasy, ową nieruchomością, jaka dzisiaj niemal już nie istnieje. I ona to właśnie pozbawiła Connie siły obserwowania go w odosobnieniu od siebie samej.
Spojrzał na nią, owym pełnym wzrokiem, który widział wszystko, wszystko spostrzegał. Ale jednocześnie dziecko płaczące w nocy krzyknęło ku niej z jego piersi w taki sposób, że odczuła to w głębi swego łona.
— To bardzo ładnie, że pani o mnie myśli — powiedział lakonicznie.
— Dlaczego nie miałabym myśleć o panu? — zawołała Connie, ledwie znajdując dość tchu, aby to wypowiedzieć.
Michaelis wybuchnął gorzkim śmiechem, który brzmiał jak szybki syk.
— O, w ten sposób!... Czy mogę potrzymać pani rękę przez chwilę? — zapytał nagle i z hipnotyczną niemal siłą skierował na nią oczy, w których było błagalne wezwanie, przenikające bezpośrednio w jej łono.
Wlepiła w niego wzrok, oszołomiona i stropiona, a on podszedł do niej, uklęknął obok niej, ujął mocno jej stopy w obie dłonie, ukrył twarz na jej kolanach i pozostał tak nieruchomy. Connie była zupełnie ogłuszona i przejęta i spoglądała z niejakim podziwem na jego delikatny kark, czując, jak twarz jego wciska się w jej uda. W płomiennym oszołomieniu nie mogła się powstrzymać od tego, aby z czułością i współczuciem położyć rękę na jego bezbronnym karku, a on zadrżał na całym ciele pod tym dotknięciem.
Potem spojrzał na nią z owym przeraźliwym wezwaniem w okrągłych, płonących oczach. Connie była zupełnie niezdolna do oporu. Z piersi jej płynęła ku niemu w odpowiedzi bezgraniczna tęsknota; musiała mu dać wszystko, wszystko.
Był dziwnym i bardzo łagodnym kochankiem, bardzo łagodnym w stosunku do kobiety, drżącym bez opanowania, a zarazem jak gdyby stojącym na uboczu, świadomym, świadomym każdego zewnętrznego dźwięku.
Dla niej nie oznaczało to nic więcej, tylko że mu się oddała. A on przestał wreszcie drżeć i leżał zupełnie cicho. I wówczas Connie zakłopotanymi, współczującymi palcami pogładziła jego głowę, leżącą na jej piersi.
Kiedy się podniósł, ucałował obie jej dłonie, potem obie jej stopy w zamszowych pantoflach i w milczeniu przeszedł na drugi koniec pokoju, gdzie zatrzymał się, zwrócony do niej plecami. Przez kilka minut panowało milczenie. Potem Michaelis odwrócił się i podszedł do Connie, która siedziała na dawnym miejscu przy kominku.
— A teraz będzie mnie pani zapewne nienawidziła! — powiedział spokojnym, niewzruszonym tonem.
Connie rzuciła nań szybkie spojrzenie.
— Dlaczego miałabym pana nienawidzić? — zapytała.
— Tak postępuje większość kobiet — odpowiedział Michaelis i opanował się szybko — a raczej... tak się o większości kobiet sądzi.
— Nie jest to bynajmniej odpowiednia chwila, aby pana nienawidzić — rzekła Connie stropiona.
— Wiem! Wiem! Tak powinno być! Pani jest dla mnie okropnie dobra... — zawołał Michaelis z przejęciem.
Connie zadawała sobie pytanie, dlaczego czuje się on tak nędznie.
— Może pan siądzie znowu? — zapytała.
Michaelis spojrzał na drzwi.
— Sir Clifford! — rzekł. — Czy on... czy on nie?...
Connie milczała przez chwilę, zastanawiając się.
— Może! — rzekła i spojrzała na niego. — Nie chcę, aby Clifford wiedział... ani nawet podejrzewał. Toby dla niego było takie bolesne! Nie sądzę jednak, aby to było złe. Czy może tak?
— Złe? Miły Boże, nie! Pani jest tak bezgranicznie dobra dla mnie... niemal nie mogę tego znieść.
Odwrócił się, a Connie spostrzegła, że za chwilę zacznie łkać.
— Ale nie potrzebujemy zdradzać tego Cliffordowi, prawda? — broniła się. — Toby go naprawdę tak zabolało, a jeżeli się nie dowie, jeżeli nie będzie nawet podejrzewał, nikogo to nie zaboli.
— Ode mnie — zawołał Michaelis niemal gniewnie — ode mnie nie dowie się niczego. Może długo czekać. Ja miałbym się sam zdradzić? Ha! Ha! — Roześmiał się cynicznie na taką myśl. Connie obserwowała go ze zdumieniem. Michaelis powiedział do niej: — Czy mogę ucałować pani ręce i odejść? Jeżeli pani pozwoli, pojadę do Sheffield i zjem tam obiad, a na herbatę będę z powrotem. Czy mogę coś dla pani załatwić? Czy mogę być pewien, że mnie pani nie nienawidzi... i nie będzie nienawidziła? — zakończył z rozpaczliwym tonem cynizmu.
— Nie, nie nienawidzę pana — rzekła Connie. — Uważam, że pan jest miły.
— Ach! — zawołał Michaelis zapalczywie. — Milsze mi to, niż gdyby pani powiedziała, że mnie pani kocha! To oznacza o tyle więcej... Więc do popołudnia. Do tego czasu muszę wiele przemyśleć.
