Hippolytos uwieńczony

OSOBY DRAMATU:

  1. Afrodyte, bogini miłości
  2. Hippolytos, syn Tezeusa i Amazonki Antiopy
  3. Służba
  4. Chór kobiet trojzeńskich
  5. Piastunka
  6. Fedra, małżonka Tezeusza, córka Minosa, króla Krety
  7. Tezeusz, król Aten, syn Ajgajosa (Egeusa)
  8. Poseł
  9. Artemis, bogini łowów

Rzecz dzieje się w mieście Trojzenie przed pałacem króla Pitteusza.

Na scenie jawi się

AFRODYTE

Me imię na niebiesiech niepomiernie słynie

I ludzie znają dobrze kipryjską władczynię.

A jacy są mieszkańcy od ponckich wybrzeży

Po fale Atlantyku, ten, kto we mnie wierzy,

Doznaje mojej łaski, zaś poniżon będzie

Pod słońcem, kto śmie deptać me święte orędzie.

I bóstwa bowiem lubią, jeśli człek jest skory

Oddawać przynależne niebianom honory.

Wykażę ja tu zaraz prawdę mego słowa.

Hippolit, amazonki syn, Tezeuszowa

Latorośl, wychowaniec cnego Pitteusza,

Jedyna śród trojzeńskiej ziemi żywa dusza

Najlichszą mnie śród bogów mianuje i dumnie

Miłosnym gardzi łożem. Nie znajdując u mnie

Radości, Artemidę, siostrzycę Fojbosa,

Uważa za najpierwszą śród tych, co niebiosa

Zajmują, i z Zeusa tą córą dziewiczą

Na łowy, tępić zwierza, wyrusza z swą smyczą —

Za wielka to zażyłość dla śmiertelnych ludzi.

Zazdrości przecież we mnie zaszczyt ten nie budzi,

Bo po cóż? Tylko jeszcze dzisiaj zobaczycie,

Że zemszczę się za krzywdę swą na Hippolycie.

Rzecz dawna, pójdzie łatwo, nie będzie zawodu:

Na obchód gdy świąteczny z Pitteusza grodu

Pojawił się ten młodzian w ziemi Pandiona,

Ujrzała go cna Fedra, ojca jego żona,

I straszną się ku niemu rozpaliła żądzą —

Przeze mnie to się stało. Jeszcze nim zabłądzą

Jej kroki do Trojzeny, na znak swej miłości

świątynię zbudowała śród ateńskich włości,

Na zboczu Palladyjskim, skąd widać te łany —

Przybytek ten, w Kiprydy cześć ufundowany.

Ma zwać się od tej pory na zawsze kościołem

Bogini Hippolyta... Potem, kiedy społem

Z małżonką porzuciwszy mury Kekropsowe,

Tezeusz tu zawitał, aby swoją głowę

Od klątwy uratować, i roczną pokutę

Odprawiać jął z daleka od domu za lute

Wylanie Pallantydów krwi, od onej chwili

Na próżno się nieszczęsna ta kobieta sili

Uwolnić się od cierpień: wzdycha, jęczy, ginie

Z miłości, ale milczy. Jakiej by to winie

Przypisać, z domowników nie wiada nikomu.

Lecz długo tak nie można kochać po kryjomu:

Wyjawię Tezejowi i ojciec młodziana

Zabije, mego wroga. Tak więc wykonana

Zostanie obietnica, jedna z trzech, którymi

Obdarzył Tezeusza władca, nad morskimi

Falami władający, Posejdon. I żona

Paść musi, acz chwalebnie. Bo juścić mi ona

I los jej nie oznacza znów tyle, bym miała

Poniechać swojej zemsty na wrogach, jak chwała,

Jak cześć moja wymaga... Lecz oto me oczy

Spostrzegły Hippolyta: Z łowieckiej-ci kroczy

Wyprawy syn Tezejów. Ustąpię mu z drogi.

Pospiesza tu z nim razem służby orszak mnogi

I głośną składa pieśnią hołdy Artemidzie:

On nawet nie przeczuwa, że ku śmierci idzie,

Że słońce mu przyświeca już po raz ostatni.

HIPPOLYTOS

Za mną, szeregu mój bratni,

Hymny nam trzeba wznieść

W cześć Artemidy, w córki Zeusa cześć!

CHÓR STRZELCÓW

O pani dostojna, o pani!

Zeusa ty córo i Latony,

Z dziew najpiękniejsza,

Z dziew, zajmujących gmach złocony

Twego rodzica, nieboskłony

Zeusa promienne: tobie w dani,

Tobie jedynej hołd składamy:

Niech się twa cześć nie umniejsza,

O Artemido bez plamy,

O dziew olimpijskich królowo!

