Przekład Wandy Dynowskiej
Cedr i Orzeł 1954
Printed at
Sri Chamundi Art. Press, 65-B, Usman Road,Madras-17 and
Published by Wanda Dynowska, Adyar, Madras-20
Przybycie Statku
Almustafa, wybraniec i umiłowany, co stał się jutrzenką nowego dnia na szlaku własnego żywota, czekał był lat dwanaście, w grodzie Orfalezu, na swój okręt, co nazad miał płynąć i na wyspę jego urodzenia unieść go z powrotem.
A z nastaniem dwunastego roku, na siódmy dzień Jelula,
miesiąca żniw i winobrania, wstąpił na wzgórze poza murami miasta i rzucił wzrokiem ku morzu; i oto dojrzał okręt swój zbliżający się z falą mgły.
Wówczas roztwarły się jego serca wierzeje, a radość jego wybiegła daleko, na morze.
I przymknął oczy i modlił się w milczeniach swej duszy.
Lecz gdy z góry zstępował, smutek wielki nań spłynął i pomyślał
w głębi duszy:
jakże to zdołam odejść w pokoju, a bez żalu? O, nie bez rany w sercu opuszczę ten gród.
Długie były dnie bólu którem spędził w tych murów odrębie, długie samotności noce;
a któż zdoła pożegnać bez żalu swój ból i samotność swoją?
Zbyt wiele cząstek mego ducha rozrzuciłem po tych drogach,
zbyt liczne dzieci mej tęsknoty błądzą nagie wpośród tych gór; nie mogę porzucić ich bez smutku i ciężaru w sercu.
Bowiem to nie odzież dziś zrzucam, a żywą skórę własnymi
zdzieram rękami.
I nie tylko myśl swoją mam pozostawić za sobą ale i serce własne,
które głód i pragnienie napełniały słodyczą.
Jednak nie mogę zwlekać dłużej.
Morze, co rzecz wszelką woła ku sobie, rzuca mi dziś swój zew.
Odpłynąć muszę.
Bowiem pozostać — choć godziny płoną wśród nocy — znaczyłoby zamarznąć i skrzepnąć, uwięznąć zamknionym w nazbyt konkretny kształt.
Radbym zabrał ze sobą wszystko, co tu pozostaje, lecz jakżebym mógł to uczynić?
Głos nie zdolen jest unieść języka i ust, co mu skrzydła dały,
sam wznieść się musi w przestwory.
I sam, bez gniazda swego, wzbija się orzeł ku słońcu.
A gdy doszedł do podnóża góry zwrócił się znów ku morzu i ujrzał jak okręt jego zbliża się do przystani, a na pokładzie marynarzy — ludzi swej ojczyzny.
I okrzyk ogromny jego duszy wybiegł ku nim:
O syny mej dawnej macierzy, wy, jeźdźcy fal i morskich przypływów,
ileż to razy przybywaliście w moich snach, a teraz oto przypływacie na jawie, która jest moim głębszym snem.
Otom gotów odpłynąć z wami, a żarliwość ma z rozpiętym żaglem czeka na wiatr.
Tylko jeszcze jeden oddech zaczerpnę w tym cichym powietrzu;
tylko jedno miłujące spojrzenie wstecz rzucę, i już stanę wpośród was,
żeglarz wśród żeglarzy.
A ty, o morze bezkresne, ty uśpiona rodzico, coś jest pokojem i wolnością jedyną dla rzeki i dla strumienia,
tylko jeden zakręt jeszcze uczyni ten potok w swym biegu,
tylko jeden jeszcze szmer pieśni rzuci na tej polanie, a już przyjdzie pogrążyć się w ciebie — niezmierzona kropla w ocean niezmierzony.
A gdy tak schodził z gór ujrzał z oddali jak ludzie porzucają w pośpiechu swe pola i winnice i biegną ku bramom miasta.
I usłyszał glosy wołające jego imię, pokrzykiwania co rozniosły się od pola do pola, podając jeden drugiemu wieść o nadejściu jego statku.
I rzekł do siebie:
czyli dzień rozstania ma się stać i dniem żniw?
Czy będą powiadać o mnie, iż wieczór mój był w istocie moją jutrzenką?
Cóż mogę dać temu, który oto pług swój porzucił w pół bruzdy i temu, co obroty swej tłoczni winnej zatrzymał?
Czy serce me zmienić się ma w drzewo dojrzałym owocem bogate, abym mógł zrywać i obdzielić nim rzeszę?
