Spłacony dług
Rozdział I. Verity przyjmuje propozycję
— Ależ ja pana nie kocham ani pan mnie — rzekła Verity cichym głosem, z wyrazem zarzutu w smętnych oczach — a takie małżeństwo byłaby to nie święta rzecz: straszna zbrodnia, której cały pański majątek nie zdołałby okupić.
Wstała.
— Proszę chwilę poczekać, bardzo o to proszę.
Usiadła z powrotem. W głosie Bella brzmiała prośba, niemal zamieranie.
Siedziała w milczeniu, podczas gdy on mówił. W połowie jego opowiadania wstała i zamknęła drzwi. Mówił już to pełen nadziei, już to z gorzkim wyrazem, aż światło na niebie zbladło i Verity mogła widzieć tylko ciemne kontury człowieka, który chodził tam i z powrotem po pokoju, mówiąc z rękami nerwowo gestykulującymi.
Było już całkiem ciemno, gdy ją żegnał. Wyszedł z nią bez kapelusza na głowie i wsadził ją do dorożki.
— Do jutra? — powiedział.
— Do jutra — powtórzyła. Podała mu rękę, którą podniósł do ust.
*
Gold przyszedł do klubu Terriersów, aby spożyć kolację.
Zastał list pisany na maszynie i poznał charakterystyczne pismo Comstocka Bella.
Otworzył list i zaczął uważnie czytać. Przeszedł do wielkiej sali i przeczytał go jeszcze raz. Schował list z całą starannością do wewnętrznej kieszeni marynarki, z wyrazem zupełnego osłupienia na twarzy.
Wszedł do sali stołowej i zjadł pospiesznie, co mu się zresztą często w tych dniach zdarzało. Bywał bowiem bardzo zajęty, do tego stopnia, że nawet nie miał czasu na rozmowę z Helderem, który przytrzymał go za butonierkę w korytarzu po kolacji.
— Słuchaj pan, panie Gold, chciałem właśnie z panem pomówić.
— A ja właśnie z panem nie chciałem mówić. O cóż chodzi?
— Sądzę, że pana zainteresuje to, co panu chciałem donieść.
Gold westchnął ciężko.
— Pan jesteś dzisiaj setnym z rzędu człowiekiem, I guess1, który chce mi coś donieść, co by mnie zainteresowało. Prędko, panie Helder, nie mam bowiem wiele czasu.
Helder skłonił ku niemu głowę i zniżając głos, rzekł:
— Willettsa mają dzisiaj aresztować.
Detektyw rzucił na niego bystre spojrzenie.
— Kto to panu powiedział... i co pan wiesz o Willettsie?
— Mniejsza o to, kto mi to powiedział, to w każdym razie zgodne z prawdą. Co do mnie, to wiem, że Willetts jest hersztem tej bandy puszczającej w obieg fałszowane bilety: hersztem bandy, która uprowadziła pańskiego przyjaciela Maple’a.
— Panu to wiadomo, a skąd?
W oczach Golda błyszczała ciekawość.
— To wszak całkiem jasne — ciągnął Helder dalej — Willetts jest skazany na fałszowanie pieniędzy. Ma biuro w mieście, które służy mu najwidoczniej jako płaszczyk, pod którego osłoną uprawia swój proceder. Oświadczam panu, że to jest zwyczajny oszust.
— Czy pan go zna? — zapytał Gold z zaciekawieniem.
— Widziałem go — odpowiedział — i przypominam go sobie z czasów, gdy był studentem w Paryżu i moim rówieśnikiem.
— Czy Comstock Bell był pańskim rówieśnikiem? — spytał Gold.
— Tak, a Bell i Willetts chodzili do tej samej szkoły. Willetts był spokojnym, słabowitym chłopcem w porze roboczej, ale za to w nocy był wcale żywy, a nawet gwałtowny. Zniknął z Paryża po wiadomym skandalu i odtąd nie słyszałem nic o nim. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że żyje w Londynie.
— I pan sądzi, że to on puszcza w obieg te banknoty?
— Jestem o tym przekonany — podchwycił Helder — jestem tego tak pewny, jak i tego, że Bell stał zawsze za nim.
— To jest absurd — powiedział Gold z naciskiem. — Bell jest człowiekiem niezmiernie bogatym. Być może, że dla jakiegoś szalonego kaprysu w młodości bawił się tym, lecz obecnie nie ma najmniejszego powodu do grania roli zbrodniarza. Skąd panu wiadomo, że Willettsa mają aresztować?
Helder potrząsnął głową, przy czym się uśmiechał.
— To pan musi sam wynaleźć — rzekł. — Wiadomo mi.
*
Późną porą tej samej nocy przez Finsbury Square2 szedł wolnym, kulejącym krokiem jakiś człowiek z lekka przygarbiony.
Mało ludzi było na skwerze i jedynym, który obserwował tego dziwnego przechodnia, był policjant będący na służbie. Czynił to jednak raczej z nudów aniżeli z chęci sumiennego dopełniania swego obowiązku — zwracania bacznej uwagi na wszelkiego rodzaju niezwykłe okoliczności i osoby.
Człowiek ten zwracał uwagę swą ułomnością. Nosił czarny płaszcz, kapelusz o szerokich brzegach i długie czarne włosy, zaczesane z tyłu tak, że zwisały mu na karku, przez co przypominał muzyka.
Doszedł do Broad Street3 — o tej porze nocnej na całej ulicy nie było nikogo poza parą spóźnionych pieszych, którzy zmierzali ku stacji kolejowej — i skierował się ku brzegowi.
Gdyby ktoś zadał sobie trud śledzenia go, musiałby niemal się zdziwić, czemu obrał tak okrężną drogę, o ile jedynym powodem nie była prosta chęć zabicia czasu. Gdy zegar kościelny wybił jedenastą, znajdował się na obszernym placu za Giełdą Królewską4. W trakcie drogi przyłączył się doń jakiś człowiek, który czekał już na niego od jakiegoś czasu, powoli przechadzając się po chodniku Threadneedle Street5.
— Ach, Clark — przywitał go — nie masz listu?
Mówił po francusku.
— Nie, panie Willetts — odparł. — Czy ma pan dla mnie jakieś zajęcie?
Jego francuszczyzna była szkolna; poprawna w budowie zdania, lecz wymowa wyraźnie angielska.
Człowiek nazwany Willettsem potrząsnął głową.
