Brand
Poemat dramatyczny w pięciu aktach
Osoby:
- Brand1
- jego Matka
- Ejnar, malarz
- Agnieszka2
- Wójt
- Doktór
- Proboszcz
- Kościelny
- Bakałarz
- Gerda
- Chłop
- Syn chłopa, wyrostek
- Drugi chłop
- Kobieta
- Druga kobieta
- Pisarz
- Duchowieństwo i Zwierzchność
- Lud, Mężczyźni, Kobiety i Dzieci
- Kusiciel w pustyni
- Chór niewidzialnych
- Głos
Rzecz dzieje się w naszych czasach, częścią w parafii, częścią poza parafią, obok fiordu, na zachodnimi wybrzeżu Norwegii.
Akt pierwszy
Na śnieżnych polach górskich.
Ciężkie gęste mgły; deszcz i półmrok. Brand w czarnym ubraniu, z laską i weretkiem3, przeciska się naprzód w kierunku zachodnim. Towarzyszący mu Chłop i Syn jego, wyrostek, postępują za nim.
CHŁOP
woła na Branda
Hej tam! Zaczekać, cudzy4 człecze!
Gdzieżeś?
BRAND
Tu jestem!
CHŁOP
Człek się wlecze
We mgle, że nawet kij swój traci
Z oczu!... Zabłądzisz!
SYN
A niech kaci!
Jakieś tu żleby!
BRAND
Jakieś złomy!
Zaginął wszelki ślad widomy5!
CHŁOP
krzyczy
Stać! Do stu diabłów! Ani kroku!
Zwały z śnieżnego lecą stoku!
BRAND
nasłuchuje
Słyszę jak gdyby grzmot z daleka.
CHŁOP
Bystro przegryzła się tu rzeka,
Na dół w bezmierną przepaść spada...
Zginiesz i my zginiemy razem!
BRAND
Ja muszę przejść tam, trudna rada!
CHŁOP
Nas nie przynaglisz swym rozkazem...
Mówię ci: zostań! Nie baczycie,
Że tu o ludzkie chodzi życie?
BRAND
Mój Pan się śmieje z trwogi twojej.
CHŁOP
Któż to ten pan, co się nie boi?
BRAND
Ten Pan to Bóg!...
CHŁOP
A ty kim, panie?
BRAND
Księdzem.
CHŁOP
Daremne to gadanie:
Choćby był proboszcz, biskup z ciebie,
To byś odwagę swą w tym żlebie
Na wiek pogrzebał, gdybyś jeszcze
Chciał dalej iść w te mgły złowieszcze.
zbliża się ostrożnie; przekonywująco
Choćby był człowiek, mości księże,
Nie wiem, jak mądry, nie dosięże,
Czego dosięgnąć niepodobna!
W jedno li6 życie jest zasobna,
Księże, twa dusza; gdy to minie,
Cóż ci zostanie w twej godzinie?
Milę — powiadam prawdę szczerą —
Masz do następnej stąd chałupy,
A mgły tak gęste zewsząd kupy,
Że nie rozetniesz jej siekierą...
BRAND
Tak, lecz w tej pustce strasznej, dzikiej
Żadne mnie błędne dziś ogniki,
Widzisz, nie wodzą.
CHŁOP
Lecz dokoła
Sterczą lodowców groźne czoła.
BRAND
Tamtędy pójdziem...
CHŁOP
Co? Tamtędy?
Śmierć pomknie z nami wraz, w te pędy!
BRAND
A jednak uczył ktoś, że suchą
Przejść można nogą grzbietem fali.
CHŁOP
To było kiedyś... Dzisiaj dalej
Trudno się zmagać z zawieruchą,
Zginiem z kretesem!
BRAND
chce odejść
Żegnam zatem.
CHŁOP
Chcesz się pożegnać, widzę, z światem...
BRAND
Chceli7 mnie Bóg doświadczyć prawy,
Witajcie śniegi, mgły, siklawy8!
CHŁOP
cicho
Jakiś szaleniec... szuka zguby.
SYN
płaczliwie
Chodźmy stąd, ojcze!... Płone9 próby...
Widać po wszystkim, że tu jeszcze
Większe mgły będą, większe deszcze.
BRAND
przystaje i zbliża się ponownie
O ile myśli moje mogą
Przypomnieć sobie, toś miał drogą
Córkę w tych stronach, no, i ona
Dała ci kiedyś znać, zmartwiona,
Że jej nie znaleźć ciszy w grobie,
Jeśli nie spojrzy w oczy tobie
Choćby raz jeszcze? Czy być może?
CHŁOP
Tak mi dopomóż, Panie Boże!
BRAND
Że dziś ostatni dzień widzenia?
CHŁOP
Tak...
BRAND
I to woli twej nie zmienia?
CHŁOP
Nie!
BRAND
Nie? Nie pójdziesz dalej ze mną?
CHŁOP
Na mowę silisz się daremną,
Ani się ruszę...
BRAND
patrzy mu bystro w oczy
Miałbyś wolę
Złożyć talarów sto na stole,
Aby znalazła śmierć spokojną?
CHŁOP
O, tak!
BRAND
A dwieście? Czyż tak hojną
Byłaby dłoń twa?
CHŁOP
Czegóż nie da
Dłoń ma dla córki? Cała scheda10
Niech sobie pójdzie!
BRAND
No, a życie?
CHŁOP
Życie?... Mój słodki!...
BRAND
Nie?! ... Słyszycie...
CHŁOP
drapie się w głowę
To już byłoby ponad siły...
