Wspomnienia chłopa-powstańca z 1863 r.

Część I. W walce

1. W wojsku pruskim

Służyłem we wsi Zimnej Wodzie1, w powiecie wówczas krotoszyńskim, za parobka. Dobrze mi się działo; państwo byli dobrzy, dbali o nas; pan urzędnik był, co prawda, chciwy na robotę, jednak był to niezły człowiek; nie dał sobie grać po nosie, ale ludzi nie krzywdził i nawet nam, parobkom, co to (jak za młodu bywa) niejeden się psoci, to niby gderał, ale i wybaczył.

Już mi 21. rok nadchodził, poszedłem też i do trzeciej miary2. Było to na jesień; przyszedł order3, i musiałem iść do wojska. Markotno mi się jakoś zrobiło, boć4 trzeba było wszystko opuścić, a Bóg wie, jak we świecie będzie. Nasi bardzo straszyli tymi unteroficerami5, że to bardzo hardzi panowie i kpin nie lubią.

Poszedłem do spowiedzi św. i zdałem się na Boga!

W tym całym nieszczęściu pocieszało mnie, że miałem nakazane do konnicy. Już bowiem z młodości miłe mi były te bydlątka najbardziej, boć to, żeby jeno6 człowiek o nie dbał, to wdzięczne są człowiekowi i człowieka znają.

Już to w całej okolicy nie było, jak moje cztery kasztany! Była tam na odkół7 brudnokasztanowa klacz, ździebłko figaczka, ale dało się jakoś jej radę, choć nieraz trzeba ją było wziąć z mańki8, jak to mówią.

Najbardziej niepokoił mnie młody dziedzic, bo cięgiem9 chciał dwa przednie wałachy10 wziąć mi do forszpanki11, alem jakoś zawdy12 szczęśliwie się wykpił; raz jeden, to znów drugi niby na nogę kulał; a ja mu byłem między podkowę a kopyto wsadził13 kawał gwoździa, dlatego niby utykał — ale jak młody dziedzic zeszedł z oczu, tom wyjął i ani znaku nie było kulawizny.

Ledwom się nie spłakał, gdym odchodził od mych kasztanków; ale cóż robić, kiedy trzeba. Mus wielki pan!14

Przymaszerowało nas ze czterdziestu z okolicznych wsi do Ostrowa15, gdzie zaraz nas zapisali do dragonów16. Tu inaczej trzeba było słuchać, jak p. ekonoma! Nieraz mi matuś mówili: „Oj, Ignaś, Ignaś, kto nie słucha ojca i matki, ten będzie słuchał psiej skóry”17.

Nie mieliśmy tam bębna przy kawalerii, ale trąbkę — toć18 już na jedno wyjdzie.

Jak zaczęli nas uganiać: „Marsz, langsam19, szryt20” i różnie nam nogi wyciągać, a prostować, a szykować, to aż się nogi trzęsły; a trzymaj nogę do góry; a pan unteroficer patrzy i ogląda, czy dobrze; aż nieraz już człowiek myślał, że się obali.

Ani jadło nie smakowało, a jak się człowiek układł, to ani wiedział, jak usnął, niby kawał drzewa.

Najgorsze to już były te pierwsze sześć tygodni, nim nas wsadzili do szwadronu; jedyną to już moją pociechą była gniada klacz moja. Już ta klacz prawdziwie ludzki rozum miała! Jak zatrąbili, to ja jeno cugle puścił, a ta jucha21 szła, jak była komenda. Nieraz nie mogliśmy się wydziwić, jaki to rozum miała.

Jak nas rekrutów na konie powsadzali, to już było pół biedy; ale to na piechotkę mustrowanie22, a ten (niech go tam Pan Bóg skarze) „langsame-szryt23 to już niepodobna ani.

Przez całą zimę nas mustrowali — ale ten karabinek, cośmy mieli u dragonów, to nam nieraz zbrzydł, choć na wojnie bardzo dobra rzecz.

2. Na Moskala!

Ludzie coraz bardziej zaczęli gadać między sobą, jak to te Moskale niby zwierza naszych duszą.

Raz nawet jeden gospodarz znajomy opowiadał nam, że te katy Moskale Boga w sercu nie mają i naszych na procesji św. napadli we Warszawie24, zaczęli strzelać i pomordowali siła ludu. Krzyże św. potrzaskali i nogami tratowali.

Nie chciałem im wierzyć, żeby tacy źli ludzie mogli być, że aż się na Pana Boga miotali i że Bóg zaraz ich tam piorunem nie trzaśnie; ale stary gospodarz przysięgał nam na Pana Boga, że prawda, i drudzy ludzie też mówili, że była prawda; to nasi zaraz mówili, że nasz król pruski to bardzo nabożny, to pewno Moskala porządnie za łeb złapie!

Ludzie coraz bardziej gadali, a w nas się jeno gotowało, boć to niepodobna, żeby biednych Polaków tak marnować, a to tacy Polacy jak my.

Między nami zrobiła się taka mowa: „Idźmy na nich, tych Moskali; nasz król się pewnie nie bardzo będzie gniewał, bo to aż niepodobna z tymi Moskalami!”

Przyjeżdżał do Ostrowa młody znajomy pan; mówili, że się szykuje na Moskala; nazywał się p. Sylwester Błociszewski25. Poszedłem raz do oberży, gdzie był zajechał, a znałem jego forszpana26 i zacząłem z nim gadać, czyby się z jego panem nie można rozmówić. Powiada: „Możesz, to dobry pan”. Ja myślę sobie: „Poczekam, a jak wyjdzie, pomówię”.

Po chwili też wyszedł, a ja do niego z moją prośbą, czy mamy iść albo nie.

Zaklął mnie na wszystko, abym tego nie robił, i drugim27 zakazał, bobyśmy mogli zrobić wielkie nieszczęście: jeszcze by Prusaki za nami poszli i Moskalom na Polaków pomogli.

Poszedłem sobie jak zmyty; ale nam się to jakoś nie widziało; zeszliśmy się za miastem z drugimi i uradzili bronić naszych.

Jeszcześmy się naradzali, a tu jeden wojskowy pan, Niemiec, przyszedł do nas i powiedział, że dobrze wie, o co się naradzamy, i że on też pójdzie z nami, ale nie mamy długo myśleć, jeno zaraz jutro, skoro świt, wyjechać z bronią konno, a on nam już drogę pokaże przez granicę i pójdzie z nami.

Wylękliśmy się z początku, żeby nas nie wydał, bo to jednak nie był nasz; ale jak nam się zaklął, że pójdzie z nami i nie zdradzi, tośmy się na drugi dzień rano zmówili.

Jeszcze na wieczór ks. proboszcz przysłał po jednego z nas i zakazywał mu; ale myśmy myśleli, że to księdzu inaczej nie wypada — i skoro świt zebraliśmy się 23 z bronią i ładunkami konno nad granicą i zaraz też przeszliśmy na wolę bożą przez granicę.

Było już blisko południa, gdyśmy się zatrzymali na boku niedaleko Goliszewa28; wytarliśmy konie porządnie wiechciami, bo były bardzo spocone, a potem napaśliśmy je obrokiem, zabranym z Ostrowa. Objął komendę nad nami ten pan Niemiec, co był poszedł z nami, i zaraz zaczął się uczyć komendy po polsku; ale z początku bardzo to pociesznie szło, bo żaden z nas nie rozumiał, co on chciał.

Później dopiero poduczył się tak naszej mowy, że już zupełnie dobrze komenderował, a nawet poczciwie się mógł z nami rozmówić.

Ze trzy godziny leżeliśmy w borku29, a potem dalej na koń, bo nasz oficer mówił, że tak blisko granicy to włóczą się różne patrole, a nużby nas naszli, toby z nami kiepsko było — a bardziej w głębi kraju to już wcale30 co innego, wiele bezpieczniej.

Ładny był to dzień, właśnie suchy przymrozek od rana, a koło południa tak prawie ciepło było jak latem.

Ładnym krajem maszerowaliśmy; wszędzie widać zasobne, a nawet bogate gospodarstwa. Zabudowania dworskie porządnie murowane, a dwory niby pałace; najbardziej się nam już podobał dwór w Żelaskowie31, gdzieśmy się przede dworem zatrzymali. Wielmożna pani, zdaje mi się, Radolińska się nazywała, wyszła do nas i kazała nas poczęstować, i, pamiętam, wyszły z nią dwie panny, a jedna to taka już ładna była niby obrazek — i też bardzo po ludzku z nami gadały i opatrzyły nas żywnością i napitkiem na drogę, żeby już nam na parę dni było mogło starczyć.

To już zaraz powiem, że podczas tej naszej wojny to panie z każdym z nas zawsze tak rozmawiały jakby ze swoim równym, a widać było, że by nam były choć ostatek jak najchętniej dały, a wypytywały się: skąd, czy mamy rodziców, czy krewnych, a czy czego z bielizny nam nie brak — słowem, tak dbały jak o własne dzieci.

3. Pierwsza potyczka

Wyjechaliśmy z Żelaskowa ku Błaszkom32; jest to tam niedaleko małe miasteczko, niby nasze Piaski33 pod Gostyniem34. Właśnie pod tym miasteczkiem miał nas spotkać pierwszy chrzest.

Już mówił nam chłop, który wozem jechał, że za godzinkę będziemy w Błaszkach, a jeżeli się pośpieszymy, to w pół godziny tam zajedziemy; i nasz komendant kazał kłusem35 ruszyć, gdy na skręcie od razu pokazuje nam się jakaś kupka konnych.

Ledwieśmy się spostrzegli, a tu nasz dowódca krzyknął: „Forwerc36, marsz, marsz!” i galopem wpadliśmy na nich. Zaraz, jakeśmy wpadli na nich, kropnąłem na odlewkę jednego z kosmatą czapką przez gębę, że się nieboraczysko zaraz zwalił na ziemię; ale w tej samej chwili drugi jakiś kropnął mnie przez plecy pałaszem37, to bolało, jakby porządnie kijem skropił; alem mu też nie darował, bom go wyciął koszem38 od pałasza w zęby, że aż krwią zapluł. Jakem się potem obejrzał, to już reszta tych kosmali była uciekła, a nasi gonili.

Dopiero jakeśmy się znowu zebrali, dowiedziałem się od drugich, że to były objeżczyki39, a te wielkie, niedźwiedziami obszyte czapki to od tego, aby mu głowy pałaszem nie przeciął; i też prawda: takiej czapki pałaszem nie przetnie.

Przyprowadzili nasi czterech złapanych Moskali, a moi dwaj, com ich był zwalił z konia, też wstali i tylko trochę byli pokaleczeni; jeno temu, co to przez gębę dostał, musiał golibroda40 potem w Błaszkach zeszyć.

Sześciu Moskali wsadził nasz oficer na konie, ale broń im odebraliśmy, i kazał na nich uważać, aby nie uciekli; ale tak się do nas przyuczyli, że już potem nikt ich nie pilnował — a jak przyszło do bicia się, to lepiej się bili jeszcze z Moskalem, niż nasi, gdyż bali się, żeby ich Moskale nie zabrali w niewolę, bo byliby ich zaraz powiesili.

Przejeżdżając przez Błaszki, wstąpiliśmy do cyrulika, który zeszył twarz biednemu Moskalowi. A wycierpiał też dopiero ten biedak, jak mu szył; pierwszy też raz widziałem, jak się to robi; to musiało też tego biedaka bardzo boleć, gdy mu tak w żywe ciało szpilkę wpychał, a potem dopiero nićmi ściągał.

Już nocą przyjechaliśmy do Nowej Wsi41, może na milę42 daleko od Błaszek; tam przenocowaliśmy; młody syn pana Rembowskiego chciał koniecznie pójść z nami, ale stary pan mu nie pozwolił; zabrało się jednak z nami dwóch parobków od gospodarzy i służący, któremu pan dał konia. Naturalnie, że tam nie mieli takiej dobrej broni, jak my mieliśmy, ale jednak każdy miał pałasz i stary pistolet do dania znać na placówce43, gdyby szedł nieprzyjaciel.