— Tej nocy... nie mam nic — rzekł.
— Był ktoś u pana — mówił Clark — i rozpytywał się o pańskie stosunki i zajęcia.
— Och! — niedbale odpowiedział — to się niejednokrotnie może przydarzyć. Powiesz im, że jestem za granicą. Nic poza tym?
— Nie, m’sieur6.
— W takim razie dobranoc.
Człowiek w czarnym płaszczu oddalił się i pokulał dalej w kierunku Cheapside7.
Dwaj ludzie szli za nim. Nie mieli trudności w obserwowaniu go, albowiem ulice były zupełnie puste, a on szedł nader wolno.
Nie uszedł daleko ulicą Cheapside, gdy przejechała taksówka, której natychmiast dał znak ręką.
Jeden z obserwatorów wysunął się szybko naprzód i zrównał się z nim niemal w tej samej chwili, gdy podawał szoferowi kierunek jazdy.
Obrócił się ku swemu towarzyszowi z tyłu i rzekł szybko zniżonym głosem:
— Jedzie do ambasady amerykańskiej.
Przywołali drugą taksówkę.
— Jedź pan za tym wozem przed nami — polecił ten z nich, który wydawał się nieco tęższy — nie trać go pan z oczu.
Szofer dotknął ręką czapki i jechał za pierwszym w odległości jakichś sześciu jardów8.
Siedzący w drugim wozie zauważyli, że pierwszy obrał kierunek, który mógł ich zawieźć ku Park Lane9. Byli przygotowani na zmianę kierunku po stronie jadącego przodem, lecz ten nie dawał żadnego znaku. Na Piccadilly10 człowiek w drugim wozie wysunął głowę.
— Stanie pan z tej strony, z pięćdziesiąt jardów od amerykańskiej ambasady, inaczej nam ucieknie — szepnął szoferowi.
Gdy zbliżono się do ambasady, pierwszy wóz obrócił się na miejscu i zwolnił bieg, jak gdyby w celu zatrzymania się.
Był to zręczny wybieg. Drugi wóz stanął zgodnie z poleceniem i jeden z siedzących wyskoczył z niego, by się rychło spostrzec, że światła ściganego wozu momentalnie znikały ze wzrastającą szybkością. Jechano przez różne arystokratyczne uliczki, których w tej dzielnicy jest całe mnóstwo, i ścigający z zapartym oddechem usiłowali nie tracić ściganego z oczu.
Stracili go wreszcie w wirze ruchu kołowego na Oxford Street i z ust silnie zbudowanego gentlemana w drugim wozie dobyło się siarczyste przekleństwo.
Wysiadł z wozu, płacąc szoferowi, i obaj, unikając lepiej oświetlonych ulic, skierowali się pieszo w swoją stronę.
— Dał nam szkołę jak się patrzy — rzekł ten z nich, który wydawał polecenia kierowcy taksówki.
Drugi mruknął coś niezrozumiałego. Był to małomówny, niegolony drab z blizną na podbródku.
— Wróćcie lepiej z powrotem — rzekł pierwszy i sięgnąwszy ręką do kieszeni, dał mu trochę pieniędzy. — Ja idę do starego.
Korneliusz Helder szedł bezczynnie po Upper Brook Street, gdy w pół godziny po opisanym wyżej zdarzeniu ów silnie zbudowany mężczyzna przypadł do niego.
— Zgubiłem go — zagaił.
— Jesteś pan cymbałem — odparł Helder z dzikim wyrazem w głosie — prawdopodobnie pokazałeś pan też swoją wstrętną gębę wszystkim agentom policyjnym w Londynie.
— Daj pan spokój — przerwał tamten. — Zrobiłem dla pana dość w ostatnim czasie... za dużo nawet, mogę powiedzieć. W tym tygodniu dość strachu się nabawiłem, widząc rysopis w dziennikach.
— Nie ma się o co strachać — rzekł Helder. — Nie zdarzyło się to panu po raz pierwszy i mogli już pana rozpoznać.
— Ale ja nie chcę w ogóle być rozpoznany — odpowiedział tamten. — Na wspomnienie o tym drżę cały.
— Wstydź się pan — zauważył Helder. — Pańskim zadaniem jest tylko skłonić tego starucha do tego, żeby nam raczył sprzedać swój materiał za jakąś cenę.
— Jestem nerwowy — przyznał drugi. — Słuchaj pan! — schwycił Heldera za ramię — pan jesteś tu główną osobą, prawda? A gdyby nas tak przyłapali, mógłby nas pan wydostać?
— I guess nie — chłodno odparł Helder.
— W takim razie, na Boga, wsypię pana! — dziko zawył drugi.
— I guess nie — powtórzył Helder — ja o niczym nie wiem. Pan jesteś zwariowany, że się obawiasz, ale pan jesteś nim stokroć bardziej, skoro próbujesz mi grozić. Robię sobie z pana tyle — prztyknął palcami przy tych słowach. — Nie ma najmniejszych poszlak, które by mogły przemawiać przeciw mnie w sprawie zniknięcia tego starucha Maple’a. Nie będzie pan mógł pisnąć ani słowa.
W świetle latarni ulicznej ujrzał twarz tamtego. Kąpała się w pocie, przy czym usta drgały kurczowo.
— Ja nie miałem z tym nic do czynienia — nagle odezwał się. — Karol był posłuszny pańskiemu rozkazowi, on to zrobił. Zrobił to tak samo jak ja co do tego starego Golda. Pana przy tym również nie było, I guess nie!
Na szczęście szli całkiem bezludną ulicą. Głos mówiącego był uniesiony gniewem.
— Mam tego już dość — zakończył — dość mam tej gry. Świadkiem mi Bóg na niebie, że robię z tym koniec.
— To się nie sprawdzi — spokojnie wtrącił Helder.
— Tak, koniec — rzekł tamten podniecony — nie mam już z panem nic wspólnego.
Helder zaczął się śmiać, nie było potrzeby zmiany taktyki.
— Stajecie się religijny, wy! — rzekł. — Nie lubię słuchać tego rodzaju mowy z ust chicagowskiego człowieka jak pan, który szczyci się zawsze przydomkiem człowieka „silnych ramion”. Nie macie się czego obawiać, Billy — poklepał go po ramieniu — natomiast mamy widoki wielkiego powodzenia. Od dziś za dwa lata będziecie sobie mogli fundować najelegantsze lokale w Nowym Jorku i luksusowy automobil na przejażdżki niedzielne do Coney Island11.