Ucałował pokornie jej ręce i wyszedł.
— Zdaje się, że nie będę mógł znieść obecności tego młodzieńca — rzekł Clifford przy obiedzie.
— Dlaczego? — zapytała Connie.
— Taki z niego karierowicz pod tą przykrywką... czeka tylko, aby człowieka pchnąć z zasadzki.
— Mam wrażenie, że ludzie byli dla niego bardzo nieżyczliwi — rzekła Connie.
— Czy cię to dziwi? I czy sądzisz, że on spędza swoje najlepsze godziny na spełnianiu dobrych uczynków?
— Sądzę, że posiada pewnego rodzaju wspaniałomyślność.
— Wobec kogo?
— Nie wiem tego dobrze.
— Naturalnie, że nie. Obawiam się, że uważasz brak sumienia za wspaniałomyślność.
Connie zamilkła. Czy tak było w istocie? Możliwe. Ale brak sumienia u Michaelisa miał w sobie dla niej coś przykuwającego. Gdzie Clifford mógł się odważyć zaledwie na kilka lękliwych kroków, on przechodził całą drogę. Na swój sposób zwyciężył świat. I był tym, czym Clifford chciał być. Środki i drogi?... Czy środki i drogi Michaelisa były gorsze niż Clifforda? Czy sposób, w jaki ten biedny outsider we własnej osobie posuwał się i przepychał naprzód, zawsze przez tylne drzwi, był gorszy niż sposób Clifforda osiągnięcia sławy przez reklamę? Za psią boginią Powodzenia biegły tysiące sapiących psów z wywieszonymi ozorami. Ten jedyny, który jej pierwszy dopadł, był prawdziwym psem pośród psów, jeżeli sądzić po rezultatach! Michaelis mógł więc nieść głowę wysoko.
Dziwne było tylko, że tego nie robił. Na herbatę powrócił z wielkim bukietem fiołków i lilii i z tą samą miną wychłostanego psa. Connie zadawała sobie niekiedy pytanie, czy to jest pewnego rodzaju maska, aby rozbroić opór, gdyż wyraz ten był u niego omalże nazbyt trwały. Czy rzeczywiście był takim nędznym psem?
To zachowanie nędznego psa nie uległo u niego zmianie przez cały wieczór, ale Clifford wyczuwał poza tym potajemne wyzwanie. Connie nie czuła tego, może dlatego, że nie było ono skierowane przeciwko kobietom, lecz jedynie przeciwko mężczyznom oraz ich uroszczeniom i pysze. Ten nieustanny bezwstyd wewnętrzny w chudym młodzieńcu był powodem, dla którego mężczyźni okazywali wobec Michaelisa taką zawziętość. Sama jego obecność była prowokacją dla mężczyzny z towarzystwa, chociażby się starał ukryć ją pod pozorami dobrych manier.
Connie była w nim zakochana, przezwyciężyła się jednak o tyle, że siedziała nad swoją robótką i pozwalała mężczyznom mówić, nie zdradzając swoich uczuć. Michaelis zachowywał się doskonale; był tym samym melancholijnym, uważnym, trzymającym się na uboczu młodzieńcem, co poprzedniego wieczora, oddalonym o miliony stopni od swoich gospodarzy, ale dostosowującym się do nich lakonicznie w koniecznej mierze i nigdy, ani na chwilę niewpadającym w podniecenie. Connie miała wrażenie, że zapomniał o poranku. Nie zapomniał. Ale wiedział, gdzie był... na tym samym zewnętrznym miejscu, gdzie byli wszyscy outsiderzy z urodzenia. Miłości nie traktował zupełnie osobiście. Wiedział, że nie przemieni go ona z bezpańskiego psa, któremu każdy zazdrościł złotej obroży, w sympatycznego pieska salonowego.
Faktem decydującym było, że w głębi duszy Michaelis był istotnie outsiderem i człowiekiem antyspołecznym, a z faktem tym godził się obojętnie, chociaż zewnętrznie tak bardzo przypominał Bond Street. Stan wyzwolenia był dla niego koniecznością; podobnie jak pozorne dostosowanie się i kontakt z wytwornymi ludźmi były dla niego koniecznością.
Ale przelotna miłość jako pociecha i ulga także była nie do pogardzenia, a Michaelis nie był niewdzięczny. Przeciwnie, był żarliwie, przejmująco wdzięczny za odrobinę naturalnej, niewymuszonej dobroci — wdzięczny niemal do łez. Poza jego bladą, nieruchomą, pozbawioną złudzeń twarzą drżał szloch wdzięczności wobec kobiety, płonąc pożądaniem ponownego spotkania z nią; chociaż w głębi swej duszy napiętnowanego wiedział dobrze, że w istocie zejdzie jej z drogi.
Gdy zapalali na korytarzu świece w swoich lichtarzach, znalazł sposobność, aby ją zapytać:
— Czy mogę przyjść?
— Przyjdę do ciebie — odpowiedziała Connie.
— O, dobrze!
Czekał na nią długo... ale przyszła.
Michaelis był drżącym, podnieconym kochankiem, którego kryzys22 następował szybko i szybko się kończył. Coś dziwnie dziecięcego i bezbronnego było w jego nagim ciele: tak właśnie nagimi są dzieci. Wszystkie jego środki obrony polegały na rozumie i przebiegłości, na popędzie do przebiegłości, a gdy ten popęd zawodził, był podwójnie nagi, niby dziecko o niedojrzałym, delikatnym ciele, niby dziecko drepczące bezradnie.
