Głód życia

Tym, co do życia w namiętnej tęsknocie spragnione ręce wyciągają;

Tym, co w walce przeciw śmierci padają w rozpacznym1 wysiłku;

Tym, co choć cząstkę własnego ja przed wielką nicością ocalić pragną,

Drżąc w obłędnym przestrachu przed unicestwieniem;

Tym, którym mara śmierci krew z serca wysysa —

Tym książkę tę poświęcam.

Wstęp

Kocham cię, życie...

Wyciągam do ciebie ramiona, a głowę dumnie w górę podnoszę i wołam w tym blasku promiennym:

Kocham cię, życie!

Gdy słońce swój płaszcz promienny rozścieła i wielkim blaskiem cały świat ogarnia, a jego złote, wąskie ramiona wkradają się wszędzie i wszędzie, świat otulając tą siecią promienną, wtedy ja staję na drodze górzystej, zakładam ręce na głowę, a twarz promieniejącą podrzucam do ciebie i wołam, ginąc w tym blasku:

Kocham cię, życie!

Gdy niebo płaszcz szary całe pokrywa, a wicher dzikie swe pieśni śpiewa, dzikie i rozszalałe, i drzewa jęczą, drżąc w swych konarach, wtedy ja biegnę hen, hen daleko, gdzieś w góry wysokie, gdzie słucham hymnu świętego, wielkiego, hymnu nadludzkiej harmonii.

I wtedy staję, twarz wpijam w obłoki, a ręce wyciągam daleko, by odczuć pieszczoty wichru i burzy.

I suknię rozdzieram, by targał me ciało, bym czuła tę wielką melodię, co życie śpiewa, to życie bez kajdan, to wybujałe — co kocham.

Gdy spada deszcz cichy, deszcz głuchy, deszcz smutny, ja siadam na drodze pod drzewem i smutnych deszczu uderzeń słucham — oczy zamykam i głowę opuszczam, a ręką drżącą ziemię głaszczę — tę mokrą, smutną i cichą, a z głębi mej duszy, jak szept się wyrywa, szept smutny, cichy, głęboki — i za to —

Kocham cię, życie!

Przed tobą jedynym w prochu się czołgam, czołem ci biję, o życie, bo blask twój spada i opromienia wszystko, co moje, o życie! Boś ty bez początku, bez miary, bez końca, jedynym stwórcą, jedynym świętym, o życie!

Oczy me błędnie wpatrzone w ciebie, jak dawnych mnichów w swe wizje, bo wierzę w twą siłę, bo wierzę w twą prawdę, o życie!

Czy lekko jak zefir odczuwam twój oddech;

Czy bijesz mnie burzą i gromem — zawsze cię kocham, schylam swą głowę przed twoim wyrokiem, o życie!

Wyciągam do ciebie częstokroć ramiona i śmieję się głośno do ciebie: weź życie — weź w uścisk ty mnie swój mocny, targaj mnie, bij mnie, rzucaj, o życie, lecz ukaż się w całej swej pełni.

Z twej ręki przyjmuję i gorycz, i bóle, i jeszcze wśród cierpień nadludzkich do ciebie z rozkoszą przez łzy się uśmiecham, a usta męczeńskie szepcą spieczone: chwała ci, chwała ci, życie!

Gdy ziemia się budzi do życia młodego i zieleń nieśmiało wypuszcza, a lekki wiaterek wiosenny się śmieje — wtedy w takt jego, jak dziecko, skaczę i biegam, by on mnie gonił, a ręce me głaszczą wiosenne tchnienie, co całe powietrze przepełnia, i usta rozchylam, by w pełni wchłonąć to życie budzące się, twórcze...

A nieraz staję z radosnym uśmiechem, a wzrokiem całuję swą ziemię, i ręce wyciągam, by ją przytulić, przycisnąć ją całą do siebie, a z ust na kształt krzyku mi się wyrywa:

Kocham cię, kocham cię, życie!

Gdy słońce goręcej ogrzewa ziemię i płodzi w namiętnym uścisku, wtedy ja padam daleko gdzieś w polach i ręce ukrywam swe w kłosach i głaszczę je cicho, dziękczynnie.

I wielki mnie, cichy spokój ogarnia i patrzę się niemo na niebo, a wkoło mnie szumi hymn życia pełnego, wielkiego, bez kajdan, w swobodzie!

I ziemia zdrowa, płodna i silna w miłości na mnie spoziera i swoje dzieci-trawki wysyła, by mnie głaskały po twarzy, spuszczonej na dół w zadumie...

I wtedy się rzucam na matkę swą ziemię i wpijam swe usta w jej łono, a ona, jak gdyby mnie przyciskała, otacza trawkami, kwiatami, a z głębi mej duszy, jak dzwon się wyrywa:

Kocham cię, kocham cię, życie!

Kocham cię, życie!