Tamten nie dawał się tak łatwo udobruchać. Znalazł się w dziwnie obcym kraju o dziwacznych ustawach i borykał się z niesamowitymi jego siłami.
Helder musiał go dopiero uprowadzić do zacisznego kąta jakiegoś baru, gdzie tamten wreszcie odzyskał równowagę umysłu. Stał się nawet wesoły i rozmowny.
Rozdział II. Niezwykłe zaślubiny
Są dni w życiu przeciętnego mężczyzny i przeciętnej kobiety tak jednostajne i tak niedające się odróżnić od innych, że człowiek nie może ich sobie przypomnieć lub wymienić choćby chwilowego zdarzenia z owych dni. Podobnie znów są dni, gdy każda chwila da się dokładnie oznaczyć jako chwila czy to tragedii, czy też wybitnych epizodów życiowych, wyróżniających się spośród całej reszty innych. Taki dzień dla wszystkich osób działających w naszym opowiadaniu stanowił czternasty maja. Przebieg jego możemy podać w niemal chronologicznej kolejności.
O godzinie siódmej rano Korneliusz Helder wyszedł ze swego mieszkania przy Curzon Street.
Był piękny wiosenny dzień, bez chmurki na niebie. Helder wyglądał na człowieka, który spędził noc bezsenną; twarz jego miała ów bezbarwny wyraz, jak u kogoś, kto spędza noce w niewietrzonych palarniach. A jednak Heldera nie można posądzić o tego rodzaju eskapadę. Był starannie ogolony i ubrany.
Szedł wolnym krokiem w stronę Śródmieścia. Ulicę ożywiali o tej wczesnej godzinie jedynie przekupnie, mleczarze i zamiatacze ulic. Nieliczne sklepy, i to same mniejsze, miały podniesione okiennice. Na Regent Street12 widział tylko spieszące kobiety i dziewczęta sklepowe z paczkami pod pachą, idące pieszo do swych zajęć.
Zastanawiał się z niejaką goryczą, jak Comstock Bell spędził ostatnią noc. A dziewczyna — gdzie mogła się znajdować? Kupiła bilet trzeciej klasy, zapewne jakiegoś robotniczego pociągu, by wziąć ślub z jednym z największych bogaczy Londynu.
Przebłyski trywialnych refleksji przeszły mu przez myśl. Kupił ranną gazetę, jedną z tych, które zazwyczaj podają najświeższe wiadomości. Przerzucił wzrokiem wszystkie szpalty dziennika, aby stwierdzić, czy jest coś o aresztowaniu Willettsa. Nie było o tym żadnej wzmianki.
Więc Comstock Bell zamierzał wyczekać chwili ślubu i wyjazdu z kraju, zanim miał wykonać swój zdradziecki plan. Co za władzę miała nad nim ta dziewczyna? Na czym polega tajemnica tego nagłego ślubu? Nie widział jej od czasu, gdy ostatnio była u niego w biurze, a Comstock Bell nie należał do ludzi, którzy tracą głowę na widok przystojnej niewiasty.
Coś poważniejszego musiało tkwić w tym małżeństwie. Co to było takiego? Nie zdawał sobie sam sprawy ze swej ponurej miny, z jaką szedł szybkim krokiem po słonecznym trotuarze Regent Street.
O godzinie ósmej znalazł się w Green Park13, wciąż jeszcze zaprzątając swój umysł niezrozumiałą sprawą ślubu Bella. Musi znaleźć wyjaśnienie. Helder miał zazwyczaj rychłe informacje; nie było dlań trudności w dowiedzeniu się, że ślub milionera miał się odbyć w Marylebone Parish Church14, a wyznaczony był na godzinę dziewiątą. Gold, Comstock Bell i dziewczyna mieli się spotkać w Great Central na śniadaniu. Odjeżdżali z Londynu do Europy pociągiem odchodzącym o godzinie jedenastej.
Nie odczuwał nic względem Verity Maple. Nie był ani zazdrosny, ani zmartwiony z tego powodu, że ta, która go nie znosiła, czuła do Bella dość sympatii, by wyjść niemal na zawołanie za niego za mąż. Miał swoją teorię, że w dziewięciu wypadkach na dziesięć najgorsze przypuszczenia odnośnie działań ludzkich się sprawdzają i tłumaczył sobie jej predylekcję prostym procesem porównywania jego własnego konta bankowego z kontem Bella, przy czym nie żywił względem niej nigdy zamiarów matrymonialnych i w ogóle zresztą nie myślał o małżeństwie.
Sądził, że spotka Golda, gdyż Green Park był ranną porą wiosenną ulubionym miejscem przechadzki detektywa. Gold był w wieku, w którym niełatwo zmienia się przyzwyczajenia. Helder spodziewał się, że spotka go spacerującego nad stawem, i nie zawiódł się w swym oczekiwaniu. Gdy Big Ben wydzwonił kwadrans na dziewiątą, Helder ujrzał Amerykanina, nadchodzącego z przeciwnej strony.
Golda nigdy nic nie zadziwiało; nie zdziwił się też bynajmniej, widząc Heldera. Przystanęli, by wszcząć rozmowę. Gold trzymał garść okruchów, które rzucał bezstronnie ptactwu wodnemu i wróblom.
— Pan będzie zapewne drużbował? — rzekł Helder po jakimś czasie, zwracając się ku niemu z uśmiechem.
— Coś w tym rodzaju — odpowiedział Gold, nie odwracając wzroku i uwagi od wróbli.
— Co to ma oznaczać?
— Co? Ten ślub?
— To coś niespodziewanego, nieprawda?
— Wszystkie śluby są niespodziewane dla tego i owego — odparł Gold.
— Czy pan uważa, że będzie z nich dobrana para?
— Boże broń — rzekł Gold prędko i z namaszczeniem — jedyną parą, o której słyszałem, a której towarzyszył zgodny chór wszystkich ich przyjaciół i znajomych, będących zdania, że są stworzeni dla siebie, byli Adam i Ewa, lecz to było, zanim ja się urodziłem. Powinowatych dostają pary małżeńskie dopiero w pewien czas po zaślubieniu... kogoś do rodziny nienależącego.
Helder zaśmiał się. Jego nie było trudno rozśmieszyć.