Budził w kobiecie nieposkromione współczucie i tęsknotę i szalejące, łaknące pożądanie fizyczne. Nie zaspokajał w niej jednak tego fizycznego pożądania; tak szybko dochodził do celu, a potem padał na jej pierś i odzyskiwał odrobinę swego bezwstydu, podczas gdy ona leżała zupełnie oszołomiona, rozczarowana, bezradna.
Tym razem pozostał we Wragby tylko trzy dni i zachowywał się wobec Clifforda zupełnie tak samo, jak pierwszego wieczora; wobec Connie także. Człowiek zewnętrzny nie załamał się.
Pisywał do Connie tym samym skargliwym, melancholijnym tonem, co zwykle, niekiedy dowcipnie i z nalotem dziwnie bezpłciowej życzliwości. Zdawało się, że żywi dla niej rodzaj beznadziejnej skłonności, zaś istotne oddalenie nie ulegało zmianie. Był beznadziejny do szpiku kości i chciał być beznadziejny. Nienawidził nadziei. „Une immense espérance a traversé la terre”,23 przeczytał gdzieś, a komentarz jego do tego zdania brzmiał: „i, do licha — utopiła wszystko, co miało jakąś wartość”.
Connie nigdy nie mogła zrozumieć go naprawdę, ale kochała go na swój sposób i przez cały ten czas czuła w sobie odblask jego beznadziejności. Ale w beznadziejności nie mogła kochać zupełnie, zupełnie. Zaś on, który był beznadziejny, nigdy w ogóle nie mógł kochać zupełnie.
Taki był ich stosunek przez pewien czas, wymieniali listy i spotykali się niekiedy w Londynie. Connie ciągle jeszcze pragnęła owej fizycznej, seksualnej emocji, jakiej doznawała z nim przez swoją własną aktywność, gdy tylko jego mały orgazm przemijał. A on ciągle jeszcze pragnął jej tę emocję dawać. Wystarczało to, aby utrzymać ich stosunek.
I wystarczało także, aby nadać jej ledwo dostrzegalnego nalotu pewności siebie, czegoś ślepego i nieco aroganckiego. Było to mechaniczne niemal zaufanie do własnych sił, idące ręka w rękę z wielką, radosną ufnością.
Bardzo ufna była we Wragby i korzystała z całej swojej zbudzonej żądzy życia i zaspokojenia, aby pobudzić Clifforda, tak że w tym czasie napisał najlepsze swoje dzieła i w dziwny, ślepy sposób czuł się niemal szczęśliwy. On to zbierał w istocie owoce jej zmysłowego zaspokojenia, zaspokojenia, jakie osiągała dzięki męskiej, sztywnej pasywności Michaelisa. Ale tego oczywiście nie wiedział, a gdyby wiedział, nie podziękowałby za to!
Ale gdy przeminęły dni jej wielkiej, radosnej ufności i podniecenia, gdy przeminęły zupełnie, a Connie była przygnębiona i podrażniona, jakże bardzo tęsknił znowu Clifford za nimi! Może, gdyby o tym wiedział, pragnąłby, aby Connie i Michaelis zeszli się znowu.
Rozdział czwarty
Connie miała stale uczucie, że jej afera z Mickiem, jak go nazywano, jest beznadziejna. A jednak inni mężczyźni nic dla niej nie znaczyli. Była oddana Cliffordowi. Potrzebował sporej części jej życia, a Connie dawała mu ją. Ale ona potrzebowała sporej części życia mężczyzny, a tego jej Clifford nie dawał, nie mógł dawać. Od czasu do czasu nadchodziły okresy Michaelisowskie. Ale Connie przeczuwała, że skończą się one rychło. Mick nie potrafił po prostu w niczym wytrwać przez czas dłuższy. Było to cechą jego prawdziwego charakteru, że musiał zrywać wszelki stosunek i stawać się znowu odosobnionym, osamotnionym, zbłąkanym psem. Była to w nim wyższa konieczność, aczkolwiek twierdził zawsze: ona dała mi kosza!
Powiada się, że świat pełen jest możliwości, ale w osobistych przeżyciach większości ludzi możliwości te ograniczają się do dość małej liczby. Mnóstwo dobrych ryb jest w morzu... zapewne... ale największe masy to makrele i śledzie, a jeżeli sam nie jesteś makrelą lub śledziem, niewiele znajdziesz dobrych ryb w morzu.
Clifford począł zdobywać sławę, a nawet pieniądze. Ludzie odwiedzali go. Connie miała stale gości we Wragby. Ale jeżeli to nie były makrele, były to śledzie, a z rzadka tylko okoń morski lub węgorz.
Było kilku mężczyzn powracających regularnie, stałych bywalców; mężczyzn, którzy studiowali z Cliffordem w Cambridge. Należał do nich Tommy Dukes, który pozostał w wojsku i awansował na generała brygady.
— Służba wojskowa pozostawia mi czas do myślenia i chroni mnie przed koniecznością brania udziału w walce życiowej — mawiał.
Dalej był Charles May, Irlandczyk, który pisywał naukowe rozprawy o gwiazdach. Był Hammond, również pisarz. Wszyscy byli mniej więcej rówieśnikami Clifforda; byli to młodzi intelektualiści nowocześni. Wszyscy wierzyli w życie duchowe. Co czyniłeś poza tym, było twoją sprawą osobistą i nie posiadało znaczenia. Nikomu nie przychodzi na myśl informować się, kiedy kto inny chadza do toalety. Nie zaciekawia to nikogo prócz zainteresowanego.