Gdy ciche wiatry jesienne wieją, a słońce smutniej spoziera, i liście złote wolno spadają w takt jakiejś cichej symfonii — wtedy łza cicha w me oko się wkrada i w smutnym bezbrzeżnie przeczuciu, oczy utkwiwszy gdzieś w przestrzeń daleką, z ust się wyrywa jęk boleści — smutnej, bezmiernej, żałosnej:

Kocham cię, kocham cię, życie!

Tylko gdy zima mroźna nastaje i ziemia cała umiera, a biały — bieluśki płaszcz śniegu przykrywa i pola, i lasy, i góry, jak wielka płachta śmierci płócienna zakrywa ciało zmarłego — wtedy strach wielki mnie całą ogarnia i biegnę, biegnę przed siebie — by dotrzeć gdzieściś jeszcze do miejsca, gdzie życie wre swoim tętnem; by ujrzeć, ujrzeć ślad choćby trupa i myśleć o odrodzeniu — lecz wszędzie białość wielka się ciągnie, jak gdyby bez kresu, bez końca...

I wreszcie zmęczona opadam na ziemię, a oczy me w głuchym strachu szukają zieleni, szukają przejawu twego, o życie, o życie!

I ręką drżącą śnieg miękki rozgarniam, by dotrzeć do matki ziemi, by głaskać ją smutną, zimną, umarłą palcami sztywnymi, drżącymi...

I dreszcz mnie wielki, straszny przejmuje, i z piersi się łkanie wyrywa — wróć życie, ja boję się, nie chcę ja śmierci — bo kocham cię, kocham cię, życie!

Za późno

— Doktorze, powiedz prawdę nareszcie, bo sprzykrzyło mi się widzieć zawsze i wszędzie sztuczny uśmiech na ustach, a przecież wiem — gorzko się uśmiechnęła — że to początek końca albo i może koniec już końca, co, doktorze?

— Ależ, proszę pani, mówię, że jeżeli pani będzie tylko rozsądna i ostrożna, to może pani żyć jeszcze długie lata, ależ przeżyć nas wszystkich! — Widzi pani — wziął krzesło i podsunął się bliżej do chorej — sprawa tak się przedstawia: stan pani jest taki, że gdy pani będzie ostrożna, to można jeszcze żyć długo, ale najmniejsza nieostrożność — ja za nic nie ręczę. No, widzi pani, znów pani więcej kaszle, a któż to słyszał na taką pogodę wychodzić, na 15° mrozu; wiatr taki ostry, że ja....

— Ależ, doktorze — wykonała niecierpliwy ruch ręką — tak mi się już sprzykrzyło leżeć i ciągle myśleć o pigułkach, lekarstwach albo — o jeszcze przyjemniejszych rzeczach... Przecież jam2 młoda, 23 lata, pomyśl, doktorze! Czyż doktor już zapomniał, co to znaczy być młodym i leżeć bez żadnego widoku na polepszenie — zwariować można! A to doktor nawet na taki skromny spacer pozwolić nie chce — kulę w łeb, to jedyne co pozostaje, albo może lepiej kwas pruski3, co, doktorze?

— Któż to słyszał o takich rzeczach mówić — rzekł doktor, nachmurzywszy czoło i odsuwając swe krzesło. — Wszystko będzie dobrze, trzeba tylko być rozsądną. Niech pani nie zapomina o pigułkach. Jutro znów przyjdę.

Wstał, aby się pożegnać.

Ona podniosła się trochę na szezlongu4 i, opierając głowę na ręku, rzekła:

— A zatem, panie doktorze, znóweś5 mi pan nic nie powiedział, na kiedy mam obstalować6 swój pogrzeb, czy zaraz, czy można jeszcze poczekać...

Rozśmiała się nerwowo.

— Och, z tymi doktorami!

Wyciągnęła się na szezlongu i założyła ręce na głowę.

— Więc nic mi pan nie powie?

— Ależ pani!

— No, wiem, już wiem, do widzenia!

Odwróciła się do ściany.

Przez chwilę doktor stał jeszcze na progu, jak gdyby chciał coś powiedzieć, potem z lekka wzruszył ramionami i wyszedł.

Została sama.

Sama w tej atmosferze niewysłowionego smutku, sama ze swymi myślami.

Oczy jej ślizgały się nieświadomie po ścianach pokoju.

Dość duży był to pokój, służący zarazem za mieszkanie i za pracownię.

Dziwnie dobrze, dziwnie ciepło było w nim. Wszystko było indywidualne, cała ta harmonia wytworzona była przez prawdziwie artystyczne poczucie.

Leżała tak nieporuszona przez chwil kilka, jakby skamieniała.

Oczy jej błędnie ścigały promienie słońca, które, przebijając się przez liście drzew, igrały na ścianach. Nagle poruszyła się. Zrobiło jej się zimno. Jedną ręką pociągnęła derkę7, drugą sięgnęła zmęczonym kapryśnym ruchem, jaki nieraz mają chorzy, po kwiaty, stojące na stoliku, przy szezlongu.

I szklanym je ogarnęła spojrzeniem, a ręką pieszczotliwie głaskała je.

