Ars poetica

List do Pizonów1

Gdzieżeś, Muzo, co niegdyś twych czasów płomieniem

Grzałaś pierś, której śpiewy dzisiaj jeszcze słyną,

Gdzie śpiewak, co w swe czasy unosi wspomnieniem,

Kędy te czasy, Muzo?! Muzo nad ruiną?

Ty znikłaś, znikł twój śpiewak, lecz pieśni nie giną!

Żyją, choć nie ukocha ich tu nikt miłością

W połowie hańbą wieku, a w części jasnością!

On żyć chciał, póki mury Kapitolu2 stoją.

Padły mury, on stoi, pielgrzym mimo woli

Przechodząc, w szumie kaskad barwnych łąk Tyroli3,

Z westchnieniem zerwie fiołek, co kładł na skroń swoją,

Bo liryczna pieśń leci na czasu rozdroże,

Aż na łódź dziejów siędzie4 odetchnąć piersiami,

Jak bocian znużony z statku patrząc w zorze,

Śpiewak płynie jak żeglarz przez zdąsane morze,

Skała czasem pierś strzaska lub ją piorun spali.

A jednak, Muzo! Pytam, choć leci bezdrożem,

Morze włada żeglarzem czyli5 żeglarz morzem?

Ha! On depcze po śmierci, bo on panem fali!

Przyjaciele!

Zdołalibyście być panami

Waszego śmiechu, taką postać oglądając,

Której malarz, na końskim karku osadzając

Głowę człowieka, upstrzyłby ptaka piórami,

A z mnóstwa członków złożon kształt pięknej kobiety

Zakończył szpetnej ryby łuskatym ogonem.

Wierzajcież, Pizonowie! Że takiej zalety

I potworniejszy stokroć od obrazu tego

Jest utwór, co stworzony z rozpalonym łonem,

Gorączkowych urojeń widziadła samego:

Gdzie ramię od ramienia, różna kość od kości,

Choć przystaną, stanowić nie mogą całości!

Lecz wieszczom i malarzom służy prawo równe

W własne kształty przybierać istoty stworzone?

Wiemy o tym i prosząc o względy zarówne,

Przesyłamy je wzajem, ale słabą stronę

Tworzenia niewłaściwych i różnych postaci,

Nie zniesiem! Ni bratania wężów z ptaszym płodem,

Ni spokrewnienia wilków z słabych owiec rodem!

Gdzieniegdzie w wyższym tworze, dla zaokrąglenia

W cienie ozdobne światło rzucić się opłaci:

Czy myśli kolorytem kreślisz gaj zielony,

Czy Diany6 ołtarze lub dźwięki strumienia,

Co dzwoniąc, szklaną falą na kamień z kamienia

Przebiegają niw polnych kobierzec zielony,

Czy wreszcie siedmiobarwny łuk tęczy chcesz skreślić,

Lecz ozdoby się rodzą, o nich nie trza7 myśleć.

Może oddać potrafisz cyprys rozżalony,

Nad grobami samotnie w żałobie zwieszony?

Lecz cóż po nim, gdy żeglarz, co stracił nadzieję

Po strzaskaniu łodzi, się wdarł na brzegi,

I gdy losów szczęśliwe zbiegły się koleje,

On obraz swój malować w murach świątyń każe,

Kędy na chwałę bogu wilgotnego łoża

Z trójzębem, ozdobione wznoszą się ołtarze!

Toć wtedy zamiast urny, co spod mistrza dłoni

Wychodząc, miała zdziwić urokiem piękności,

Urósł chropawy garnek potwornej szpetności.

Jaki chcesz, obierz utwór, a byle całości,

Przystanie do twej myśli ni to laur do skroni.

Ojcze! I godni ojca przyjaźni synowie!

Największych błędów źródło nagannym nie bywa,

Przed wszystkim chcę, by mowa ma była treściwa.

Rozliczne myśli nieraz chmurzą się po głowie,

Każdy obraz mnie blaskiem ułudza przyjemnym,

A gdy strumień słów moich nazbyt się rozpływa,

Chcę być zwięzłym, a staję się z mą myślą ciemnym.

Niech miłe z pożytecznym przed oczy się stawi,

Księga niechaj mnie uczy albo niech mnie bawi.

Temu, co ściga lekkich pomysłów rojenia,

Co na słówka poluje, gdyby na motyle,

Temu zbędzie na sile i źródle natchnienia,

Ten zapału nie wzbudzi i krótkie trwa chwile!

