Kamień pełen pokarmu

Książkę tę dedykuję

mojej kochanej Marii

Kamień pełen pokarmu

Nenia i inne wiersze

I

w moim małym domu zamieszkała niewiara

jak nierządnica zamieszkała w moim małym domu niewiara

bardzo zła kobieta z którą mamy jednego Pana

powiedziałem jej moje ciało męskości

jak i moje ciało zniewieścienia

wszystkie moje ciała

których jest co niemiara mają jednego Pana

więc po co do mnie przychodzisz wciąż naga

II

przysięgam schizofrenia jest jak pies bez kości

który z żołądkiem moim ma do czynienia

i z żołądkiem moim czyni sobie zadość

co to jest samotność

jak schizofrenia samotność zamyka mnie

przysięgam ona zamyka mnie kiedy jestem ze Zbigniewem

Ingo i kiedy nie jestem ona mnie zamyka

w domu Zbawiciela a potem wyprowadza z domu

nieskazitelności ona mnie zawsze prowadzi

z domu nieskazitelności popod czyjeś okna

III

w moim małym domu zamieszkała skrucha

myślałem że płacze we mnie dziecko a nie starucha

przecież ona nie zamieszkała w domu starców

która może odmłodzić jednym grzechem mniej

powiedziałem ty mnie możesz

jeszcze odrodzić w moim pustym domu

ty mnie możesz jeszcze uczynić

dzieckiem w zmarszczkach dzisiejszego grzechu

IV

schizofrenia to ten ptak wczoraj

i ten ptak dzisiaj niejasnego upierzenia

jaki jestem jaki będę jeżeli pokonam tę śmieszną przestrzeń

między jednym a drugim niejasnym słowem

które wypływa albo nie wypływa z ciemności

najpierw zachorowała matka jaka jesteś

pytałem się wczoraj i dzisiaj

czy jak ten ptak oszukany pod niebem

przez wszystkie płazy ziemi.

V

Panie ja nie odbiegłem

ja nie porzuciłem Twojego domu

we mnie tylko wilk Dobry Pasterzu wbił swoje zęby

a ja mu powiedziałem to nie są zęby które się na mnie zawezmą

Panie ja nie usłyszałem

bo byłem głuchy Twojego głosu

nie wchodź w paszczę zwierzęcia bez jednego

zęba abyś nie był samotny

VI

1

gwiazdo niespełna rozumu ziemskiego

zacznij od nowa czerpać w ciemnościach świata tego

gwiazdo niespełna rozumu ludzkiego

zacznij od nowa w ciemnościach mojego ciała marnego

najjaśniejsza gwiazdo niespełna rozumu i niespełna zamętu

zacznij na nowo od chaosu moich wnętrzności

a potem od swojego wozu

i pociągnij mnie w przepaść

najjaśniejsza gwiazdo niespełna rozumu

czy ty byłaś matką czy ty byłaś matką odebraną komuś

gwiazdo niespełna rozumu gwiazdo najjaśniejsza

za którą idziemy do domu obłąkanych

2.

