Wychwyt Grahama

[Motto]

Jest w mówieniu „Nie” ogromna siła i czasem wydaje mi się,

że jest ona tak wielka, iż nawet nią samą można żyć.

— Elias Canetti, „Tajne serce zegara”

Hymen

Są sobie obcy. Dzieli ich odległość

kosmiczna, przez nic niepodzielna.

Nic o sobie nie wiedzą, to gorzej,

niż gdyby nienawidzili. Żyją w różnych

nierzeczywistościach, w osobnych wymiarach.

Ale dajmy im szansę. Niech zetkną się spojrzeniami

albo wpadną na siebie w ślepym ulicznym wirze

— czy to ich zbliży?

Pozornie? Więc niech ich na ślubnym kobiercu obsypią drobnymi i ryżem

— czy to ich zbliży?

A jeśli on w uniesieniu swą spermę z języka jej zliże

— czy to ich zbliży?

A jeśli ona pocznie i wielkim bólu urodzi

syna, dzisiaj sportsmena, choć wtedy ledwo wyżył

— czy to ich zbliży?

A jeśli będą wierni przysięgom młodości, jeśli ich nie zmieni

czas stawiający na karkach piąty i szósty krzyżyk

— czy to ich zbliży?

A jeśli on ją porani a ona go strasznie poniży

— czy to ich zbliży?

A jeśli ją zamkną w obozie, zgwałcą a potem jej żołdak

nietknięte od urodzenia włosy maszynką ostrzyże

— czy to ich zbliży?

A jeśli ona umrze i on nieprzytomnie obwieści

jej zwłokom: „Pamiętam, com ci, bezmyślny, przyrzekł”

— to ich nie zbliży?

Niewiele

Niewiele kobiet miałem w życiu.

Może dlatego żadna nie była nieważna.

Jakie ogromne miasta. Rozglądam się

za rudymi dziewczynami, bo każda przypomina Magdę.

Dziewiąty wiersz przeciw państwu

Rozwiązane wszystkie węzły na sznurowadłach,

wszystkie labirynty w pisemkach dla dzieci,

wszystkie moje „problemy”. „Tata, wstawaj!”

„Chcę, koniecznie!” „Opowiedz mi o Włóczykiju”.

W niebie twoich rozkazów nie ma miejsca na grzech

wątpliwości, wszystko jasne, przezroczysty każdy dzień.

No więc tak. Pewnego razu Włóczykij

zamiast w swej leśnej norce obudził się na wielkiej,

nasłonecznionej łące. W malowanej luli. Przeciągnął się, ziewnął.

Co za historia. Nie lecą tu żadne bombowce,

nie skrada się czarny kidnaper, hałaśliwy ratunek

szwarcenegerów, vandammów, nie będzie tu potrzebny.

Mleko, miód, biel, nieśmiałe żółcie, nawet przy drobnych zranieniach

pastelowa krew. Motyle i aniołki. Nocą

nietoperze, bezszelestni nawigatorzy

naszych snów. Liczenie baranów sto razy

lepsze niż „Milczenie owiec”, miara twojego oddechu

porządkuje miał myśli, piach i mak. Równy deseń firanki, księżycowej woalki,

odwołuj się do tego wzorca, kiedy mnie tu nie będzie,

masz prawo urządzić świat jak swój własny pokój, pamiętaj,

truciznę podsuwa się najczęściej ukrytą w słodyczy.

Kładąc Dawidowi pod poduszkę prezenty

Lidce.

Kładąc Dawidowi pod poduszkę prezenty,

po pierwsze, niespodziewanie jestem kimś świętym.

Po drugie, wreszcie światy za pierwszym zakrętem

czasoprzestrzeni to najbliższe okolice.

Po trzecie przez chwilę jestem własnym rodzicem

i rozumiem twarz Matki zniszczoną przez kłótnie,

na której rano tkwił giocondowski półuśmiech

tajemnej wiedzy. „Ktoś chodził w nocy po domu,

sprawdź, może Mikołaj dał ci coś po kryjomu...”

Po czwarte wierzę, że niweluję złe czyny

podkładających bomby, stawiających miny,

i gładzę własne grzechy, wygładzając kołdrę,

pod którą to dziecko nie dobre i nie mądre

lecz poza mądrością i dobrem ma swój świat, w którego obręb

nie wejdę już po poplątanej nitce.

Na skraju Puszczy Solskiej

Biologiczny zegar uderzył we mnie osiem razy i obudziłem się

ciężki, zapadnięty wątłym ciałem głęboko w leśną ściółkę.

Stanąłem w pierwszym słońcu obok choinki ubranej w nasze mokre po kąpieli kostiumy.

Na boisku znalazłem wczorajsze ślady piłkarskich korków i moich bosych stóp,

zabrałem też do umycia garnka nieco piasku, którym chłopcy wysypali linie autów.

Nad przepustem wodnym patrzyłem na ryby stojące w prądzie i poprawiałem włosy, mając swój cień za lustro.

Mimo niedzieli słychać już było kombajny, niemrawe żuki-giganty gęsto widywane na szosach i na polach.

Wróciłem do namiotu, gdzie Magda przyjęła lodowatą łapę na ciepłą, uśpioną pierś.

I ponieważ cieszę się, że moja poezja nie wymaga uczonych przypisów, powiem wprost:

słuchałem ptaków i szumu rzadkich brzóz pośród świerków, śledziłem też marsz pająka po moim śródstopiu.