— Pan to tak powiedział, jak prawdziwy uczony — rzekł — czy pan stwierdził prawdziwość tego, com panu mówił o Willettsie?
Gold skinął głową.
— Tak, ma być aresztowany tej nocy.
— Gdy Comstock będzie całkiem bezpieczny, co? — Helder wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Wie pan, nie szczycę się, że jestem jego ziomkiem.
Gold spojrzał nań z ukosa.
— Nie słyszałem też, by on to czynił ze swojej strony — rzekł — w pewnych sprawach jest zamknięty w sobie.
Wyjął zegarek.
— Muszę już iść — powiedział — pan niedobrze wygląda.
— Oh, czuję się doskonale — odpowiedział Helder — cierpię tylko nieco na bezsenność.
— Winien by pan zająć się czytaniem literatury uszlachetniającej — zauważył Gold. — Radziłbym panu przeczytać bardzo ciekawe dziełko, na które zwróciłem onegdaj uwagę.
— Jaki jest tytuł?
— Kodeks policji stołecznej — powiedział Gold — jest to repertorium15 dla młodych konstablów i cieszy się niezwykłą poczytnością w sferach kryminalistycznych.
Śmiał się ze swego konceptu. Co do Heldera, nie wiedział, czy ma się śmiać, czy być przestraszonym, względnie oburzyć się.
*
Pierwszymi, którzy znaleźli się w hotelu, byli Comstock Bell i dziewczyna. Nadeszli niemal równocześnie. Przywitał ją z uśmiechem. Wyglądała poważnie i — tak mu się przynajmniej wydało — niezwykle pięknie. Wydaje się dziwne, że aż do tej właśnie chwili spotkania w wielkim palm court16 hotelowym nigdy przedtem nie myślał o jej piękności. Miał jakieś niejasne pojęcie o tym, że było w niej coś takiego, co mile bawi oko, że jej obecność stanowi pewną przyjemność i pociąga ku sobie, lecz nie zdawał sobie dotąd sprawy z tego czegoś, co ku niej pociąga i co stanowi tę przyjemność.
Comstock Bell nie żywił w sercu miłości względem żadnej kobiety, a jednak miał się oto ożenić z tą dziewczyną. Można to porównać z małżeństwem z rozsądku, o ile w ogóle istniało podobne kiedyś na świecie. A jednak było mu jakoś miło z tym, dawało mu to poczucie zadowolenia, że kobieta, która miała nosić jego nazwisko i dzielić z nim stół, a od której tak wiele zależało, była tak szczodrze obdarzona przez naturę. Nosiła zwyczajny biały kostium wełniany z lekkim odcieniem koloru lila w staniczku oraz szeroki cienisty czarno-biały kapelusik.
— Mamy jeszcze około pięciu minut do przyjścia tamtych — rzekł, prosząc ją, by usiadła. — Czy pani nie żałuje tego kroku, który pani czyni?
— Nie ma mowy o żałowaniu — odpowiedziała ze stanowczością — postanowienie, które powzięłam zeszłej nocy, jest stanowcze i nieodwołalne.
— Ja... — zaczął.
— Wiem — odparła — że pan ma mi coś do powiedzenia i że to coś będzie dla mnie straszne. Wiem, że mogę panu pomóc i że pan żeni się ze mną dlatego, że ja mogę panu pomóc, i że ja pana nie kocham ani pan mnie nie kocha. Wchodzimy w tę rzecz z otwartymi oczyma: oby się Bogu podobało, aby wyszło na dobre.
— Mogę tylko dodać do tego: amen — rzekł uroczyście. — Oto jest Gold.
Detektyw przedstawiał dziwny widok, nosił bowiem niezwykły u niego cylinder, i to o tak wczesnej godzinie porannej. Przeszli do sali stołowej. Śniadanie odbyło się najzwyczajniej w świecie: nie warto nad nim się rozwodzić. Dziewczyna nie miała wielkiego apetytu, a Comstock Bell jadł również z umiarkowaniem. Jedyny Gold, który nie miał poczucia odpowiedzialności, przy tym nie miał się żenić, jadł z całego serca. Miał bowiem doskonały żołądek i żelazne zdrowie, jak przystoi detektywowi. Wstał zresztą tego dnia już o czwartej godzinie nad ranem, o czym ani jedno z obojga współbiesiadników nie miało pojęcia.
— Dokąd zamierzasz jechać? — spytał.
— Stąd wyjeżdżam do Paryża — rzekł Comstock Bell z rozwagą — następnie udaję się do Monachium, dalej do Wiednia, może i do Budapesztu; dalsze moje kroki nie są jeszcze pewne.
— Szkoda, że palec jeszcze się nie poprawił — rzekł Gold, pokazując na zabandażowaną rękę.
Comstock Bell uśmiechnął się.
— Prawie że nie odczuwam tego — odpowiedział — i wprawiłem się już do tego stopnia w pisaniu na maszynie, że prawdopodobnie nigdy już więcej nie wrócę do starego systemu ręcznego pisania listów.
— Czy zabierasz ze sobą maszynę do pisania? — spytał Gold.
— Owszem, kazałem sobie sporządzić specjalną maszynę podróżną — wyjaśnił — chociaż nigdy nie przypuszczałem, że będę musiał sam na niej pisać.
— Pani przypuszczalnie będzie panu mogła pomagać w pisaniu — rzekł Gold, uśmiechając się do dziewczyny.
— Na nieszczęście, albo raczej na szczęście dla niej — rzekł Comstock Bell — nie zna się na tym typie. Nie jest to typ uniwersalny.
Zrobiła się przerwa w rozmowie. Bell dał znak kelnerowi.
— Proszę mi przynieść blankiet telegraficzny — polecił.
W parę minut kelner wrócił z blankietem telegraficznym i podkładką do pisania.
— Czy mam napisać? — ofiarował się Gold.
— Nie, dam sobie sam radę — rzekł Bell z lekkim zarumienieniem.
Zabrał się pracowicie do wypisywania. Adres brzmiał: „Lauder, Landview Cottage, Gravesend17”, a za całą treść służyło jedyne słowo — „wdrożyć”.
Gold był z lekka ciekawy, jakiego rodzaju telegram może wysyłać człowiek w dniu swojego ślubu, lecz nie widział go, gdyż zaraz po napisaniu Bell złożył papier we dwoje i wręczył go wraz z pieniądzmi kelnerowi.