Tak samo jest z większością spraw zwykłego życia... w jaki sposób zarabiasz pieniądze, czy kochasz żonę, czy też miewasz „stosunki”. Wszystkie te sprawy obchodzą tylko osobę, której dotyczą, i podobnie jak odwiedzanie toalety nie interesują nikogo poza tym.
— Cała pointa problemu seksualnego — rzekł Hammond, wysoki, chudy mężczyzna, który miał żonę i dwoje dzieci, ale pozostawał w znacznie bliższym stosunku ze swoją maszyną do pisania — polega na tym, że nie ma on w ogóle pointy. Ściśle biorąc, nie jest to w ogóle problem. Nie zdradzamy ochoty towarzyszenia człowiekowi do WC, dlaczegóż więc mamy mu towarzyszyć, gdy idzie z kobietą do łóżka? I na tym właśnie polega problem. Gdybyśmy nie poświęcali jednemu więcej uwagi niż drugiemu, nie byłoby w ogóle problemu. Wszystko to nie posiada ani sensu, ani pointy; jest to kwestia źle zastosowanej ciekawości.
— Oczywiście, Hammond, oczywiście! Ale jeżeli ktoś zbyt gorliwie emabluje Julię, wpadasz we wściekłość; a jeżeli to trwa dłużej, gotów jesteś wybuchnąć.
Julia była to żona Hammonda.
— Tak, bezwarunkowo! Tak samo wściekły byłbym, gdyby ktoś zaczął w kącie mego salonu oddawać urynę. Wszystko na swoim miejscu.
— To znaczy, że nie miałbyś nic przeciwko temu, gdybym kochał Julię w dyskretnej alkowie?
Charlie May mówił nieco sarkastycznie, gdyż flirtował troszeczkę z Julią, a Hammond patrzał na to bardzo krzywo.
— Oczywista, że miałbym wiele przeciwko temu. Rzeczy płciowe są prywatną sprawą pomiędzy mną a Julią. I miałbym oczywiście wiele przeciwko temu, gdyby się ktoś chciał do tej sprawy mieszać.
— Faktem jest — wtrącił chudy, piegowaty Tommy Dukes, który wyglądał daleko bardziej po irlandzku niż dość tęgi May — faktem jest, Hammond, że masz silny instynkt posiadania oraz silny popęd samozachowawczy, i że chcesz mieć powodzenie. Odkąd pozostałem na stałe w wojsku, odsunąłem się od zamętu świata, i teraz widzę, jak nieproporcjonalnie wielki jest w człowieku popęd samozachowawczy i żądza powodzenia. Instynkty te rozwinięte są nadmiernie. Cała nasza indywidualność płynie tym korytem. I oczywiście mężczyźni tacy jak ty sądzą, że wspierani przez kobietę łatwiej dadzą sobie radę. Dlatego jesteś tak zazdrosny. Tym właśnie jest dla ciebie sprawa płciowa... małą witalną dynamomaszyną pomiędzy Julią a tobą, mającą ci przynieść powodzenie. Gdybyś przestał mieć powodzenie, zacząłbyś flirtować jak Charlie, który nie ma powodzenia. Ludzie żonaci i zamężni, jak ty i Julia, mają na sobie kartki, niby walizy podróżne. Julia nosi napis Mrs. Arnold B. Hammond... zupełnie jak waliza na kolei, należąca do kogoś. A ty nosisz napis Arnold B. Hammond, pod opieką Mrs. Arnold B. Hammond. O, masz zupełną słuszność, zupełną słuszność! Życie duchowe wymaga miłego domu i dobrej kuchni. Masz zupełną słuszność. Wymaga nawet potomstwa. Ale wszystko zależy od instynktu powodzenia. On jest osią, dokoła której wszystko się kręci.
Hammond był rozgniewany. Czuł się przecież dumny z nieskazitelności swego ducha i z tego, że nie był niewolnikiem epoki. Tym niemniej pragnął powodzenia.
— To zupełna prawda, niepodobna żyć bez pieniędzy — rzekł May. — Trzeba mieć pewną kwotę, żeby móc żyć i radzić sobie... nawet żeby mieć konieczną swobodę myślenia, trzeba posiadać pewną ilość pieniędzy, w przeciwnym razie żołądek przeszkadza w myśleniu. Sądzę jednak, że mógłbyś zrezygnować z tych seksualnych kartek z napisami. Mamy wolność mówienia z każdym człowiekiem; dlaczegóż więc nie mielibyśmy mieć wolności spania z każdą kobietą, z którą mamy ochotę spać?
— To mówi lubieżny Celt — rzekł Clifford.
— Lubieżny! Dobrze, dlaczego nie? Nie rozumiem, dlaczego wyrządzam kobiecie większą krzywdę, śpiąc z nią niżeli tańcząc z nią... albo rozmawiając z nią o pogodzie. Jest to po prostu wymiana wrażeń zmysłowych zamiast słów. Więc dlaczego nie?
— Aby się parzyć jak króliki — rzekł Hammond.
— Dlaczego nie? Co ci się nie podoba w królikach? Czy one są gorsze niż zrewolucjonizowana ludzkość, pełna nienawiści?
— Ale my nie jesteśmy królikami — odpowiedział Hammond.
— To racja! Posiadam duszę: mam dokonać pewnych wyliczeń w pewnych sprawach astronomicznych, które są mi ważniejsze, niż śmierć i życie. Niekiedy przeszkadza mi złe trawienie. Głód przeszkadzałby mi w tym katastrofalnie. W ten sam sposób przeszkadza mi wygłodzony popęd płciowy. Więc cóż?