Zagotowałem wodę nad małym ogniskiem a gdy przejeżdżał traktor, położyłem się, żeby nie być widocznym.

A kiedy jeżyny chwyciły mnie za włosy i pasikoniki skakały po twarzy, zrozumiałem, że jestem wolny.

Nadeszła chwila, że wszystko umilkło i ja już nie chciałem niczego,

i trwała tak długo, aż wrócił zapach palonej żywicy i dziecko krzyknęło w oddali.

Melzak. Piegowata piękność

Oktogon ceglanej, zabytkowej wieży mierzy w niebo jak rakieta gotowa do startu — — —

Stoję w oknie pustego internatu szkolnego obok płonącej słabo świeczki.

Łukiem szosy w dole z rzadka przejeżdża auto o dwojgu płonących oczu — — —

I dwaj rowerzyści bez świateł wypadają zza zakrętu, ogumione widma.

Magda śpi zawinięta w siebie na jednym z trzech żelaznych łóżek — — —

Wśród posterów gwiazd popu i pocztówek z biblijnymi cytatami zostawionych

na ścianach przez dziewczyny, które wyjechały na wakacje.

Robert Gawliński o spojrzeniu eunucha obok zadumanego Ojca Kolbe, soft-erotyczne

fotosy i Donald Sutherland jako Jezus — — —

Przez szum drzew i terkot cykad przebijają ryki miejscowej żulerni.

Gdzie się podziały hamernie, warsztaty gwoździarzy, dom akcyźnika i nędzne chaty budników? — — —

Tylko gwiazdy, które są na niebie, pozostały tam, gdzie były wtedy.

Idąc do toalety, wyobrażam sobie harmonijny harmider panujący zwykle na tym ogromnym piętrze — — —

A potem kochamy się przy świetle latarki aż wyczerpią się baterie.

A potem ona śpi i kiedy leży tak z dłońmi na brzuchu podobna do umarłej — — —

Znów nie mogę przegnać myśli o tym, że niedługo to ciało zgnije w ziemi.

W gwiezdnym projekcie czasu nasze niestałe istnienia nie znaczą być może nic — — —

Wolę jednak wierzyć w miejsca w pierwszych ławkach wykopane dla nas.

Potrzeba wiary

Kierowca znał trasę na pamięć, lecz raz i on musiał zwolnić.

W Rymanowie ujrzeliśmy z okien autobusu

pochód z czarnymi sztandarami i trumną. Ludzie

umierają; cała niezwykłość polegała na tym,

że tęcza właśnie napięła swój imponujący łuk

nad górami. Łatwiej mu teraz iść do nieba,

zauważyła Magda. Po szczeblach barw. Wszystko

płynie; usiadłem na kamieniu pośrodku górskiej rzeki,

pisząc jak Balzak, z nogami w zimnej wodzie. Palce

kostnieją wcześniej niż pięty. Woda przyniosła procę.

Z niedaleka, bo gumka nie zdążyła sparcieć.

Chciałem z niej zrobić użytek, kamieni nie brakuje,

lecz jest do niczego, nie tak się mocuje

ten kawałek skóry. Słońce, wiatr, ptaki, śpiew

wody na kamieniach, to więcej niż potrzeba. Jestem

przekonany; jak święty Krzysztof, który rozważnie

przenosił dzieci przez rzekę, a potem został

patronem wariatów za kierownicą, święcie przekonany.

Drugie życie

Sabotaż na Systemie Szkolnictwa!!! Nie dość,

że wagaruje, aby spotkać się ze mną i kochać na przykład

w dzikim sadzie, o który biskup toczy spór z technikum,

to zjadam jej też kanapki zrobione przez Matkę.

Żółty ser, margaryna. Perwersja. Rozmawiamy

o Paracelsusie albo o orzechach,

że ich zielone łupiny brudzą palce.

Lgniemy do siebie jak jednoimienne legwany.

Uczymy się siebie jak wierszy, na pamięć.

Słoneczny zegar odmierza nam głodowe racje.

Schodzimy ze wzgórza, nie mamy cienia.

Wątpliwości. A jednak

unieruchamiamy w potrzasku kalendarza następne ruchome święto.

Wołosaty

Widok jak z widokówek. Słoneczny blask czepia się obramowań kamieni

sterczących z dna potoku, którego korytem Magda

oddala się z „Chłopami” pod pachą i sandałami w ręku,

w prześwietlonej sukience. Potem przychodzę jej pomóc

umyć długie włosy porywane prądem, półnagi, ze swoimi

uczuciami z cepelii. Odgrywam miłosną scenkę z czołówki „Janosika”

(skakanie po kamieniach, wzięcie w objęcia, obrót)

przez cały czas pogwizdując odpowiednią melodię.

Przez cały czas pogwizdując odpowiednią melodię.

Przez cały czas pogwizdując odpowiednią melodię.

Znowu uległem rytmowi. Jak wtedy, gdy tętno dyktuje

swoje iloczasy potężniejącemu prąciu, bezpodstawne tempo.

Kilka przypuszczeń dotyczących natury śniegu

Śnieg wycisza wszystkie nasze wnętrza

jak studia, w których utrwalona zostaje

muzyka. Wznosimy trwożnie oczy

ku dachom domów, gdzie szykują się

szczerbate grzebienie sopli. W gruncie rzeczy

nawet kierowcy TIR-ów narzekający w TV

na zaspy i na piaskarki, nie narzekają.