— Proszę to wysłać bezzwłocznie — polecił kelnerowi — i przynieść mi rachunek.
W parę minut później byli na ulicy. Bell nie wziął taksówki. Nie było daleko do kościoła i wolał tych parę kroków odbyć pieszo.
Nie licząc zakrystiana i jeszcze jednego sługi kościelnego, było pusto i odgłos kroków rozlegał się po całym kościele, gdy szli krużgankiem chórowym. Stojąc przed ołtarzem w oczekiwaniu księdza, słyszeli gwar miasta budzącego się do codziennej pracy. O ile Comstock Bell myślał kiedykolwiek o dniu swojego ślubu, na pewno nie wyobrażał sobie nigdy czegoś podobnego. Co do dziewczyny, w obliczu najważniejszego wydarzenia w życiu stała znieruchomiała wprost nierealnością sytuacji.
Rozległ się jeszcze jeden odgłos kroków: nadszedł ksiądz. Trzymał w ręku książeczkę i wypowiadał uroczyste słowa, które miały skojarzyć ich, głosem całkiem mechanicznym, bez najmniejszego zająknienia. Zadawał pytania i otrzymywał odpowiedzi. Złota obrączka wślizgnęła się na palec Verity, po czym przeszli razem do zakrystii dla umieszczenia podpisów. Ksiądz mówił coś o pięknej pogodzie i że jest nadzieja, że w tym roku będziemy wreszcie mieli prawdziwe angielskie lato. Comstock Bell odpowiedział zgodnie z konwenansem. Gold złożył opłatę i dał napiwek zakrystianowi, który służył za świadka ceremonii ślubnej. W ten sposób para wyszła na ulicę jako pełni uroku państwo Comstockowie Bellowie.
Widząc ich, nikt nie mógłby przypuścić, że tu zacznie się jedna z najciekawszych tajemnic Londynu.
Bell spojrzał na zegarek.
— Mamy godzinę czasu — rzekł. — Pani rzeczy są wszystkie na stacji, prawda?
Skinęła głową. Uśmiechnął się do niej przymilająco.
— Będę panią nazywał Verity, dobrze?
— Będzie mi bardzo miło — odpowiedziała.
Wentworth Gold słuchał z wielkim zainteresowaniem. Było to coś nadzwyczajnego, myślał. Podobnie jak dziewczynę, jego również uderzyła nierealność położenia.
Oto było dwoje ludzi, skojarzonych ze sobą na całe życie. On milioner, ona prosta dziewczyna, znacznie niżej społecznie postawiona. Mówili do siebie jak ludzie, co zostali niedawno sobie przedstawieni i nie mieli ze sobą nic wspólnego poza węzłami świeżej znajomości. Zastanawiał się, jak długo trwały zaloty, o ile w ogóle jakieś zaloty miały miejsce. Myślał też o jej wyprawie: jak mogła ją zebrać, jeśli nie miała nawet chwili czasu, by o tym pomyśleć. Wszelkie jego wątpliwości na tym punkcie rozwiały słowa, z którymi Bell właśnie w tej chwili się do niej zwrócił.
— Może pani wszystko sprawić sobie w Paryżu.
— Nie będę wiele potrzebowała — spokojnie odrzekła.
Comstock Bell śmiał się z zegarkiem w ręku, a dziewczyna uśmiechała się wdzięcznie.
— Nie mamy przez całą godzinę nic do czynienia18 — rzekł Bell. — Chodźmy do parku. Pójdziesz z nami, Gold?
Wentworth Gold był ignorantem na punkcie zwyczajów towarzyskich i nie miał pojęcia o małżeństwie i o stosunkach między małżonkami. Szczególnie w tego rodzaju sytuacji jak obecna nigdy się jeszcze nie znajdował. Żył sam, bez rodziny. Gdy doszedł do stopnia magistra, małżeństwo wyobrażał sobie w postaci tajemniczych konferencji między mężem a żoną o tym, co będą jedli na obiad. Mimo to wrodzony takt dyktował mu, że winien w tej chwili pozostawić szczęśliwą parę samym sobie i pożegnać ich.
Zmyślił jakieś pilne zajęcie i właśnie miał wyrazić swój żal, że nie może dłużej korzystać z ich przemiłego towarzystwa, gdy Bell wybawił go z konieczności popełnienia kłamstwa.
— Pozostań z nami do odjazdu — powiedział Bell — jeśli możesz nam poświęcić jeszcze godzinkę. Będzie nam nader miło.
Dorożka samochodowa powiozła ich do Regent Parku19, gdzie przechadzali się nad malowniczym stawem, gawędząc o wszystkim innym, tylko nie o najbliższych planach Bella.
Gdy zbliżał się czas odjazdu, Bell zdawał się zaniepokojony i roztargniony.
Nagle, bez uprzedniego wstępu, zwrócił się do Golda.
— Sądzę — rzekł — że Helder mówił ci, że zdradziłem tego Willettsa?
Gold był zaskoczony; nie pojmował, w jaki sposób Bell mógł był się o tym dowiedzieć.
— Mówił mi coś w tym rodzaju — przyznał — nie przywiązuję jednak wagi do słów Heldera.
— W tym wypadku zgadza się z prawdą — spokojnie zauważył Bell. — Zdradziłem Willettsa i nie zrobiłem tego bez poważnych powodów.
— Czy go już aresztowali?
— Jeszcze nie — odpowiedział — gdyż urządziłem to tak, żeby to się stało dopiero po moim wyjeździe z Anglii.
Brzmiało to nielitościwie, bez serca, w ustach człowieka o zasadach Bella. Gold przyznał się w duszy do rozczarowania. Było coś brudnego w tym planie milionera: zdradzić człowieka, bez względu na pobudki, by następnie czmychnąć z kraju dla uniknięcia wszelkich następstw mogących wyniknąć z tej zdrady.
— Cieszy mnie, że to usłyszałem — chłodno zauważył.
Comstock Bell spojrzał nań i wyczytał w jego obliczu wyrok skazujący.
— Staraj się myśleć o tym możliwie najlepiej — powiedział.
Doszli do Wiktorii20. Wóz21 był rezerwowany dla młodej pary.
— Au revoir! — powiedział Gold, wyciągając dłoń.
Bell uścisnął ją z mocą.
— Spotkamy się jeszcze?
— Spodziewam się — powiedział Bell.