Po chwili odsunęła róże i zaczęła patrzeć przed siebie i wpatrywać się jakimś martwym wzrokiem we wszystkie przedmioty swego pokoju, który nagle wydał jej się dziwnie obcy.

Czy to ona, ona kiedyś malowała te wonne, życiem tchnące kwiaty?

Czy to ona kiedyś odczuwała w sobie ten ogień płonący, który wyzierał ze wszystkich jej szkiców i obrazów?

Czy to ona, ona?

I nagle uczuła się sama sobie taka obca, taka daleka....

Widziała siebie jako zupełnie inną dziewczynę, z którą ona nie miała nic wspólnego, tylko tyle, że ją rozumiała, odczuwała i niezmiernie kochała. I jakoś jej się tak żal zrobiło tej obcej, ale dobrze znanej dziewczyny, dla której to wszystko spełzło na niczym.

Dziwnie samotnie, obco i strasznie zrobiło jej się na duszy.

Podniosła się trochę, opierając się jedną ręką o poduszkę. Wzrok jej gonił znów po ścianach, jakby tam chciał odszukać coś znajomego, coś bliskiego.

Ale wszystko było zimne, obce.

Od tego wszystkiego wiało, jak gdyby od czegoś umarłego, pochowanego na zawsze.

Założyła ręce za głowę i utkwiła wzrok w jakiś punkt w ścianie.

Leżała tak kilka minut zupełnie spokojnie.

Czuła się tak wyczerpana, tak skrzywdzona, osamotniona, że była gotowa rozpłakać się jak małe dziecko.

Było jej czegoś tak tęskno, tęskno...

Nagle nerwowo spuściła nogi na podłogę. Chciała wstać, chciała chodzić, chciała się poruszyć, aby się pozbyć tego spleenu8.

Ale nie miała energii.

Usiadła więc znów na dawnym miejscu i ukryła twarz w rękach.

Na podwórzu bawiły się dzieci.

Do jej wysokiego mieszkania dochodził tylko jakiś głuchy szmer i oddzielne, głośniejsze krzyki.

Lubiła bardzo taki oddalony szmer.

Zdawało jej się wtedy, że żyje gdzieś daleko, na jakiejś wyspie albo na obłoku, gdzie jest zawsze tak samotna, ale jednak dość blisko, aby przyjmować udział w ich radościach, ich cierpieniach...

Nagle rozległ się w oddalonej ciszy mieszkania ostry dźwięk dzwonka.

Odjęła ręce od twarzy i machinalnie posunęła się naprzód, by lepiej usłyszeć, kto przyszedł.

Ktoś zapukał.

— Proszę! — odpowiedziała nieco zaciekawiona.

Wszedł jej kolega, młody malarz.

Życie tryskało z niego, z jego oczu, postaci i ruchów, młodością i czarem była owiana cała jego istota.

— Cóż u was słychać, jak się macie? — rzekł, witając się z chorą.

Ona siedziała w dawnej pozycji na kanapie i, przechyliwszy głowę w jedną stronę, z dala patrzyła się w niego.

Nagle wybuchnęła nerwowym śmiechem.

— A to wspaniały kontrast teraz: wy i ja! Wy — uosobienie życiowej siły, a ja, ja — suchotnica w ostatnim stadium. Wspaniały kontrast, naprawdę!

On usiadł także i jakimś pół naiwnie dziecinnym, wpół smutnym wzrokiem patrzył się na nią.

— No, co, zgadzacie się ze mną? Byłoby wspaniałe tableau9 z nas obojga w danej chwili. Miałby Wolski, adorator kontrastów, swoją frajdę.

— No, przestańcież10 nareszcie z tymi żartami — rzekł nieco zakłopotany malarz, przypatrując jej się uporczywie.

— Dobrze, dobrze! Zupełnie na serio wam mówię: macie akurat jeszcze czas obstalować sobie czarne ubranie na mój pogrzeb, przypuszczam bowiem, że go nie posiadacie. Tak, tak, finis11! Koniec!

— Ależ to nie może być — rzekł, zapalając się, Wolski, czesząc w zakłopotaniu palcami swą bujną czuprynę.

C’est fini12! Ale czy wy myślicie, że mnie to cokolwiek obchodzi. Nic a nic — wszystko mi jedno!

— Wszystko mi jedno — powtórzyła jeszcze raz, chcąc siebie samą przekonać...

Słońce zachodziło.

Ostatnie, pełne niewysłowionej melancholii promienie padały na ścianę.

— Widzicie — gdybym wiedziała, że, żyjąc, byłabym tak wielka, jak kiedyś marzyłam, kiedyś w akademii, ale tak, podczas choroby, podczas bezsennych nocy — to przychodzą takie straszne, zabójcze zwątpienia! Ja wprost nie mogę myśleć, abym się tym mogła zadowolić, czym się tylu zadowala — wprost się duszę na samą myśl...

Silny kaszel zmusił ją do przerwania rozmowy.

Po chwili mówiła dalej.

