Brand

Poemat dramatyczny w pięciu aktach

Osoby:

  1. Brand1
  2. jego Matka
  3. Ejnar, malarz
  4. Agnieszka2
  5. Wójt
  6. Doktór
  7. Proboszcz
  8. Kościelny
  9. Bakałarz
  10. Gerda
  11. Chłop
  12. Syn chłopa, wyrostek
  13. Drugi chłop
  14. Kobieta
  15. Druga kobieta
  16. Pisarz
  17. Duchowieństwo i Zwierzchność
  18. Lud, Mężczyźni, Kobiety i Dzieci
  19. Kusiciel w pustyni
  20. Chór niewidzialnych
  21. Głos

Rzecz dzieje się w naszych czasach, częścią w parafii, częścią poza parafią, obok fiordu, na zachodnimi wybrzeżu Norwegii.

Akt pierwszy

Na śnieżnych polach górskich.

Ciężkie gęste mgły; deszcz i półmrok. Brand w czarnym ubraniu, z laską i weretkiem3, przeciska się naprzód w kierunku zachodnim. Towarzyszący mu Chłop i Syn jego, wyrostek, postępują za nim.

CHŁOP

woła na Branda

Hej tam! Zaczekać, cudzy4 człecze!

Gdzieżeś?

BRAND

Tu jestem!

CHŁOP

Człek się wlecze

We mgle, że nawet kij swój traci

Z oczu!... Zabłądzisz!

SYN

A niech kaci!

Jakieś tu żleby!

BRAND

Jakieś złomy!

Zaginął wszelki ślad widomy5!

CHŁOP

krzyczy

Stać! Do stu diabłów! Ani kroku!

Zwały z śnieżnego lecą stoku!

BRAND

nasłuchuje

Słyszę jak gdyby grzmot z daleka.

CHŁOP

Bystro przegryzła się tu rzeka,

Na dół w bezmierną przepaść spada...

Zginiesz i my zginiemy razem!

BRAND

Ja muszę przejść tam, trudna rada!

CHŁOP

Nas nie przynaglisz swym rozkazem...

Mówię ci: zostań! Nie baczycie,

Że tu o ludzkie chodzi życie?

BRAND

Mój Pan się śmieje z trwogi twojej.

CHŁOP

Któż to ten pan, co się nie boi?

BRAND

Ten Pan to Bóg!...

CHŁOP

A ty kim, panie?

BRAND

Księdzem.

CHŁOP

Daremne to gadanie:

Choćby był proboszcz, biskup z ciebie,

To byś odwagę swą w tym żlebie

Na wiek pogrzebał, gdybyś jeszcze

Chciał dalej iść w te mgły złowieszcze.

zbliża się ostrożnie; przekonywująco

Choćby był człowiek, mości księże,

Nie wiem, jak mądry, nie dosięże,

Czego dosięgnąć niepodobna!

W jedno li6 życie jest zasobna,

Księże, twa dusza; gdy to minie,

Cóż ci zostanie w twej godzinie?

Milę — powiadam prawdę szczerą —

Masz do następnej stąd chałupy,

A mgły tak gęste zewsząd kupy,

Że nie rozetniesz jej siekierą...

BRAND

Tak, lecz w tej pustce strasznej, dzikiej

Żadne mnie błędne dziś ogniki,

Widzisz, nie wodzą.

CHŁOP

Lecz dokoła

Sterczą lodowców groźne czoła.

BRAND

Tamtędy pójdziem...

CHŁOP

Co? Tamtędy?

Śmierć pomknie z nami wraz, w te pędy!

BRAND

A jednak uczył ktoś, że suchą

Przejść można nogą grzbietem fali.

CHŁOP

To było kiedyś... Dzisiaj dalej

Trudno się zmagać z zawieruchą,

Zginiem z kretesem!

BRAND

chce odejść

Żegnam zatem.

CHŁOP

Chcesz się pożegnać, widzę, z światem...

BRAND

Chceli7 mnie Bóg doświadczyć prawy,

Witajcie śniegi, mgły, siklawy8!

CHŁOP

cicho

Jakiś szaleniec... szuka zguby.

SYN

płaczliwie

Chodźmy stąd, ojcze!... Płone9 próby...

Widać po wszystkim, że tu jeszcze

Większe mgły będą, większe deszcze.

BRAND

przystaje i zbliża się ponownie

O ile myśli moje mogą

Przypomnieć sobie, toś miał drogą

Córkę w tych stronach, no, i ona

Dała ci kiedyś znać, zmartwiona,

Że jej nie znaleźć ciszy w grobie,

Jeśli nie spojrzy w oczy tobie

Choćby raz jeszcze? Czy być może?

CHŁOP

Tak mi dopomóż, Panie Boże!

BRAND

Że dziś ostatni dzień widzenia?

CHŁOP

Tak...

BRAND

I to woli twej nie zmienia?

CHŁOP

Nie!

BRAND

Nie? Nie pójdziesz dalej ze mną?

CHŁOP

Na mowę silisz się daremną,

Ani się ruszę...

BRAND

patrzy mu bystro w oczy

Miałbyś wolę

Złożyć talarów sto na stole,

Aby znalazła śmierć spokojną?

CHŁOP

O, tak!

BRAND

A dwieście? Czyż tak hojną

Byłaby dłoń twa?

CHŁOP

Czegóż nie da

Dłoń ma dla córki? Cała scheda10

Niech sobie pójdzie!

BRAND

No, a życie?

CHŁOP

Życie?... Mój słodki!...

BRAND

Nie?! ... Słyszycie...

CHŁOP

drapie się w głowę

To już byłoby ponad siły...