Był roztargniony. Do tego stopnia myślał o czymś innym, że Gold był nieco zirytowany. Rzucił okiem na młodą panią Bell. Trudno było powiedzieć — tak dziwnie cudowna była cera jej twarzy — czy była blada, czy nie. Uważał, że była nieco bladawa, oczy miała z lekka podkrążone z niewyspania.
Uścisnął jej dłoń i wyraził im życzenia, których należało oczekiwać od drużby żegnającego się z nowo zaślubioną parą, po czym stał na peronie, aż pociąg zniknął mu z oczu.
Zwrócił się ku wyjściu i opuścił stację. Nieomal wpadł na Heldera, który był również świadkiem pożegnania.
Gold spojrzał nań z naganą w oczach.
— Gdybym skądinąd nie znał pana jako najszacowniejszego i najspokojniejszego człowieka w całym świecie — powiedział z wielką rozwagą i obraźliwością przy każdym słowie — powiedziałbym, że pan nas śledziłeś.
Tamten zaczął się uśmiechać.
— Byłby pan prawdę powiedział — otwarcie przyznał — obserwowałem was. Małżeństwo Comstocka Bella stanowi dla mnie przedmiot zainteresowania nie mniej jak dla pana i powiem panu szczerze (może mi pan dać wiarę lub nie), że sam nie wiem nawet, dlaczego tak jest.
— Pan mnie zdumiewasz — sucho odparł Gold. — Tego rodzaju typy ludzi, do jakich pan należysz, nie czynią niczego bez gruntownego rozważenia.
Helder śmiał się.
— W tym wypadku moje postępowanie było całkiem wyjątkowe — rzucił.
Byłby szedł za Goldem, gdziekolwiek temu ostatniemu się podobało, lecz detektyw ambasadorski dał mu do zrozumienia, że życzy sobie zostać sam. Dlatego właśnie nie poszedł do klubu, wiedząc, że mógł tam spotkać Heldera; dlatego też zabrał się do jakiejś zalegającej pracy i do przygotowania sprawozdania dla Skarbu waszyngtońskiego.
Poszedł jednak do Klubu na obiad i znalazł dwa telegramy do niego zaadresowane. Oba pochodziły od Bella. Jeden był nadany w Dover i zawierał wyrazy podziękowania za grzeczności świadczone tego dnia przez Golda. Drugi był z Calais22, a nadany był o trzeciej po południu. Wiadomość, którą wyczytał, zastanowiła go. Telegram brzmiał: „Bądź łaskaw jutro zobaczyć mojego Parkera — dziś dałem mu urlop — i kazać mu wysłać moje listy”.
Gold opuścił telegram na stół. Czemu nie telegrafował wprost do Parkera? I jak to wytłumaczyć, że człowiek tak metodyczny, Bell, zapomniał o pouczeniu służącego przed wyjazdem? Uśmiechnął się.
— Sądzę — rzekł do siebie — że młodzi ludzie zwykle z powodu ślubu zapominają o najważniejszych rzeczach, co dopiero o takich drobnostkach jak przeadresowanie nadeszłych23 listów.
Zrobił sobie notatkę w książeczce podręcznej, że ma wypełnić dane mu zlecenie, i zabrał się do obiadu. Miał jeszcze wiele listów do przeczytania, przeważnie z ambasady, niezbyt przyjemnych. Przeczytał je z filozoficznym spokojem, złożył z powrotem i schował do kieszeni.
W sali stołowej niedaleko siedział Helder, ostentacyjnie przerzucając wieczorną gazetę. Gold wiedział z góry, że gazeta była jeno24 pozorem. Cóż Helder znów miał mu do powiedzenia? Nie należał wszak do ludzi, którzy mozolą się często nad różnymi rzeczami jedynie dla zabicia czasu. Gold postanowił przyspieszyć sprawę. Przystąpił do stolika Heldera.
— Idę na spacer — powiedział doń — chce się pan przejść ze mną?
— Z przyjemnością — odpowiedział tamten i wstał z pośpiechem.
Gold przypomniał sobie, że nie będzie miał nazajutrz czasu, by pójść do Parkera. Wziął w sali do pisania kopertę, włożył do niej telegram Bella i zaadresował ją. Była to wymówka dla urządzenia przechadzki. Trzeba będzie pójść na Cadogan Square25 i wrzucić list do skrzynki.
Wyszli razem z klubu.
— A teraz chciałbym zadać panu jasne pytanie — rzekł Gold — i żądam jasnej odpowiedzi.
— To brzmi strasznie — odpowiedział Helder — ale postaram się zadośćuczynić pańskiemu życzeniu. Co chciałby pan wiedzieć?
Gold skinął głową.
— Dlaczego pan interesujesz się krokami Bella aż tak intensywnie? — zapytał.
— Ja się interesuję wszystkim — odparł Helder.
— Ale nie do tego stopnia, by aż tracić swój drogi czas, o ile pana nieco znam — rzekł Gold. — Jest tam coś w tym pańskim interesowaniu się Comstockiem Bellem.
Szli pewną część drogi w milczeniu. Helder podjął z niechęcią.
— Pan jest jego przyjacielem, więc nie chcę pana niepokoić.
— Pan mnie jeszcze bardziej niepokoi — rzekł Gold — robiąc pewne aluzje do spraw, których pan nie chce skonkretyzować.
— A więc powiem panu — po chwili Helder powiedział — uważam Comstocka Bella za człowieka, którego Anglicy zowią mianem „przewrotny”.
— Czy to jest wszystko? — oschle zapytał Gold.
— Czy to nie wystarczy?
— Sama okoliczność, że pan uważasz Bella za „przewrotnego” nie wystarczy, aby mnie przekonać, że jest on tym, za co pan go uważasz — ciągnął Gold tym samym tonem. — I guess, jeślibyśmy mieli zależeć od prywatnych zdań naszych bliźnich o nas samych, wątpię, czy starczyłoby w Anglii więzień dla pomieszczenia wszystkich łajdaków, którzy wykroczyli przeciw temu, co nazywamy dobrym smakiem. Czy pan nie ma nic konkretniejszego?
— Mogę dodać tyle tylko, że okupuje on swoją wolność kosztem swego bliźniego — rzekł Helder uroczystym tonem.
Gold uśmiechnął się.