Szliśmy dalej ku Częstochowie i nareszcie doszliśmy do Wólki Krakowskiej44, wsi dużej, gdzie mieliśmy spotkać oddział; ale tam o oddziale nikt nam nie umiał powiedzieć; tylko nasz pan oficer dowiedział się, że może o milę dalej było coś naszych w boru45; zaraz też pośpieszyliśmy, aby się z nimi złączyć.

4. Połączenie się z oddziałem Szymanowskiego

Koło południa na drugi dzień udało nam się nareszcie dogonić ten oddział, który myślał o nas, żeśmy Moskale, i dlatego przed nami uciekał — i gdyby nie przypadek był zdarzył, żeśmy ich wpędzili pomiędzy błota, to byliby dalej przed nami uciekli.

Dopiero śmiechu było, gdy poznali, że jesteśmy swoi; było ich trzydziestu kilku (jak nam mówili) z różnych oddziałów; jakiś Szymanowski nimi dowodził. Tęgi46 to był człowiek: choć szczupłej postawy, nie bał się nikogo, samego diabła byłby się nie wyląkł, a Moskale już go dobrze znali, bo był się im już nie raz dał we znaki. Raz to go rannego wzięto do niewoli, ale szczęśliwie im uciekł, choć jeszcze rana mu się nie była zagoiła ze wszystkim47.

Zaraz też nasz pan oficer oddał mu się z nami pod komendę. Już to ci ludzie byli bardzo licho uzbrojeni. Każdy miał jeno lancę48, na którą mógł liczyć, bo reszta broni to aż żal się Boże! Stare pałasiska — niektóre nawet ułamane końce miały — a pistoletów mieli w całym oddziale dwa i dwie dubeltówki, które zawsze ci brali, którzy szli na placówkę, i to jeszcze te gruchoty nie puszczały49. Bardzo byli więc wszyscy radzi50 naszym karabinkom, a szczególniej wydziwić się nie mogli, że strzelały, jak ta igła żgnęła w nabój51.

W sześćdziesiąt koni ruszyliśmy dalej; my, dragoni, mieliśmy być w drugim szeregu, a reszta z lancami poszła do pierwszego szeregu, bo jak stawaliśmy we front, to zawsze w dwa szeregi, a komenda zawsze szła dwójkami.

W marszu dogonił nas jakiś pan bryczką; rozmówił się z dowódcą naszym i zaraz nawrócił i pojechał sobie. Jakoś nasz dowódca zaczął coś sobie pod nosem mruczeć i raz po raz wąsa podkręcał; dawni jego ludzie zaraz nam mówili, że pewno się dowiedział o jakim patrolu moskiewskim i pewno w głowie układa, jakby go napaść. Niedługo też potem skręciliśmy z głównej drogi na lewo w bór.

Inny to już był kraj niż u nas, coraz więcej górzysty, a góry pokryte w wielu miejscach świerkami. A choć znów był kawał równego pola, to gdzieniegdzie pokazywały się ze ziemi duże kamienie, jakby domy albo kościoły, które się tutaj skałami nazywają. Mówili, że ta ziemia nazywa się Krakowskie, a dalej za Krakowem pod Austriakiem to cały kraj taki jest, gdzie same bardzo wielkie góry są, które nazywają się Karpaty. Ale tam tośmy wcale nie doszli, jeno w jednym miejscu z góry pokazywali nam na niebie jakby jakie chmury i powiadali, że to są nasze polskie Karpaty.

Maszerowaliśmy całą resztę dnia tego, ale to takimi ścieżkami i nad głębokimi przepaściami, że nieraz człowiek się bał, że z koniem zleci i roztrzaska się na dnie. Ale to tylko z początku tak nam się zdawało, bo potem przyzwyczailiśmy się do tego i nieraz z takiej ostrej góry galopem się na dół zjeżdżało, że u nas myślałby człowiek, że się kark skręcić musi.

5. Potyczka z kozakami

Koło północka może stanęliśmy nad jakąś szosą, poschodziliśmy z koni i nasz dowódca powiedział nam, że z godzinę lub dwie odpocząć możemy; ale ogni zapalać nie wolno, bo tutaj tą szosą do dnia ma przeciągnąć patrol kozaków52, który napaść mamy.

Już dniało, gdy nam kazano cicho ruszyć się z miejsca; nas z karabinkami i te dwie dubeltówki zaprowadził nasz stary oficer na piechotkę w krzaki nad samą szosę.

Ukryliśmy się dobrze i dopiero na komendę oficera, gdy Moskale będą przed nami, mieliśmy zacząć prędko strzelać. Tymczasem nasi ułani53 mieli wpaść na nich z ukrycia. Już tak wszystko było urządzone z pół godziny i myśmy cicho leżeli, gdy z dala zaczęło coś dudnić po szosie, jakby wozy szły albo bardzo dużo koni.

Zaraz nasz oficer dał znać naczelnikowi, który też zaraz do nas przyszedł i cicho mówił, że ten patrol pewno jakieś wozy ze sobą prowadzi, i cieszył się, że je zabierzemy. Zaraz się też wrócił do ułanów, aby na ich czele uderzyć na Moskala.

Z cztery pacierze54 czekaliśmy jeszcze, a coraz bliżej dudniało. Nagle przeleciało przed nami może z dziesięciu konnych, ale nie strzelaliśmy, bo znaku nie był dał nasz oficer. Już coraz jaśniej się robiło, gdy na szosie zobaczyliśmy kozaków, którzy sobie stępa55 jechali; po chwili byli przed nami, a że nasz oficer gwizdnął na znak, sypnęliśmy do nich z karabinków, a potem, jak który mógł najprędzej, nabijał i strzelał. Zamieszanie na szosie wielkie się zrobiło, konie padały na ziemię, kozak niejeden spadł przez łeb konia na ziemię; a jak dopiero nasi ułani napadli z ukrycia, okropne się zamieszanie zrobiło. Kozacy, z naszymi zmieszani, zaczęli uciekać, a nasi ułani pędzili ich, żgali pod żebra lancami, że aż się serce śmiało!

— Do koni! — zabrzmiała komenda, bo już i tak nie było do kogo strzelać, gdyż cała kupa galopem już była się od nas oddaliła.

Jak kto mógł, najprędzej biegł do koni, aby pośpieszyć z naszymi. Dopadamy koni i galopem szosą za drugimi.

Jakie było nasze zadziwienie, gdy wyjeżdżając z boru, ujrzeliśmy, jak nasi ułani wracali galopem na powrót, a za nimi może ze trzysta moskiewskiej konnicy pędziło! Dalej zaś na szosie ujrzeliśmy armaty i piechotę.

Zaraz nasz oficer kazał nam wykręcić na prawo za dużą skałę i co prędzej zsiąść z koni; trzech ludzi zostało przy naszych koniach, aby je trzymać, a myśmy się czym prędzej rozsypali w krzakach nad szosą, aby ścigających Moskali przyjąć ogniem z karabinków. Nasi może na trzysta kroków przed Moskalami pędzili; jak nasi mijali, pokazał im się nasz oficer, aby dowódca wiedział, gdzie my jesteśmy — a potem zaraz, jak Moskale nadjechali, sypnęliśmy do nich z karabinków, co ich bardzo zmieszało, bo myśleli, że ich nasi wciągnęli w zasadzkę.

Te nasze karabinki to jednak bardzo dobre były: dobrze strzelały, a nabijały się tak prędko, że zdążyłem aż pięć razy do Moskali strzelić i nabić.

Cała ta kupa konnicy nawróciła się56 i pędem do swoich uciekła; myśmy zaś czym prędzej do koni pobiegli i po chwili pędziliśmy do naszych.

Tymczasem nasi ułani złapali ze dwadzieścia koni moskiewskich i zebrali ze ziemi, co się dało, broni, a po chwili uciekaliśmy na złamanie karku borami, i to przez takie drogi spadziste i głębokie wąwozy, że szczęście prawdziwe, żeśmy wszyscy karków nie pokręcili!

Dowódcy meldował ten pan, co to nas dogonił, że stu Moskali jako podjazd57 ma tą drogą jechać, a to tymczasem z tysiąc Moskali tą szosą szło i prawdziwy cud Boski, żeśmy się tak szczęśliwie wykpili.

Czterech naszych brakło do apelu, a tymczasem nie tylko, że nam się nic więcej złego nie stało, ale jeszcze zebraliśmy dwadzieścia koni i dużo broni, która nam się nadzwyczajnie przydała; prócz tego leżało na szosie z piętnastu Moskali, a drugie ze dwadzieścia koni latało luźno, bośmy nie zdążyli złapać. Co prawda, uciekaliśmy jeszcze ze cztery godziny aż do jakiegoś zabudowania brzozowego w lesie i tam stanęliśmy nareszcie. Nasze konie takie były pomęczone, żeśmy tam stali trzy noce.

Wygodnie nam było w tej leśniczówce, bo wprowadziliśmy wszystkie nasze konie do stodółki, obory i szopy od siana. A poczciwy borowy58 dał znać do sąsiednich wsi, aby nam jeść i pić przywieziono. Co noc też przychodziły z prowiantami ze cztery wozy. A już chyba nie zapomnę bigosu, który nam we wannie blaszanej przywieźli: dziś mi jeszcze smakuje.

Przez te trzy dni nasz komendant zaczął nas także mustrować; my, pruscy żołnierze, znaliśmy mustrę doskonale, ale ci z Królestwa59 to ciągle się błąkali — a ponieważ nie było takich koni starych, dobrze wymustrowanych, jak myśmy mieli w pruskim wojsku, co na trąbkę same chodziły, czasem więc wielkie było zamieszanie, a panowie oficerzy bardzo się nagniewali.

Przybyło też do naszego oddziału dużo nowego rekruta, tak żeśmy już nasz oddział liczyli na sto pięćdziesiąt chłopa. Osiemdziesiąt ludzi było z karabinkami, a reszta była ułanów — ale już każdy ułan miał pistolet albo rewolwer do dania alarmu na placówce, gdyby nieprzyjaciel się zbliżał.

6. Pod Lelowem

Po trzydniowym odpoczynku poszliśmy dalej ku Lelowowi60, małemu miasteczku; przechodziliśmy może o milę od Częstochowy, gdzie to jest w kościele przy klasztorze obraz cudowny Najświętszej Maryi Panny.

Bardzo mnie to martwiło, że tak blisko byłem cudownego miejsca, a nie mogłem upaść na kolana przed cudownym obrazem Maryi, Królowej Polski; ale starszyzna powiadała, że tam bardzo dużo Moskali.

Zaśpiewaliśmy litanię do Najświętszej Panny i błagaliśmy, aby prosiła Swego Boskiego Syna, aby się nad naszą Polską zmiłował i nam dopomógł wygnać Moskala.

Stanęliśmy nazajutrz w boru pod Lelowem. Znowu zaczęła się mustra i obroty konne; już dosyć ci nowi zaczęli się przyuczać, tak że już gładziej szło, a jeno czasem który się błąkał.

Przyjeżdżało tu do nas dużo z sąsiednich wsi i bardzo się cieszyli, że jakoś tęgo wyglądamy, a każdy, czy to pan, czy chłopek, przywiózł nam coś ze sobą, tak że nam nie zbywało na niczym, a kotły nie tylko były zawsze tęgo pełne, tak żeśmy czasem ani nie dali rady zjeść, ale nawet i pieczenie były doskonałe. Już to takiego dobrego życia, jak pod Lelowem, nigdzieśmy nie mieli. Znów przybyło do nas ze dwudziestu ochotnika, ale na małych, słabych koniach, tak że było można zaraz wiedzieć, że marszów długo nie wytrzymają.

Zabawę też mieliśmy z Żydkami krawcami, których kazał przyprowadzić nasz naczelnik z Lelowa do szycia mundurów. Okrutnie Żydki się bali, aby Moskale ich nie złapali w naszym obozie; a myśmy się tak umówili między sobą, że raz po raz który wpadał tam, gdzie Żydki szyli, i wołał: „Moskale idą!”, a Żydki rzucali, co mieli w ręku, o ziemię, dalej w nogi, aż naczelnik musiał zakazać tej zabawy, bo Żydki ze strachu nie mogli nic uszyć.