Kto zaś zniósł swych rusztowań wielkie przedsięwzięcia,

Ten staje się odętym i godnym śmieszności,

Silny wolą, a myślą słabszy od dziecięcia,

Własne oczy zawiązał przepaską piękności!

Boć w sztuce, miły bracie, przed wszemi rzeczami

Wielki cel masz małymi osiągnąć środkami,

Który zaś się ulęknie walk umysłu burzy,

Podle pełza z robactwem w swych myśli podróży,

Nie dopełznie do celu, bojąc się nagany

I w drodze zginie marnie jak liść rozdeptany!

Krytyka, o pieśniarzu! Przyjaciółka twoja

Coć8 stroić młodą lutnię życzliwie pomaga,

Słowa jej wierne płyną z bezstronności zdroja,

Na nią pieśnią odpowiedz, gdy cię słusznie smaga.

Lecz jeśli nie bezstronna, nie jak rówiennica

Podaje dłoń przyjazną i w drogę ośmiela,

Pluń jej w oczy! I wyszydź, boć jest zazdrośnica,

Co w zgubie twojej szuka własnego wesela!

A takiej nie odrzeknij ni marnego słowa,

Lecz milcząc dumnie, odejdź, a cisza grobowa,

Przerwie się wkrótce szmerem głosu uwielbienia

Dla ciebie, nad zdeptanej w głosie wyszydzenia!

Rywalce daj po gębie, dumny naganami,

I kiedy wicher wieje, obróć się plecami.

Szanuj sądy roztropnych, głupców sądy małe

Za najlepszą, gdy giną, poczytaj pochwałę.

Kto myśl sztuczną ozdobą zbyt często przeplata,

Kto pomysły rozrzutnie przekształca i zmienia,

Ten na skrzydłach zapału w chwili urojenia

Zbyt daleko od boskiej prawdy już ulata!

Ten państwo ryb przeniesie w świat rozgałęziony,

A dzika w wodne głębie kędy Neptun włada,

Trwogą błędu nasz umysł często w błąd upada,

Trwogą winy natłokiem swych myśli pędzony,

Bojaźń, niepewność siebie, zwłaszcza, gdy brak sztuki,

A sztuce z władzą ducha potrzeba nauki.

Nauka jak kobieta, jest nieubłagana

Ale tylko z daleka! porwij ją w objęcia,

Rozkochaj się, aż będzie w tobie rozkochana,

Przyciśnij ją do serca, tchnij w nią iskrę duszy:

A podda się ofierze słabsza od jagnięcia

I kochając, potęgą od cię miłowana,

Stworzy raj koło ciebie, pęta myśli skruszy.

Uśmiechnie się jak dziecię małe do dziecięcia,

Gdy go ujrzy w zwierciadle, ledwo łzy osuszy!

I wierny rzeźbiarz zręcznie dłutem wypiętnuje

Włosy, co się po czole rozlały splotami,

I fałd togi muskanej z lekka zefirami,

Lecz cóż? Jeżeli w twarzy wyrazu brakuje,

A w postaci harmonii miłej wzrok nie czuje?

Stąd zrzekłbym się wieszczego w utworze natchnienia,

W połyskującym włosie, ni to kruka skrzydła,

I brwi ciemniejszych łuków, gdy od przyrodzenia

Dany nos szpetny, miałby zniszczyć te mamidła

I zmienić w kształt potworny czubate straszydła!

A wy, co poczynacie, Pizonowie mili:

Z namysłem wybierajcie prac waszych rodzaje,

Uważając najbaczniej w ich osnowie, czyli

One do sił stosowne? A komu sił staje,

Temu nigdy nie braknie na wdzięku i ładzie,

A jeśli się nie mylę w prac jego porządku,

Od początku do końca, z końca do początku

Porywająca piękność rozleje się w składzie.

A jeśli nowe rzeczy, nowymi mianami

Nazwać tobie wypadnie, w kształt dotąd nieznany,

Służy prawo takimi siać ci wyrazami,

O jakich i nie marzył Ceteg9 przepasany,

Gdy sobie już zaufasz, poczuwszy swe siły,

Będziesz gładki i zwrotny, i dźwięczny, i miły.

Zwłaszcza, gdy wyraz dawniej już ludziom znajomy

Opleciesz tam, kędy nowej promieniami myśli

Tryśnie, jak gdyby sam był dopiero stworzony,

I nad który już trafniej tam go nikt nie wmyśli

Język to skarb przedrogi! Poezja przeklina

Tego, co go przemarni jako matka syna:

I tym biada, co czynią ją igraszką płochą,

Miernym poetom przeto poezja macochą!