A uczucia me i tęsknoty czy mają popłynąć takim potokiem
abym napełnił ich kruże?
A sam czyliż mam zmienić się w harfę, by dotknęła mnie ręka Najwyższego, lub we fletnię, by tchnienie Jego wionęło przeze mnie
ogromne?
Badaczem milczeń jestem, jakiż to skarb znalazłem na ich dnie,
abym go śmiało rozdzielił?
Jeśli to jest dzień mego żniwa, na jakichże to polach zasiałem był ziarno, o jakich niepamiętnych wiosnach?
A jeśli naprawdę jest to godzina, gdy wznoszę mą lampę, płomień jej nie moim zapłonie ogniem.
Pustą i ciemną podniosę ją w górę, a Strażnik Nocy olejem ją swoim napełni i on też zapali jej płomień.
Te oto myśli wypowiedział w słowach, lecz wiele niewypowiedzianych pozostało w sercu, bowiem nawet przed sobą nie zdołałby wyrazić swoich najgłębszych tajemnic.
A gdy wstąpił w mury miasta, cała ludność wyległa na jego spotkanie i wołała doń w jeden głos.
A starsi grodu zbliżyli się doń ze słowami:
Nie odchodź od nas jeszcze,
południem byłeś w naszym zmierzchu, a młodość twa darzyła nas marzeniami.
Nie jesteś obcym wpośród nas, ani gościem, tyś syn nasz i umiłowany.
O, nie każ jeszcze naszym oczom łaknąć widoku twego oblicza.
A kapłani i kapłanki rzekli mu:
Niechże nie rozdzielają nas jeszcze fale mórz, niech lata któreś z nami spędził nie staną się już tylko wspomnieniem.
Przechadzałeś się wśród nas — duch, a cień twój był jasnością
na naszych twarzach.
Miłowaliśmy cię wielce. Ale bezsłowną była miłość nasza i zasłoną okryta.
A dziś oto woła do ciebie donośnie i stanąć chce przed tobą bez osłon;
zaprawdę bywało tak zawsze, iż miłość nie zna swojej własnej głębi aż nadejdzie godzina rozstania.
Zbliżyli się i inni, prosząc go by pozostał. A on milczał. Tylko głowę opuścił, a ci, co stali najbliżej widzieli łzy — jak cicho padały na jego pierś.
Powoli postępował wraz z ludem ku świątyni i zatrzymali się przed jej wielkim krużgankiem.
Tu z chramu wyszła ku nim niewiasta, imieniem Almitra. A była ona wieszczką i jasnowidzącą.
Wzniósł na nią oczy z tkliwością niezmierną, albowiem ono to była pierwsza, która słuchała jego słów i uwierzyła weń, gdy zaledwie dzień jeden przebywał w ich grodzie.
A ona pozdrawiając go, rzekła:
Proroku boży, który szukasz rzeczy ostatecznych, od dawna wypatrywałeś twego statku, przemierzając wzrokiem przestrzenie.
A dziś okręt twój przybył i odpłynąć musisz.
Głęboką jest twa tęsknota za krajem twych wspomnień; ojczyzną twych najwyższych pragnień; miłość nasza nie chce ciebie wiązać, a nędza nasza cię zatrzymywać.
Lecz o jedno prosić cię dziś chcemy — mów do nas zanim nas opuścisz, daj nam coś z twojej prawdy;
a my przekażemy ją dzieciom naszym, a one swoim, i tak przetrwa i nie zaginie.
W samotności twojej czuwałeś wśród naszych dni, a w bezsenności twej wsłuchiwałeś się w płacz i śmiech naszych snów. Odkryj nam tedy nas samych, i powiedz, co ci było zjawione, z tego, co się pomiędzy narodzeniem a śmiercią rozciąga.
A on odpowiedział mówiąc:
Ludu Orfalezu, o czymże mówić wam mogę, jeśli nie o tym, co już dziś żyje w głębi dusz waszych?
O Miłości
I znów rzecze Almitra: mów nam o Miłości.
A on podniósł głowę, spojrzeniem powiódł po rzeszy, aż cisza zaległa ogromna i wielkim głosem przemówił:
Gdy skinie na was miłość, idźcie za nią, choć drogi jej strome są i twarde.
A gdy otoczą was jej skrzydła, poddajcie się im ochotnie,
choć zranić was może miecz ukryty wpośród ich piór.