Staruszki sapiące przy szuflach ze sklejki

przyjemnie odczuwają zapomnianą obecność

swych mięśni. Wąskie tunele wydeptanych ścieżek

każą ocierać się o nieznajomych.

Wybielony Śląsk. Na dworcu w Katowicach

mówię trzy razy „nie” ludzkiemu sępowi

pytającemu o trawę, o grzyby, a na koniec o drobne

i jadę do Ząbek, gdzie gram z Grubym w piłkę

na srebrnym boisku w świetle reflektorów

a potem on zapewnia swoją Matkę,

że jestem jak Mickiewicz, bo uczą o mnie w szkole,

na co odpowiada „No nie mów” i „Akurat”

podczas gdy ja obmacuję opuchniętą kostkę.

Słucham starych piosenek Velvet Underground,

wyglądam przez okno na praskie slumsy i myślę

o naszej Miłości czystej jak śnieg zanim spadł,

jak oczekiwanie i jak rezygnacja, jedyne zwycięstwa.

Wielkanoc, koniec wieku. „Byłem tobą”

Żyli w celibacie, nie palili tytoniu ani nie pili alkoholu. Było oczywiste,

że podlegają jakimś parazakonnym regułom, ale w tym sąsiedztwie,

gdzie każdy żyje swoim własnym życiem, nikt się nimi nie interesował.

Gazeta Wyborcza, 28 III 1997.

Lecz słowa te wydały im się niczym baśnie, i nie dawali im wiary.

Łuk. 24, 11

Zawsze to samo. Trudności z otwarciem ust.

„Ale było, nie? Zabiło siedem osób,

a u mnie koło kościoła zwaliło świeży mur!” Na granicy miasta

przestawia taksometr na metrum heksametru.

Wycieraczka maże nocne pejzaże malowane na szkle,

w torbie na kolanach list Magdy. „Twoja ruda zdobycz”,

tak się podpisała. „Ale ekstra widać tę kometę,

nie? Szkoda, że teraz pada”. Łypie we wsteczne lusterko, widzi, że szkoda gadać,

sapie i skupia się na skrywanej radości z niezłego kursu nad ranem.

(Ta kometa, fakt. Z grubym rudym warkoczem, doskonale widoczna.

Pod przybranym imieniem zachłannych Ojców chrzestnych,

Hale’a i Boppa, mknie przez warstwy kosmosu płonąc, płonąc, płonąc.

Przyznaję, też lubię wieczorem wyjść z domu i się gapić.

Bryła

brudnego

lodu.

A za nią pięćdziesiąt milionów kilometrów ogona gazów i pyłów.

I, że za dwa tysiące lat pojawi się znowu. Nadzieja, że ktoś tutaj

będzie jeszcze wierszował. Albo jeszcze nie:

może planetą będą władały zielonookie anusy

uodpornione na bakcyl, który zmiecie mocarstwa i oszalałe narody;

sympatyczne jak czterdzieścioro samobójców z San Diego,

którzy katapultowali się za pomocą barbituranów na podążający śladem komety

pojazd kosmiczny Ti, gdy był najbliżej Ziemi. Albo ta wichura.

Ponad sto na godzinę. W mieście pełno szkła i potłuczonej dachówki.

Czasem sucha gałąź frunęła z wysoka jak młody pterodaktyl,

który wypadł z gniazda. Przewracali się ludzie

na żenujących dwu nogach).

„O tu tu, w lewo!” — przemogłem gwałtem szczękościsk. „Zapomniałem uprzedzić”.

„Spokojnie, spokojnie, pamiętam, już kiedyś wiozłem pana”.

Dwa tysiące lat temu. „Wesołych świąt”. Trzaśnięcie, warkot silnika,

mżawka. Symetria wody i ognia. Więc jak to było? Było

jeszcze ciemno. Magdalena spojrzała na odsunięty kamień.

Zaalarmowany zastępca szeryfa ujrzał leżące prześcieradła

i chustę na głowę zwiniętą osobno na jednym miejscu.

„Odór był tak silny, że policjanci musieli założyć maski”.

Wszyscy się rozeszli, lecz Magdalena trwała na zewnątrz i płakała.

Ktoś stanął za jej plecami, zapytał, co się zdarzyło.

„Był dobry, taki łagodny, wypędził siedem demonów

z mojego ciała, i za co!” „Wytrzyj łzy, przestań szlochać”.

Kątem oka dostrzegła, że stoi w jednym — i to pół — bucie.

„Zabili go”, wyszeptała zbielałymi wargami, „zabili go”. „I uciekł?”

Pozytywka

Na ławce został śpiwór i francuska książka,

filiżanka po kawie. Marylou albo Rysio

musieli tu rano korzystać z październikowego słońca.

Ich prawdziwe imiona to Marlene i Richard,

uczą się pilnie polskiego, na marginesach książek

zostawiają zapiski: „djenkouyem, smatchnego, gdje,

chechtch, chiedem, ochiem, djevinch, djechinch”. Szeleszczą

liście dębu pod kołami wózka, gdy dmuchnie następne płyną

jak armada dłubanek, które jakimś cudem

uniosły w powietrze swych ciężkich czarnych wioślarzy.