Ośm dni pod Lelowem bardzo nam się dobrze działo, ale ósmego rano zaalarmowały nas nasze placówki, tak że ledwośmy zdążyli zebrać obóz: musieliśmy co prędzej uciekać, bo już piechota rosyjska była w boru i zaczęła kulkami do nas sypać. Jeden nawet z naszych, właśnie jak siadał na konia, dostał kulką w łeb.

Pierwszy to raz widziałem z bliska człowieka zabitego! Trochę mnie ciarki przeszły, ale pomyślałem sobie, że dla tej naszej kochanej Polski to i nie żal życie stracić, i tylkom61 się jeszcze więcej na tych szelmów Moskali zaciął!

7. Zwycięstwo pod Sadowiem

Umykaliśmy ku wsi Sadowiu62, która leży zaraz za borem od Lelowa, ale uciekaliśmy w dobrym porządku.

Za nami szło tylko z daleka coś kozaków, ale nie śmieli się zbliżyć, bośmy im raz po raz posyłali kulki z naszych dragońskich karabinków.

Już minęliśmy wieś Sadowię i zjeżdżamy z górki za wsią, gdy nam się z boku pokazała dość wielka kupka kozaków; oczywiście, chcieli nam zabiec drogę, aby nas ci, co za nami szli, mieli czas dogonić.

Zaraz wyszykował nasz naczelnik pierwszy szwadron do ataku, a drugi szwadron, w którym ja byłem, miał powoli posuwać się za pierwszym.

Dowódca nasz poprowadził sam pierwszy szwadron do ataku; bardzo ładnie szedł, tak żeśmy się nacieszyć nie mogli. Gdy patrzę, jak nasz szwadron idzie do ataku, a tu pokazuje się za kozakami, co ich atakować miał pierwszy nasz szwadron, druga kupa, jeszcze większa, Moskali, tak że wszystkich Moskali było może na pięćset!

Gdy to zobaczył nasz oficer, dawniejszy nasz komendant, który dowodził drugim naszym szwadronem, zaraz zakomenderował do ataku: „Marsz! Marsz!”, aby naszym iść jak najprędzej na pomoc. Był też wielki czas, bo chudziaki dostali się byli we środek pomiędzy dwie kupy Moskali i było im już bardzo duszno!

Jakby kupa dzikich koni wpadliśmy na Moskali otaczających nasz szwadron; już też człowiek leciał jak na złamanie karku; mój koń zaraz przewrócił dwóch Moskali z końmi na ziemię; żem się na nich nie przewrócił, nie wiem, jak się to stało, ale dosyć żem jakoś przeleciał, a tuż obok mnie jechał Wojtek Domagała, też dragon.

Zaczęło się dopiero łomotanie po łbach i karkach pałaszem!

Wojtka jakiś starszy ciął przez ramię, ale kożucha nie przeciął; Wojtek go za to w kark, że się nieborak zwinął. Aż tu od razu ścisk się wielki zrobił, bo juchy Moskale nie chcieli ustąpić i pchali się kupą na nas. Już tak było ciasno, że pałaszem ciąć nie było można, jeno jak kto mógł, walił kolbą od pałasza albo pięścią!

Z początku z wielkim krzykiem uderzyliśmy na Moskali, a oni też krzyczeli, co siła; ale gdyśmy się tak zbili w kupę, cicho się zrobiło jak w kościele; raz po raz tylko który jęknął lub zaklął, a z rzadka tylko oficerowie nasi wołali ochryple: „Naprzód!”. „Jezus, Maria! Ratuj, Wojtek!” — zawołałem, bo właśnie był mnie złapał za łeb jakiś Moskal i już mi świeczki aż w oczach stanęły, tak mnie z tyłu ciągnął. Poczciwy Wojtek jeno się na pół odwrócił i dmuchnął z pistoletu, a te przeklęte łapy nareszcie mnie puściły. Jeszczem nie zdążył „Bóg zapłać” powiedzieć Wojtkowi, a już mi Bóg zdarzył odpłacić mu przysługę. Trzech Moskali uderzyło na Wojtka razem: już go był jeden ciął przez łeb, już mu drugi pałasz wytrącił, już Wojtczysko miał duszę na ramieniu, gdym machnął jednego z tych Moskali, a potem, jak się rzucę koniem naprzód, złapałem dwóch drugich każdego ręką za gardło i tak długo im gardła cisnąłem, choć mnie tęgo z początku pięściami okładali, póki im tchu nie zabrakło, tak żem ich obu zwalił na ziemię. „No, Wojtek, kwita!”

Oj, ciężko to szło, ciężko! Już myśleliśmy, że nie pokonamy, ale jakoś Pan Bóg dodawał siły. Nasz dowódca uderzył na pułkownika moskiewskiego, ale go drudzy Moskale obskoczyli i żeby nie był taki dzielny jeździec i nie był tak celnie strzelał z rewolweru, po nim by już dawno było.

Własną ręką pięciu zwalił z konia, ale coraz więcej Moskali naokoło niego się gromadzi, już źle z nim bardzo.

— Wojtek, patrz!... — wołam i wskazuję na naczelnika...

Wzięliśmy się razem i wpadliśmy na pomoc dowódcy. Wojtek zaraz z mostu dwóch zrzucił z konia, ja też jednego skiereszowałem63. Nawinął mi się szczęśliwie pułkownik moskiewski; jak go lunę pałaszem, jak poprawię drugi raz, tak się zaraz skiwnął z konia, a Moskale ogromnie zaczęli wrzeszczeć i uciekać na wszystkie strony. Czas też był wielki, bośmy już nie mogli.

Moskale tęgo się bili i zdaje się, dopiero gdy pułkownik ich spadł z konia, stracili odwagę. Co prawda, leżało ich osiemdziesięciu kilku na ziemi; naszych około pięćdziesięciu spadło z koni, ale jak przekonaliśmy się, mieliśmy tylko dziesięciu zabitych, a dwudziestu ciężko rannych; reszta mogła wsiąść na konie, rannych zaś rozesłaliśmy bryczkami do wsi okolicznych.

Z Moskali, co byli spadli z koni, zabraliśmy dwudziestu pięciu, którzy byli tylko lekko ranni albo wcale nie, ze sobą i wcieliliśmy ich, jak tych dawniejszych sześciu, w nasze szeregi. Wkrótce przyzwyczaili się do nas tak dobrze, że wcale na nich uważać nie potrzebowaliśmy, bo im się ani śniło uciekać do swoich.

Moskali rannych opatrzyliśmy, ale zostawiliśmy ich na miejscu, bośmy widzieli, jak z dala piechota moskiewska stała, i wiedzieliśmy, że swych rannych zabiorą.

Po półgodzinnym odpoczynku ruszyliśmy dalej ku Pradłom64, zdaje się, wsi odległej od Sadowia może z milę drogi, gdzieśmy przenocowali, a do dnia puściliśmy się do borów należących do Solcy65. Tu odpoczywaliśmy znowu z dziesięć dni i nasz naczelnik znowu organizował nasz oddział, który rósł powoli i doszedł do dwustu sześćdziesięciu ludzi.

Na trzy szwadrony zostaliśmy podzieleni i mustra szła bardzo ostro; coraz też lepiej wszystko szło, tak że czasami już tak dobrze nasi potrafili jak dragoni w Ostrowie.

8. Cofanie się ku Sandomierzowi

W nocy jednego dnia dostał rozkaz nasz rotmistrz, dawniejszy dowódca, jechać z pół szwadronem na podjazd ku Pilicy66 — ale mieliśmy się w boru pod samą Pilicą zatrzymać i tam siedzieć przez cały dzień, aby zobaczyć, czy Moskale na nas z Pilicy wojska nie wysyłają. Dostaliśmy się też szczęśliwie do boru pod Pilicą i siedzieliśmy tam cały dzień, ale żadnego wojska widać nie było. Nasz rotmistrz nad wieczorem posłał sztafetę67 do naczelnika z raportem i z zapytaniem, co mamy dalej robić, ponieważ się był dowiedział, że Moskali w Pilicy wcale nie ma. Czekaliśmy może do dziesiątej godziny, ale żadnej odpowiedzi nie było.

Ruszył więc nasz rotmistrz z nami na powrót.

Na pół drogi może spotkał nas posłaniec i przyniósł bardzo przykrą wiadomość.

Oddziału naszego pod Solcą już nie było i nikt nie wiedział, gdzie się podział!

Niezadługo po naszym wymarszu z boru pokazali się z dwóch stron Moskale, a nasz naczelnik, chcąc się z nami złączyć, ruszył ku Pilicy, ale wszedł na Moskali, których myśmy jakoś minęli. Co prawda, było tam dość dużo dróżek idących przez bór: łatwo się to mogło stać, żeśmy koło nich przeszli, nie widząc ich, niespostrzeżeni.

Cóż teraz począć? Bardzo się zmartwił nasz rotmistrz, ale czasu do namysłu nie było, bo posłaniec donosił, że od Solcy ku nam idzie znaczny oddział Moskali.

Pogadał więc nasz rotmistrz z przewodnikiem na stronie i z jednym żołnierzem, który pochodził z tych stron, i natychmiast zboczyliśmy i puściliśmy się wąskimi ścieżkami w drogę.

Całą noc maszerowaliśmy bez odpoczynku i dopiero nad ranem zatrzymaliśmy się w odludnej okolicy, na górce w brzezinkach.

Dola nam się bardzo pogorszyła, nie mieliśmy prawie co wziąć do ust; ten i ów wprawdzie miał jeszcze kawał chleba lub słoniny i dzielił się z kolegami, ale to nie starczyło dla wszystkich; a choć noc była zimna, nie było wódki na zagrzanie, a jeszcze przez ostrożność nie pozwolił nam nasz rotmistrz ogni zapalić; słowem, była bieda!

Przez dzień leżeliśmy spokojnie, dopiero o zmroku puściliśmy się dalej przez chęchy68, błota i krzaki.

Tłukliśmy się tak do rana i już słońce miało wschodzić, gdyśmy weszli do jakiejś wsi; ledwośmy z koni zsiedli i ze dworu nam coś jadła i wódki przynieśli, gdy placówka doniosła, że Moskale idą. Co kto mógł, złapał do jedzenia lub picia, i ruszyliśmy czym prędzej w drogę.

Mnie się udało wziąć duży gąsior69 wódki, może na jakie sześć kwart70 duży, który trzymałem przed sobą na siodle, a który nas przy życiu utrzymał, bo żeby nie ten mój gąsior i ten jeszcze większy, który Wojtkowi sam pan w tej wsi na konia podał, bylibyśmy pewno skarkli71 od zimna.

Teraz dopiero nastała u nas prawdziwa bieda, jakby się wszystko było na nas uwzięło. Deszcz lał, a raz po raz śnieg nas zasypywał, a my ciągle dalej, dalej musieliśmy uciekać. Było tak, jakby te Moskaliska były sobie do nas biedaków coś upatrzyły: dnia prawie nie było bez spotkania się z Moskalami!

Wszystkich nas razem było ze czterdziestu i to nas ratowało, żeśmy prawie wszyscy mieli dobre konie. Dwudziestu dwóch było nas dragonów z Prus, a reszta sami Moskale, wzięci przez nas do niewoli. Dobrzy to byli ludzie, a tak nas pokochali, żeśmy byli pewni, że nas nie zdradzą; byle czym się najedli, a wytrzymali lepiej od nas; ale już wódczysko tak lubili, żeśmy zawsze wartę musieli postawić przy bryczce, bo ani się kto spodział, to się jak bydlęta popili, a myśmy nie wiedzieli, co z nimi począć, bo czasem trzeba było maszerować, a oni leżą jak bele spici. Raz nawet dla pośpiechu, nie chcąc dwóch z nich zostawić, przywiązaliśmy jak nieboszczyków na koniach, a dwóch ludzi ich z boków podtrzymywało. Ale potem wymyśliliśmy na nich sposób. Wódka była pod wartą, a który się spił, temu laliśmy zimną wodę na łeb, póki nie wytrzeźwiał, a potem przez trzy dni ani kropli wódki nie dostał.