A gdy przemówi do was, uwierzcie w nią, choć głos jej zwarzyć może
wasze sny,
jako wiatr północny, co szron kładzie na sady.
Bowiem miłość jak wieńczy tak i krzyżuje. Jak wzrastać wam każe,
tak i to, co martwe odrzuca.
Jak wznosi się na szczyty wasze i pieści najdelikatniejsze gałązki dusz waszych, co chwieją się w słońcu z uśmiechem, tak i w głąb, do samych korzeni sięga, wczepionymi w ziemię wstrząsa i targa.
Jak snopy zboża zbiera was w siebie miłość, i przesiewa, by oswobodzić
od plew,
i miele was — jak w żarnach — w czystą biel,
i urabia — jak ciasto — by giętkość wam nadać;
a wtenczas dla swego świętego przeznacza was ognia, byście się stali, jako poświętny chleb, dla Boga najświętszej wieczerzy.
Wszystko to miłość z wami uczyni, abyście własnego serca poznali tajemnicę,
a w wiedzy tej, Serca Życia stali się cząstką.
Lecz gdybyście w lęku, tylko spokoju i rozkoszy chcieli szukać w miłości,
tedy lepiej wam, nagość swą osłoniwszy, zejść z wielkiego miłości klepiska,
w bezbarwny i głuchy kraj, gdzie śmiać się będziecie,
lecę nie w pełen śmiech,
i płakać, lecz nie pełnią łez.
Miłość nie daje nic oprócz siebie samej i nie bierze nic, jeno z siebie samej.
Miłość nie posiada, ani może być posiadana,
bowiem miłości wystarcza miłość.
Gdy miłujesz, nie mów: „Bóg przebywa w mym sercu", powiadaj raczej: "W sercu Boga przebywam."
I nie sądź abyś mógł drogami miłości kierować; to ona, jeśli za godnego cię uzna, twoją pokieruje drogą.
Miłość nie zna innego pragnienia ponad wypełnienie siebie samej.
Lecz jeśli kochasz, a bez pragnień nie możesz się obyć, te oto niech będą twoimi:
stapiać się wciąż i być jako strumień, co płynie i pieśń swą nocy
powierza; znać ból tkliwości niezmiernej,
a od własnego rozumienia miłości ranę mieć w sercu, i spływać krwią ochotnie a radośnie.
Budzić się o świcie z sercem uskrzydlonym i dzięki składać za nowy dzień miłowania;
w spokoju południa zadumać się nad miłości ekstazą;
o wieczornej godzinie w dom wracać z wdzięczności ogromem;
a usypiać z modlitwą za umiłowanego w sercu, na ustach — z pieśnią zachwytu.
O Małżeństwie
Znów się ozwie Almitra: a o małżeństwie, Mistrzu?
A on odparł, mówiąc:.
Razem urodziliście się i razem będziecie na zawsze.
Razem, gdy białe skrzydła śmierci rozproszą wasze dni; razem, zaprawdę, nawet w cichej pamięci Boga.
Lecz przestrzeń niech będzie w tej waszej wspólności,
a wichry niebios niechaj swobodnie wieją między wami.
Miłujcie jeden drugiego, lecz nie róbcie więzów z miłości; niechaj będzie ona jako morze w ruchu wpośród brzegów dusz waszych.
Czary swoje napełniajcie wzajem, lecz z jednej nie usiłujcie gasić pragnienia;
chlebem swoim dzielcie się zawsze z drugim, lecz z tej samej kromki
nie starajcie się żywić.
Razem bądźcie w śpiewie i tańcu, radośni, jednak każdy niechaj
będzie i sam,
jak same i oddzielne są struny lutni, choć jedną dźwięczą muzyką.
Serca swoje oddajcie sobie wzajem, lecz nie w wyłączną opiekę drugiego; albowiem tylko dłoń Życia serce ludzkie zawrzeć w sobie może.
Stójcie razem, lecz nie nazbyt blisko;
gdyż kolumny świątyni oddzielnie stać muszą,
a dąb i cyprys nie rosną w cieniu drugiego.
O Dzieciach
Teraz kobieta z niemowlęciem przy piersi, prosi: powiedz nam o dzieciach.
A on rzekł:
Dzieci wasze nie są waszymi dziećmi.
To syny i córy tęsknoty Życia za sobą samym.
Jawią się na tej ziemi przez was, lecz nie od was pochodzą
i choć przebywają z wami, nie do was należą.
Miłość im waszą dawajcie, lecz nie waszą myśl,
gdyż one własne posiadają myśli.