Jeden kładzie się tuż obok twarzyczki Dawida, wózek jest odkryty.

Pociągnięciem za sznurek uruchamiam księżyc

z pozytywką w środku, płynie słodka melodia,

próbuję przepowiedzieć synowi przyszłość,

osiedli się gdzieś na wąwlu, zbuduje warowny dom,

kiedyś spadnie z konia albo poleci na Księżyc

szukać swojej melodii. Teraz gałurzy w swoim

afrykańskim narzeczu: „gle, ujaa, ojeła”. „Bhasobha”,

odpowiadam, „umusa kankulunkulu”. I Dawid wysyła swój uśmiech:

nikomu, bo jeszcze nie jest oddzielony od świata,

na razie wszystko jest jednym, na razie wszystko jest przed nim.

Is everything going to be all right?

Nie lubisz tymczasowości. Spania pod śpiworem,

garnka zamiast imbryka. Lub nie obchodzi cię,

że równo osiemdziesiąt

cztery lata temu

Apollinaire poznał Madeleine.

I przejmujesz się szaleńcami w rządzie.

Dużo nas dzieli. Ale gdy ogień

przychodzi, stapia nas w jedno

z porcelaną, popiołem po cukierkach,

węgielkiem jabłka. Wielka kosmiczna spalarnia.

I kiedy nas cucą

strażacy w pulsującej czerwieni kombinezonów,

zostaje w nas na zawsze

odrobina drugiego, wraz ze śladową ilością

porcelany, cukru, owocu.

I patrzę w twoje dziwne, zasmucone oczy.

I wtulasz się we mnie, wczepiasz.

Anioły rozwłóczą po polach

zbędne strzępy naszych ciał, nawóz.

I w telewizji mają szczęście, bo gdybyśmy

włączyli prognozę, musieliby zapowiedzieć

wszystkie pogody naraz. Leżymy.

Leżymy. Po wykonaniu wszystkich miłosnych prac

żeńcy wybierają ostatnie kłosy

z naszych mięśni. I pewność przychodzi do nas

w sekrecie. To się nie mieści w głowie,

to się nie mieści w lędźwiach, to się nie mieści w sercu,

to nieustannie przepełnia

każde z pomieszczeń i naczyń,

jakie w nas można otworzyć. Jasność.

Wracając do polszczyzny: kupiłem w końcu ten czajnik,

szkarłatny, z ustnikiem gwizdka. Faktycznie duża wygoda.

Wypowiem tę rzecz całkiem prosto: niech wiecznie trwa ten eksponat.

Dobrošov. Niepewność

Zrazu nie wiedziałem, co oznaczają strzałki

z napisem „Pevnost’ Dobrošov”. Ciąg umocnień na szczytach

rozjaśnił mi w głowie. Twierdza. Rozbiliśmy namioty

na szczycie góry, na dachu bunkra,

śledzie weszły do połowy. I tylko do połowy

pewność, że nie zdmuchnie nas wiatr, że to,

że tak, że na wieki. Wyszedłem rano na świat

i drapieżny ptak odpłynął w błękit jak relikt.

Spojrzałem na blok betonu z prętami zbrojeniowymi jak źle skręcony warkocz

i pomyślałem o czasach, gdy także czułem się mocny.

*** [Wyłania się z gąszczu nad rzeką...]

Wyłania się z gąszczu nad rzeką w jednoczęściowym kostiumie bordo.

Piętnaście minut wcześniej z namiotu sztukowanego żerdką

dochodził regularny

sygnał jej ekstazy. Już tylko oni i my

zostaliśmy na leśnym biwaku. Jej facet ociężale krąży,

coś zgubił. Biały chudzielec. Staram się nie zwracać uwagi,

obserwuję pionowy start osy, godełka niezapominajek,

robaka na moim trampku: jest segmentowany, mleczny we wzory Kwakiutlów.

Rolują karimaty. Godzina do południa, góry nadstawiają grzbietów

upałowi. Podoba mi się sposób, w jaki dziewczyna stąpa

po skoszonej łące. Poddaję się.

Ich czarowi. Leżąc w trawie śledzę, jak jedzą skąpy posiłek,

on się oblizuje, ona analizuje swoją twarz w lusterku,

wstaje i zwija śpiwór, idąc za nim w kucki, chyba wysportowana.

I stają mi się bliscy, choć z oczywistych powodów

rozbiliśmy namioty na przeciwległych krańcach polany.

Co mnie tak pociąga? Nie lep seksu, też byłem już dziś na szczycie;

nie chęć by zawrzeć znajomość, nawet nie mówię im „cześć”.

Symetria, w jakiej żyjemy. Mam w nim brata-bliźniaka,

jeszcze przez dwie, trzy godziny, aż z garbami plecaków

odejdą nie patrząc na nas, zajęci Swoimi Sprawami,

tym, co mnie pociąga najbardziej.

„Po tysiącu lat ciszy”

Przeszedł deszcz oczyszczający jak spowiedź. W nowym powietrzu

ptak kląska o Czeczocie czy o klęsce Czeczenii.

Wszędobylska trawa. Rosa oraz eros

pozostawiony na pamiątkę czyjejś ostrożnej Miłości.

W dole panorama podgórza, świat jak na dłoni.