O Panie Jezu! Boże miły!

Czego ty żądasz? A dyć11 przecie

Mam jeszcze w domu żonę, dziecię...

BRAND

Lecz On się wyrzekł nawet matki!...

CHŁOP

Za dawnych czasów to po gładkiej

Szło jakoś drodze — cuda, dziwy

Działy się ongi. Sprawiedliwy

Człek dzisiaj o tym nie pamięta.

BRAND

Twą drogą śmierć jest! Na cóż pęta

Nakładasz na mnie? Nie znasz Pana,

I Pan cię nie zna.

CHŁOP

Niezbłagana

Dusza w tym księdzu.

SYN

ciągnie go

Chodźmy sami!

CHŁOP

Nie! Nie! On musi iść stąd z nami!

BRAND

Musi?

CHŁOP

Tak, musisz... Bo inaczej,

Jeżeli we wsi kto zobaczy,

Żeśmy cię tutaj zostawili,

Strażnik zabierze mnie w tej chwili —

A, jeśli sczeźniesz tu, w tym lodzie,

Dziś ja o chlebie i o wodzie

Będę w areszcie.

BRAND

Więc za bożą

Pocierpisz sprawę...

CHŁOP

Mnie nie trwożą

Ni twe, ni boskie... mam ja swoje

Nie byle jakie niepokoje,

Więc chodź...

BRAND

Żegnajcie!

z dala słychać głuchy huk

SYN

krzyczy

O! Lawina!

BRAND

do chłopa, który go chwycił za kark

Puść!

CHŁOP

Nie!

BRAND

Puść!

SYN

Precz stąd!...

CHŁOP

walcząc z Brandem

Zła godzina

Niech mnie...

BRAND

wyrywa mu się i rzuca go w śnieg

O tak, nie spoczniesz prędzej,

Aż się doczekasz jakiej nędzy!

znika

CHŁOP

wygrzebując się z śniegu i pocierając sobie ramię

Niech mu zapłacą za to czarci!

Oto, co Pańscy słudzy warci!

woła, podnosząc się

Hej, mości księże!

SYN

Poszedł granią!

CHŁOP

Zda mi się... oko moje za nią

Trop w trop podąża!...

woła ponownie Hej, pastorze!

Czy nam jegomość wskazać może,

Skąd my tu błądzić dziś zaczęli?

BRAND

we mgle

Po co ci rady? Jak najśmielej

Już ty utartym kroczysz szlakiem.

CHŁOP

Jeśli to prawda, jakiem takiem

Człek się nacieszy legowiskiem,

A nie na morzu lodów śliskiem.

odchodzi wraz z synem w kierunku wschodu

BRAND

zjawia się znowu nieco dalej i nasłuchuje w kierunku, w którym odszedł chłop z synem

Wracają do dom... Chłystku podły!

Gdyby cię siły li zawiodły,

A nie zamiękła wola w tobie,

Ulgę bym przyniósł ci w żałobie,

Umęczonego wnet do celu

Zaprowadziłbym cię w weselu,

Lecz na nic pomoc, zacny kumie,

Temu, co nawet chcieć nie umie...

podchodzi bardziej ku przodowi

Życie!... Hm! Jeśli człek rozważy,

Jak je miłuje tłum nędzarzy,

Jak każdy błazen nim się pieści,

Jakby od jego marnej treści

Zawisło12 całe szczęście świata —

Boże! Puściliby do kata

Wszystko, prócz życia! To li jedno

Sednem jest dla nich! Kiepskie sedno!

uśmiecha się, jak gdyby sobie coś przypomniał

Kiedym był dzieckiem, od początku

Z dwóch rzeczy-m miewał ból w żołądku,

W te najdawniejsze moje czasy

Dwie sprawy darły ze mnie pasy:

O nielubiącej mroków sowie

Wciąż mi chodziła myśl po głowie,

o rybie, co się boi wody,

Ciąglem ja dumał, chłopiec młody...

I śmiech mnie pusty brał z tej biedy —

Czemu?... Bo czułem-ci już wtedy,

Że świat śród innych chodzi dróg,

Niźli, jak tego pragnął Bóg,

I że swe jarzmo dźwiga człek,

Choćby rad rzucił je po wiek.

Tutaj jest każdy na kształt ryby,

Albo też sowy. Skuty w dyby,

W mroku żyć musi ludzki płód,

Umierać musi w głębiach wód,

Choć na to wszystko strach go bierze!

Rad by porzucić swoje leże,

Z mrocznej ciasnoty zbiec by rad

W przezroczy, jasny słońca świat.

zatrzymawszy się na chwilę, nasłuchuje, zdumiony

Cóż to? Od dolin płyną głosy?

Pieśni i śmiechy mkną w niebiosy...

Cyt! Krzyczą hura! Raz i drugi,

Trzeci i piąty... Słońce smugi

Rozciera mgławe, lśnią przestworza,

Jakaś drużyna ludzka, hoża,

Po tej świetlistej igra łące,

Poranne światło jaśniejące

W stronę zachodu mroki goni.

Słowa... całunki... uścisk dłoni...

Już się rozchodzą, ku dolinie

Zmierzają jedni, a zaś ninie13

Dwoje się ludzi ku mnie słania...

Ostatnie ślą już pożegnania

Kapeluszami, woalkami...

„Bywajcie zdrowi!... Pan Bóg z wami!”

słońce coraz to bardziej przeciska się przez mgły. Brand stoi nieruchomy, przypatruje się zbliżającym się

Słońce złociste snuje baśnie!

Może rodzeństwo? Bok przy boku