Nowe odkrycia w nowe trzeba przybrać miana

Cecyliusza10 i Plauta11 prawo, dzisiejszemu

Służy takoż Wariowi12, służy Wirgilemu13,

A myśl nowa tym cudniej odstrzeli, przybrana

W kształt prosty, co nadając się łatwo i mile,

Dobrem wrażeniem w każde uderza nas chwile,

Słowa jak liście drzewa: świeże i majowe,

Co z każdej zimy wiatrem opadają,

A z wiosny tchnieniem, przebudzone, nowe,

Nagie gałązki puchem odziewają

I szumem całą ożywią dąbrowę!

Wszak widzieliśmy dzieła za swych dni święcone,

Z czasem oddane wzgardzie, i smutnie zamarte,

A dzieła wolną pracą wieków utworzone

Widziemy po dni nasze wielkie, niezatarte

Królewskie dzieła, żyzne po dziś dzień bagniska,

W łono ziemi gościnnie wód fale wpuszczone,

Użyźniają swych brzegów pokłady zielone,

Wabią łodzie i statki, w pokoju siedliska,

Strzegąc ich od smutnego na skał łonie skonu

I namiętnych uścisków ramion Akwilonu14,

Wszystko przejdzie na ziemi, prócz tego, co w mowie

Zlało się dźwiękiem myśli w jej dziecięcia słowie,

A słowo ziemią czynu jak w ziarnie nasienie

Wyda czyn, lecz gdy skona już czynu istnienie,

Znowu czyn wraca w słowo, by tkwić w wieku głowie,

Słowa dawne skrzydłami Feniksa powstają,

I w nowe dziś użycie wracać poczynają

W jakie kształty odziewać, w jakie stroić szaty

Bohaterów i królów, i stare ich światy

Stary uczy nas Homer15.

On w pieśń ujął dzieje,

Każda postać pod jego ręką olbrzymieje,

Choć mistrz czasem się zdrzymnie16:

Wiersz ten przeplatany,

Jak kwiat róży z cyprysem17 upleciony w wieniec,

Jako przy zbrodni cnota, przy starcu młodzieniec,

Zawsze wielki się budzi, rycząc jak lew ranny,

Kto zaś ducha elegii pierwszy w słowo wcielił,

Dotąd w mgle niepewności zostało, i płonne

Dotąd wszystkie zabiegi — nikt się nie ośmielił

Rozciąć tę tajemniczą ciemności zasłonę.

Archiloch18 krwawe zęby zaostrzył jambu19,

Który się rozchichotał w piekielnej ironii,

I pokumał Erinnią20.

W szaty dytyrambu21

Dla tych, co pieśnią pragną wynucić w harmonii

Bogów chwałę i dumnych zwycięzców igrzyska

Lub z cieniów dawnych przeszłe wskrzeszać widowiska;

Co uczucia wyniosłe, młodością natchnione

Opiewają, by myśl ich równym głosem brzmiała,

Tym Muza z dłoni swojej w dłoń lirę22 oddała.

Liryzm! Liryzm najwyższy!

On zapału drgnieniem

Napala i porywa swych prądów strumieniem

Jak wodospad z skał pędząc, grzmiąc z piersi natchnienia,

Wlecze myśl zachwyconą w świat swego stworzenia!

Wszystko przepali, wstrząśnie, porwie w swe ramiona,

Tryska iskrami natchnień z młodzieńczego łona!

Płynie perłami niebios i na piórach szału

Grzmi piekłem lub słowiczą piosnkę rzewnie dzwoni,

I łzę przeczuć proroczych nad swą pieśnią roni,

Nim lawą skamienieje w kolos ideału!

Jego wieki — on wieki przeżyje z kolei

Na nich stanie nadgrobkiem: dobrego nadziei!

Skąd mi prawo dźwigania godności poety

Jeśli mistrzem mej pieśni i panem tworzenia

Nie zdołam być! Lub duch mój w tych kształtów odcienia

Nie wtajemniczy siebie poczuć zalety?

Tragedia wiele roni, gdy w komedii szały

Zgłuszy barw arlekińskich, koźli strój pstrocizną.

Czasem nie złe, złe śmieszne, gdy dowcip bogaty,

Kształt godnej Melpomeny23 winien być poważny,

Zamyślony i smutny, spokojny z trucizny

Czaszą, sztyletem, jeśli w cnoty lub ojczyzny

Imię idzie w koniecznej drogi ślad żelazny:

Nieubłagana stąpa po słówek drabinie,

Aż swą szatę rozedrze na tragicznym czynie,

A równie: głos spiżowy, wiersz ciężki, poważny

Nie udźwigną ramiona swobodnej komedii,

Jeśli są, niech się prędko goją wszystkie blizny.