czy ty byłaś zamknięta jak Dycka

w oślepiającym świetle schizofrenii

gwiazdo przeklęta czy ty się wzięłaś

z mojej matki Stefanii

o światło prosząc

czy ty się uskarżałaś na nią ze mroczna

to tylko my nie rozumiemy

co ona pragnie nam przekazać nie przekazując

owocu z pestek treści

co ona pragnie nam ofiarować nie ofiarowując

ona nam Pana Boga niosła

i w drodze osłabła jakby zobaczyła diabła

gwiazdo najjaśniejsza czy ty się wzięłaś

z mojej matki w ciemnościach

czy ty byłaś zamknięta jak Dycka

w oślepiającym świetle schizofrenii

VII

moja matka kościół innowierczy

niech będzie pochwalony Jezus Chrystus który cierpi

innowierców a nie zsyła na nich śmierci

innowiercą jest kto matczyne opuścił serce

moja matka kościół bluźnierczy

bluźniercą nie jest kto imienia Pana nie znajduje

lecz który się chełpi że posiadł

imię nowe i że się zowie nowo narodzony

niech będzie pochwalony Jezus Chrystus który cierpi

bluźnierców a nie zsyła na nich śmierci

VIII

krzyk jest powrotem do matki

choćbyś nie chciał

krzyk jest powrotem do matki

pierwszym źródłem macierzyństwa

i choćbyś nie chciał ostatnim zakorzenieniem

krzyk jest po to ażeby nie opuścić siebie

żeby w łonie matki nie było skonania i ust

zaprzepaszczenia w ciszy zawiązującego się poranka

IX

piasek to sypkie ssące usta śmierci

ustom tym nie wymkniesz się choćbyś z deszczem spadał

choćbyś z deszczem w głąb innych ust

obsuwał się szczęśliwy że piasek nie istnieje

powiadam wszakże piasek to usta

śmierci nie zacieśnione na deszcz i kamień

szczęśliwy kto uwierzył w piasek i usta

napełnił swe a potem jeszcze raz zapragnął

piasek to sypkie ssące usta śmierci

które wciągają w drżenie martwych

powiadam wszakże ani deszcz ani kamień

nie spocząłby w nas wątpiących w samotność

X

mój przyjaciel jest chory

i otoczył się jak niemowlę bólem rodzenia

jego ciało w którym jest nadzieja na moje ciało

jest już w drodze jak kwitnąca gałązka jabłoni

daje o sobie znać i jak gałąź owocująca nic nie znaczy

mój przyjaciel jest chory i drży ciało jego

mój przyjaciel jest umierający i niosę mu zmęczenie

sen nie odparty żadnym tchnieniem

XI

w niedzielne popołudnie pracowało trzech półnagich żołnierzy

Pan Bóg w ich ciałach nie ukrywał swojego roztargnienia

i na nowo tworzył kosmos początku i końca podczas gdy oni

oślepieni słońcem wypoczywali na wznak

Pan Bóg myszkował w ich ciałach zdziwiony swojskością potu

Pan Bóg myszkował w ich ciałach złakniony

wracał do swoich źródeł i stawał się

kroplą brudu bez której nie bylibyśmy sobą

XII

moja siostra Wanda przynosi ze spaceru lilię

a ja piszę wiersz o śmierci

a ja znowu ten wiersz piszę od początku

i nie umiem skończyć

ani przerwać w połowie tak żeby się zachwiał

jak lilia śmiertelnie kiedy szukam dla niej

najodpowiedniejszego słowa

zamiast garnuszka wody

XIII

lilia zepsuła się w garnuszku wody

pytam się oczu co widziały i gdzie były

lilia zepsuła się jakby zniechęcona po ludzku sobą

pytam się swoich oczu gdzie sczerniały

lilie za którymi poszłyby do grobu

a one nie wiedzą i jak cudze na mnie patrzą

więc znowu piszę ten stary wiersz o śmierci

i wciąż jeszcze nie wiem od czego zacząć

XIV

moi przyjaciele piszą wiersze

a woda nad którą stoją nie czeka

tylko słowo istnieje które jest początkiem stworzenia

rzeczy niewymownych źródłem rzeczy niemych

przepływających obok nas własnym drążonym krzykiem

mówią że istnieją słowa przed którymi

zamykamy się do nadspodziewanych objęć wierszy

i w których prosimy żeby nam wybaczono milczenie

albowiem słowa przepływają obok nas własnym drążonym krzykiem

XV. Do A(...) N(...) pod jego bytność w przemyskiem

powiem ci że cmentarz lubaczowski nie ma granic

wprawdzie ma swoich zmarłych ale nie ma granic

pokażę ci groby Argasińskich Dyckich Hryniawskich

ale nie zakreślę granic których od nich oczekujesz

mogę cię zaprowadzić do ich przeszłości z której wyrosłem

nieco skostniały w ogóle zauważ jakaż ta teraźniejszość z kości

zmarłych Dyciów i jakaż przyszłość z naszych prędzej z naszych

kości aniżeli z naszego dzisiaj zapomnienia

jak ci powiedzieć że cmentarz lubaczowski ma swoich zmarłych

nawet w tobie który wszedłeś do rzeki ażeby wynurzyć się innym

nie ma granic ałe ma swoich zmarłych

nawet kiedy stanąłeś na brzegu Sołotwy ażeby do nich nie wrócić

XVI

w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół

nikt nie zapyta skąd się wziąłem w ten czas

i skąd się wezmę jutro z jakich wypłynę ciemności

i w jakie ciemności na powrót pokracznie

ach mamo w ciemnościach bez ciebie pokracznie

jak i w oślepiającym świetle dnia