O Panie Jezu! Boże miły!
Czego ty żądasz? A dyć11 przecie
Mam jeszcze w domu żonę, dziecię...
BRAND
Lecz On się wyrzekł nawet matki!...
CHŁOP
Za dawnych czasów to po gładkiej
Szło jakoś drodze — cuda, dziwy
Działy się ongi. Sprawiedliwy
Człek dzisiaj o tym nie pamięta.
BRAND
Twą drogą śmierć jest! Na cóż pęta
Nakładasz na mnie? Nie znasz Pana,
I Pan cię nie zna.
CHŁOP
Niezbłagana
Dusza w tym księdzu.
SYN
ciągnie go
Chodźmy sami!
CHŁOP
Nie! Nie! On musi iść stąd z nami!
BRAND
Musi?
CHŁOP
Tak, musisz... Bo inaczej,
Jeżeli we wsi kto zobaczy,
Żeśmy cię tutaj zostawili,
Strażnik zabierze mnie w tej chwili —
A, jeśli sczeźniesz tu, w tym lodzie,
Dziś ja o chlebie i o wodzie
Będę w areszcie.
BRAND
Więc za bożą
Pocierpisz sprawę...
CHŁOP
Mnie nie trwożą
Ni twe, ni boskie... mam ja swoje
Nie byle jakie niepokoje,
Więc chodź...
BRAND
Żegnajcie!
z dala słychać głuchy huk
SYN
krzyczy
O! Lawina!
BRAND
do chłopa, który go chwycił za kark
Puść!
CHŁOP
Nie!
BRAND
Puść!
SYN
Precz stąd!...
CHŁOP
walcząc z Brandem
Zła godzina
Niech mnie...
BRAND
wyrywa mu się i rzuca go w śnieg
O tak, nie spoczniesz prędzej,
Aż się doczekasz jakiej nędzy!
znika
CHŁOP
wygrzebując się z śniegu i pocierając sobie ramię
Niech mu zapłacą za to czarci!
Oto, co Pańscy słudzy warci!
woła, podnosząc się
Hej, mości księże!
SYN
Poszedł granią!
CHŁOP
Zda mi się... oko moje za nią
Trop w trop podąża!...
woła ponownie Hej, pastorze!
Czy nam jegomość wskazać może,
Skąd my tu błądzić dziś zaczęli?
BRAND
we mgle
Po co ci rady? Jak najśmielej
Już ty utartym kroczysz szlakiem.
CHŁOP
Jeśli to prawda, jakiem takiem
Człek się nacieszy legowiskiem,
A nie na morzu lodów śliskiem.
odchodzi wraz z synem w kierunku wschodu
BRAND
zjawia się znowu nieco dalej i nasłuchuje w kierunku, w którym odszedł chłop z synem
Wracają do dom... Chłystku podły!
Gdyby cię siły li zawiodły,
A nie zamiękła wola w tobie,
Ulgę bym przyniósł ci w żałobie,
Umęczonego wnet do celu
Zaprowadziłbym cię w weselu,
Lecz na nic pomoc, zacny kumie,
Temu, co nawet chcieć nie umie...
podchodzi bardziej ku przodowi
Życie!... Hm! Jeśli człek rozważy,
Jak je miłuje tłum nędzarzy,
Jak każdy błazen nim się pieści,
Jakby od jego marnej treści
Zawisło12 całe szczęście świata —
Boże! Puściliby do kata
Wszystko, prócz życia! To li jedno
Sednem jest dla nich! Kiepskie sedno!
uśmiecha się, jak gdyby sobie coś przypomniał
Kiedym był dzieckiem, od początku
Z dwóch rzeczy-m miewał ból w żołądku,
W te najdawniejsze moje czasy
Dwie sprawy darły ze mnie pasy:
O nielubiącej mroków sowie
Wciąż mi chodziła myśl po głowie,
o rybie, co się boi wody,
Ciąglem ja dumał, chłopiec młody...
I śmiech mnie pusty brał z tej biedy —
Czemu?... Bo czułem-ci już wtedy,
Że świat śród innych chodzi dróg,
Niźli, jak tego pragnął Bóg,
I że swe jarzmo dźwiga człek,
Choćby rad rzucił je po wiek.
Tutaj jest każdy na kształt ryby,
Albo też sowy. Skuty w dyby,
W mroku żyć musi ludzki płód,
Umierać musi w głębiach wód,
Choć na to wszystko strach go bierze!
Rad by porzucić swoje leże,
Z mrocznej ciasnoty zbiec by rad
W przezroczy, jasny słońca świat.
zatrzymawszy się na chwilę, nasłuchuje, zdumiony
Cóż to? Od dolin płyną głosy?
Pieśni i śmiechy mkną w niebiosy...
Cyt! Krzyczą hura! Raz i drugi,
Trzeci i piąty... Słońce smugi
Rozciera mgławe, lśnią przestworza,
Jakaś drużyna ludzka, hoża,
Po tej świetlistej igra łące,
Poranne światło jaśniejące
W stronę zachodu mroki goni.
Słowa... całunki... uścisk dłoni...
Już się rozchodzą, ku dolinie
Zmierzają jedni, a zaś ninie13
Dwoje się ludzi ku mnie słania...
Ostatnie ślą już pożegnania
Kapeluszami, woalkami...
„Bywajcie zdrowi!... Pan Bóg z wami!”
słońce coraz to bardziej przeciska się przez mgły. Brand stoi nieruchomy, przypatruje się zbliżającym się
Słońce złociste snuje baśnie!
Może rodzeństwo? Bok przy boku