— Sądzę, że płciowe zaburzenia w trawieniu wskutek przejedzenia szkodziłyby ci bardziej — rzekł Hammond ironicznie.
— Bynajmniej! Nie jem nad miarę i nie obłapiam nad miarę. Człowiek posiada swobodę jedzenia za dużo. Ale ty chcesz mnie koniecznie zagłodzić.
— Wcale nie! Możesz się ożenić.
— Skąd wiesz, że mogę? Może byłoby to niezdrowe dla moich procesów duchowych. Małżeństwo mogłoby ogłupić moje czynności umysłowe... i ogłupiłoby je na pewno. Po prostu to nie moja droga. Więc mam się kazać zamknąć w celi jak mnich? To wszystko brednie, mój kochany. Muszę żyć i dokonywać swoich obliczeń. Czasami potrzebuję kobiet. Ale nie chcę tej sprawy wyolbrzymiać. I odrzucam czyjkolwiek moralny wyrok potępiający i czyjkolwiek zakaz. Wstydziłbym się, gdyby kobieta chodziła z kartką noszącą moje nazwisko, adres i stację kolejową, niby waliza.
Obaj mężczyźni nie wybaczyli sobie wzajemnie flirtu z Julią.
— To ciekawa idea, Charlie — rzekł Dukes — że seksualizm jest tylko inną formą rozmawiania, przy której się słowa czyni, zamiast je mówić. Sądzę, że to prawda. Przypuszczam, iż moglibyśmy wymieniać z kobietami tyleż wrażeń zmysłowych i uczuć, co myśli o pogodzie i tak dalej. Seksualizm mógłby być rodzajem normalnej konwersacji fizycznej między mężczyzną a kobietą. Nie prowadzisz rozmów z kobietą, jeżeli nie macie wspólnych idei, to znaczy nie mówisz wtedy z zainteresowaniem. Podobnież nie spałbyś z kobietą, gdybyś nie posiadał z nią jakichś wspólnych uczuć lub sympatii. A gdybyś je posiadał...
— Jeżeli posiada się z kobietą właściwy rodzaj wspólnych uczuć lub sympatii, powinno się z nią spać — rzekł May. — Jedyna przyzwoita rzecz, jaką można uczynić, to iść z nią do łóżka. Podobnie jak kiedy się ma zainteresowanie do wspólnej rozmowy z kimś, jedyną przyzwoitą rzeczą jest doprowadzić rozmowę do końca. Nie chowa się wstydliwie języka za zębami i nie przygryza się go. Po prostu mówi się, co się ma do powiedzenia. Zupełnie tak samo jest z tamtą sprawą.
— Nie — odpowiedział Hammond — to nieprawda. Na przykład ty, May, trwonisz połowę swoich sił z kobietami. Nigdy nie dokonasz tego, czego mógłbyś dokonać przy tak subtelnym umyśle, jaki posiadasz. Za wiele tracisz z siebie w tamtych sprawach.
— Może... a ty za mało się tamtym sprawom oddajesz, mój Hammondzie, czy jesteś żonaty, czy nie. Możesz zachować czystość i nieskazitelność swego ducha, ale zasycha on diabelnie szybko. Twój czysty rozum staje się suchy jak smyczek skrzypiec. Po prostu zabijasz go mówieniem.
Tommy Dukes wybuchnął śmiechem.
— Dajcie pokój, wzniosłe duchy! — zawołał — Spójrzcie na mnie... Nie spełniam wielkiej i czystej pracy duchowej, notuję tylko parę nędznych myśli. A jednak ani się nie żenię, ani nie latam za kobietami. Uważam, że Charlie ma w zupełności rację; jeżeli chce latać za kobietami, wolno mu to robić. Nie zbyt często, ale samego latania nie zabroniłbym mu. Natomiast Hammond ma instynkt posiadacza, więc prosta droga i ciasna brama są dla niego najodpowiedniejsze. Przekonacie się, że zanim zginie, zostanie wielkim angielskim mistrzem pióra, A. B. C. od stóp do głowy. A teraz ja. Jestem niczym. Po prostu rakieta. A jakże jest z tobą, Cliffordzie? Czy uważasz, że seksualizm jest dynamomaszyną, dopomagającą mężczyźnie do osiągnięcia w życiu powodzenia?
Clifford rzadko odzywał się w takich okolicznościach. Nie zabierał głosu; myśli jego nie były na to dość żywe, był zbyt oszołomiony i pobudliwy. Teraz zarumienił się i zmieszał:
— Widzicie — rzekł — ponieważ ja sam jestem hors de combat24, uważam, że nie mogę w tej sprawie wiele powiedzieć.
— Bynajmniej — odpowiedział Dukes — górna część twego ciała wcale nie jest hors de combat. Życie duchowe jest u ciebie zdrowe i nieuszkodzone. Wyłóż nam więc swoje zapatrywanie.
— No — wyjąkał Clifford — zresztą... zdaje mi się, że nie posiadam w tej sprawie specjalnego poglądu... Sądzę, że dewiza „ożeń się, żeby to mieć poza sobą” wyraża mniej więcej to, co o tym myślę. Chociaż między mężczyzną a kobietą, którzy się wzajemnie lubią, może to być wielką sprawą.
— Jaką wielką sprawą? — zapytał Tommy.