HIPPOLYTOS

Ten wieniec tobie składam, zioła woniejące,

Zerwane, o władczyni, na dziewiczej łące,

Na którą żaden pasterz nie pognał swych owiec

I z sierpem nikt nie zaszedł. Nietknięty manowiec!

Tu tylko skrzętna pszczoła pobrzękuje w wiośnie,

Dziewicza rosa łan ten orzeźwia, kwiat rośnie

Jedynie dla wybrańców, co nie wyuczoną,

Lecz szczerą wstydliwością w swoim sercu płoną —

Kto podły, temu wara! Więc, pani niebiosów,

Racz przyjąć tę ozdobę twych złocistych włosów

Z mej ręki nieskalanej. Ja jeden na ziemi

Zażywam takiej łaski, że mogę się z swemi

Do ciebie zwracać słowy, żeśmy towarzysze,

Że głos twój, o władczyni, każdej chwili słyszę,

Choć lic twoich nie widzę! Chciałbym w takiej mierze

Przez życie przejść, aż grób mnie w swe mroki zabierze.

Odwraca się od ołtarza w kierunku domostwa. W tej chwili występuje z chóru i zachodzi mu drogę

STARY SŁUGA

O książę! — gdyż li boga władcą zwać wypada —

Czy raczysz mnie wysłuchać? Dobra moja rada.

HIPPOLYTOS

I owszem, boć niemądrze postąpiłbym przecie.

STARY SŁUGA

A wiesz ty, jaki zwyczaj panuje na świecie?

HIPPOLYTOS

Nie, nie wiem. W jakiej sprawie twa się warga trudzi?

STARY SŁUGA

Nikt pychy i uporu nie lubi śród ludzi.

HIPPOLYTOS

Rzecz prosta, bo i któż by lubił pychę człeka?

STARY SŁUGA

Że nikt zaś na uprzejmą grzeczność nie narzeka.

HIPPOLYTOS

Na uprzejmości ludzie nigdy źle nie wyśli.

STARY SŁUGA

Czyż bóstwa, powiedz, nie są takiej samej myśli?

HIPPOLYTOS

Gdy życie ich w ten sposób, jak i nasze, płynie.

STARY SŁUGA

A jednak pokrzywdziłeś dostojną władczynię.

HIPPOLYTOS

Ja? Kogo? Strzeż się, proszę, by kłamcą nie zostać.

STARY SŁUGA

wskazując na posąg Afrodyty

Masz oto przed swym domem cną Kiprydy postać.

HIPPOLYTOS

bijąc przelotny pokłon posągowi

Jam czysty, nieskalany, pozdrawiam ją z dala.

STARY SŁUGA

Dostojna jej potęga ludzką moc obala.

HIPPOLYTOS

Nie wszystkim hołd się składa, ludzie to czy bogi.

STARY SŁUGA

O, mędrszyś niż potrzeba! Szczęsnej życzę drogi!

HIPPOLYTOS

Nie znoszę bóstw, co w nocy spełniają swą władzę.

STARY SŁUGA

Daj bogom co boskiego, to ci, synu, radzę.

HIPPOLYTOS

szybko się odwracając

Odejdźcie, moi słudzy; do domu pospieszcie,

Zgotujcie nam śniadanie; dobrze jest nareszcie

Posilić się po łowach przy obfitym stole.

I konie oporządzić potrzeba; mam wolę

Pohasać po śniadaniu, zabawa się przyda.

do starego sługi

Niech dobrze tu się miewa ta twoja Kipryda.

Znika. Scena się opróżnia. Pozostaje

STARY SŁUGA

przed ołtarzem Afrodyty

Nie pójdę-ci ja drogą, jaką chodzą młodzi,

Co myślą tak, jak o tym mówić się nie godzi

Człekowi służebnemu, lecz do twej dostojnej

Świętości się pomodlę, Kiprydo!... Niech wojny

Nie będzie między wami! Jeżeli, jak słyszę,

Zbyteczne prawi głupstwa w swej młodzieńczej pysze,

Ty zamknij na to uszy, boć przecież bogowie

Winni mieć rozum większy, niż ma człek w swej głowie.

Znika.

Z drugiej strony zjawia się

CHÓR KOBIET

Okeanosa wiecznie świeży zdrój

Płynie wiadrami z opoczystych ścian,

Rzeźwością życia nalewając łan.

Tam krok wypoczął mój,

Tam też mojemu zjawiła się oku

Dawna ma druha, mocząca w potoku

Lśniste purpury, by potem,

Słonecznym oblane złotem,

Na skalnej suszyć je zboczy.