W śmiesznem wskazane świetle, wprost sprzecznym tragedii,

Stara młodość w niej śmieszna, i umizg siwizny,

Wad, przesądów bałwany gruchocze jowialnie,

Chociaż uśmiech jej wiecznie płacze niewidzialnie,

Talia24 przebaczy w przejściu jakie głębsze słowo,

W burzach gniewu, gdy śmiechem ma być rozjaśniona;

Zniesie i Melpomena z owężoną głową,

Choć śmieszniejszem słóweczkiem plunie pierś zdraźniona25.

Lecz nie dość, by dla ludzkiej były dogodności

Te dzieła, w tym bynajmniej nie mają wartości,

Prawda — i zawsze prawda — jasna, obnażona,

I dziewicza jak posąg porannej miłości

Niech boli jak chce, wieszczu! To twoja korona!

Od ciebie to zależy, by się twarze śmiały,

Gdyś komik, a gdyś tragik, by z tobą płakały,

A jeśli chcesz, bym spotkał oczyma łzawymi

Smutną postać, co w prawdy walczyła ofierze,

Ty ich ojcze! Ich twórco, płacz pierwej nad nimi

Tajemnicy geniuszu, łzami dziecinnymi

Lub nad nimi sam z sobą pierw się uśmiej szczerze!

A gdy krzyk zapału zabrzmi wkoło ciebie,

Lub wieńce wawrzynowe lecą na twe skronie,

Ty milczysz wtedy, twórco, bo ty już u siebie

Czułeś dawniej, co oni teraz czują w łonie,

Tylko się łza tajemna w twym oku zakręci,

Bo poznasz jak daleko tym ludziom zapału

Chwilowego, do twego bóstwa ideału

I chmurą pierś zasuniesz, co swe bóstwa święci!

I poznasz, że kto tworzy, niech tworzy bez uszu,

Tylko swego o radę niech pyta geniuszu,

A jeżeli go nie ma, to go rady zdradzą,

Bo na śmierć i na geniusz, mędrcy nie poradzą!

Tyś płakał łzami dziecka nad twoją ofiarą,

Dojrzałeś żarem słońca natchnień, mąk zapału,

I najpierwszy klęczałeś w piersi z żywą wiarą

Przed ołtarzem twych tworów lub śmiał się do szału

W duszy, z śmiesznych, dziwacznych, spaczonych postaci,

Któreś widział przed sobą, za które śmiech płaci,

Choćbyś wolał wyśmianym być, niż wyśmiać braci,

Których śmiech twój znów sobą uczyni pomału!

Przeklęty, kto złej woli w świat szyderstwem plunął,

Ten choćby z szczytów niebieskich już runął!

I jeśliś twoim kosztem, walki twej stałością

Nie dokupił się myśli, co czucia mądrością,

Nic cię tu nie przeżyje i będą nicością!

I inaczej twój smutek w śmiech im skrzywi usta

Lub lekki sen na oczy myśl im ciągnie pusta.

Natura matką ducha! A usposobienie

Niech wywoła, oburzy, lecz zostanie takim,

Jak je wydać doradza najpierwsze natchnienie,

A myśl lotna, beznogim nie stanie się ptakiem.

Głos wrodzony łez, śmiechu, w kształcie wielorakim,

Wiele na tym zależy w mowie: pan czy sługa,

Młodzieniec ci czy starzec, mamka czy matrona,

Czy kupiec czy ziemianin, co się ima pługa,

Kolchijczyk26 czyli dziecię tebańskiego łona,

Ten Argię27 zamieszkał czyli ów, co Teby28?

Słowem, układać rzeczy wedle ich potrzeby.

O twórco! jeśliś silny, własnym pobież torem;

Jeśli sobie nie ufasz, idź za drugich wzorem.

Chlubnie skreślisz twą postać, jeśli bohaterem

Śmiałym, dumnym, powabnym, Achilla29 wystawisz,

W silnem postaciowaniu zbliżysz się z Homerem:

A tym milsze wrażenie czytelnikom sprawisz,

Kreśląc dzikim charakter niezgiętej Medei30.

Przebiegły Iksjon31, w złości Medea płacząca,

Smutny Orest32, smutniejsza ofiara błądząca;