Czarna owca — lotki

W jej dłoni to nie żadna broń,

a jednak zręcznie ciśnięta, dałaby nam

zagadkową śmierć i parę nagłówków w gazetach.

Zresztą nie jest sama.

W tej części sali oddzielonej nami jak murem

one dominują. W głosach rozpoznaję

psie warczenie i werble, niejasno przypominam

sobie mit o rozszarpaniu, to dobrze

być tak rozszarpanym?

Pomiędzy nimi eteryczne porozumienie,

ruchy ciał zsynchronizowane ze sobą

i na myśl przychodzi studzienka

z zapałek, a właściwie ostatnia

faza budowy, gdy wstrzymuje się oddech,

by wszystko nie runęło i właśnie

w takiej chwili pojawia się gość-idiota,

niepewny ruch niweczy wszystko.

Niwecz — to właśnie słowo tak nęci,

gdy patrzę jak odchylają ramiona

i rzucają w tarczę.

Nie kojarzę tych cieni z niczym,

są własne.