Biedny Henryk

Baśń niemiecka

OSOBY DRAMATU:

  1. Henryk von Aue
  2. Hartmann von der Aue
  3. Brygita
  4. Ottegeba
  5. Ojciec Benedykt, mnich
  6. Ottaker
  7. Rycerze, służba zamkowa

AKT PIERWSZY

Ogródek dzierżawcy Gotfryda. Dom zwrócony szczytem do sceny z drzwiami i schodami po lewej. Opodal stary cis, pod nim stół kamienny z ławką darniową. Spod cisu widać rozległe pola zielone. Na przedzie łany zżęte, na horyzoncie wzgórza leśne. Tu i ówdzie pojedyncze grupy sosen.

SCENA PIERWSZA

Gotfryd

Zmiata liście z kamiennego stołu.

Ottaker

Pachołek w zbroi, lat około czterdziestu, gotów do wsiadania na koń, wchodzi po cichu do ogrodu, starając się jak najmniej czynić hałasu ostrogami i szyszakiem; zobaczywszy Gotfryda, staje zmieszany; blada jego twarz, czarną okolona brodą, mieni się1 wskutek zaambarasowania2.

Gotfryd

Pochwalon Jezus Chrystus.

Ottaker

Na wiek wieków.

Gotfryd

A dokądże wy tak wczesną godziną?

Ottaker

Ot! Przejechać się, abo3 i na łowy —

Gotfryd

A pan się bez was obędzie... co?...

Ottaker

Drapie się w głowę zaambarasowany.

Z biedą —

A zresztą — może... Wiecie — mam zlecenie...

Pomyślcie tylko o... to niby znaczy,

jeśli Bóg zechce i jakoś się uda,

ba — a i wówczas, choćby i najgorzej

miało się wszystko stać, to juścić wrócę —

jednak...

Gotfryd

Ja waści wcale nie rozumiem —

Czyżby się komu z waszych miało zdarzyć

jakie nieszczęście?

Ottaker

Sza, sza! Nie inaczej —

muszę pojechać... matka — a i siostra —

tak — trudna rada... Pojmiecie. A zresztą

zmierzę się z diabłem! Gdybyć4 jeszcze żyli

ci, com ich ubił5 w krainie pogańskiej,

łatwo by mogli to poświadczyć...

Gotfryd

Cóż to

z wami się dzieje? Czyście chorzy? — Mówcie!

Ottaker

Nie! Chroń nas Boże od wszelkiej zarazy,

od złych upławów i grzesznych zakażeń.

Jeszczemcić6 zdrowy i w krwie7 swojej czysty,

i mam nadzieję, że taki zostanę.

Świat ten zepsuty i pełen szatanów,

ale mą tarczą i opieką Chrystus.

Krwią niejednego Turczyna kupiłem

odpust dla siebie — niejedną szmacinę

rzuciłem klechom, a zasię8 me piersi

chroni kawałek krzyżowego drzewa

ze Ziemi Świętej: ale jakaś groza

przychodzi na mnie — tak! Muszę odjechać —

jakieś złe znaki widziałem dziś we śnie —

a człek śmiertelny strzeże swego skórska.

Odchodzi.

Gotfryd

Patrząc za odchodzącym.

Przebóg! Srokosza wyprowadza z stajni —

już go i dosiadł i już — w cwał pogonił.

SCENA DRUGA

Z domu wychodzi Brygita, a za nią Ottegeba. Brygita, poważna, nie bardzo po chłopsku wyglądająca matrona, Ottegeba zaś — to blade, bezkrwiste dziecko, prawie dziewica o wielkich, ciemnych oczach, popielatych włosach z czerwono- i żółto-złotymi połyskami. Matka i córka niosą bieliznę stołową i naczynia.

Brygita

Gdzież ja mam nakryć dla jego miłości?

Gotfrydzie!... Słuchaj!...

Gotfryd

Budząc się z zadumy.

Co? Czyś mnie wołała?

Brygita

Juści9, wołałam: piwo już zagrzane,

ryba gotowa, śmietana ubita...

Gdzieżby to nakryć dla jego miłości?...

Gotfryd

Wskazując na stół kamienny.

O — tu jest miejsce od pradawnych czasów...

Prawda, dziecino? — Tu rad on siadywał?...

Ottegeba

Tak, ojcze... warto może trochę miodu...

Miałeś natopić...