— O... to udoskonala zażyłość — rzekł Clifford, zmieszany jak kobieta przy takiej rozmowie.
— Doskonale, Charlie i ja uważamy, że seksualizm jest pewnego rodzaju środkiem porozumiewania się, jak mowa. Jeżeli jakakolwiek kobieta rozpoczęła ze mną porozumienie płciowe, jest dla mnie rzeczą naturalną iść z nią do łóżka, aby tę całą rzecz zakończyć. Oczywiście wszystko o właściwym czasie. Niestety żadna kobieta nie robi ze mną szczególnego początku, sypiam więc sam i wcale na tym gorzej nie wychodzę... Tak się przynajmniej spodziewam, bo skądże bym to mógł wiedzieć? W każdym razie nie muszę dokonywać obliczeń gwiezdnych, w których by mi to mogło przeszkodzić, ani pisać nieśmiertelnych dzieł. Jestem po prostu człowiekiem, który się para rzemiosłem wojennym...
Zapadło milczenie. Czterej mężczyźni palili. A Connie siedziała i wykonała znowu ścieg w swojej robótce... Tak, siedziała przy tym! Musiała siedzieć niemo. Musiała być cicha jak myszka, aby nie przeszkadzać tak niezmiernie ważnym debatom tych wielce uduchowionych panów. Ale musiała siedzieć przy tym. Czwórka przyjaciół bez niej nie uporałaby się tak łatwo z tematem; myśli ich nie płynęłyby tak gładko. W nieobecności Connie, Clifford był daleko bardziej skryty i nerwowy, a rozmowa nie posuwała się naprzód. Tommy Dukes wyróżniał się najkorzystniej; obecność jej dodawała mu trochę natchnienia. Hammonda rzeczywiście nie lubiła; był on na sposób duchowy takim egoistą! Zaś Charles May, chociaż lubiła w nim niektóre cechy, wydawał się jej trochę niemiły i niesympatyczny, mimo swoich gwiazd.
Ileż wieczorów siedziała tak Connie, słuchając wynurzeń tych czterech mężczyzn! Tych czterech i jeszcze jednego lub dwóch. Że nigdy nie dochodzili do żadnego rezultatu, to jej zbytnio nie niepokoiło. Słuchała chętnie tego, co mieli do powiedzenia, zwłaszcza, jeżeli był i Tommy. Była to dla niej zabawa. Mężczyźni, zamiast całować kobietę i dotykać jej swoim ciałem, spowijali ją swoim duchem. To była doskonała zabawa! Ale jakież zimne duchy!
I trochę to było denerwujące. Miała więcej szacunku dla Michaelisa, którego imię oni wszyscy wymawiali z druzgoczącą pogardą, imię tego nędznego obojnaka i nieokrzesanego karierowicza w najgorszym gatunku. Czy był obojnakiem i karierowiczem czy nie, wyciągał jednak własne wnioski. Nie obnosił tylko milionów snów, nie paradował z życiem duchowym.
Connie lubiła życie duchowe i znajdowała w nim wielkie emocje, była jednakże zdania, że przywiązuje się do niego zbyt wielką wagę. Lubiła siedzieć przy tych rozmowach, spowita w dym papierosów tych koleżków, jak ich w duchu nazywała. Bawiło ją niezmiernie i czuła się dumna, że bez jej milczącej obecności nie potrafili wygłaszać swoich przemówień. Miała olbrzymi szacunek przed myślą... a ci mężczyźni czynili przynajmniej uczciwe próby myślenia. Jednakże, jeśli tak można powiedzieć, zając był, ale nie chciał biegać. Wszyscy oni mówili o czymś, ale co to było, tego Connie nie potrafiłaby żadną miarą wyjaśnić. Było to coś, czego nawet Mick nie umiałby wytłumaczyć.
Mick nie próbował jednak w ogóle czynić czegokolwiek innego, jak tylko przebijać się przez życie i wyrządzać innym ludziom tyle zła, ile oni usiłowali jemu wyrządzić. W istocie rzeczy był on człowiekiem antyspołecznym, i to właśnie brali mu za złe Clifford i jego koleżkowie. Clifford i jego koleżkowie nie byli antyspołeczni; starali się oni w mniejszym lub większym stopniu ratować ludzkość lub skromniej mówiąc — pouczać ją.
W niedzielę wieczór odbyła się wielka rozmowa skierowana na temat miłości.
— Błogosławione niechaj będą więzy, które łączą w jednakim serca nasze...25 czy coś podobnego — rzekł Tommy Dukes. — Ciekaw jestem, co to za więzy... Więzy, które nas teraz łączą, to wzajemne duchowe ocieranie się. Poza tym diabelnie mało jest między nami więzów. Lubimy się wzajemnie i mówimy jedni o drugich bardzo zjadliwe rzeczy, jak wszyscy inni przeklęci intelektualiści na świecie. Przeklęci „wszyscy”, jeżeli o to idzie, gdyż wszyscy ludzie tak postępują. Zmierzamy więc każdy w inną stronę, a nienawiść, jaką do siebie wzajemnie odczuwamy, pokrywamy fałszywymi, ocukrzonymi słowami. Dziwna to rzecz, że życie duchowe zdaje się kwitnąć najlepiej, kiedy korzenie jego tkwią w nienawiści, w niewysłowionej, bezdennej nienawiści. Zawsze tak było! Pomyślcie o Sokratesie i Platonie, i o potoku słów Platona na temat Sokratesa! Zwyczajna nienawiść we wszystkim, po prostu zwyczajna radość z rozrywania kogoś innego na kawały... Protagoras, czy kto to był! I Alcybiades, i te wszystkie inne drobne psiny-uczniowie, które brały udział w nagonce! Muszę przyznać, że zniewala to człowieka do oddania pierwszeństwa Buddzie, który spokojnie siedział pod drzewem „bo”, albo Jezusowi, który opowiadał swoim uczniom drobne przypowieści niedzielne, łagodnie i bez rakiet duchowych. Nie, w życiu duchowym jest coś zgniłego, w samym rdzeniu. Korzenie jego tkwią w nienawiści i zazdrości, w zazdrości i złośliwości. Po owocach jego poznacie drzewo.