— Widzicie — wydusiła z wysiłkiem — nie wiem, po co wam to mówię, ale tak mi było jakoś źle, nimeście13 przyszli, że muszę, wprost muszę teraz gadać. — Widzicie, gdy się jest tak samą z tą wielką wiarą w siebie i gdy się cierpi, i jest się chorą, to wprawdzie z początku te gorączkowe pragnienia, te wizje entuzjastyczne stają się częstszymi, piękniejszymi, ale potem pod wpływem analizy to słabnie, pod wpływem choroby człowiek filistrzeje. — Uśmiechnęła się na wpół gorzko, na wpół niedowierzająco. — Słyszy się ciągle o anormalności takich objawów, coraz częściej zjawiają się czarne chwile i potem już prawie ciągle panuje ta przygnębiająca szarzyzna... Choć nie zawsze, nie — nie!

Wstała, założyła ręce na głowę i gorączkowo zaczęła chodzić po pokoju.

— Nie, nie — nie zawsze! Gdybyście wiedzieli, jaką cudną miałam wizję jeszcze kilka dni temu. — Ha, ha, ha... przynajmniej tym jestem bogatsza od was, bo tę boską niezrównaną chwilę zawdzięczam swojej chorobie. Wyobraźcie sobie, jak się to stało:

Było po południu, koło czwartej godziny. Słońce wpadało do pokoju, a wiecie, jak mnie zawsze rozgorączkowuje to poobiednie słońce; siedziałam tam, na szezlongu, zamyślona i tępym wzrokiem patrzyłam w przestrzeń.

Widziałam jakieś światło drgające i ten ciemny, ostry cień, padający od tej statui na ścianę.

Nagle stało się coś strasznego...

Oczy jej na wspomnienie tego rozszerzyły się, i nerwowo schwyciła się jego ręki.

— Wyobraźcie sobie, widziałam przed sobą wyraźnie, zupełnie wyraźnie, ot, jak was teraz widzę, dwie męskie postaci walczące ze sobą: pierwszy był młody, cudnie piękny, ale widocznie słabszy, widziałam na jego czole krople potu ze zmęczenia, widziałam kurczowo ściągające się mięśnie jego twarzy. Nad nim klęczał drugi: trzymał tamtego zupełnie spokojnie za ramiona i patrzył w niego — ot patrzcie — tak patrzył, wzrokiem go magnetyzował, łamał siły do walki.

Ha, ha!

Widziałam ich tak przed sobą i wchłaniałam ich widok w siebie, a potem nagle zamknęłam oczy: bałam się tamtego strasznego, bałam się tak bardzo, że jakiś nieznany niepokój mnie całą ogarnął. Trwało to tak chwil kilka.

Nagle sama nie wiem, jak znalazłam się przed stalugami14 i chciałam malować, chciałam dać ludziom tę wizję.

Nie, nie ludziom — co mnie ludzie w tej chwili obchodzą, ja sama jeszcze raz chciałam odżyć w tej wizji, ja sama chciałam wylać to straszne uczucie, co mnie dusi od czasu choroby, ja chciałam wyśpiewać ostatni hymn mego życia. Drżącą w gorączce ręką zaczęłam od postaci tego strasznego. Zrobiłam kilka kresek zaledwie i musiałam przerwać.

Nie mogłam, wprost nie mogłam...

Zdawało mi się, że to na mnie kładzie on swoje kościste ręce, że we mnie wpijają się te zimne, obojętne oczy, że mnie zabiją swym chłodnym blaskiem...

Straszny atak kaszlu porwał ją w tej chwili.

— Nie pamiętam nic więcej — mówiła ochrypłym głosem — nic więcej nie czułam. Obudziłam się, gdyż już było zupełnie ciemno.

Dowlokłam się z wielkim trudem do łóżka. Czułam tylko w swej głowie jakiś wielki ciężar i bezgraniczną pustkę zarazem.

Tamto gorączkowe naprężenie siły nerwowej minęło bezpowrotnie.

Ha, ha, ha! Tak skończyło się to moje ostatnie natchnienie, ostatnie... czy wy rozumiecie to, co ja mówię, ostatnie... Tak się skończyło to, co miało być epilogiem mojej działalności artystycznej, co miało odtworzyć treść mojej sztuki, tej życioradosnej, którą uwielbiałam.

Ha, ha, ha! Ha, ha, ha!

Rzuciła się na kanapę, śmiejąc się spazmatycznie przez kilka chwil. Zdawała się napełniać cały pokój tą straszną rozpaczą, która nią targała, zdawało się, że wszystkie jej obrazy przejmują się jakąś grozą i smutkiem bezbrzeżnym, że melodia duszy ich twórczyni nie została wyśpiewana i zniknie z nią bez śladu.

Wreszcie uspokoiła się. Podniosła się na wpół i melancholijnie jęła się wpatrywać w młodego malarza.

— A co wy na to powiecie? — pytała smutnie jak dziecko.

On siedział przed nią, ukrywszy twarz w dłoniach.

Ona delikatnie odciągnęła jego rękę.

— Teraz — powtórzyła, patrząc mu w oczy — a wy co powiecie?