Gotfryd

Zdziwiony.

Któż ci to we włosy

wplótł tę wstążeczkę?...

Ottegeba

Wstążeczkę?

Gotfryd

Tak, dziecko —

tę — ot! — Czerwoną wstążeczkę...

Ottegeba

Zarumieniona, zmieszana.

Gdzie, ojcze!?

Gotfryd

Niecierpliwie.

W włosach...!...?

Ottegeba

Milczy.

Brygita

A widzisz! Czym ci nie mówiła,

że się na ciebie zgniewa, gdy to ujrzy!?

Ottegeba

Blednie, walczy z płaczem, zrywa wstążeczkę z włosów, rzuca ją na ziemię i ucieka.

SCENA TRZECIA

Brygita

Chciała tym uczcić jego miłość... Teraz

wstydzi się tego.

Gotfryd

Uważaj na dziecko,

takie natręctwo może mu się sprzykrzyć.

To już nie chłopiec, jak wówczas — przed laty,

kiedy się lubił bawić z nią — z dziewczynką...

Brygita

Niewesołego, zda mi się, umysłu

nasz miłościwy...

Gotfryd

Nie wiem. Kto go wczoraj

widział o świcie, jak jeźdźcom, zebranym

na łów, wskazywał rękojeścią szabli,

z uśmiechem w oczach, na naszą sadybę

i jak ich potem żegnał przewesoło,

mógł był pomyśleć10 sobie, że wspaniały,

szlachetny młodzian wzdyć11 nie wie, co znaczy

choćby cień troski. Za tom dziś zobaczył12

męża, któregom nie znał13...

Brygita

Mnieć14 to dziwno,

że o tym czasie przybył w ten zapadły

kąt nasz — mówiono przecie, że się żeni...

Gotfryd

Wielcy tej ziemi mają swe humory.

Co nam do tego.

Brygita

Juści15... Tylko, widzisz,

wczorajszej nocy przebrał nieco miarę

jego pachołek i między czeladzią

tajemnym słowem dziwne stroił żarty

i o Mojżesza rozprawiał zakonie16,

według którego myją chore domy,

by je uzdrowić od jadu i trądu.

Gotfryd

Któż to ci mówił?

Brygita

Nasza Ottegeba.

Gotfryd

Słuchaj, Brygito, zamknij uszy swoje

dla wstrętnych plotek. Pan nasz miłościwy

w wielkich dotychczas łaskach i honorach,

sługa cesarza17, a zatem nie bardzo

przez Piotrowego lubian18 namiestnika19 —:

klechy zakonne roznoszą po ludziach

przeróżne kłamstwa, a nie ma tak płaskich,

by u motłochu nie znalazły wiary.

Brygita

Zda mi się, idzie aleją olchową.

Gotfryd

On...

Brygita

Pochylony idzie, nie jak zwykle.

Gotfryd

Nie wpatruj się tak — możeć to wziąć20 za złe.

Brygita

O! Spójrz! — Jak wryty, w zorzę wlepił oczy.

Gotfryd

On... Ja się teraz oddalę; a ty go

poproś do stołu, wielce obyczajnie,

lecz krótko, potem zwolnij się i odejdź.

Brygita

Nie troszcz się, stary.

SCENA CZWARTA

Henryk von Aue wchodzi powoli i zamyślony; postać to wspaniała, rycerska; włosy spadające w swobodnych kędziorach, broda rudawa, ścieka wskos; wielkie, błękitne, niespokojne oczy w bladym nieco obliczu.

Brygita

Bóg z waszą miłością.

Henryk

Podnosi ku niej oczy, zdaje się, jakby ją dopiero teraz zauważył, mówi prędko i od niechcenia.

Bóg z wami, matko.

Brygita

Stół waszej miłości...

Małoć21 jest na nim — tyle, co dać może

nasz kąt zapadły.

Henryk

Zda się, wczoraj wieczór

słyszałem dzwonki mułów na folwarku.

Brygita

Nie, wasza miłość...

Henryk

Nie? Tak o północy?

Brygita

Potrząsając głową.

Henryk

Szkoda, otukno22 mi do moich książek.

Brygita

Czy wasza miłość ma jakie życzenie?

Henryk

O tak... niejedno!

Brygita

Takie, które zdołam

spełnić?

Henryk

Brygito, które spełnić zdołasz?