Oj, cośmy tam wtenczas biedy użyli, to aż strach wspomnieć! Głód był taki, że aż człowiek do cna osłabł, a tu jeszcze do tego pluta72 a pluta.

Po dwóch przeszło tygodniach włóczęgi konie nam zupełnie ustały i tak wychudły, że jeno skóra i kości były.

Zaczęły się choroby; dwóch ludzi musieliśmy w pewnej wsi zostawić, bo, jak mówili starsi, dostali tyfusu73. Mnie tak przez trzy dni febra74 trzęsła, że myślałem, iż już nie przeżyję, i żeby nie Wojtek, który mnie podtrzymywał, byłbym nieraz spadł z konia w marszu.

9. Zwinięcie oddziału. Odpoczynek

Nareszcie widział nasz rotmistrz, że już dalej nie zajdzie, i postanowił nas rozpuścić po wsiach na odpoczynek, aby nas później znowu zebrać i przyłączyć się do jakiego większego oddziału.

Ja i sześciu moich kolegów dostaliśmy się do Wólki75, wsi, leżącej może o trzy mile od miasta Sandomierza76 i może dwie mile od rzeki naszej Wisły.

Byłem u gospodarza na kwaterze.

Zaraz poczciwy Gluma (tak się nazywał ów gospodarz) przyjął mnie jak swego syna. Kazał mi się do łóżka położyć, bom był bardzo chory; żona jego gotowała mi jakieś leki, którym musiał wypić i od czegom też zaraz usnął.

Koło południa obudziłem się już zdrowszy. Zaraz gospodarz dał mi swoje rzeczy, aby mnie nikt nie poznał, żem żołnierz.

Nie mogłem się też nadziwić ich ubraniu; a już najbardziej mnie wstydziło koszulę na spodniach nosić, jak tutaj wszyscy noszą. Już to ci Krakowianie to wcale inaczej się ubierają niż u nas; białe mają kamzele77, szerokie na kamzelach pasy skórzane, nabijane świecącymi guzikami — koszula na spodnie, spodnie w buty, a na głowie śpiczasty kapelusz, a przy kapeluszu na paradę pęk wstążek.

Kobiety i dziewuchy też się inaczej ubierają niż u nas. Bardzo ładne staniki noszą, sznurowane na przodku wstążkami, koszulę ładną, białą widać na ramionach i rękach, spódniczki kolorowe, dosyć krótkie, a głowę mają chustką obwiązaną, jak u nas baby.

Ale jak w niedzielę zaczną w karczmie tańczyć krakowiaka, to aż się serce śmieje: szelmy dziewuchy, jakby skrzydła miały, a parobki, jakby byli na sprężynach!

Przez cały miesiąc, com był u mego gospodarza, chodziłem co dzień do roboty, a gdy przyszło do orki i bronowania, już gospodarz mnie to zlecił, bo widział, że lepiej potrafiłem niż on, a robota mi też od ręki idzie.

Nieraz przy robocie przypomniały mi się moje kasztanki ze Zimnej Wody; pewno te przodkowe78 wałachy wziął młody dziedzic do forszpanki; żeby ich tylko ten morowy79 Kuba nie pochwacił80, bo to szelma, jeno lecieć końmi i lecieć, a dbać, jak się przynależy, to mu się nie chce; ledwo konie wyprzęże, zamiast je opatrzeć, to się uwali i śpi; a szkoda by było koni, bo dobre.

Inaczej to wygląda w tym Księstwie Krakowskim81 niż u nas. Prawie ciągle górzysty kraj, skały wychodzą ze ziemi albo też duże kamienie leżą na wierzchu. I ziemia inna; jak u nas, dużo piasków, ale także dużo dobrej, czarnej ziemi. A już najbardziej dziwowały mnie te ich rędziny: takiej ziemi jam nigdzie nie widział. Na wierzchu może na cztery cale, czasem głębiej, czasem mielej82, jest czarna, tłusta ziemia, a pod spodem same kamyczki białe z czystego wapna. Na tych rędzinach to doskonale zboże rośnie, a już najlepsze grochy: te już są takie strączaste, jak nigdzie.

Ludzie także są inni: bardzo ładną mają mowę, a tacy weseli, że prawie ciągle śpiewają, w karczmach przy tańcu też śpiewają, a co tańczą, tańczą ładnie.

Dobrze mi było u mego gospodarza, ale tęskno mi się zaczęło robić za wojaczką. Tam się nasi biją — my tu do góry brzuchami leżymy! O drugich z naszego oddziału powiadali ludzie, że się wykurowali i wypaśli, a nasz rotmistrz nam obiecywał, że lada dzień ruszy. Konie nasze też się już tak wypasły, że nie byłby ich nikt już poznał; co było kulawych, wygoiły się tak, że jeno wsiąść na nie.

10. Ostatnia walka

Nasz rotmistrz spotkał mnie, gdy wracałem z pola, i kazał być gotowym za trzy dni do marszu; punkt zborny naznaczył w boru, o milę odległym. O północy mieliśmy się zebrać.

Poczyściłem broń, a najbardziej karabinek mój dragoński, aby wszystko było w porządku, i w dzień naznaczony pożegnałem się z kochanym moim gospodarzem i gosposią, wsiadłem pod wieczór na konia i ruszyłem z sześcioma kolegami którzy stali na kwaterze w tej samej wsi, co ja, na miejsce, gdzieśmy się mieli zebrać. Po drodze przyłączył się do nas nasz rotmistrz z kilkoma kolegami, dalej spotkaliśmy się z kilku, a reszta czekała już na nas w umówionym boru. Nikogo z naszych nie brakło, a prócz tego przyłączyło się do nas dosyć dużo świeżego ochotnika, tak że naszemu oddziałowi nic nie było można zarzucić. Tędzy byli ludzie, a konie też bardzo dobre.

Przy pierwszej lustracji stanęło stu pięciu ludzi w szeregu z oficerami; prawie wszyscy na sobie mieli ładne mundury granatowe, tylko czapki to każdy miał jaką bądź.

Rychłym rankiem ruszyliśmy pełni nadziei, że nam dobrze pójdzie, w drogę.

Nasz dowódca chciał przeprawić się przez rzekę Wisłę niedaleko Sandomierza, aby na drugiej stronie połączyć się z jakimś innym większym oddziałem, ale dzisiaj już nie pamiętam, kto dowodził tym oddziałem.

Pięknie słońce zaszło, właśnie gdyśmy wychodzili z boru; płaszczyzna była szeroka przed nami i tylko gdzieniegdzie widać było mały borek; wesoło maszerowaliśmy naprzód może z godzinę, gdy się pokazała mała kupka kozaków.

Nasz naczelnik zaraz umyślił zrobić na nich zasadzkę. Posunęliśmy się kłusem naprzód aż pod mały borek, który stał nade drogą, którą mieli Moskale przechodzić, i zaczailiśmy się na Moskali w tym borku.

Taki był rozkaz, aby przepuścić Moskali, a potem połowa naszych miała z tyłu wpaść na nich, a reszta miała zostać w rezerwie. Moskale nie przeczuwali, jak się zdawało, nic złego, przymaszerowali do samego borku; ale gdy już do borku doszli, stanęli i oczywiście było widać, że coś miarkowali83, bo konie nawrócili. Jak to nasz dowódca zobaczył, w tej chwili kazał połowie naszych uderzyć na Moskali, a sam z resztą posunął się kłusem za drugimi. W tej połowie, co szła z naczelnikiem, byłem i ja.

Widzieliśmy, jak nasi pędzili za Moskalami i już niejednego zrzucili z konia; aż serce nam się radowało na to patrzeć, tylko nam było markotno, żeśmy musieli na to patrzeć, a sami nic nie robić.

Wtem patrzymy, że od razu Moskale, którzy uciekali przed naszymi, nawrócili konie, a z boku druga kupa Moskali opadła naszych! Jak to nasz naczelnik zobaczył, zakomenderował: „Naprzód!” i ruszyliśmy z kopyta naszym na pomoc; w jednej chwili wpadliśmy na Moskali i jak miotłą zmiataliśmy ich przed sobą! Już to użyliśmy do syta z tymi Moskalami, tylko mi to jakoś dziwno było, że tak nagle nam z placu ustępowali. Pędzimy tak za Moskalami, zrzucamy z koni, których dognamy, i już przekonani, że zwyciężymy, wpadamy na górkę! A tu piechota moskiewska jak sypnie do nas! Kozacy jak się nawrócą!... Zamieszanie wielkie się stało pomiędzy naszymi... W tej samej chwili uczułem lancę kozacką, jak mnie w kark ubodła... potem z drugiej strony karku ciepło mi się zrobiło... A później, nie wiem, co się dalej stało, tylko uczułem, że spadam z konia!...

11. W moskiewskim więzieniu

Jakieś szare długie postaci snuły się naokoło mnie. Widziałem na łóżku obok siebie skrwawionego człowieka; jakieś białe płaty na głowę mu kładli; zdawało mi się, że okropnie jęczał! Jakieś postaci koło niego chodziły; tylko to było dziwne, że co się który do mnie twarzą obrócił, to miał inną głowę na karku i te głowy wszystkie jakoś dziwnie ku mnie się kiwały.

Potem zdawało mi się, że jestem już w grobie, a pod moją trumną jakiś diabeł ogień podpala, tak że mi się coraz goręcej robi, aż mi już tak skwar dokuczył, że myślałem, iż się palę; chciałem krzyczeć, ale nie mogłem, coś mi gardło sznurowało. Nie wiem, jak to wszystko długo trwało, dopiero później zmiarkowałem, że to wszystko mi się zdawało w gorączce. Ale nareszcie wszystko minęło i pewnego rana obudziłem się tak słaby, że ledwo ręką ruszyć mogłem. Ale już przynajmniej wiedziałem, co się naokoło mnie dzieje; kark to mnie bardzo bolał, ale zresztą84 nic mnie nie bolało, tylkom cały taki słaby był, że już ani niepodobno.

Po chwili przyszło kilku panów i zaczęli mi odwijać bandaże, które miałem na karku; dopiero to był ból, jak mi zaczęli w karku grzebać! Bronić się nie mogłem, bo byłem za słaby, alem okropnie jęczał. Nareszcie już mi dali pokój, obwinęli mi kark, a zdaje się, najstarszy doktor powiedział mi: „No, jak już dotychczas wytrzymałeś, to się już wyliżesz”.

Zaraz potem usnąłem i już od tego czasu, jak tylko mnie opatrzyli i dali co zjeść, tom ciągle jeno spał, ale co dzień czułem się mocniejszy.

Po czterech tygodniach może pozwolił mi doktor wstawać, a jak tylko nikt nie widział, to mi rękę ścisnął; a jak byłem już zdrowszy, to mi raz po raz rubla w rękę wcisnął, abym mógł od dozorcy coś sobie kupić lepszego do zjedzenia.

Razu pewnego przyszedł do lazaretu85 ten pan doktor w niedzielę i kazał dozorcy mnie do swego pokoju przysłać. Jak byliśmy sami, wypytał się mnie, kto ja jestem. A jak mu powiedziałem, żem prosty parobek z Księstwa Poznańskiego86, to aż mu łzy w oczach stanęły i bardzo mnie chwalił; ale ja jemu na to powiedziałem, że przecież ja Polak, a każdy dobry Polak powinien naszej Polski bronić co siła, i że mnie też wcale nie żal, że tam trochę za mój kraj, za moją kochaną Polskę, cierpię; a Matka Boska, nasza królowa, mi to wynagrodzi. Jak mu to powiedziałem, tak mnie pan doktor uściskał i przyrzekł, że będzie robił, co może, aby mnie z niewoli moskiewskiej uwolnić. „Mam tylko — powiedział mi — ciągle udawać, żem chory, abym jak najdłużej był w lazarecie, a może się sposobność zdarzy uciec”.