On miał dwie duże łzy w oczach, spojrzał przez chwilę strasznie boleśnie na nią i znów zakrył twarz.

— Czekajcie chwilę — wyszeptał.

Było cicho w pokoju, jakaś dziwnie dobra cisza. Słońce wpadało przez okna i oblewało światłem jego młodzieńczą postać. Wpatrywała się w niego wzrokiem artysty i zachwycała się tą wielką, żywotną siłą i harmonią, która się rysowała w liniach jego postaci.

Naprzeciwko nich stało lustro; przypadkiem wzrok jej padł na nie...

Ale w tej samej chwili, jakby przestraszona, zamknęła oczy... ujrzała obok niego siebie samą.

Nie znosiła tego widoku.

Miała wrażenie, jakby ostrze sztyletu powoli wsuwało się do jej serca.

Nagle on się zerwał.

Chciał coś powiedzieć.

— I to wy, wy, taka wielka, boska, cudna, wy macie... — przerwał nagle, zaczęło go coś dusić w gardle.

Zrobił kilka gwałtownych kroków po pokoju i znów stanął przed nią.

— Nie, nie — to być nie może!..

Boleśnie wykrzywiła usta.

— Słuchajcie, nie, nie, to nieprawda, już ja sprowadzę wszystkich doktorów...

C’est fini! — powiedziała, wpatrując się tępym wzrokiem w ziemię.

On stał przed nią, ze swoją dobrą, zakłopotaną twarzą, wyrażającą wielką bezradność.

— Idźcie — nagle się zerwała — ja muszę być sama — proszę was, idźcie.

Chciał podejść do niej, by się pożegnać, ale nie mógł zwalczyć się, coś go dusiło w gardle.

— Żegnam — wykrztusił i wybiegł z pokoju.

Gdy wyszedł, spojrzała swym dziwnie szklanym wzrokiem na drzwi, które się tylko co za nim zamknęły.

Teraz była sama, sama ze śmiercią.

Widziała z dziwną jasnością, że dzisiaj umrze.

W ostatnich chwilach swego życia chciała być samotna. Ręce założyła na twarz i długo tak siedziała.

Przeżywała swoje życie po raz drugi.

Wszystkie pragnienia, sny malarskie, smutki...

Nagle uczuła, jak się coś zimnego do niej zbliża.

Oderwała rękę od twarzy w wielkim przestrachu, z szeroko rozwartymi oczyma obejrzała się wkoło.

Nikogo nie było.

Było cicho, jak przedtem, tylko z podwórza dolatywał szmer bawiących się dzieci.

Ogarnęła ją nagle tęsknota za wiosennym powietrzem.

Wolno podeszła do okna i otworzyła je.

Powietrze, przesiąknięte jakąś dziwnie świeżą, wiosenną, odurzającą wonią, uderzyło pełną falą do pokoju.

Całą piersią wchłaniała to powietrze, drgające życiem.

Zamknęła oczy i przez chwilę czuła się znów młoda i pełna nadziei.

Głosy dziecięce wesoło rozlegały się po podwórzu, tak jakoś radośnie, że na chwilę zapomniała o wszystkim, zapomniała o chorobie, o zbliżającej się śmierci i, wyciągając szeroko ramiona, uśmiechała się słonecznie do światła, do wiosny.

Wzrok jej padł na grupę bawiących się dzieci.

Przyglądała się im z wielkim zajęciem. Bawiły się z ożywieniem, kłóciły między sobą, godziły się znów i to wszystko tchnęło taką radością życia, taką rozkoszą poruszania się, oddychania świeżym powietrzem, taką pewną nadzieją szczęścia i słońca, że przez chwilę dusza jej napełniła się wiosenną rozkoszą lat dziecinnych.

Z uśmiechem na ustach przyglądała się w dalszym ciągu.

Wtem wszystkie dzieci pobiegły w jedną stronę.

Z domu wyszła matka.

Pobiegły na jej spotkanie. Trzymała najmłodsze dziecko na ręku, uśmiechała się do starszych, mając dla każdego kilka słów ciepłych.

Najmłodsze tuliło się do niej śmiało, całą swą drobną twarzyczką i, cieniutki głos wydobywając z piersi, powtarzało bezustannie: „Mamo — mamo!”.

Nagle jakby się coś złamało w kobiecie, stojącej w oknie, tej... umierającej. Jedna rozpaczna gwałtowna tęsknota nigdy nieodczuwana w całej swej sile wyprężyła wszystkie jej mięśnie.

Nieprzytomnym ruchem wyciągnęła ręce szeroko, szeroko...

Wyciągnęła je po raz ostatni do życia.

Jeden wielki okrzyk wyrwał się z jej piersi. „Dziecko!” — krzyknął jakiś zdławiony, rozpaczny głos.

Upadła nieprzytomna.

Odwieczne prawo

A ona jego nie kochała...

W tych kilku słowach leżała tragedia jego życia, cała walka ze sobą samym, aby zwyciężyć to uczucie, które stało się dla niego klęską, wszystkie wysiłki daremne, aby obudzić w niej tę iskrę drgającą, która się zwie miłością...