Wiatr złamał gałąź jabłoni, nocny zawadiaka.

hulaka. Nie w modzie jest być w zgodzie

z rzeczywistością! Zmyśliłem tylko erosa, bo już Miłości nie.

Pełnia

Drabiny dla turystów upodobniają „skalne miasto” do puebli.

Komendy wspinaczy brzmią wśród pionów ścian jak w kościele.

Znacząco czy nie. Fortepian Karkonosza, masywny głaz, milczy.

Przyjść tu nocą. Lecz Magda się boi.

Rano znajduję w trawie ciała śpiących rycerzy w mokrych od rosy śpiworach.

Proparoksytoniczny akcent umelodyjnia frazę

płynącą w środku nocy ze środka jeziora Kačinec.

„Vyborna ta voda, Adamie”, mówi zdyszanym głosem

spóźniona tutejsza Ewa. On się nie odzywa. Wszystko się odbywa

pod ratunkowym kołem księżyca.

Onieśmielany przez ryby, ich wieczystą obecność,

spłukuję z siebie brud, brodząc w strumieniu.

Wierność, wytrwałość, cierpliwość zajmują moje myśli

gdy patrzę jak korzeń sosny oplótł skałę, absolut,

i rośnie, i trwa na kamieniu, samotnie górując nad światem.

Przychodzi baba do lekarza i mówi: nie czuję bólu

Śpiącej M.

Spełniło się.

Głośno o mnie.

Kochają mnie kobiety.

A bywało inaczej. Mruk lodówki i takt zegara

nie wystarczały, czasem i psa było mało.

Zbędny, nosiłem w gardle globus histericus,

trującą tabletę, która uwięzła w pół Drogi. Dzisiaj, cóż, tak wiele mnie

nie dotyka, że mógłbym pracować w cyrku

jako ten, obok którego wirtuoz ciska nożami. Dzisiaj wiem:

o czym innym marzyłem. Mieć w sobie wieczny zapłon,

eolską harfę w piersiach, ciągłą gotowość, by biec,

prozac życia. Jak święty, który oszukał, chodzę w aureoli

noży, które drżą jeszcze wokół znudzonej głowy, precyzyjne chybienia.

Nie marzę, żeby orgazm dłużył się jak godzinki ani o eliksirze

młodości, choć marzę: niech będzie jak dawniej, tylko troszeczkę mniej.

Międzygórze. Drzwi

Pokoje na godziny. Ulice, domy cierpliwie ćmiące

faje kominów — na godziny. Góry też nie na zawsze.

Myjąc się odnotowuję napis na butelce pod lustrem:

„Kills all known bacteria”. Ważne są tylko te

bakterie, których jeszcze nie znamy? Młodzi o ładnych

(wpływ otoczenia) twarzach śpią jeszcze gdzie kto padł

po libacji. Letargowisko, nikt nic nie kupuje, tylko szkolna wycieczka

kipi energią i murarze wbrew sobie łatają kamieniami

fundamenty budynków podmytych przez powódź. Gdzieś w górze

Michał Fostowicz oddaje się medytacji i są szczeliny,

przez które pada blask. Byłem tu przed

dziesięcioma laty, aż się boję, czy przetrwała skała,

którą mam na zdjęciu. Druga wycieczka: rozbiegane oczy,

nerwowe ruchy rąk, nikt nic nie kapuje. Tadeusz dźwiga siodło

i wielki od piwa brzuch, od południa ma uczyć

dziewoje konnej jazdy a myśli: jestem stary.

Dlaczego?

Gdzież pójdziemy? Może znów nad rzekę

pełną tajemniczych fusów lumpenświata,

nad czarną wodę, której esencją

jest przemijanie. Razem zrobimy siusiu,

na stojąco, jak dorośli. Srogiemu przykazaniu

dorosłości nie zwiejesz, szybkobiegaczu, prygunie

stający na tle nieba i skaczący w Ciemno,

gdzie jedynie cudem i tylko do czasu

czekają na ciebie amortyzatory

rodzicielskich ramion, cyrkle Miłości.

Zobaczymy: kaczkę, dryfującą gałąź, opoja w malignie, nasze cienie

Sto razy spytasz, dlaczego. Spróbujesz coś wycyrklować,

żebym cię wziął na „jo pata”, na szyję.

Zmęczone nóżki albo coś, albo coś.

Coraz więcej ważysz.

Coraz więcej rozumiesz.

Zrozum, że czasem nie wiem, dokąd pójść.

Przejdziemy przez most.

A potem? Zobaczymy.

*** [Wstałem o piątej...]

Wstałem o piątej. Był tam, gdzie go zostawiłem

wczorajszego wieczoru: nowy, pachnący świat.

Łodygi nabite sokami jak strzelby.

Z każdym oddechem utleniały się w głowie

dwa świeże sny o tobie jak dwa sekrety alkowy.

Zostało trochę popiołu tam, gdzie wczoraj widziałem

grupkę tubylców przed blokiem, na plastikowych krzesłach,

w cieniu pojedynczego drzewa, przy grillu.

Ponura karykatura obozu pod gołym niebem

Szoszonów, Tarahumarów, Ajnów lub Tuaregów.

Zew jest zapewne ten sam. Czyją karykaturą

jestem ja? Nie chodzę między ludźmi w płonącej odzieży,

występuję dość często, jak pospolita roślina,

moje znaczenie jest wyolbrzymione, dotknij mnie

i sprawdź.