Od niej to pierwszej jam się dowiedziała,

Jak cierpi ma pani wspaniała,

Jaka to boleść ją tłoczy.

*

Nie pozwalając wychodzić za próg,

Do łoża przykuł okrutny ją los.

Przepaska jasny zaciemnia jej włos.

Strasznie zwalona z nóg,

Trzy dni odtrąca wszelkie dary boże,

Do ust niczego wziąć już dziś nie może,

Dar Demetery jej na nic!

Tak do ostatnich granic

Złamana, nie widząc słońca,

Spoglądać musi w milczeniu, jak skrycie

Ucieka młode jej życie,

Jak prędko zdąża do końca.

*

Jakież to bóstwo, o pani,

Tak twoje zmysły tumani?

Któż taką ci daje zapłatę?

Zali to Pan, czy Hekate?

Zali to Macierz gór,

Czy Korybantów chór?

A może tak cierpisz bez miary,

Że, poskąpiwszy ofiary,

Zraniłaś świętą Łowczynię?

Ona-ć to bowiem, ta królowa boża,

Przebiegać umie lądy, a i morza

Ona przepłynie!

*

Czyżby miłosna zawieja

Wtargnęła w gród Erechteja?

Czyżby od twoich się progów

Odwrócił potomek bogów,

Małżonek twój i pan,

Na żądzę przewrotną zdan?

A może z twej Krety rodzinnej

Do tej przystani gościnnej

Przybyli jacyś żeglarze

I, straszne z domu przyniósłszy ci wieści,

Zadali pani mojej te boleści,

Te męki wraże?

*

Dola rodzącej kobiety

Niejednokrotnie tak nieszczęsna bywa,

Że drogą, którą kroczy jej nadzieja żywa,

Spieszy wraz obłęd i szał!

I ja, niestety,

Tych samych doznałam losów,

Lecz na królowę niebiosów,

Na Artemidę, co grozą swych strzał

Szafuje według swej woli,

Duch się mój zdał!

I nie zawiodły

Moje żarliwe modły:

Wyrwała mnie z ciężkiej niedoli!

PRZODOWNICA CHÓRU

Lecz patrzcie! Na dworze

Stara piastunka się jawi!

Wynoszą, patrzcie! naszej pani łoże!

Dusza się moja powstrzymać nie może,

By nie zapytać, co tak gnębi ninie,

Co tak boleśnie dziś trawi

Tę naszą biedną kniahinię?

Służebnice wnoszą Fedrę, leżącą na łożu, towarzyszy im i nadzoruje orszak stara

PIASTUNKA

po krótkiej pauzie

Ach! ta nędza człowieka!

Ach! ten ból, co go czeka!

Ach! te straszne choroby!

Cóż mam czynić tej doby,

Cóż poniechać ja mam?

Wyniosłyśmy twe leże

Na to słońce, na świeże,

Na rzeźwiące powietrze,

A tu coraz są bledsze

Twoje lica! Twe oczy

W coraz głębszej omroczy!

Ach! odpowiedz-że nam?

Wszak ciągnęła cię wola

Do światłości, do pola,

Za pałacu bramami

Pożądałaś być z nami,

A patrz, teraz na nowo,

O ty chwiejna ma głowo,

Chcesz powracać w pokoje!

Wielce zmienne są twoje

Pożądania i chęci!

Coś cię ledwie przynęci

I odpycha cię wraz!

Twoje serce, o pani,

Tego tylko nie gani,

Co ukryte jest oku:

To ci tylko uroku

Jest przepełne i kras!

odwracając się

Tak! Ja sama bez mała

Chorować bym wolała,

Niż tak siedzieć, niżeli

Czuwać obok pościeli

Chorych ludzi! Wszak wtedy

Mniej doznaje się biedy —

To cielesne li męki!

A tu z znojem tej ręki

I znój duszy się para!

Męczarń, cierpień niemiara

Oto ludzkie jest życie!

A gdzież, gdzież zobaczycie

Kres i wyzwolenie?!

Są! Lecz mroczne tu cienie

Ukrywają z daleka

Przed oczami człowieka

Oną przystań... Więc ludzie,

Ulegając ułudzie,

Wzdyć żądzami wszystkiemi

Lgną co siły do ziemi

I to dzięki przyczynie,

Że im znan jest jedynie

Żywot ziemski... Zaiste!

Nikt nie wniknął w te mgliste,

W te umarłych dzierżawy,

Więc też błądzi człek prawy,

Bo niepewne są wieści,

Co za nimi się mieści.

FEDRA

Wyprostujcie mą postać!

Trudno mi tak pozostać:

Głowa zbytnio opadła,

Członków moich wiązadła