Lubię patrzeć

„Lubię patrzeć” — mówię cicho i to wszystko wyjaśnia. Dłoń

mam ciemną i żylastą jakby to śmierć ją kładła

na dziewczęcej piersi. Królewski orszak zmierza donikąd na jaskrawej panoramce,

to samo wąż wrotkarzy na przelotówce za oknem. Prawie-prawie nie ma

po co żyć. Skończone liczby na tablicach rejestracyjnych. Mroczne teatra mieszkań,

gdzie wystawia się rodzinne dramaty na pokaz przechodniom.

Trunki paliw na benzynowych stacjach. Gruchawki domofonów, kościelne kołomyje

pozbawione tempa, niczym tysiącpolowe warcaby na szachownicach posadzek.

Doczesne piękno ciał kruchszych niż flakony perfum. Pośród targowiska

wagi i miary, zegary i liczydła, zniewagi. I góry relikwii za granicami miast.