*** [Dotykany wszędzie szarym mydłem zmierzchu...]

Dotykany wszędzie szarym mydłem zmierzchu,

ani drgnę. I przynajmniej z wierzchu

czysty sięgam po kartkę, by jak pies do zwierza

przymierzać się do niej. Magda mi się zwierza

w liście zza Sandomierza: „Ubieram się ciepło, zwłaszcza

lubię mocno się ściskać paskiem płaszcza,

to jest jak twój uścisk”. I dalej: „Nie palę po kiblach, alkoholizuję

się tylko przy tobie, do kina chodzę sama,

wieczory spędzam w domu, co za życie! Nawet się obywam

bez narkotyków”. Przelatuję wzrokiem jeszcze raz te zdania,

czuję się wymyślony jak Hamlet i Dania, dziwny amalgamat

życia i martwoty. Gdy język mnie uśmierca, ożywia mnie dotyk.

Thoreau: wstawaj wolny od trosk przed świtem i poszukuj przygód

Językiem i wargami tak nieporadnymi w mowie, sprawnie uruchamiam rytmy ukryte

w niej jak mechanizm w pudle instrumentu.

Traperskim nożem przekrawam na pół mydło z powodu różnicy płci, bo natryski dla

pań i panów są na campingu osobne,

Kopię w drzwi, za którymi kryje się ktoś, kto rzucał w nas z okna jajkami a teraz drży

ze strachu, bo muszę wyglądać strasznie w judaszu choć oba śmieszne pociski chybiły.

Przeszedłszy jakoś przez pełen dziur most kolejowy nad Pasłęką, rozstawiamy po

ciemku namiot za miastem, w miejscu upatrzonym z okna pociągu,

Zsuwamy się stromą ścianą wąwozu Wałszy nieopodal staropruskiego grodziska,

urzeczeni sobą lecz przytomni, bez długoterminowych przysiąg,

Chwilę zespolenia przeżywamy i wtedy, gdy ze ściśniętymi gardłami patrzymy na

perseweracyjny, kilkumetrowy szlak psa dingo w ZOO, do którego weszliśmy

niechcący i nielegalnie,

Przywiązani do swoich plecaków żołnierze mijają nas z zazdrością na głównej ulicy

Braniewa, da Bóg, wezmą kiedyś odwet gwałcąc i paląc.

Bawiąc się tęczową piłką Dawida

Bladoróżowe, miały gęsią skórkę. Zdaje się, kosztowały

16,50. Przebite kurczyły się z sykiem i twardniały.

Leżała potem taka w agreście lub rabarbarze,

kula wgnieciona kopniakiem. Pękały jak bańki mydlane,

ile meczów zostało na zawsze niedokończonych.

Jesienią Matka piekła „burocorz”. Z buraków cukrowych

ściąganych z furmanek kijem zakończonymi gwoździem,

obok była cukrownia. Niezręczny harpunnik

ryzykował chlaśnięcie batem, ale warto było.

Był też Saturn, pojazd księżycowy od księdza Prawicy,

na baterie. Próg czy garść kasztanów, zawsze parł do przodu,

dając sygnał świetlny... Korzystając z chwili

siadam, plastikowy brzdąc, w jego kabince z pleksy

i ruszam na wojnę z czasem, miażdżąc gąsienicami

wszystko napotkane, rozkazuję się cofnąć,

rozkazuję się cofnąć, napompować wszystkie

tamte gumówki, uformować kolejki z fur, których już nie ma,

teraz jestem prawdziwy, błyska nade mną światełko.

Chwytanie powietrza

„Dziadku Mietku! Dziadku Mietku!” — wołanie Dawida

rozkrawa mi pierś jak krajzega. Posypany trociną

mój „tatuń” podnosi nieśmiałe oczy znad maszyny.

Już wczoraj patrząc z Drogi w oświetlone okno,

widziałem, że jest stary. Pisał coś w zamyśleniu, z okularami na nosie

jak człowiek uczony. Teraz widzę po stole, że rozwiązywał krzyżówki.

Widzę tę samą od lat popielniczkę, radyjko, książeczkę

do nabożeństwa, cyrkiel osadzony na tanim długopisie,

obok rysunek techniczny (wciąż plany!), w słoiku czosnek z cytryną

na astmę i dwie krople powietrza w wasserwadze, jedynej

zabawce dla Dawida. „Mój tatuś

miał 64 lata jak umarł, ja już mam 66” — śmieje się. „Ale palenie

to muszę rzucić” — dodaje z tym samym przekonaniem, co zawsze,

i sądząc po geście myśli, że podniósł

wskazujący palec, dawno obcięty. I oto

zza moich pleców dobiega przepiękny, minorowy dwudźwięk

znajdujący rezonans w każdym zakamarku

zapchanej pamięci. Trwa to długo, ponieważ

uderzeń jest jedenaście. „Śpieszy godzinę i dziesięć minut,

chyba tę sprężynę z żyletki ma za tępą”. „Naprawiłeś go?”

„A jakoś nie było roboty, to zniosłem go ze strychu i podłubałem”.

Chyba jest dumny nad miską barszczu z proszku, choć mogę się mylić.

Naprawił zegar.

Poprawił świat.

Historia fioletowego podkoszulka

Romb okna, prosty zygzak rynny, pozimowa pustać pól.

Spisuję, żeby nie przepadło (wiem, że przepadnie).