Schronienie możecie dać ciału ich, ale nie duszy;
bowiem dusze ich w przybytku jutra trwają,
a tam, nawet marzeniem swoim nie zdołacie sięgnąć.
Możecie starać się być do nich podobni, lecz nie usiłujcie nigdy
upodobnić je sobie.
Bo życie nie cofa się wstecz, ani się ogląda za wczorajszym dniem.
Jesteście jako łuk, a dzieci wasze jako strzały żywe,
wybiegające z was w dal.
Wieki Łucznik na nieskończoności szlaku cel widzi daleki,
i was swą mocą naciąga jako łuk, by strzały jego szybko a daleko niosły.
W dłoni Łucznika niechże ugięcie się wasze ku weselu służy,
bowiem miłość Jego ogarnia i strzałę, co pędzi i łuk, co trwa nieruchomy.
O Dawaniu
Bogacz się ozwie: mów nam o dawaniu.
A on odpowie:
Zaiste mało dajesz, jeśli tylko z dóbr posiadanych udzielasz
coś innym.
Darzysz prawdziwie, gdy z siebie samego coś dajesz drugiemu.
Czymże, bowiem jest twoja własność, jeśli nie rzeczą, której się dziś trzymasz i chronisz ją, w obawie, że ci kiedyś, jutro, stanie się potrzebna?
A jutro…….cóż może jutro przynieść tym, którzy są jak te zbyt zapobiegliwe psy, co kości zakopują w piaskach bezdroży pustyń,
gdy wloką się za pielgrzymem, co do świętego podąża grodu?
Czymże jest lęk przed nędzą, jak nie nędzą samą?
A strach pragnienia, gdy studnia wody jest pełna, czyż nie jest pragnieniem, co nie da się nigdy ugasić?
Są ludzie, co dają okruchy posiadanych bogactw, by poklask zyskać i uznanie, a ta żądza ukryta zatruwa ich dary.
Są inni, co mając mało, oddają wszystko; ci wierzą w życie i jego szczodrość, a komory ich nie pustoszeją nigdy.
Są ludzie, co dają z radością, a radość ta jest ich nagrodą.
A inni oddają z bólem, a ból ten jest im jako chrzest.
Są tacy, co darzą, a nie znają żalu i nie pragną radości,
ani dbają o cnotę;
darzą jak one krzaki mirtu w pobliskiej dolinie, co woń swą ślą w przestrzeń swobodnie.
Przez ręce takich przemawia Sam Bóg, a przez oczy ich
uśmiech Swój całej ziemi posyła.
Dobrze jest dawać w odpowiedzi na prośbę, jeszcze lepiej bez niej,
z głębi rozumiejącego serca.
A dla człowieka, co ma dłonie zawsze ku dawaniu otwarte,
baczyć czujnie, kto by dary jego mógł przyjąć jest większą radością
aniżeli je dać.
Czy istnieje coś, co byś chciał zatrzymać dla siebie?
Wszak wszystko, co macie będzie kiedyś oddane; czemuż, więc
nie oddać już dziś, by ona pora darzenia waszą się stała, a nie spadkobierców, którzy przyjdą po was.
Mówicie nieraz: „dam chętnie, ale tylko tym, którzy na ta zasługują”.
Czy mówią tak drzewa w waszym sadzie i stada wśród łąk?
Oddają wciąż, aby żyć, bo zatrzymywać dla siebie znaczy zginąć.
Zaprawdę ten, który godzien jest daru dni swoich i daru nocy, godzien też jest i wszystkiego, co byście mogli mu dać.
A ten, co zasługuje, aby pić z oceanu życia, zasłużył też sobie by czarę swą napełnić w naszym małym strumieniu.
A jakaż zasługa jest większa nad ufność i odwagę, ach, nawet miłosierdzie, których potrzeba, aby przyjąć dar?
Kimżeś jest, o człowieku, aby drugi miał swe łono przed tobą obnażać i dumę odsłaniać, po to tylko abyś mógł ujrzeć jego nagą wartość i dumę jego niezapłonioną oglądać?
Bacz wpierw abyś sam stał się godzien być ofiarodawcą, narzędziem i ręką, co darzy.
Bo w istocie to życie daje życiu, a ty, co się mniemasz być dawcą, jesteś jeno świadkiem.