Usłuchałem też tego kochanego doktora i com mógł, tom udawał, żem chory, choć mi się już dłużyło w tym lazarecie. Tak przez całe cztery miesiące byłem tam, a ani razu Moskaliska mnie z oczu nie spuścili.

Parę razy chciałem nocą się wydostać, ale każdą razą87 zastąpił mi który dozorca, a ja musiałem udawać, że to w gorączce chodzę. Już też przy końcu ani wierzyć w to chcieli: zapowiedzieli, że jakby mnie jeszcze raz na korytarzach trafili, to mi kajdany wsadzą!

Nareszcie udawanie choroby już się na nic nie przydało, bo jednego wieczora wzięli mnie z lazaretu, kazali się wprzód ubrać w aresztanckie rzeczy, sprowadzili schodami na dół i wsadzili do zamkniętego woza88; wsiadł także jakiś dozorca ze mną i po dobrej pół godzinie zatrzymał się na dużym podwórzu, otoczonym wysokimi domami. Gdzie mnie przywieźli, nie wiedziałem, bo wóz był cały obity deskami, a oprócz tego noc była ciemna; potem się dowiedziałem, że to więzienie nazywali Cytadelą89.

Dozorca kazał mi wysiąść i przeprowadził mnie przez długie korytarze, na których warty stały, aż mnie zaprowadził do małej izby, w której dwóch dozorców było, i ci mnie zaraz zewlekli i wszędzie zrewidowali, czy czego przy sobie nie mam; przy tej sposobności zabrali mi dwa ruble, które miałem od doktora. Po zrewidowaniu mnie kazali mi się znowu oblec i zaprowadził mnie inny dozorca do innego więzienia przez różne korytarze i schody. Tu postawił mi dzban wody, kawał chleba na stole położył i nic nie mówiąc do mnie, odszedł sobie i zostawił mnie w ciemności.

Tu najcięższe dni i nocy na mnie przyszły: we dnie i w nocy było w mym więzieniu prawie równo ciemno, bo okno było żelaznymi listwami zabite.

Tu okropnie się namęczyłem, bo tak zawsze o ciemku siedzieć, o chlebie i wodzie, do nikogo nie móc słowa przemówić, to niech ręka boska broni!...

Zamknęły mnie w tej ciemnicy te szelmy Moskale, abym zmiękł, alem ja się jeno bardziej na nich zaciął i przysiągłem sobie, jak tylko Pan Bóg zdarzy sposobność, im to zapłacić! A prosiłem też Pana Boga, aby mi dużo synów dał, aby mi pomogli Moskala bić za naszej Polski i moje krzywdy. I też Bóg mnie wysłuchał, bo mi dał kilku synów tęgich, za których się pewno nie powstydzę! Ażeby się jeno okazja natrafiła, tobyśmy już Moskaliskom pokazali, co Drygasy potrafią! A kochają Moskali jak psi dziada!90

Po długim czasie nareszcie wszedł do mnie dozorca i kazał iść za sobą. Znowu prowadził mnie przez nowe długie i kręte korytarze, po schodach na górę i na dół, aż nareszcie wprowadził mnie do dużej izby, gdzie trzech panów siedziało, a czwarty na boku przy osobnym stole.

Zaraz zaczęli mnie się wypytywać, kto jestem, skąd pochodzę i prócz tego zadawali mi jeszcze różne inne pytania. Najbardziej chcieli się dowiedzieć, gdzie nasz oddział się zatrzymywał, w których wsiach, i czy tam dobrze był przyjmowany.

Na pierwsze pytanie odpowiedziałem prawdę, jak było, ale na pytania, gdzieśmy się zatrzymywali, i jak nas przyjmowali, odpowiedziałem, że ja tam tego wiedzieć nie mogę, bośmy bardzo krótko wszędzie byli, a po większej części staliśmy w borach, a żywność kazał naczelnik ze wsi do obozu sprowadzać; ponieważ mnie nigdy nie posyłali po żywność, tom też nie wiedział, od kogo była i czy chętnie dawali.

Na to jeden z tych panów zaczął się bardzo na mnie gniewać i groził, że jeżeli wszystkiego, co wiem, nie powiem, to mnie każe powiesić, bo cesarz kazał każdego powiesić, którego z bronią w ręku złapią; a jeżeli wszystko powiem, to cesarz w swej wspaniałości mi daruje.

Temu panu na to odpowiedziałem, że przecież nie mogę mówić, co nieprawda, a chociażbym chciał nieprawdę powiedzieć, to nie mógłbym nawet, bo nie wiem, jak się tam te wsie i ci panowie nazywają. Więc jak przyskoczył do mnie i zaczął mi pięściami grozić, i że jak mi każe sypnąć z pięćset pałek, to mu wszystko wyśpiewam, co tylko wiem.

Zelżył mnie od ostatnich słów, a choć połowy nie rozumiałem, to przecież, jak żyję, nie słyszałem podobnych wyzwisk.

Nareszcie po godzinnym męczeniu złapali mnie żandarm i dozorca, którzy przy mnie stali, za kark i wypchnęli za drzwi, a potem przez całą drogę do mego więzienia kopali mnie i okładali pięściami.

W ten sam dzień znowu mnie z więzienia zaprowadzili do osobnego domu w podwórzu, gdzie mnie okuli w kajdany.

Jedną obręcz mi na prawą nogę przylutowali, a drugą na prawą rękę, a od jednej obręczy do drugiej szedł gruby łańcuch, tak że nie mogłem ręki podnieść do góry.

Gdy mnie do mojej ciemnicy odprowadzili, tom padł jak niestworzenie boskie na barłóg i znowu długo, długo byłem sam; jeno raz na dzień dozorca przynosił mi trochę ciepłej strawy, ale takie szkaradzieństwo, że aż obrzydzenie brało, i nieraz zazdrościłem trzodzie u nas, że tak dobrze jadła, bo tego, co ja z głodu musiałem jeść, pewno żadna trzoda by nie ruszyła.

Ale cóż było robić? Do wszystkiego się człowiek przyuczy, jak musi.

Najbardziej to mi już ta ciemnota w więzieniu dokuczała i to, że ciągle byłem sam, to, że nic nie robiłem, przez co mi się czas jeszcze dłuższy zdawał.

12. Pięćset pałek

Po kilku dopiero tygodniach znowu zawołali mnie przed sąd i zaczęli bardzo pochlebiać i obiecywać, nie wiedzieć co, jeżeli powiem, gdzie nas dobrze przyjmowali; ale znowu powiedziałem jak pierwej, że nic nie wiem, to tak się ten jeden pan na mnie pogniewał, że aż mnie dwa razy w twarz trzasnął.

Znowu mnie wyprowadzili i po drodze katowali; nawet raz tak mnie dozorca kopnął, że upadłem na twarz na ziemię. Ale też już dosyć tego miałem: jak się też ze ziemi podniosę, jak kropnę lewą ręką dozorcę w pysk, jak go złapię za gardło i rżnę o ziemię! Tak okropny krzyk się zrobił, dozorców i żandarmów zleciało się, potłukli mnie i pokaleczyli, żem ledwo o bożym świecie wiedział i na pół przytomnego potem zawlekli do mego więzienia. Gdyby to jeszcze na tym było się skończyło, ale nazajutrz przyszedł jakiś starszy do mego więzienia i powiedział, że za rzucenie się na dozorcę dostanę pięćset pałek!

Zaraz mnie też wywlekli na podwórze więzienne i tam zobaczyłem przeszło stu żołnierzy, którzy we dwa rzędy ustawieni stali, a każdy z nich miał w ręku pręt, gruby jak środkowy palec u ręki, a długi na pięć stóp91.

Zdarli dozorcy ze mnie wszystko, tak że miałem na sobie tylko koszulę i spodnie, przywiązali mi ręce do dwóch karabinów na krzyż i tak dopiero prowadzili mnie przez tę ulicę pomiędzy dwoma rzędami żołnierzy.

Szli sobie ci dwaj, którzy trzymali karabiny, powoli, a każdy z żołnierzy, około których przechodziliśmy, uderzył z całych sił prętem.

Z początku to każde uderzenie mnie bolało, ale potem, jak już dwa razy byłem przeszedł tę ulicę, tak mnie paliły całe plecy, jakby mi kto rozpalone żelazo przykładał.

Zaciąłem zęby na ten ból, ale anim pisnął, żeby się te gałgany ze mnie nie śmiali, a chciałem im też pokazać, że Polak potrafi dla swojej Ojczyzny cierpieć i swoim nieprzyjaciołom nie pokaże, że go boli!

Pięć razy mnie przeprowadzili przez tę krzyżową drogę, a potem mokre prześcieradło włożyli mi na plecy i odprowadzili do więzienia; tam trzy razy na dzień przynosił mi poczciwy dozorca mokre prześcieradło na plecy, co mi bardzo plażyło92.

Bardziej mnie moje plecy bolały potem jak podczas bicia, a już trzeci dzień był najgorszy, bo gorączkę miałem wielką i plecy tak paliły, jakby mi tam kto był zarzewia93 nasypał i ciągle rozdmuchiwał.

Dozorca mi powiadał, że czasem i cztery tysiące pałek niejednemu sypną, a jak już z bolu ujść nie może, to położą go na półwozie94 i tak przez tę śmiertelną ulicę ciągną i dalej biją, choć już nie czuje, póki nie dostanie tylu pałek, na ile został skazany. Nie bydlęta to ci Moskale?

Zawszem sobie myślał jednak, że choćby mi tam mieli dać i dwa tysiące pałek i więcej, choćby mnie i zabić mieli, to nikogo nie wydam, czy to pana, czy chłopa, boć to przecie czy pan, czy chłop, jedno.

Niejeden chudziak, co to w domu mógł sobie wygodnie siedzieć, to po równo z nami chłopami głodem marł, a jak przyszło się bić z Moskalami, to zawsze naprzód szli i pierwsi łba nadstawiali, a ratowali nas w potrzebie, jak swoich braci — i nie mieliśmy to ich po równo kochać z drugimi?

Znowu zostałem sam w mojej ciemnicy; już myślałem, że rozum stracę: ledwo oczy zamknąłem, pokazywały mi się jakieś widziadła, jakieś smoki, bitwy, ognie — gdy nareszcie Pan Bóg się nade mną zlitował.

Przyszedł po mnie znowu dozorca i kazał iść przed sąd. Znowu wprowadzili mnie do tej samej izby, gdzie ci sami panowie zasiadali, co dawniej; znowu zaczęli mnie się pytać jak dawniej, a jak zobaczyli, że to samo, co dawniej, odpowiadam, powiedzieli mi, że, kiedy jestem taki zatwardziały, to poślą mnie do ciężkich robót na Sybir.

Część II. Na Sybirze

1. Wyjazd z Warszawy

Odprowadził mnie mój dozorca do więzienia, a na drugi dzień zostałem znowu zawołany i powiedziano mi, że poślą mnie do Włodzimierza95, aby mnie tam osądzili.

Bogu podziękowałem, że jeszcze tak wypadło, bo chcieli mi koniecznie w Warszawie dowieść, że byłem żandarmem Rządu Narodowego96, i za to powiesić, bo drugich, co złapali z bronią w ręku, to zaraz wieszali.

A tego, że mnie skażą na robotę, tom się już wcale nie bał, bom myślał, że to taka robota jak każda inna, a przecież roboty człowiek zwyczajny97.

Dopiero potem przekonałem się, że krwawa to robota była, bo musiałem robić, a miałem kulę żelazną do nogi przykutą albo też nas przykuwali do taczek, i tak człowiek musiał wszędzie z tą taczką chodzić i wlec ją za sobą.

Zaraz też na drugi dzień odwieziono mnie na kolej. Jeszcze ciemno było, gdym stanął na dworcu.