Z listu od Magdy: „Ukochańcu, wróciłam prawie o północy,

czuję każde ścięgno — cały czas tańczyłam,

taka muzyka była. A wstać musiałam już o piątej,

o szóstej była msza za dziadka, byłam przed

ołtarzem św. Jacka i cały czas myślałam o Tobie”. I:

„To jest bardzo filmowa, niewiarygodna historia”.

Chora chęć, żeby ci obcy, z epok, które mają przyjść,

wiedzieli, co było i jak. Film nie jest godzien opowiedzieć

naszej historii, wiersze tak. Szczegóły: strąk

dużego spinacza biurowego, rana na nodze

żółta od rywanolu, podłużny znaczek z okazji

światowego dnia poczty, na którym z dyliżansu

parobcy wyprzęgają rozstawne konie, pocztylion ma trąbkę u pasa,

w słomie bawią się psy. „Obok mnie leży Twój podkoszulek”.

Po pierwszym praniu zbiegł się jak czas teraz.

Jak tłum na Miejsce Wydarzenia. Nic się nie stało.

Nawet grudka rudy głęboko w ziemi nie zostanie z tych egzaltacji.

„W drzwiach domu mam zamek Gerda. Jak go sprzedają,

to z pięcioma kluczami. Już zgubiłam trzy.

Ciągle gubię klucze, po prostu. Ale tego od Ciebie

nie zgubię na pewno. Bo to klucz do mnie...”

Podłoga zasłana maszynopisami, zimowy pejzaż, jestem jurorem

w poetyckim konkursie. Słodycz grafomanii. Dmuchawce

na wietrze, ulatujące sylaby. Dlaczego rząd nic nie robi

w sprawie entropii? „Absolutnie Twoja”. Gaz do dechy,

celki zakonne, dyskoteki, gwałt

ze szczególnym okrucieństwem. Byłem głupi, że nie przemyłem od razu

łydki jodyną. Można było uniknąć... Głupi jestem! Niczego

nie było można uniknąć! Józef Rybowicz: „I taki już pozostanę

w tym niespokojnym życiu... Taki już pozostanę”.

Ogień, lód

Ich skojarzenia są oczywiste, skoro na widok ogniska, namiotu, mnie z gniazdem na głowie

rowerzysta wrzasnął z mostu: houk! Czasem kierowca TIR-a z zazdrością beka klaksonem.

Bo też obrazek jest sielski: łuk Huczwy, łąka w srebrze ledwie opadłej mgły, zapodziany bocian,

obłe szachownice trzech krów i nasze rowery pasące się na cyplu.

Słońce jeszcze nisko. Sam doceniam uroki obrazka, mocząc stopy w rosie

a usta w herbacie. Oddałbym go, gdyby można było,

do tego muzeum, zamiast głosu na taśmie. Plus wczorajsze

arcyroje komarów! Brzuch mam gorący od słońca, plecy zimne od cienia.

Dualizm ich wyobrażeń jest jasny, w takim świecie żyją.

Przyjaźń, nieprzyjaźń, niechęć, chęć. Jestem po stronie ognia,

lecz myślę, że na tę Chwilę żywioły połączą swe siły.

Lelów. Niech żyje śmierć

Niekształt jeziora jak andrzejkowa wróżba,

wiatr, suchy szelest zeszłorocznych trzcin. 150

kilometrów w nogach, masło zmęczenia dobrze ubite

w mięśniach. Jak ulirycznić rower, zabytkowe złożenie

kilku podstawowych mechanizmów? Uczulenie

na barwy, pojedyncze zapachy, dźwięki w pozycji

izolowanej. Nos szarpie narkotyk powietrza.

Gotowe obrazy: latawiec nad łąką maleńki jak plemnik,

jedynak w całym błękicie. Dzieci podążające

na Mszę, ze święconką w plecionych koszyczkach

jak z chorym kotem, uważne. Wilgotne zatoki zmierzchu,

punkcje halogenów. Kubistyczny kościół jak makieta rakiety

oświetlona od wewnątrz, odłączam rzężącą prądniczkę,

żeby usłyszeć pół zdania od dowódcy lotu: to noc

rozerwania potęg

zła i ciemności, śmierci i grzechu. Tak?

Rozbijamy namiot, nad nami okrągłe

odblaskowe światło księżyca. Wodne ptactwo jęczy

na sto sposobów, z oddali słychać co trochę

głos, jakby olbrzym dmuchał w butelkę po piwie

wielkości bojlera. O jutrzni będą nas budzić

dzwony i huk jak z armat, nieznany mi zwyczaj,

umarły by zmartwychwstał. Runą wszelkie budowle,

każdemu wcześniej czy później

zawali się świat, u podstawy jest kilka

prostych mechanizmów, zagadkowe złożenie.

Martwo szeleści przeszłość. Trwoga. Wesołych świąt.

Lubię patrzeć

„Lubię patrzeć” — mówię cicho i to wszystko wyjaśnia. Dłoń

mam ciemną i żylastą jakby to śmierć ją kładła

na dziewczęcej piersi. Królewski orszak zmierza donikąd na jaskrawej panoramce,

to samo wąż wrotkarzy na przelotówce za oknem. Prawie-prawie nie ma

po co żyć. Skończone liczby na tablicach rejestracyjnych. Mroczne teatra mieszkań,

gdzie wystawia się rodzinne dramaty na pokaz przechodniom.