A wy, którzy przyjmujecie dary — a obdarzanymi wszak jesteśmy wszyscy — nie bierzcie na się ciężaru wdzięczności, bo staje się ona jarzmem, tak dla tego, co bierze, jak i tego, co daje;
raczej wznieście się wraz z dającym, na darach jego jako na skrzydłach;
bowiem pamiętać o długu wdzięczności, to wątpić w szczodrość tego, co ziemię szeroką ma za matkę, a za ojca — Boga.
O Jedzeniu i Piciu
Teraz człowiek stary, właściciel gospody się ozwał: mów nam o jedzeniu i piciu.
A on rzekł:
Byłbym rad gdybyście mogli żyć aromatem ziemi i jak rośliny światłość życiodajną chłonąć.
Ale że zabijać musicie, aby żyć, a niemowlęce stworzenia pozbawiać matczynego mleka, aby własne zaspokoić pragnienie, niechże i to stanie się
aktem ofiarowania.
Niech stół wasz będzie jako ołtarz, na którym bezwinne i czyste twory
lasu i pól są składane w ofierze temu, co jest jeszcze bardziej niewinne i czyste w człowieku
Gdy masz zabić zwierzę, powiedz mu w sercu swoim:
„Ta sama potęga która uderza dziś ciebie, zabija i mnie, i mnie ona pochłonie.
„Bowiem prawo które ciebie wydało w me ręce, wyda i mnie,
a w potężniejszą prawicę.
„Twoja, jak i moja krew, są jeno sokiem, co żywi drzewo niebios”.
A gdy zęby w miąższ jabłka zatopisz, rzeknij mu w swoim sercu:
„Ziarnka twe będą żyć we mnie,
„a pąki twego jutra rozkwitną w mym sercu;
„aromat twój spłynie w mój oddech
„i razem cieszyć się będziemy przez wszystkie pory bożego roku”.
A jesienią, w czas winobrania, gdy jagoda winna napełni twą tłocznię
rzeknij w twym sercu:
„I jam jest winnicą, plon mego żywota napełni kiedyś inną tłocznię,
„i jako młode wino będę przechowan w konwiach wieczystych”.
A zimą, gdy wino toczysz, niech pieśń twego serca każdej towarzyszy czarze;
a w pieśni tej niech wdzięczne żyje wspomnienie jesiennych dni i tłoczni i winnicy.
O Pracy
Oracz teraz prosi: mów nam o pracy.
A on rzekł:
Pracujesz by dotrzymać kroku ziemi, by sprostać rytmowi jej duszy.
Bowiem trwać w bezczynnie, to stać się obcym wiośnie i latu,
zimie i jesieni; to wypaść z orszaku wielkiej życia procesji, co w
majestacie i dumnym poddaniu kroczy ku nieskończoności.
Gdy pracujesz stajesz się fletnią, przez której serce płynący szept godzin
zmienia się w muzykę.
Któż z was chciałby pozostać bezmowną i niemą wikliną, gdy wszystko inne śpiewa wspólną pieśń?
Powtarzano wam zawsze, iż praca jest przekleństwem,
a trud nieszczęściem.
A ja wam powiadam, iż pracując spełniamy cząstkę najdalszego marzenia ziemi, przeznaczoną nam od zarania wieków, gdy się zrodziło owo marzenie.
Gdy trudzisz się zaiste miłujesz życie prawdziwie; a ukochać życie przez trud, to przeniknąć w jego najgłębszą tajemnicę.
Lecz jeśli w waszym cierpieniu, narodziny zwiecie męką, a podtrzymywanie ciała klątwą, — na czele wam wypisaną, — tedy wam rzekę, iż tylko w pocie czoła waszego zdołacie zeń zetrzeć ów wypisany znak.
Powiadano wam również, że życie jest mrokiem, a wy w znużeniu waszym powtarzacie jak echo to, co niegdyś znużeni byli wyrzekli.
A ja wam powiadam, że życie jest naprawdę mrokiem, tylko, gdy mu braknie wewnętrznego pędu;
a ten jest ślepy, gdy nie towarzyszy mu wiedza,
a wszelka wiedza jest próżna bez pracy,
a każda praca jest pusta i daremna, jeśli w niej niema miłości;
lecz kiedy pracujesz z miłością, ze Sobą się wiążesz,
i z ludźmi, i z Bogiem jednoczysz.
Cóż to znaczy pracować z miłością?
To odzież tkać nicią z własnego serca wysnutą, jakby umiłowanemu miała za szatę posłużyć;
a dom budować z uczuciem serdecznym, jakby ukochany miał w nim
pomieszkanie znaleźć;
a w rolę ziarno rzucać z tkliwości ogromem, a plon zbierać z weselem, jakby nasz najdroższy miał tych plonów kosztować.