Ale wszystko było na próżno. Darmo błagał ją palącymi oczami, darmo starał się zahipnotyzować ją swym wzrokiem — ona zawsze była ta sama, cicha, spokojna, dobra, łagodna, obojętna...

Pamiętał jeszcze doskonale tę chwilę, w której ją po raz pierwszy ujrzał.

Było to w uniwersytecie15, na jakimś wykładzie, sam nie pamiętał na jakim. Było to zimową porą. Dzień był wyjątkowo ciemny, chmurny, bez promyka słońca, zmrok zaczął zapadać i owinął całe audytorium swoją szarą zasłoną. Zapomniano zapalić lampy, cała sala była pogrążona w jakimś tajemniczym cieniu. Dziwnie go usposabiał ten półmrok — gorączkowo a cicho — smutno a niespokojnie. Widział w głębi sali profesora wykonywającego16 jakieś ruchy, mówiącego coś, co słyszał jakby przez sen. Nagle obejrzał się, sam nie wiedząc dlaczego. I oto spostrzegł ją w cichym półmroku.

Na pierwszy rzut oka nie widział nic, jak tylko parę wielkich, ciemnych oczu, pytających, gorączkowych, utkwionych gdzieś w dal. A od oczu tych rozchodziły się jakby promienie, które otoczyły ją całą, owinęły w jakiś płaszcz, czegoś nieskończenie cudnego, niebywałego...

Nie mógł oderwać wzroku od niej — patrzył, pił ją wzrokiem, wpijał się w nią, aby została jego... Zapalono lampę. I wtedy spotkał się z jej wzrokiem, a wzrok ten stał się w okamgnieniu zdziwiony, dobry, chłodny — musiał się odwrócić. Ale jednak widział ją przed sobą, zasłonił twarz ręką... ale znów stanęła przed nim...

I już nigdy nie miała go opuścić...

Po wykładzie wyszedł z wolna — nie śmiał śledzić jej kroków.

Była dlań czymś świętym.

I tak spotkali się kilkakrotnie i nic nie mówili ze sobą. Ale dla niego ta chwila, kiedy ją widział, była światłością jego życia, słońcem...

Nie śmiał się zbliżyć do niej...

Kiedyś poszedł na jakieś zebranie kolonii polskiej.

Wszedł i nagle krew wielką falą uderzyła mu do głowy; wszystkie przedmioty i ludzie poczęli wirować przed jego oczyma — złapał się kurczowo za jakieś krzesło, stojące w pobliżu. Opartą o ścianę, rozmawiającą jakimś cudnie melodyjnym głosem — ujrzał ją. O czym mówiła, nie słyszał.

Zdawało mu się, że ta stara, szara sala kąpie się w blasku jakiegoś dziwnie drgającego światła, które rozchodzi się od tych oczu, co lśniły się dziwnie zwodniczo i ciągnęły ku sobie jakimś nieprzepartym urokiem.

Drżącym głosem kazał się jej przedstawić.

Podała mu rękę, wąską, długą rękę, trochę niechętnym ruchem — i odwróciła się od niego, oddając się znów rozmowie z innymi.

Poznała go.

Widział, jak ledwie dostrzegalny rumieniec powlókł jej delikatną płeć na chwilę...

Starał się wciągnąć ją w rozmowę, żeby słyszeć jej głos zwrócony do niego, żeby go poznała, pokochała...

Bo on ją znał już dobrze.

Była dla niego czymś tak bliskim — czymś jakby od dawna, dawna znanym.

Ale odpowiadała mu krótko, oderwanie.

A on musiał zbliżyć się dziś do niej. Czuł, że nie wytrzyma dłużej z tęsknoty za nią. Wpatrywał się w nią błagalnym wzrokiem, aby się doń odezwała nutą sympatii, dźwięczącej między duszami harmonijnymi, i marzył o tym wszystkim, co jej powie dzisiaj.

I nagle przeszył go dziwny chłód, a oczy nabrały jakiegoś niespokojnego, nerwowego wyrazu... Zaczęła się żegnać z obecnymi, chciała pójść do domu.

Chcieli ją zatrzymać, a on, drżąc mimo woli, z zapartym oddechem śledził każdy jej ruch i nadsłuchiwał, co powie.

Ona stanowczo odmawiała.

Teraz uczuł nagle, jak krew uderzyła mu do głowy.

Jak to, tak się miał skończyć ten wieczór, który powinien był ich zbliżyć ku sobie, być pierwszym krokiem ku tej wielkiej jasności, ku temu szczęściu niewysłowionemu?...

Słyszeć ją mówiącą do niego swoim miękkim, słodkim głosem, odkryć jej swą duszę, część choć swej duszy, jeśli całej nie chciała...

Zwróciła się teraz do niego z chłodnym uśmiechem:

— Żegnam pana!...

A wtedy on, jeszcze bardziej się rumieniąc, wykrztusił:

— Nie pozwoliłaby pani się odprowadzić?

Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głowy i z wolna, jeszcze chłodniej, suchym, obojętnym głosem wyrzekła:

— Jeśli panu po drodze, możemy pójść razem.

Spieszył się prędko potwierdzić:

— Ależ owszem, owszem!

Pojęcia nie miał, gdzie mieszkała.

Szły z nimi dwie koleżanki i jeszcze jakiś kolega.

Rozmawiała z nimi, nie zwracając na niego uwagi.

Zimno było.

Szedł cicho ze spuszczoną głową i drżał w oczekiwaniu chwili, gdy ją przestanie widzieć, gdy dojdą do jej mieszkania.

Przechodzili przez wąską uliczkę. Szedł przez chwilę za nią i całował jej wąski, długi cień oczyma.

Był rozgorączkowany. Czuł się dziwnie podniecony; nagle przenikliwy chłód przeszył jego ciało i utkwił gdzieś w piersi. I teraz dostał jednego ze swoich męczących, szkaradnych ataków kaszlu. Starał się całą energią stłumić go, gdyż bał się, że w jej oczach wyda się śmieszny.

Ale na próżno. Coraz bardziej dusił go stary tyran.

Wreszcie się uspokoił.

Wtedy ona odwróciła się do niego i drgającym od współczucia głosem zapytała:

— Czy panu zimno albo może za prędko idziemy?

A on spojrzał na nią wzrokiem tak bezgranicznej wdzięczności za tę uwagę, że musiała pomimo woli spuścić swoje źrenice.

I teraz zaczął rozmawiać.

Mówił jej o swoich zamiarach, o swojej przeszłości, o sobie samym; mówił o rzeczach, o których mógłby z każdym rozmawiać, ale w jego głosie brzmiała nuta tak serdeczna, tak miękka, a tkliwa, że musiała jej mówić, czym ona była dla niego.

Odpowiadała mu krótko, lecz przyjaźnie.

Wspomniał jej o jakiejś książce. Nie znała jej.

Czy chciała ją poznać? Owszem. Czy może ją jutro przynieść? A kiedy ją może zastać w domu? Ależ to wszystko jedno, niech zostawi u portiera w razie jej nieobecności.

Podeszli do dużego szarego domu.

— O! Jestem, do widzenia. Dziękuję!

Zadzwoniła. Otworzono drzwi — znikła.

Patrzył jeszcze jak zahipnotyzowany w te drzwi, które się tylko co za nią zamknęły.

— No, chodźmy dalej! — usłyszał jakiś głos.

Trzeba było odprowadzić inne koleżanki.

Szedł jakby we śnie. Widział i czuł ją ciągle obok siebie, a jednak machinalnie rozmawiał z tamtymi.

Ale miał ciągle jakby jej cień obok siebie tak blisko... blisko...

Na drugi dzień poszedł zanieść obiecaną książkę.

Poszedł o pół do siódmej. Wiedział, że o szóstej wraca z uniwersytetu.

Zadzwonił i spytał się o nią.

Usłyszał, że jej jeszcze nie ma. Stał przez chwilę i wahał się, nie wiedząc, co zrobić. Powinien był teraz książkę zostawić, ale nie mógł się zdecydować. Stał przed portierką, podając jej książkę niepewnym ruchem. Wiedział, że jeśli jej teraz nie zobaczy, zniknie dla niego sposobność zobaczenia jej na długo, może na zawsze, a choćby tylko na pewien czas...

Dusiło go coś w gardle na myśl, że nie ujrzy jej dziś, jutro, przez długie, tęskne dni.

Przez chwilę chciał powiedzieć, że wróci, ale nagle przypomniało mu się, że zbyt jasno zaznaczyła, że nie zależy jej na tym, by on osobiście wręczył jej książkę.

Trzeba było ją zostawić i pójść.

W dziwnie smutnej, głuchej apatii zwrócił swoje kroki ku wyjściu.

W bramie spotkał ją.

Uśmiechnęła się mile i spytała krótko, lecz uprzejmym głosem:

— Książkę mi pan przyniósł? Dziękuję panu.

I chciała odejść.

Ale on spojrzał na nią wzrokiem pełnym wielkiego, tkliwego żalu i prośby.

Nie mogła mu się oprzeć.

— Może pan wstąpi do mnie na chwilę?

On kiwnął tylko głową z wielkiego wzruszenia.

Weszli na wąskie, kręte schody, które się wiły jakby bez końca. Szedł o krok za nią. Nie mówiła nic do niego. On wpatrywał się w jej postać, sunącą się przed nim, swymi wielkimi, świecącymi oczyma. I zdawało mu się, jakby tej drodze końca nie było, jakby miał zawsze kroczyć tak za nią w pogoni...

Wreszcie stanęła. Zwróciła się teraz do niego i uśmiechnęła się.

— To tutaj — rzekła.

Weszli. Teraz oddychał jej atmosferą.

Cały pokój był nią napełniony.