— Nie sądzę, abyśmy byli tak zupełnie złośliwi — zaoponował Clifford.
— Drogi Cliffordzie, zastanów się tylko nad tym, jacy my wszyscy jesteśmy nawzajem wobec siebie obłudni. Ja jestem pod tym względem gorszy może od innych, wolę bowiem spontaniczną złośliwość od smacznie przyrządzonych cukierków; to jest naprawdę trucizna; kiedy zaczynam mówić o tym, jakim to pysznym chłopem jest Clifford i tak dalej, wówczas biedny Clifford zasługuje na współczucie. Na miłość boską, mówcie o mnie wszyscy rzeczy naprawdę złośliwe, a będę wiedział, że rzeczywiście coś dla was znaczę. Nie obdarzajcie mnie cukierkami, bo wtedy koniec ze mną.
— O, ale ja sądzę, że my się naprawdę nawzajem lubimy — rzekł Hammond.
— Powiadam ci przecież, że musimy się wzajemnie lubić... bo za plecami mówimy jeden o drugim takie złośliwe rzeczy! Ja jestem pod tym względem najgorszy.
— A ja sądzę, że pomieszałeś życie duchowe z działalnością krytyczną. Zgadzam się z tobą, że Sokrates w najwspanialszy sposób zapoczątkował działalność krytyczną, ale uczynił coś więcej jeszcze, niżeli tylko to — rzekł Charlie May tonem pouczającym.
Koleżkowie odznaczali się tak dziwną pompatycznością pod przybranym skromnym tonem. Wszystko to było tak bardzo ex cathedra, a chciało uchodzić za tak pokorne!
Tommy Dukes nie dał się podrażnić Sokratesem.
— Zupełnie słusznie. Krytyka i wiedza to nie to samo — rzekł Hammond.
— Naturalnie, że nie — zgodził się Berry, lękliwy młodzieniec, który przyjechał, aby się zobaczyć z Dukesem, i został na noc.
Wszyscy spojrzeli na niego, jakby osioł zaczął mówić.
— Nie mówiłem o wiedzy... mówiłem o życiu duchowym — zaśmiał się Dukes. — Prawdziwa wiedza pochodzi z całokształtu świadomości; zarówno z twego brzucha i twego prącia, jak z twego mózgu i duszy. Duch potrafi tylko analizować i racjonalizować. Oddajcie przewagę duchowi i rozumowi, a wszystko, co potrafią uczynić, to krytykować i płodzić obumarłość. Powiadam, wszystko, co potrafią uczynić. Jest to niezmiernie doniosłe. Boże wielki, światu trzeba dzisiaj, aby go krytykowano... aby go skrytykowano na śmierć. Dlatego żyjmy życiem duchowym i pysznijmy się swoją złośliwością, i zrywajmy łachmany z tego złudnego omamienia. Ale zrozumcie mnie, idzie o to: póki przeżywacie swoje życie, stanowicie poniekąd organiczną całość ze wszelkim życiem. Gdy jednak rozpoczynacie życie duchowe, zrywacie jabłka. Zerwaliście związek między jabłkiem a drzewem: związek organiczny. A gdy nie macie w życiu nic poza życiem duchowym, wówczas sami jesteście zerwanym jabłkiem... sami spadliście z drzewa. A wtedy logiczną koniecznością jest stać się złośliwym, zupełnie tak samo, jak dla zerwanego jabłka logiczną koniecznością jest zacząć gnić.
Clifford otworzył szeroko oczy: wszystko to było dla niego niezrozumiałe. Connie uśmiechnęła się potajemnie.
— W takim razie jesteśmy zerwanymi jabłkami — rzekł Hammond dość szorstko i niecierpliwie.
— Więc zróbmy z siebie moszcz26 — dodał Charlie.
— Ale co sądzicie o bolszewizmie? — wtrącił brunatny Berry, jakby wszystko zmierzało do tego pytania.
— Brawo! — ryknął Charlie — Co sądzicie o bolszewizmie?
— Naprzód! Zabierajmy się do bolszewizmu! — zawołał Dukes.
— Obawiam się, że bolszewizm to rozległe zagadnienie — rzekł Hammond, potrząsając poważnie głową.
— Moim zdaniem — oznajmił Charlie — bolszewizm jest superlatywną nienawiścią wobec tego, co oni nazywają bourgeois; zaś co jest tym bourgeois, to nie zostało zdefiniowane. Między innymi jest nim kapitalizm. Uczucia i wrażenia są również tak bardzo bourgeois, że trzeba by wynaleźć człowieka, który by ich nie posiadał. Dalej bourgeois jest człowiek posiadający indywidualność, a zwłaszcza osobowość: dlatego trzeba go zgnębić. Musisz się pogrążyć w największej rzeczy, w tworze sowiecko-socjalnym. Nawet organizm jest bourgeois: ideał musi więc być mechanizmem. Jedyną rzeczą, która stanowi jedność, złożoną z wielu rozmaitych, a przecież jednakowo ważnych części, jest maszyna. Każdy człowiek stanowi cząstkę maszyny, zaś siłą popędową tej maszyny jest nienawiść. Nienawiść wobec tego, co jest bourgeois. Oto, czym jest dla mnie bolszewizm.