Nie!... Może później — zobaczym — tak! — Może...

dobrze... dziękuję...

Brygita

Obyć smakowało23!...

SCENA PIĄTA

Henryk

Sam, kładzie dłoń na pień wiązu, spogląda ku jego koronie i mówi do siebie z tłumionym wzruszeniem.

W koronie jeszcze stoi wiąz i, jakby

ulany z spiżu, strzela nieruchomie24

w chłodne powietrze jasnego poranku;

bliskiego mrozu ostre, srebrne tchnienia

już może jutro obedrą go z liści —

on się nie ruszy: — wszystko, na czym tylko

spocznie twe oko, zdaje się w pokorze

na wolę Stwórcy — wyjąwszy człowieka,

tak, tak— wyjąwszy mnie!... O wróć, spokoju,

wszak niedalekoś25... Na cichych, zielonych

leżysz murawach, tchy twe zawiewają

ku moim skroniom od ciemnego runa

jodeł — od czarnych, snać26 odwiecznych jodeł

mego dzieciństwa... tak, w dziedzinie mojej,

śród gór tych moich i ty przemieszkujesz —

przeto mi bratem bądź i przyjacielem!

SCENA SZÓSTA

Gotfryd

Zjawia się we drzwiach swego domu.

Witamy u nas waszą miłość, panie —

Henryk

Dzień dobry, stary.

Gotfryd

Lepszegom nie zaznał27

w całym mym życiu, niźli28 ten, o panie!

Wszakże na pierwszym spotyka się kroku

z najmilszym gościem i mym godnym panem.

Lecz wasza miłość wielce nas zawstydza,

a przedsię29, panie, mnie — bo juścić30 przy was

tom ci ja31 śpiochem i złym gospodarzem.

Henryk

Zaczyna śniadać32.

Nie troszcz się o mnie, przyjacielu! — Usiądź,

umiałem sypiać wśród najdzikszej wrzawy —

w obozie, w polu, na dworach książęcych,

gdzie dzień i nocą skrzypiały w zawiasach

wrótnie33 zamkowe... przy tętencie kopyt,

przy knechtów34 krzykach jak pień takem leżał35

i spał... Tu cisza, a przecież w tej ciszy

głośno obzywa36 się me wnętrze... Widzisz —

gdy tam, na łąki i na trzęsawiska

księżyc rozlewa swe umarłe światło

i gdy z nim razem chyba jaki świerszczyk

czuwa pod miedzą, tutaj w mojej głowie

wciąż wre i huczy od harców rycerskich,

od zbrojnych pląsów, od haseł wojennych,

obcych języków i szeptów, i gruchań,

których nie zdołam przemóc. —

Gotfryd

Wasza miłość

niedobrze spali tej nocy?

Henryk

Przytułkiem

jest sen, a gorze37 tym, co bez przytułku!

Żaliż38 nie prawda? ...

Gotfryd

Prawda mocna, panie.

Henryk

Nie, nie! Bez żartów: od dawnych już czasów

przyzwyczajenie wypędza mnie z łoża

zwykle przed świtem, często o północy...

A jeśli tutaj doświadczycie tego,

proszę, niech was to nie dziwi, przebaczcie!

Gotfryd

Waszej miłości dom ten, gdzie mieszkamy,

i waszym grunt ten, na którym on stoi —

czyż przeto godzi się mówić: «przebaczcie» —

raczej nas zbudźcie, gdy czuwać raczycie.

Henryk

Śpijcie w spokoju — wy, co na ten spokój

zasłużyliście dnia przeciężkim znojem.

Na co wam moje czuwanie? Dziękuję!

Z wdzięcznością dzisiaj poznaję znów w tobie,

com jako chłopiec dobrze znał — twe serce!

Alem nie przyszedł, aby kraść to serce

ani rabować jego ustroń złotą —

proszę cię tylko, zechciej mi pozwolić,

bym przy ognisku twoim mógł zostawać

samli39 ze sobą.

Godfryd

Po chwili milczenia.

Może wasza miłość

chce, abym odszedł?

Henryk

Siadaj!

Źle tłumaczysz,

com ci powiedział. Chodź tu! Jest mi błogo

na twoje siwe znów poglądać włosy

i znów, po tylu, tylu długich latach —

słyszeć ten miły, luby głos ojcowski.

Nie troszcz się o to, jeśli ci się wydam