Wydawało się, jakby jej wielkie, gorączkowo szukające oczy odbijały się wszędzie, we wszystkim. Linie mebli, kwiaty ułożone w jakiś indywidualny sposób, książki, obrazy — wszystko składało się na jeden cudnie jednolity hymn na cześć swej pani, twórczyni...

Usiedli. On zaczął mówić o tym, co było dla nich najskrytsze — o życiu: o życiu w objawach sztuki, o życiu oświetlonym przez naukę, o życiu rozwijającym się, promieniejącym, wielkim, wspaniałym.

Ona patrzyła na niego swymi cudnymi, rozumiejącymi oczyma i tylko rzadko, przez jakieś słowa wtrącone dawała mu znak odczuwania harmonii, która między nimi istniała.

Długo tak z sobą rozmawiali.

Pokój, pogrążony w szary półmrok17, który owijał ich coraz gęściej, coraz bliżej — wydawał mu się jakimś tajemniczym rajem. I zdawało mu się, że te chwile niewymownej rozkoszy nie mogą przejść jak inne, że są gdzieś daleko, poza okresem czasu18.

Tak przechodziły mu w tajemniczym drganiu długie godziny.

Gdy na chwilę przerwał rozmowę, spytała go się nagle głosem dobrym, miękkim, z odcieniem jakiejś macierzyńskiej troski, czy często miewa takie ataki kaszlu.

Była medyczką.

Zerwał się jakby zbudzony ze snu.

Potem odpowiedział głosem nieśmiałym, dziwnie zmieszanym, że już od roku dokucza mu ten kaszel obrzydliwy, denerwujący go do niemożliwości. Ale to przejdzie, z pewnością przejdzie — to czysto nerwowe.

Znów zaczął rozmawiać, a ona słuchała go z dobrym, mądrym wzrokiem.

Było ciemno i pusto na ulicy, gdy wreszcie wyszedł, przestraszony nagle jej zmęczonym wyrazem twarzy. Wiedział, że pracowała bardzo dużo.

Szedł po ulicy jakby we śnie. Nie mógł wrócić do domu.

Czuł potrzebę iść tak przed siebie bez celu w tę ciemną, głuchą noc, wsłuchując się w tę cudną melodię, którą dzisiaj po raz pierwszy usłyszał, melodię harmonijnie zlewających się dusz.

Ona stała się dzisiaj czymś dla niego, co nie było poza nim, czymś, co było w nim — częścią jego samego, częścią nierozerwalną...

I tak widzieli się kilkakrotnie.

Coraz bardziej rósł płomień w jego duszy, aż stał się jednym wielkim ogniem świętej miłości dla niej.

Coraz ciaśniejsza stawała się sieć uczuć i myśli, które go z nią związywały, coraz bardziej wrastała w niego...

A ona stała wobec tego wielkiego uczucia, które niechcąco19 zrodziła, z założonymi rękoma i nic zrobić nie mogła.

Z przestraszonymi oczyma śledziła stopniowy wzrost tej wielkiej namiętności — czuła, że powinna coś zrobić, ale nie wiedziała, jak zapobiec temu wielkiemu nieszczęściu, które przeczuwała.

Wiedziała i czuła z rozpacznym fatalizmem, że jest bezwładna, że to się stać musi.

A w jej duszy była taka tkliwa, bezgraniczna przyjaźń dla niego, takie czyste współczucie i zrozumienie; ale kochać go nie mogła — nie mogła być jego, nigdy, przenigdy.

Wiedziała, że jest suchotnikiem.

Wieczorem kiedyś, gdy ją opuścił, siedziała długo przy biurku z twarzą w rękach ukrytą. Widziała przed sobą jego oczy błagające, pałające uczuciem nieskończonej, bezmiernej miłości, jego usta gorączkowe, drżące i czuła dla niego tak wielką, rzewną litość, że była prawie gotowa oddać mu wszystko.

Ale nagle, jak gdyby ją coś gwałtem odepchnęło od tej myśli, odrzuciła głowę w tył i głośno, z twardym wyrazem twarzy rzekła:

— Nie, nie, nie mogę!

I znów zakryła oczy ręką.

Myślała o nim.

Prześladował ją ciągle jego wzrok, ten wzrok mówiący więcej niż wszystkie słowa o tym, co czuł dla niej, te oczy dziwnie rozpaczliwe, zranione, a jednak błagające ostatnim przebłyskiem nadziei.

Odjęła rękę od twarzy i tępym wzrokiem jęła się wpatrywać w żółty płomień lampy.

Nigdy w rozmowach poufnych nie dawała mu najmniejszego znaku miłości — musiał to czuć, musiał wiedzieć od dawna.

I on wiedział o tym.

Mówiły to jego oczy smutne jakąś bezbrzeżną melancholią, mówiły o całej bezgranicznej, fatalistycznej sile jego miłości.

A ona go nigdy, nigdy nie będzie mogła kochać.

Odpychało ją coś fizycznie od niego.

Było to czymś, co czuła, że nigdy przełamać nie zdoła, i czego hamować nawet nie chciała.