Cały dworzec był zapakowany skazanymi; pociąg zajechał i wpakowano nas do zamkniętych wagonów.

Do mego wagonu wsiadło siedmiu więźniów i jeden żandarm uzbrojony. Ruszył nareszcie pociąg, a ja tylko cicho się modliłem i prosiłem Najświętszą Pannę o pomoc i opiekę, tym bardziej, że myślałem, iż na zawsze opuszczam moją kochaną Ojczyznę.

Oj, smutno, smutno mi było! Byłbym płakał, żeby mnie nie było wstyd pokazać moją słabość przed Moskalem. Zaciąłem więc zęby i poleciwszy się jeszcze raz Bogu, obejrzałem się na tych, którzy razem ze mną jechali.

Byli oni wszyscy młodzi ludzie, ale, tak jak ja, bardzo zmizerowani przez długie więzienie.

Poczęstowaliśmy naszego żandarma na jednej stacji wódką i cygarem, a on pozwolił nam spokojnie rozmawiać.

Złożyliśmy się żandarmowi na rubla, a on za te pieniądze kupił wódki i parę cygar na stacji i długi czas dał nam rozmawiać, cośmy chcieli.

Zadziwi to może niejednego, żeśmy mieli pieniądze, ale po większej części każdy więzień potrafi sobie przechować parę papierków tak, że ich przy rewizji nie znajdą.

Tylko mnie się to nie udało, bo bezprzytomny byłem, gdy mnie wzięli; ale moi koledzy chętnie się ze mną dzielili, choć ostatkiem. Już to nie ma jak bieda: ta najbardziej ludzi kupi98 do siebie.

Jak się dobrze rozwidniło, dopiero widzieliśmy, jak ta nasza ziemia prędko uciekła od nas, a coraz to inny kraj nam się pokazywał.

Jak długo jechaliśmy tak, już nie pamiętam, ale zda mi się, że dwie nocy99 i dzień byliśmy w drodze.

2. W więzieniu pskowskim

Przybyliśmy nareszcie po długich przystankach do dosyć dużego miasta, które nazywają Psków100; leży ono nad małą rzeczką nazwaną Wielikaja101 i powiadali nam, że niedaleko stamtąd jest bardzo duże jezioro Pejpus. Raz nawet widziałem to jezioro, bo wyprowadzili nas może na dwie mile do roboty koło jakiegoś kanału, ale że jeden z nas uciekł podczas drogi, już więcej nas nie wyprowadzali z więzienia. Więzienie tak było natkane samymi więźniami z Polski, że pakowali nas po trzydziestu do jednej izby. We dnie to jeszcze jakoś szło, bo każdy usiadł sobie na ziemi albo stał, ale w nocy to już była czysta męka, bo miejsca dosyć nie było, aby się wszyscy mogli pokłaść, a jak się człowiek położył i usnął, to nie był pewny, czy w nocy nie przekulnie się kto na niego albo czy mu nóg na głowę nie położy. Często też w nocy robił się krzyk o to i ledwo dozorcom udawało się te kłótnie poskramiać. Całe szczęście, że we dnie wypuszczali nas w podwórze, gdzieśmy trochę świeżego powietrza chłypnęli102, bo ten zaduch w izbach to aż dusił; dla tego pewno też zaduchu zaczęli nasi chorować, a nawet raz po raz dowiadywaliśmy się, że który z naszych skonał.

Jednej nocy, pamiętam, jakiś Chwaliński z Wilna zaczął okropnie stękać, potem zaczął krztusić się; wołaliśmy o pomoc, ale dozorca pewno gdzieś był poszedł, bośmy nikogo dowołać się nie mogli. Biedny Chwaliński coraz bardziej charchotał, aż nareszcie rzucił się parę razy i skonał.

Rano dopiero przekonaliśmy się, że krew mu się rzuciła gardłem i zadusiła.

Okropna to była noc! Bylibyśmy ze serca chcieli dopomóc biednemu koledze, tym bardziej że to był podobno dzielny żołnierz; ale cóż począć po ciemku bez żadnego sposobu do ratunku!

W tę noc właśnie nawet wody nam zabrakło, którą by można cucić. Modliliśmy się tylko za nim i prosili Boga, aby mu dopomógł.

Nareszcie nas z Pskowa po pięciu tygodniach dalej wywieźli koleją do Petersburga103, miasta, w którym car mieszka. Było nas w partii104 czterystu.

3. W więzieniu petersburskim

Już tu wcale inna mowa jak u nas, i ludzie inaczej ubrani, a okolica coraz bardziej pusta, tylko gdzieniegdzie wieś, duże bory, jeziora albo wzgórza gołe, piaszczyste. Nareszcie nasz pociąg zbliżył się po różnych przystankach do Petersburga. Dużo nie mogliśmy zobaczyć, bo tylko tyle widziałem, ile z okna wagonu było można widzieć; dużo wież było widać cerkiewnych, a dachy tych wież zielono malowane. Duże to jest bardzo miasto i prawie całe zdawało się murowane, a nie mogliśmy się wydziwić, że w tak pustej okolicy takie miasto wielkie stoi i wyżywi się.

Już pod samym miastem przejechaliśmy przez dużą rzekę, którą nazywają Newa; po tej rzece pływało dużo statków parowych i szkut105, takich jak to u nas na Warcie; ale co mnie najbardziej zadziwiło, to ogromne stogi siana na tratwach, a tak, że sześć tratew jedna do drugiej była przywiązana; dziwnie się to zdawało widzieć tyle dużych stogów siana albo słomy płynących na rzece.

Pociąg nasz wolno szedł, więc mieliśmy czas przypatrzeć się wszystkiemu; nareszcie wjechaliśmy do bardzo dużego dworca, ale nie dali nam wysiadać, tylko staliśmy z naszym pociągiem ze trzy godziny, a naokoło był pociąg otoczony żołnierzami z nabitą bronią. Gdy zapadła ciemna noc, rozprowadzili nas do różnych więzień po moście. Mnie niedaleko prowadzili; bodaj o dwa tysiące kroków od dworca stało duże więzienie, w którym zamknięto nas.

Tutaj było już wygodniej niż w Pskowie, bo w jednej izbie zamknęli nas tylko pięciu; tutaj też lepiej jeść nam dawali i bardziej strzegli porządku. Dozorca nawet nam mówił, że wie, iż nie jesteśmy żadni zbóje, ale że biliśmy się za naszą matuszkę106, i widać było, że nas żałuje.

Tu zostaliśmy tylko tydzień i nocą znowu wywieźli nas, może ze trzystu, koleją do miasta, gdzie mnie mieli sądzić.

4. Na pięć lat rot aresztanckich

Tu zamknęli mnie znowu samego w ciemnym lochu i na przesłuchy prowadzali; stawiali mi też w oczy różnych świadków i starali we mnie weprzeć, żem służył za żandarma wieszającego w oddziale Oswalda, czego się wypierałem i nawet nazwiska się mego wyparłem; powiedziałem, że się nazywam Matuszewski. Jednak nie byłoby mi się to na wiele przydało, gdyby się już w Warszawie nie byli za mną ujęli sami oficerowie moskiewscy, i przy ostatnim przesłuchaniu ujął się za mną ksiądz Brzeziński z Litwy, który tym panom sędziom powiedział, że przecież to niepodobna, abym się tak wypierał, gdyby nie było prawdą, co mówię, i że przecież jestem zanadto prosty człowiek, żebym mógł dużo Moskalom szkodzić.

Nareszcie po sześciu tygodniach śledztwa wydali na mnie wyrok i skazali mnie na pięć lat „rot107 aresztanckich”.

5. W więzieniu w Moskwie

Zaraz nazajutrz wywieźli mnie i może jeszcze czterystu tak skazanych, jak i ja, do Moskwy. Jest to druga stolica kraju, a nim Petersburg był wybudowany, była to pierwsza stolica. Jeszcze tam z daleka widziałem starodawny pałac carów, co go Kremlin108 nazywają. Wygląda ten pałac, jakby pięćdziesiąt dużych kościołów w kupie stało, że człowiek prawie myśli, że to niepodobna, aby to było wybudowane dla człowieka, a nie dla Pana Boga.

Już też tylu kościołów, co w Moskwie, jeszcze nigdy nie widziałem. Moskale mawiają: „Sorok sorokow imiejet matuszka Moskwa cerkow”. To po naszemu znaczy, że matka Moskwa ma czterdzieści czterdziestek kościołów. Czy tam ich tyle jest, nie wiem, bo nie policzyłem, ale to wiem, że okropnie dużo cerkwi widziałem, a wszystkie bardzo ładnie pomalowane zielono albo złociste kopuły mają, co tak w słońcu błyszczą i świecą się, że aż oczy trzeba mrużyć.

Pięknie też to bardzo było, gdy w dzwony zaczęli bić na jakie święto; już tak dźwięczało ładnie, że się zdawało, iż to nie dzwony, ale słychać piękne śpiewy.

Nasłuchałem się tych dzwonów dosyć, bom był w Moskwie przez sześć tygodni, a pięknie z naszego więzienia było też całe miasto widać, bo więzienie, w którym byłem, stało na dosyć wysokich górach za miastem — te góry nazywają Wiedyńskie109; całe miasto jakby pod nogami leży.

Bardzo się też ucieszyłem, bo mnie razem z księdzem kanonikiem Brzezińskim wsadzili do jednej izby. Był on biedak też skazany, jak i ja, do rot aresztanckich — tylko Bóg wie, jak tam przetrzymał wygnanie na Sybir, bo już był bardzo kruchy i miał też już przeszło sześćdziesiąt pięć lat. Pewno tam już nie oglądał swego kraju, a kości jego pewno już dawno gdzie w Sybirze leżą, jak tysiące innych naszych biednych Polaków.

6. Wspomnienia o hetmanie Żółkiewskim, carze Samozwańcu i Napoleonie

Nieraz pokazywał mi kochany ks. kanonik, w którym miejscu wszedł do Moskwy nasz wielki hetman Żółkiewski110, kiedy Moskwę zdobył i przyprowadził starego i młodego carów Szujskich jako jeńców do Polski. Po czym prosili Moskale króla polskiego Zygmunta Wazę111, aby im dał na cara syna swego, późniejszego króla naszego Władysława IV; ale król im go dać nie chciał, bo chciano, aby na prawosławie przeszedł, a on swojej wiary opuścić nie chciał. Pokazywał mi także ks. kanonik, gdzie nasz dzielny król Batory112 stał, kiedy w głąb Rosji ze swoim wojskiem doszedł i tylko przez carów uproszony pokój z nimi zawarł. Dalej pokazał mi też ks. kanonik, którędy nasz magnat Mniszech zaprowadził do Moskwy swego zięcia Dymitra113, którego Moskale Samozwańcem nazywali, a za którego był wydał swoją córkę Marynę.

Dziwna to historia była tego Samozwańca. Na dworze magnata polskiego Mniszcha zjawił się młody Moskal jako kuchcik; po niejakim czasie zaczął opowiadać kuchcik, że ma prawo do tronu moskiewskiego jako syn zabitego cara.

Mniszech, gdy to usłyszał, najprzód nie wierzył, ale gdy się znaleźli Moskale, którzy go poznali i potwierdzili, że on jest tym Dymitrem, tak z nim Mniszech postępował, jako się przynależało z carem, i wszystkie honory mu oddawał.

Córka Mniszcha Maryna upodobała sobie Dymitra. Dumny ojciec chciał, aby jego córka jako carowa panowała, a że był to pan potężny, zebrał za swoje pieniądze znaczne wojsko, wszedł na moskiewską ziemię, bojarów114 pobił, zdobył Moskwę i córkę swoją Marynę razem ze zięciem posadził na tronie moskiewskim.

Prawda, że nie długo się Dymitr na tronie utrzymał, bo, jak Mniszech do Polski powrócił, zrzucili Dymitra Moskale z tronu i zabili go, równie jak i żonę jego, Marynę Mniszchównę; a zrzucili tego Dymitra Moskale, bo mówili, że on tylko udaje, że jest tym carem Dymitrem, ten zaś prawdziwy już gdzieś tam podobno zginął115.