— Sądzę, że prawdą jest to — zauważył — że Bell wie o panu coś, co pan wolałby, aby nie miało miejsca, i że pan nie będzie miał pokoju, póki nie przekona się pan, że wyjechał z Anglii. Stąd pańskie dzisiejsze zainteresowanie jego podróżą.
W półmroku twarz Heldera pokryła się czerwienią.
— To niedorzeczna insynuacja — zaprzeczył.
Znajdowali się już na Cadogan Square i gdy zbliżali się do domu Comstocka Bella, Gold wydobył list z kieszeni.
— Chcę to wrzucić do skrzynki na listy — powiedział. — Jest to pouczenie dla służącego Bella.
Doszli do domu. Była to staromodna budowla zbudowana w czasach, gdy pani domu uważała, że dom nie odpowiada wszelkim wymogom, o ile nie daje jej z okna pełnego widoku na schody do drzwi wejściowych.
— Ktoś tam na schodach czeka — rzekł nagle Helder.
Gold spojrzał przed siebie.
W cieniu stał młody człowiek.
Przyszedł widocznie dopiero co, gdyż usiłował przycisnąć dzwonek elektryczny, nie mogąc go w ciemności dojrzeć.
— Czy pan Comstock Bell? — zapytał.
Gold zaczął się spokojnie śmiać.
— Nie. Pana Comstocka Bella nie ma w ogóle w mieście.
— Czy pan jest jego przyjacielem? — spytał nieznajomy.
— Nie wiem, dlaczego... — zaczął Gold.
Młody człowiek okazał mu swoją wizytówkę.
— Nazywam się Jackson, jestem przedstawicielem „Post Journal” — powiedział. — Zostaliśmy powiadomieni, że pan Bell wziął ślub dzisiejszego dnia.
— Reporter, he?
Gold wrzucił przede wszystkim do skrzynki list, który przyniósł ze sobą, zanim udzielił dalszych wiadomości reporterowi.
— Tak jest — rzekł w dobrym humorze — mogę panu dać takie informacje, jakich sądzę, sam pan Bell panu raczyłby udzielić. Dziś wziął ślub i jeszcze tego samego rana wyjechał do Paryża.
— Czy zechciałby pan łaskawie podać mi imię i nazwisko tej pani? To dość ważne, nieprawdaż? — uśmiechnął się. — Wie pan, że nasza publiczność jest nader ciekawa wszelkich szczegółów dotyczących milionerów i ich narzeczonych.
Gold zawahał się. Ostatecznie, pomyślał, nie ma powodu, by prasa nie wiedziała. Zresztą o ile by on sam nie powiedział, dowiedzą się sami skądinąd.
— Ożenił się z panną Verity Maple — odpowiedział.
Reporter gwizdnął.
— Czy to nie bratanica tego, co...?
Gold skinął głową.
— O tym nie musi pan pamiętać, młody panie — rzekł.
Dziennikarz włożył notes do kieszeni.
— Mam zbyt dobrą pamięć, abym miał zapomnieć o pannie Maple — oschle rzekł. — To jest młoda osoba, którą raz zobaczywszy, trudno zapomnieć, i widziałem ją niedawno temu, gdy jej wuj dokonał tajemniczego zniknięcia.
Stali na schodach, gdy toczyła się ta rozmowa. Helder kroczył tymczasem tam i z powrotem po chodniku, czekając niecierpliwie na koniec interview.
— Dziękuję panu serdecznie za pańską łaskawość — zakończył reporter, zwracając się do Golda. Schodzili na dół, gdy nagle na okrzyk Heldera musieli się zatrzymać na miejscu.
Helder patrzył ponad nich w kierunku środkowego okna.
— Patrzcie! — szepnął.
Gold powiódł okiem w tę stronę i stanął jak wryty ze zdumienia.
Albowiem w oknie stała, z wyrazem napięcia na przestraszonej twarzy, Verity Comstock Bell, która jeszcze tego samego poranka była Verity Maple.
Stała, obejmując wzrokiem ulicę. Światło lampy ulicznej odsłaniało jej zagadkowe oblicze. Usta miała skurczone, a oczy wytrzeszczała, jak gdyby na coś, czego nie mogła dojrzeć, marszcząc brwi, jak ktoś, kogo nagle spotkała straszliwa, dręcząca zjawa.
Chwilę tak stała. Następnie zwróciła oczy ku trzem mężczyznom stojącym na dole i zawróciła w głąb ciemnego pokoju.
Rozdział III. Aresztowanie Willettsa
— Widzieliście? — zadyszał Helder. Wydał się niepotrzebnie przerażony zjawiskiem.
Gold czuł przyspieszony oddech i zimny pot na czole. Było coś niesamowitego, a zarazem absurdalnego w tym zjawieniu się nagłym kobiety, która, wedle jego rachuby, winna się w tej chwili znajdować gdzieś za morzem, w oddaleniu trzystu mil od Londynu.
Stał niezdecydowany na najniższym stopniu schodów. Uczynił ruch, jak gdyby chciał wyjść na górę, i zatrzymał się. Nie jego rzeczą było mieszać się w tę sprawę, jakkolwiek nie wątpił w to, że dziewczyna była nadzwyczajnie zmieszana, co dawało mu dostateczny powód do interwencji.
Przypomniał sobie nagle o obecności reportera.
Jackson był milczącym świadkiem całego zajścia.
Gold spostrzegł jego świecące się z zaciekawienia oczy. Wyżeł węszący świeży ślad jest niczym w porównaniu z reporterem, któremu wpadł w ręce wątek tłustej historii. Ów wątek wypadł mu teraz z rąk, myślał Gold z przykrością.
Położył rękę na ramieniu dziennikarza.
— Panie Jackson — rzekł — ta historia nie powinna być rozwlekana. Pan Comstock Bell jest moim przyjacielem i to nagłe pojawienie się jego małżonki da się niewątpliwie z łatwością wytłumaczyć.
— Jestem przekonany o tym — odparł reporter uprzejmie.
Rzucił okiem na zegarek, a Goldowi serce zmalało.
Można przekupić ludzi, po których najmniej można by się tego spodziewać, nawet w nieprzekupnym Londynie. Można ugłaskać policję — po trosze; zyskać przychylność w nieoczekiwany sposób, o ile się postępuje dyskretnie, ale nigdzie na całym obszarze panowania języka angielskiego, w Nelsonie26, B. C.27 czy Nowym Jorku, w Johannesburgu28 czy Londynie, nie kupisz milczenia zapalonego reportera, który zwąchał tłustą historię.