To rzecz każdą, której dotknie ręka, tchnieniem naszego ducha przepoić, i wiedzieć, iż wszyscy błogosławieni umarli czuwają z nami pospołu.
Nieraz słyszałem was mówiących, jakby we śnie:
„ten, co rzeźbi w marmurze i własnej duszy kształt w kamieniu kuje, szlachetniejszy jest aniżeli ten, co ziemię pługiem orze;
„a ów, co tęczę na płótno chwyta i na podobieństwoją kształtuje człowieka, większy jest niźli ten, co sandały nam szyje”.
A ja wam powiadam, nie we śnie a w pełni jawy południa, iż wiatr nie szumi bardziej słodkiej pieśni dla dębu-olbrzyma, jak dla najdrobniejszej
z traw;
i tylko ten jest wielki, który mocą swej miłości zmienia głos wiatru w jeszcze piękniejszą pieśń.
Praca to miłość, która widzialny przybiera kształt.
Więc jeśli nie zdołacie pracować z miłością, a jeno niechęć żywiąc i wstręt, tedy zaprawdę lepiej wam wszelką porzuciwszy pracę, usiąść w progu świątyni i wyciągać rękę po jałmużnę tych; co się trudzą radośnie.
Bowiem jeśli obojętnie wypiekasz chleb, gorzkim on będzie i zaspokoi tylko pół głodu człowieka;
a jeśli z narzekaniem winną tłoczysz jagodę, ono jad wsączy w wino.
A choćbyś jako anioł śpiewał a nie kochał pieśni, tedy powiadam wam,
iż tylko znieczulasz słuch człowieka na głosy dnia i na szmery nocy.
O Radości i Cierpieniu
Teraz niewiasta się ozwie: powiedz nam o radości i o cierpieniu.
A on rzecze:
Radość twa jest twoim smutkiem, gdy ten zrzuca swoją zasłonę.
Tę samą studnię, z której wytryska radość twoja, jakże często wypełniały twe łzy.
Czyż może być inaczej?
Im głębiej żłobi nas cierpienie, tym więcej radości może pomieścić serce.
Czyż czara, którą wino dziś czerpiesz, nie była wpierw wypalona
w ogniu garncarza?
A fletnia, która koi dziś twoją duszę, czyż nie była drzewem, które strugając i drążąc ciął ostry nóż?
Gdy cię radość unosi spójrz w głąb serca, a ujrzysz, iż tylko to, co sprawiało ci smutek teraz radość daje;
a gdy smutek zawita, spójrz znów na dno serca, a zobaczysz, że w istocie łzy twoje płyną tylko o to, co było przed chwilą uniesieniem radości.
Niektórzy z was mówią: „Radość jest większa aniżeli cierpienie";
a inni: „o nie, smutek jest od niej większy”.
A ja wam powiadam, iż nierozdzielni są,
i zawsze razem przychodzą do nas w gości; gdy jedno zasiada u twego ogniska, pamiętaj, iż drugie stoi tymczasem u wezgłowia twego.
Zaprawdę zawieszeni jesteśmy pomiędzy szalą smutku
a szalą radości naszej,
i tylko, gdy się w nas pusto robi i cicho, możemy stać prosto,
w równowadze spokoju.
A gdy Wielki Skarbnik podnosi nas, by złoto swoje i srebro odważyć, wonczas to szala radości naszej albo cierpienia, musi w górę iść lub opadać.
O Domach
Teraz murarz się zbliża i prosi: o domach nam powiedz.
A on rzekł:
Wpierw zanim twój dom w murach miasta zamkniesz;
wznieś w wyobraźni szałas wśród pustyni;
albowiem jak o zmierzchu twoim, wielokrotnie w dom wracasz,
tak wraca w mieszkanie swoje i ten, zawsze daleki, samotny w tobie wędrowiec.
Dom twój to jakby twoje szersze ciało.
Rośnie w słońcu, a usypia wśród ciszy nocnej i nie obywa się też bez snów.
Czyż dom twój nie śni? a we śnie czyż nie wychodzi poza mury miasta,
w gaje i na szczyty wzgórz?
Chciałbym móc zgarnąć domostwa wasze w dłoń i jak siewca
po lasach je rozrzucić i łąkach;
chciałbym by jary stały wam za drogi, a za ulice ścieżyny zielone,