— Bezwarunkowo! — rzekł Tommy. — Ale wydaje mi się to zarazem doskonałym opisem ideału przemysłowego. Jest to pod obsłonką ideał fabrykanta; tylko że on zaprzeczyłby, jakoby siłą popędową była nienawiść. A mimo to jest nią nienawiść: nienawiść do samego życia. Spójrzcie tylko na tę Anglię Środkową, czy nie jest to napisane w poprzek niej... Wszystko to jednak jest cząstką życia duchowego, jest logicznym rozwojem.
— Zaprzeczam, jakoby bolszewizm był czymś logicznym, odrzuca on przeważną część przesłanek — odpowiedział Hammond.
— Mój kochany, pozostawia przesłankę materii; tak samo postępuje czysty duch... wyłączając ją.
— W każdym razie bolszewizm dotarł na samo dno — rzekł Charlie.
— Samo dno! Dno nieposiadające dna! Bolszewicy będą niezadługo mieli najlepszą armię na świecie z najlepszym wyposażeniem technicznym.
— Ale to tak dłużej trwać nie może... mam na myśli nienawiść. Musi nastąpić reakcja... — rzekł Hammond.
— Czekaliśmy lata... poczekamy i dłużej. Nienawiść rośnie, jak wszystko inne. Jest ona nieuniknionym skutkiem, kiedy się życiu narzuca idee, kiedy się najniższym instynktom zadaje gwałt; naginamy swoje najgłębsze uczucia do pewnych idei. Popędzamy się sami jakąś formułą, niby maszynę. Myślenie logiczne udaje, jakoby panowało nad wszystkim, zaś wszystko zmienia się w nienawiść. Wszyscy jesteśmy bolszewikami, ale wszyscy jesteśmy obłudni. Rosjanie są bolszewikami bez obłudy.
— Istnieje jednak jeszcze wiele innych dróg — wtrącił Hammond — poza drogą sowiecką. Bolszewicy nie są zbyt mądrzy.
— Naprawdę nie. Niekiedy jednak mądrze jest być na wpół głupcem: kiedy się chce osiągnąć cel. Co do mnie osobiście, to uważam bolszewizm za na wpół zwariowany; ale uważam także nasze życie społeczne na Zachodzie za na wpół zwariowane. Tak, uważam nasze słynne życie duchowe za na wpół zwariowane. Wszyscy jesteśmy tak zimni jak kretyni, wszyscy jesteśmy tak beznamiętni jak idioci. Wszyscy bez wyjątku jesteśmy bolszewikami, tylko nadajemy temu inną nazwę. Sądzimy, że jesteśmy bogami... ludźmi jako bogowie! Jest to zupełnie to samo, co bolszewizm. Trzeba być ludzkim, trzeba mieć serce i penis, jeśli się chce nie być ani bogiem, ani bolszewikiem... gdyż bogowie i bolszewicy są jednakowi: za dobrzy na to, aby byli prawdziwi.
Wśród niechętnego milczenia rozległo się lękliwe pytanie Berry’ego:
— Więc wierzysz w miłość, Tommy, prawda?
— Słodki chłopak! — zawołał Tommy. — Nie, mój cherubie, dziewięć razy na dziesięć nie! Miłość jest dzisiaj tylko innym jeszcze spośród tych na wpół zwariowanych omamień. Chłopcy o kołyszących się biodrach, spółkujący z dziewczętami z jazzu o małych, chłopięcych kuperkach niby dwa guziki! Czy masz na myśli ten rodzaj miłości? Czy też miłość wspólnoty majątkowej albo miłość sympatycznego współżycia, albo miłość, w której mąż idzie w prawo, a żona w lewo? Nie, mój cudowny chłopcze, w to wszystko ja nie wierzę!
— Ale w coś przecież wierzysz?
— Ja? O, rozumowo wierzę, że trzeba mieć dobre serce, dzielny penis, żywy umysł i odwagę powiedzenia „usrać się!” w towarzystwie damy.
— No, to wszystko przecież posiadasz — rzekł Berry.
Tommy Dukes zawył ze śmiechu.
— Anielskie dziecię! Gdybymż to miał! Gdybymż to miał! Nie, moje serce jest tak bez uczucia, jak kartofel, mój penis jest obwisły i nigdy nie podnosi głowy, a raczej odważyłbym się obciąć go sobie niż powiedzieć „usrać się!” w obecności swojej matki lub ciotki... trzeba wam wiedzieć, że one są prawdziwymi damami; i nie jestem naprawdę inteligentny, jestem tylko „żyjącym w duchu”. Cudownie byłoby być inteligentnym. Wtedy byłoby się żywym we wszystkich wspomnianych i niewspomnianych członkach. Penis podniósłby głowę i mówiłby „jak się masz?” do każdej naprawdę inteligentnej osoby. Renoir powiadał, że malował swoje obrazy prąciem... i robił to naprawdę: wspaniałe obrazy! Chciałbym i ja móc coś swoim zrobić. Boże! Kiedy się nie umie nic, tylko mówić! Nowa męka Hadesu! A rozpoczął ją Sokrates.