Czy Dymitr był prawdziwym, czy też tylko Samozwańcem, jak go Moskale ochrzcili, to tam sam Pan Bóg wie, ale to jest do zastanowienia, jaka musiała być wtedy nasza Polska potężna, kiedy jeden taki wielki pan mógł takie tęgie i duże wojsko na swój koszt postawić, aby swoją córkę na carski tron wsadzić. A tak możnych panów w Polsce było przynajmniej z dziesięciu!

Co to niezgoda może zrobić? Boć prawdę mówił ks. kanonik, że nieprzyjaciele się przyczynili do upadku naszego kraju, ale wszyscy nigdy nam nie byliby dali rady, gdybyśmy się sami nie byli zjedli. Jeden chciał zawsze być lepszy od drugiego, a wszyscy króla nie słuchali, ciągle się między sobą kłócili, aż też Pan Bóg skarał i za pokutę nasłał ciężką niewolę.

Powiadał mi też kochany ks. kanonik, jak ten mocarz nad mocarzami, cesarz francuski Napoleon I116, aż tu ze swymi wojskami i z naszym księciem Poniatowskim117 był zaszedł i jak Moskale, żeby go wypędzić, nawet swoją stolicę Moskwę spalili, a biedne Francuzy musiały przez okropne śniegi i w mrozy do domu wracać; że jak muchy po drodze kapali118, że i naszych dużo wtedy naginęło, choć mniej wiele niż Francuzów, boć Polak to się z mrozami zna.

Już też kochany ksiądz bardzo dużo mi naopowiadał i dopiero od niego się dowiedziałem, jakim to Polacy wielkim narodem byli; nie zapomnę mu też tego do śmierci, boć kiepski taki Polak, co to nic nie wie o swoim narodzie!

7. Droga z Moskwy do Kazania

Z Moskwy wyjechaliśmy znowu koleją do Włodzimierza, gdzieśmy trzy tygodnie zostawali; ale już nam tak dobrze jak w Moskwie nie było, choć byłem razem zamknięty z księdzem kanonikiem. Tu też poznałem pana Nowackiego z naszego Księstwa Poznańskiego, który był po powrocie ze Syberii (gdzie go też Moskale wywieźli za to, że się bił za Polskę) w Kokorzynie119 pod Kościanem urzędnikiem gospodarczym.

Z Włodzimierza znowu koleją żelazną, może z dwoma tysiącami skazańców jak ja, wywieźli nas do portowego miasta nad Wołgą, rzeką ogromną, do Niżnogrodu120. Tu już wpakowali nas na wielki statek121, a takie okręty nazywają tam „przechodami122. Jechaliśmy przechodem dwa tygodnie do Symbirska123. Byłaby to bardzo ładna jazda rzeką, bo brzegi jej są bardzo ładne, obrosłe borami, a rzeka sama jest bardzo szeroka i tak duża, że jak żyję, nie widziałem tak wielkiej i szerokiej rzeki124. Często brzegu widać nie było, a powiadają, że tam, bliżej tego morza, do którego wpada125, to ma być na dwie mile szeroka. Tymczasem rzadko nas partiami wypuszczali na pokład okrętu, a ciągle musieliśmy siedzieć pod pokładem; tak napakowali nami izby pod pokładem, żeśmy prawie jak śledzie w beczce, tam siedzieli, a zaduch był taki, że człek myślał, iż się zadusi.

Przetrwało to się jednak i wreszcie jednego dnia powiedzieli nam, że w nocy już dobijemy do Symbirska.

Jak się też noc zbliżyła, patrzałem ciągle małym okienkiem na wodę — aż tu patrzę, jakaś wielka jasność na niebie się robi i zaraz też na wierzchu na pokładzie jakiś hałas się rozpoczął, a niedługo potem dowiedzieliśmy się, że cały Symbirsk w ogniu!

Dobiliśmy do brzegu, ale wysiadać nam nie kazano, a przez całą noc taka jasność była jak we dnie.

Nad ranem nam powiedziano, że cały Symbirsk do szczętu się spalił126 i więzienie także. W tym ogniu miało też wielu Polaków się spalić, bo nie zdążono wypuścić ich z więzień.

Zaraz na drugi dzień nawróciliśmy naszym statkiem do Kazania127, gdzieśmy się już byli zatrzymali na krótko, jadąc do Symbirska; tu dopiero wysadzili nas na ląd i dostaliśmy się do dosyć wygodnego więzienia.

Tu też lud w okolicy był inny, bo bardzo dużo było Tatarów, a mogliśmy się o tym przekonać, bo chodziliśmy do roboty do budowania nowej jakiejś kolei.

8. Kibitką do Tobolska

Nagle po dwóch tygodniach wpakowali nas na sto kibitek128 i wyprawiono w dalszą drogę do Tobolska129.

Dziwiło nas, że tak od razu nas nie wyprawili, a dopiero w drodze dowiedzieliśmy się, że Tatarzy też chcieli zrobić powstanie tak jak i my, że się byli z Polakami umówili, że razem zrobią powstanie; ale że Polacy pośpieszyli się, więc Tatarzy nie zdążyli i dopiero teraz, gdy u nas już się skończyło wszystko, Moskale weszli u nich na ślad i znaleźli składy broni, którą byli sobie sprowadzili, i zaczęły się u nich prześladowania, rewizje i aresztowania130.

Trzy tygodnie jechaliśmy kibitkami do Tobolska. Tu już wcale inny kraj nam się pokazywał. Z początku po wyjeździe z Kazania zaczynały się wzgórza; te coraz większymi się wydawały, aż pokazały się góry takie, że zdawało się, iż do samego nieba sięgają.

Przewozili nas też promami przez różne rzeki: pierwsza zaraz za Kazaniem była rzeka Wiatka, ale druga to była o wiele większa, nazywali ją Kama.

Po tej rzece zaczynały się coraz większe góry, a nasze kibitki to tak skakały i trzęsły, żeśmy już po kilku dniach i kości nie czuli. A jak też te kacapy131 pędzą, to niech Pan Bóg broni! Jak tylko wyruszy ze stacji, to jednym galopem wali co koń wyskoczy, prawie ciągle stoi, a wrzeszczy i kwiczy na konie. Te ich konie to niech ich ściernoty biorą, jak lecą — tak lecą, aż zdawałoby się, że inaczej chodzić nie mogą; bardzo wytrzymałe, chociaż niepozorne; a zaprzęgają je w trójkę w pobok132.

Środkowy, który pod takim jakby kabłąkiem idzie, to ciągle kłusa wali, ale to takiego kłusa, że aż włosy świszczą; a te dwa po boku muszą galopować.

Kibitka ich to też dziwnie zbudowana: przednie koła od zadnich bardzo daleko idą, a od przedniej osi idą dwa drągi na krzyż, a trzecia rozwora środkiem; na tych to drągach przybite jest pudło duże, w którym są siedzenia. Są i lepsze kibitki, jak u nas kocze133, półkryte — te nazywają tarantasami; ale tylko starsi oficerowie naszej straży nimi jechali.

Dziwnie to też nasz pochód wyglądał: sto kibitek, otoczonych może trzema sotniami134 kozaków — to wszystko wyglądało jakby ogromny wąż.

Zatrzymywaliśmy się też podczas drogi na stacjach, które może na cztery mile były od siebie oddalone, a na każdej stacji czekały na nas świeże konie. Przystanki były tylko tak długie, póki nie przeprzęgli koni, a zawsze świeże kozaki luzowali135 naszą straż.

Jeść nam dawali w drodze dobrze, a im bliżej byliśmy Syberii, lud był lepszy i miłosierniejszy dla nas.

Dawali nam pierogi z kapustą albo mięsem i mięsa nam nie żałowali, a gdy nas zobaczyli, to mówili „nieszczęsny”. Nie tak jak Moskale bliżej Kazania, co na nas „mycieżniki136 wołali. A tutaj też i niejednemu nieznacznie, żeby straż nie widziała, parę rubli w rękę włożyli.

9. Ciężko służyć w moskiewskim wojsku

Nieraz przypatrywałem się żołnierzom naszej straży; kozacy to jeszcze dosyć wyglądali, ale piechury i całe wojsko liniowe to takie jakieś było zbiedzone, smutne, biedę aż czuć było od nich! I dziwić się niepodobna, boć każdy, co może, ich okrada. Pułkownik to tak jakby gospodarz, bierze z kasy na każdego utrzymanie pieniądze. Liwerantom137 poleca żywienie ludzi. Naturalnie, bez zarobku się tu nie obędzie. Pułkownik chowa połowę do kieszeni, liweranci znowu coś urwą, więc tak czy siak, biedny żołnierz często mrze z głodu. Kraść go, naturalnie, bieda nauczy, a gorzałką pociesza się, jak może; toteż każdy żołnierz jest pijak.

Nieraz się też nam trafiło, żeśmy widzieli wysłużonych żołnierzy, jak wyciągali rękę przy robocie, i aż nas żałość brała, gdyśmy patrzali na tych biedaków, tacy biedni i zniszczeni wyglądali! Już to pewno żaden żołnierz tak źle nie ma jak moskiewski. Służyć musi 25 lat, a potem taki jest zmarnowany, że jest prawdziwie do niczego.

Są, jak mi mówili, urzędy różne dla wysłużonych żołnierzy, ale trudno się do tych urzędów docisnąć, a że gdy człowiek 25 lat był żołnierzem, już trudno się czegoś nauczyć potrafi, aby czy tam w rzemiośle, czy też w jaki inny sposób coś sobie zarobił, toć większa część starych żołnierzy marnieje, bo to i schorowane, i zmizerowane.

Car pozwala wysłużonym żołnierzom osiadać na skarbowych ziemiach, ale tylko bardzo zasłużonym, nie w swoich stronach i gdzie się rodzili, lecz czasem o sto mil daleko, gdzieś w głębi Rosji, w okolicy prawie niezaludnionej, pomiędzy ludźmi, których nie zna. Jakie to ciężkie musi być dla niego życie na starość! A to jeszcze najszczęśliwsi tak kończą. Oj, opłaci się to, opłaci na cara pracować i bić się za niego!

A jeżeli taki biedak ożeni się, to jego dzieci od dziesięciu lat należą do rekrutów i gdy tylko dojdą do lat, to zaraz biorą ich do wojska.

A co to każdy rosyjski żołnierz odbierze kar i pałek, to prawie nie do uwierzenia! Z żadnym bydlęciem człowiek się tak nie obchodzi.

Rozpowiadali mi to nieraz żołnierze.

Najprzód już oficerowie i podoficerowie katują ich i za lada co walą pięściami po głowie i twarzy, a potem za najlżejsze przewinienie zaraz knuty lub pałki.

Może też niejeden nie wie, co to knuty, pletnie i pałki?

Pałki, już opowiadałem, jakie są, w opisie, jak mnie bili w więzieniu. Pletnia to jest gruby rzemień z byczej skóry, który łapie się za szerszy koniec ręką, a może na trzy stopy od ręki dzieli się na trzy części, a na końcu każdej z tych części jest kula ołowiana. Gdy więc bijący pletnią uderzy, to od razu trzy kule uderzają katowanego i odbijają ciało od kości. Długość całej pletni jest sześć stóp. Dwieście pletni może zwyczajnie człowiek wytrzymać jeszcze, ale potem prawie zawsze umiera na suchoty138.

Knut to najstraszniejsza rzecz na świecie. Jest jak pletnia, długi na sześć stóp rzemień, ale cały nabijany opiłkami żelaznymi, a przy końcu jest drut wkręcony, który zakończony jest haczykiem. Koniec knuta także jest zgnieciony tak, że w środku jest rowek z ostrymi brzegami, i tak jest knut urządzony, że zawsze padnie tymi ostrymi brzegami na ciało i obydwa ostrza przetną skórę, a haczyk na końcu za tę przeciętą skórę się zahaczy, a ten, co bije, po uderzeniu szarpie i zedrze cały ten pas skóry z ciała.