zarówno do ciemności jak i do oślepiającego światła dziś

dołóż drwa choć naręcze dołóż swoich ust tchnij

XVII

w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół

materace na których spał Leszek i wielu innych

których jeszcze pamiętam i już zapominam

jeszcze pamiętam wilgoć w miejsce języka

oczu myśli a już zapominam

a nagość ich była jak dziwna bajka

już zapominam z kim spał Leszek z kim spałem

zanim przyszła śmierć Leszka

i jeszcze pamiętam chłód jego ciała

kiedy jechaliśmy z trumienką za miasto

jeszcze mnie pamięć nie myli chłód jego ciała

drzemał we mnie jak styczniowe słońce

XVIII

w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół

materace jak dawniej gdy byliśmy tu z Leszkiem

dla potęgi nocy oto jest śmierć

mówił Leszek gdy po nocy nastawał dzień i w naszych oczach

krzątały się kości wirowały jak wiatr

któremu dawaliśmy niekiedy chwilę wytchnienia

materace do których przyciskaliśmy wiatr naszych członków

i wnętrzności Leszek mówił

rano znowu znajdziemy się w szczerym polu

oto jest śmierć mówiłem gdy po nieprzespanej nocy

wdrapywaliśmy się na szczyt naszych członków

i wnętrzności jeszcze pamiętam

trumienkę z którą wyruszyliśmy za miasto

chłód jego ciała uderzył mnie zaraz w domu

kiedy pomagałem go ubrać kobietom spoglądającym

niedorzecznie w swoje ciepło

skisłe jak kluski

XIX

znienawidziliśmy miasta do których przyjeżdżaliśmy

w piątek po południu albo w sobotę rano

a zwłaszcza dworce na których spędzaliśmy resztę dni

ludzi z którymi nie zamieniliśmy słowa

na pustych zakazanych placach

choć to oni pieścili nasze ciała w swoich szeleszczących skórach

choć to oni pochylali się nad nami w zmarszczkach

bez cienia intymności

niekiedy bardzo śmieszni a zawsze bardzo starzy

w szeleszczących skórach którą zatykaliśmy sobie uszy

ażeby nie słyszeć ich dalekiego oddechu

i którą jak zielskiem przykrywaliśmy swoje oczy zielone

jak bielmem

XX

umyśliłem pisać wiersze o twojej śmierci

i o tym jakie są teraźniejsze dzieje

wyszedłem na łąki na których zawsze byłem dzieckiem

ażeby początek wiersza tchnął mleczem

zamknąłem się we wszystkich twoich listach

wysłanych i nie wysłanych nigdy do mnie z daleka

w widokach wiedeńskich postkarte przecież pisałeś

jak wtedy z Placu Karola

że dzieli cię dzień od samobójstwa od urzeczywistnienia

rzeczy przyszłych i żebym przyjechał przeżyć przestrzeń

jakiegoś nowego ładu którego jeszcze nie rozumiesz i pozostał

z tobą aż po wypełnienie się chaosu w moich przerażonych kościach

XXI

zamykanie oczu to kłamstwo

bowiem od widoku samobójczej śmierci Recki

Ruszkowskiego nie uratuje cię czarna powieka

zatem patrz jak wtedy gdy zatriumfowały w nim

wszystkie furie powietrza naraz

czyniąc zeń igrzysko

pakułę gdzieś poza ludzkim kręgiem

albo w ludzkich wnętrznościach

i kiedy dźwigałeś tę pakułę a jeszcze bardziej

kiedy nie mogłeś dźwignąć niczego

oprócz wymiotującego brzucha

wymiotującego z przerażenia iż jest

i że starcza za wszystko

XXII

zanim odkryłem twoją śmierć w pokoju

na dziesiątym piętrze i ujrzałem ją w zdziwieniu

twojej nagości i zanim odkryłem śmierć jako coś

co następuje po śniadaniu obiedzie i kolacji

przekonałem się że ten który leży przede mną

w zeszłonocnej pościeli i ten który leży w lilijkach

to mój przyjaciel to moja fizjologia to nade wszystko

mój przyjaciel i moja fizjologia

coś co jest święte

XXIII

od nocy do świtu ćwiczenie pamięci

jak czarnej skóry niewolnika

w dniu w którym umarł ćwiczenie pamięci

i w dniu w którym przygotowywaliśmy się do pogrzebu

ćwiczenie pamięci jak czarnej skóry zbiega

a potem raz po razie

ażeby umarły był wciąż jak żywy

ażeby żywy był jak umarły

i nie ważył się przychodzić z widownią ciała

ażeby przychodził jak pustelnik tylko

do swojej duszy pełen miłości ku niej

i pełen zwątpienia że miłość do jednej rzeczy

jest związaniem przy rzeczach wielu

ażeby przychodził jak pustelnik tylko

przesiąknięty wiatrem i piaskiem

przełamać się ze mną codziennym chlebem

XXIV

gdybyś choć otworzył oczy zobaczyłbyś

jeszcze nie wiem co ale ujrzałbyś jako my widzimy szkielet

może gdybyś uniósł powieki wszystko byłoby

jasne jak pierwszy dzień narodzenia

a tak stoję oślepiony przenikaniem świata

nawet myślę że przenikanie świata jest wszystkim

co potrafię może gdybyś język wyplątał

z otchłani mowy przemówiłbyś

błogosławiony który idzie ku mnie a nie ociąga się

na widok słońca jakie zabiega mu drogę

błogosławiony albowiem dnia pewnego znajdzie go ciemność

w wielkich mękach widzenia

XXV

jeszcze nie dzisiaj jeszcze nie jutro

przyjdę do Ciebie wiem zgasisz światło