Gold zmienił taktykę.
— Pan Comstock Bell — rzekł z naciskiem — jest człowiekiem bardzo bogatym i jakkolwiek okoliczności dzisiejszej nocy są niezwykłe, dadzą się, jak powiedziałem, łatwo wytłumaczyć. Mogę pana tylko przestrzec w jego imieniu, że on jest gotów przedsięwziąć kroki przeciw wszelkim osobom lub dziennikom, które odważyłyby się podjąć coś w celu skompromitowania go.
— Jestem o tym przekonany — odparł reporter jeszcze grzeczniej aniżeli przedtem oraz z pewną dozą patosu — bądź pan ze swej strony przekonany, że to, co mam pisać, będzie pisane w duchu swobodnej pogawędki, cechującej zwykle nasz dziennik.
Skinął głową na pożegnanie i odszedł. Gold uświadomił sobie, że na nic nie zdałoby się dalsze nakłanianie reportera.
Stał, póki ten nie zniknął mu z oczu, po czym zabrał się w drogę, mając nieodstępnego Heldera obok siebie.
Nie mówił ani słowa. Nie było co mówić. Milczał przez jakieś dziesięć minut.
— Co to ma oznaczać? — zapytał Helder podnieconym tonem. — Coś w tym musi być. Powiadam panu, że coś jest nie w porządku. Znam Comstocka Bella. To człowiek zdolny do pewnych rzeczy. Muszę się tym zająć.
Gold schwycił go za ramię w chwili, gdy odwracał się, by odejść.
— Dokąd pan zmierza? — zapytał rozkazującym tonem.
— Idę na policję.
— Może pan oszczędzić sobie trudu — zwrócił się doń szorstko. — Znam się nieco na dziennikarstwie, więc powiem, że policja już będzie miała wszystko, czego jej potrzeba. A przy tym — dodał oschle — na co panu opowiadać prasie historyjkę, która mogłaby jedynie zaciemnić całą sprawę pojawienia się pani Comstock Bell?
Słowa te wypowiedział w ten sposób, że nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że mieszczą w sobie groźbę.
— Nie wiem, co pan ma na myśli — rzekł tamten ochrypłym głosem.
— Przekona się pan w najbliższych dniach, Helderze — wyjaśnił detektyw. — Niech sobie Bell pracuje nad swoim własnym ocaleniem, a pan pracuj nad swoim.
— Co pan ma na myśli? — spytał tamten po raz drugi.
— Pracuj pan nad swoim — powtórzył Gold, znacząco kiwając głową przy każdym słowie. Helder zniżył twarz ku tamtemu; nie było przyjemnością oglądać ją.
— Gold — wycedził między zębami — mówią, że pan jesteś detektywem, czymś w rodzaju gentlemana-szpicla, i że pańskim zadaniem jest wykrywanie spraw tam, gdzie zwykle ludzie w pańskim gatunku nie mają przystępu. Jeśli jednak pan spróbujesz pisnąć słowo na szkodę mojej reputacji, każę pana wyszczuć z wszystkich klubów Londynu. Czy pan zrozumiał?
Gold zaczął się śmiać.
— Ja wiem, że pan jesteś fałszerzem — spokojnie odpowiedział — i że pan jesteś w zmowie z bandą, która obecnie zalewa Stany Zjednoczone fałszywymi pięciodolarówkami. Otwarcie panu mówię, że nie posiadam żadnych dowodów przeciw panu, i tak samo otwarcie mówię panu, że gdybym miał najdrobniejszą wskazówkę, za pomocą której mógłbym pana skojarzyć z tym zbrodniczym działaniem, nie spocząłbym, póki bym nie zobaczył pana w jednym z więzień Stanów Zjednoczonych. Uważam, że pańska drukarenka w Shropshire29, której zadaniem ma być rzekomo popieranie interesów uciskanego rosyjskiego chłopstwa, nie jest niczym innym jak płaszczykiem, pod którym uprawia pan fałszerstwa na wielką skalę. Teraz pan dobrze wiesz, jakie jest moje zdanie o panu, wobec czego możesz pan podjąć kroki, jakie uważasz za stosowne.
— Pan nie masz dowodów — zadyszał Helder.
— Dowodów! — Gold gorzko zaśmiał się. — Gdybym miał w ręku dowody, czy pan przypuszcza, że mówiłbym z panem inaczej aniżeli przez kratki więzienne? Potrzeba mi tylko za grosz dowodu, aby pana unieszkodliwić.
Stali w świetle latarni i twarz Golda była blada. Pierwszy raz w życiu przyłapał się na tym, że wprost i bezpośrednio przestrzegał najzawziętszego wroga, aby miał się na baczności. Wyrzucał sobie tę nieuwagę i czuł zdenerwowanie. Otrzymał właśnie od szefa listy, które wprawiły go w zaniepokojenie: wydział śledczy, któremu dotąd zawsze był tak wiernie i skutecznie oddany, stracił całkiem głowę z powodu tej sprawy falsyfikatów.
— Rozumiem! — rzekł Helder bez pośpiechu. — Teraz, gdy znam pański pogląd, poczynię konieczne kroki dla swojej obrony.
Gold skinął głową.
— Pan jesteś najlepszym sędzią w tej sprawie — powiedział. — Co się zaś tyczy pani Comstock Bell, powiem panu, że wolno panu pójść na policję, jedynie z pańskiego punktu widzenia nie uważam za bardzo mądre, aby pan miał zwracać na siebie zbytnią uwagę.
Odszedł od niego, przeklinając się w drodze za swą porywczość i za przedwcześnie rzucone na Heldera podejrzenie, z którym się zdradził. Było to rzeczywiście faux pas30, którego nie mógł sobie przebaczyć.
Utrudni mu to niezmiernie dalsze postępowanie. Popełnił w ogóle błąd. Należało uprzednio zarządzić rewizję drukarni w Shropshire, zanim „Czerwony Monitor” przestanie wychodzić i wraz z nim drukarnia rosyjska będzie zlikwidowana. Teraz było już za późno. Helder był główną sprężyną tej maszyny puszczającej w obieg fałszywe banknoty, a działalność swoją rozwijał z jakiegoś tajnego miejsca, którego nie udało się Goldowi ani jego ludziom wykryć.