Widziałem raz, jak jednemu z naszych dali, już nie pamiętam za co, 25 knutów; po drugim uderzeniu zaczął takim przeraźliwym głosem okropnie wyć, że się dusza w człowieku trzęsła. Po dziesiątym już uderzeniu zemdlał, ale oprawca bił dalej, póki 25, na które był skazany, nie dostał. Bez duszy prawie biedaka z placu kary odnieśli do lazaretu. Co się z nim dalej stało, nie wiem, bośmy zaraz po tym katowaniu dalej pojechali, ale bodaj go tam docerali139.

Każdego, kogo Moskale biją pletnią lub knutem, przywiązują do deski tak, że podchodzi ta deska pod samą brodę, a rękoma i nogami obejmuje skazany tę kobylicę140, a nogi i ręce ma tak przywiązane, że się ruszyć nie może.

Już to żeby temu carowi choć z pięć knutów tak na tej kobylicy wypalić, toćby przynajmniej wiedział, jak to smakuje! Ale taki car to ma się za Boga na ziemi, a myśli, że on nie taki człowiek jak drudzy.

Koło Kazania spotykaliśmy też dużo Tatarów. Brzydki to lud, nosy mają spłaszczone, a oczy jakby zyzem141 patrzały. Na głowach mają kończate142 kołpaki, naokoło futrem obszyte, i długie kończate wąsiska. Tatarki bo ładniej wyglądają, szczególniej młode. Stopy mają obwinięte w skórzane jakieś trepki, rzemieniami przywiązane; od dołu nogi w szerokich białych spodniach, a może od kolan spódniczka aż do pasa. Górą obwinięte w jaką kolorową chusteczkę, spod której wygląda zgrabny staniczek143; a na głowie takie same kołpaki prawie mają jak i mężczyźni.

Dla tych to Tatarów nie pędzili nas Moskale przykutych do drąga żelaznego jak innych skazańców, bo byli się właśnie dowiedzieli, że Tatarzy mieli zrobić z nami powstanie; więc bali się Moskale, aby nas Tatarzy nie odbili i razem z nami im na karki nie wsiedli.

Dlatego starali się Moskale nas jak najprędzej przez tę okolicę przewieźć.

Szczęście to też nasze było, żeśmy tak jechali, bo taka podróż piechotą do Syberii jest okropna.

10. Jak wygląda partia skazańców pędzonych na Sybir

Zbierają zwyczajnie przeszło dwustu do trzystu skazanych i jak bydło pędzą. Okropnie pomyśleć, że co rok tyle tysięcy biednego ludu jest pędzonych tak daleko! Widziałem parę takich partii w drodze; kobiety szły zawsze w innych partiach, a mężczyźni w innych. Naprzód przed każdą partią jechał kozak konno, stępa i wolno, w całym uzbrojeniu i z lancą. Za nim szli pojedynczo albo po dwu pokuci za nogi skazani, lub też po dwóch pokuci za ręce. Później szli pokuci za ręce po kilkunastu do żelaznego drąga i obu stronach tego drąga; nareszcie ci, którzy jak poprzedni, będąc przykuci do drąga, mieli jeszcze kajdany na nogach.

Wszystkie kobiety w partiach, którem widział, były bez kajdan, ani na rękach, ani na nogach.

Na przodzie, z tyłu i po obu bokach partii szli żołnierze z nabitą bronią; a oprócz tego z obu boków, jak i z tyłu, jechało kilkunastu kozaków.

Zaraz za więźniami w tarantasie144 siedział oficer, dowódca całej partii, ze spuszczoną głową, z fajką w gębie; za nim dopiero na wózkach chorzy więźniowie, dalej kibitki z pakunkami, przy których była warta, a na samym końcu wozów szedł kapral albo podoficer z dwoma żołnierzami.

Ilem razy taką partię spotkał, szczególniej kobiet, aż mi się płakać chciało na tę ich wielką biedę. Idą zwyczajnie cicho, jakby na śmierć, tylko słychać głuchy brzęk kajdan i raz po raz nawoływania i klątwy żołnierzy. Widać na ich twarzach rozpacz i znużenie, a po głowach spuszczonych widać, że idą bez nadziei. Tak to wyglądało, jakby ich sami diabli do piekła na wieczne męki pędzili. Żeby to choć świat widział taką okropność, pewno bym się wszyscy poczciwi ludzie za ręce wzięli i zapobiegli, by car nie pędził więcej na tak okropne męki biednych ludzi. Jak na nich patrzałem, choć wiedziałem, że pomiędzy nimi jest dużo ludzi, którzy popełnili wielkie zbrodnie, to mi ich żal było, a w sobie tylko czułem chęć zemsty na tego potężnego kata w Petersburgu! Boć karać za złe ludzi jest sprawiedliwie, ale nie tak męczyć, jak tych biedaków męczą; to już chyba sam diabeł potrafi i wymyślił!

A ile to tam pomiędzy biedakami było naszych biednych Polaków, którzy za to tak byli karani, że swą Ojczyznę, naszą biedną Polskę, kochali i chcieli ją uwolnić od tych, co ją już prawie od stu lat uciemiężają i gnębią!

Przed każdą taką partią zdjąłem czapkę i jak przed pogrzebem pomodliłem się, aby Pan Bóg im dopomógł znosić takie męki. Jak Bogu dziękowałem, żem nie musiał tak jak i oni iść w partii, a błogosławiłem Tatarom, że ze strachu przed nimi nas wieźli.

Powiadali mi, że, jak na noclegu spać się położą, żaden nie może się ruszyć, żeby nie obudzić innych, a jeżeli który się szarpnie albo we śnie mocniej poruszy, to sprawia ból wszystkim tym, którzy są przykuci do tego samego drąga, bo wszyscy mają obtarte ciało od pierścienia, który mają na rękach lub nogach, a oprócz tego pod ciężkimi kajdanami puchną im nogi i ręce.

Jak podczas skwaru w drodze zatrzyma się partia przy jakiej wodzie, to siadają skazańcy na ziemi, a żołnierze naokoło nich. Połowa kozaków musi zawsze siedzieć na koniach. Partie idą przez trzy dni wciąż i dopiero czwartego dnia zatrzymują się, aby wypocząć. Jest to dniówka, jak to nazywają.

Już od Niżnogrodu bardzo rzadkie wsie, lecz za to ogromne, murem otoczone domy czyli koszary drewniane, same jedne na stepach lub polach. Są to budynki bez piętra; jeżeli tam nie ma przy tej stacji jakiej wody, to zawsze jest tam studnia.

Dla tych partii więźniów już się zaczynają od Kijowa i Smoleńska przez całą Rosję i Syberię aż do Nerczyńska145 na wielkich gościńcach tak nazwane stacje albo etapy, które są rozmaicie od siebie oddalone. Na każdej takiej stacji jest jeden oficer i tyle wojska, ile potrzeba do eskortowania partii.

Oficer eskortujący jest srogo odpowiedzialny za to, żeby był porządek w partii, a najbardziej za to, gdyby który uciekł; i dlatego partia jest pod oficera komendą, który też może karać pałkami, pletniami albo harapem146 kozackim takiego więźnia, który nie słucha, albo tego, który mu się nie podoba. Więzień, choćby jak najniesprawiedliwiej był skatowany, nie ma prawa się skarżyć; są więc wszyscy na łasce oficera, a ci też sobie dokazują, jak im się podoba. Choć, co prawda, bywają też i dobrzy ludzie pomiędzy oficerami, a jest i kilku Polaków oficerów pomiędzy nimi. Ci, jak prawdziwi katolicy, mając Boga zawsze w sercu, starają się ulżyć więźniom w ich biedzie i, o ile mogą, zaopatrują ich w dobre pożywienie i ubranie.

Partie są tak rozłożone, że co tydzień jedna partia wychodzi z Kijowa i co tydzień przychodzi do Tobolska, aby iść dalej.

Tylko gdy są mrozy ponad 20 stopni albo jak w Syberii rzeki wyleją (co najbardziej w maju się zdarza), partie czekają na stacjach.

Skoro partia do Tobolska przyjdzie, komisja dla wygnańców rozgatunkowuje wszystkich i każdego posyła, gdzie skazany, w mniejszych partiach albo na posielenie147, albo też do ciężkich robót.

Jeżeli się rachuje każdą partię na około 170 lub 180 ludzi, to przez rok w pięćdziesięciu dwóch partiach idzie do Syberii mniej więcej 9000 ludzi. Są zaś lata, jak mi mówili, w których przychodzi do Syberii aż około 30 000 ludzi!

Jeżeli policzymy tych, co Moskale czasem całymi wsiami zabierają i pędzą na Sybir, jak teraz na przykład naszych biednych unitów148 z Podlasia z całymi rodzinami, to wiele jeszcze więcej wypadnie. Naturalnie, z tych tysięcy ludzi nieszczęśliwych dużo mrze z wysilenia, biedy i mrozu, a tych wszystkich biedaków ma car na sumieniu.

Z Kijowa do Tobolska idzie taka partia rok cały, a z Tobolska aż do brzegów rzeki Amuru i Kamczatki przeszło rok, tak że niejeden biedak półtrzecia149 roku iść musi, nim zajdzie na miejsce, dokąd został skazany!

Nie dziwota też, że każdy car od czasów Katarzyny150, która Polskę zabrała, ginie nienaturalną śmiercią: każdy, począwszy od Katarzyny, zostanie zabity lub otruty! Czyż to nie oczywisty palec Boży i kara za znęcanie się nad naszym biednym narodem, za ucisk i mękę tylu biednych ludzi?

11. Na pograniczu Sybiru

Kazań miasto bardzo mi się podobało; wybudowane jest na lewym brzegu rzeki Wołgi; duże bardzo, murowane domy mieszkalne i urzędowe. Forteca, do której nas zamknięto, jest na dosyć wysokiej górze wybudowana; nazywają ją Kremlin; a już na stokach tej góry, zaraz obok fortecy, zaczynają się domy.

Powiadali mi, że Kazań to bardzo handlowe miasto i że tam są także co rok dwa jarmarki, które miesiąc cały trwają. Dawniej podobno było to miasto stolicą carów tatarskich, ale od czasu, gdy Tatarów Moskale podbili151, tylu Moskali się tu namnożyło, że dziś ich jest więcej niż Tatarów. Podobno, że i w Kazaniu jest dużo Polaków w wojsku, alem żadnego nie widział, bo nas bardzo pilnowali i nie pozwolili z nikim mówić. Dalej jadąc bardzo złą drogą, przejechaliśmy przez miasta Arsk, Małmysz i Połom152; liche są to mieściny, z drzewa budowane, i rzadko się tam murowany dom zobaczy. W tych stronach mało mieszka prawdziwych Moskali; najwięcej tu Tatarów, a oprócz tego Kałmuków, Baszkirów i Wiatczan. Są tu też i Jatory, ale każdy z tych narodów mieszka w osobnych wsiach.

Kałmuki153 w tych stronach najwięcej owiec chowają, mają też duże stada koni. Właśnie wjechaliśmy tu do guberni wiackiej; jest to płaski kraj, wiele ma jezior i borów, nie tak jak bliżej Kazania: tam boru prawie nie widać, a wciąż jeno step. W wiackiej guberni widzieliśmy też dosyć dużo pól, zbożem obsianych; zboże też takie wysokie jak u nas rośnie.

Konie tu mają tęgie i krępe, chociaż brzydkie, ale takie wytrzymałe, żem się nieraz wydziwić nie mógł, że tak wytrzymują: jednym tchem prawie pędziły ze stacji do stacji, a rzadko który się zagrzał.

Pod miastem Ochańskiem154 przeprawiliśmy się przez rzekę Kamę. Leży to już w permskiej guberni; jest to, jak mówią, największa gubernia w całej Rosji, jedna jej połowa leży z tej strony Uralskich Gór, a druga po drugiej stronie ze strony Syberii. Góry te Uralskie stanowią granicę pomiędzy Rosją a Syberią.