Trunki paliw na benzynowych stacjach. Gruchawki domofonów, kościelne kołomyje

pozbawione tempa, niczym tysiącpolowe warcaby na szachownicach posadzek.

Doczesne piękno ciał kruchszych niż flakony perfum. Pośród targowiska

wagi i miary, zegary i liczydła, zniewagi. I góry relikwii za granicami miast.

Młyny Boże

Dzwonią na „Anioł Pański”. Daremnie księżulo

szarpie się ze sznurem, nikt nie odrywa rąk

od warsztatu. By nadać sens nucie spiżu,

odmawiam pod nosem triadę wbitą do głowy w dzieciństwie.

Antyczne zdrowaśki. magiczne „słowo — ciałem”.

Tykanie budzika daje rytmiczną podstawę.

Spacery z Dawidem mają swój ryt i własne ikony,

kolejno „Kamyki”, „Pies duży”, „Pan na krzyżu”, „Ding-dongi”.

Ding-dongi są trzy, lecz żaden, pukam się nagle w czoło,

nie ma sznura. Pewnie je uruchamia pstryczek-elektryczek

lub prosty komputer z timerem. Unowocześniona wersja

modlitewnego młynka. Dobrze, ale co z magią?

Przecież puszczają miliardy wewnętrznych spawów materii,

gdy Oświecony wypowiada słowo, które powoli

nabiera kształtów, wypełnia się, ucieleśnia.

Czy stworzą święty skaner niesiony mocą tysięcy

gigabajtów, który zrobi to za nas, wystarczy klęknąć i kliknąć

„Enter”? Boże, stój z Mieczem u tego wejścia.

*** [Od rana skrzypienie dulek...]

Od rana skrzypienie dulek, warkot motorówek.

I płyną: spaleni słońcem, z psami, termosami, sami.

Mąciciele wody, siewcy śmiecia, hodowcy hałasu.

Wspominam więc innych, sudeckiego Niemca,

pogodnego starca godnie znoszącego

zmierzch pilarskiego żywota lub tę parę,

która z jakiegoś powodu wydała mi się lepsza,

choć ujrzałem ich z szosy może na pół sekundy:

dziewczyna przegięta w tył z głową zatrzymaną

by zdjąć ustami wiśnię z drzewa, gdy nogi idą dalej,

więc on przytrzymuje ją z tyłu. Zewnętrzny pozór,

brud gasi już nawet światło tych pojedynczych gestów,

lecz miło ulegać nowym perspektywom

na serpentynach: zobaczyć od spodu czyjeś życie wczepione

w spad góry, z detalami odłożonych narzędzi i suszących się ubrań,

zajrzeć do wózka kołyszącej go zniszczonej kobiecie wypluwającej robaczywy kęs jabłka

poniżej. Blisko, zupełnie inaczej, niż w oczach chłopca

mającego świat u stóp, gdy stoi na moście

szykując się do skoku dwadzieścia metrów w dół,

jeszcze się trzyma barierki, pręży, odchyla głowę

i pluje z rozmachem w wodę, okazując pogardę

wszystkiemu, żądając podziwu i zdobywając go,

choć kiedy leciał wydawał mi się głupi i stracony.

*** [„Teren prywatny, wstęp płatny...”]

„Teren prywatny, wstęp płatny. Henryk Sułuja”, namazane na desce.

A pięć jabłek podanych na dłoni rudej krowie, czy nie było zapłatą?

Mieliśmy lunetę, więc stawali mi się

bliscy ci ludzie na odległym brzegu, wystarczyło, aby ktoś

cumujący łódź nosił bardzo niebieskie spodnie

albo że inny zrobił sobie właśnie z rozwidlonej gałęzi

przybór do zgarniania zgniłego siana, które wypalał.

Na wystrzępionej bluzie Magdy napis: „If you cant run

with the big dogs, STAY ON THE PORCH”. Wiatr.

A otóż i robak na szlaku w poprzek naszej ścieżyny,

gdzie był, co robił wczoraj, gdyśmy się kochali?

Dlaczego energetycy nie noszą mizerykordii w kieszeniach kombinezonów

„Spotkałem ciebie na wagarach, oddałaś mi się za dolara,

łapsiura, łapsiura”, śpiewa miody ksiądz. Z gitarą, w sutannie w plakietkach,

owinięty kółeczkiem dziewczyn w obcisłych spodniach i

chłopaków z indiańskimi przepaskami na włosach. Nawet jeśli znudzone,

twarze są poważne, piosenka tak naprawdę opiewa co innego,

to Wojtek dorobił księdzu dymek z napisem jak w komiksie.

Sytuacja jest złożona, wolałbym opisywać rzeczy najprostsze:

jak sznur kawalerii przechodzi przez rzekę albo skupione trwanie u spodu przedmiotów

przezieradeł z rosy obracających o 180°

kulkę świata. Z twarzy ksiądz jest podobny do mojego brata.

Brat nigdy nie śpiewa, zna się za to na samochodach i prądzie, który

zabija od razu.

Glina i gumoleum

Patisonowi

Płot krzywy, brona, dostępu do ustępu bronią pokrzywy.

Żadna symetria nie ratuje tego walącego się świata.

Gliniana polepa pod gumoleum, osełki dopasowane

do dłoni, których już nie ma, i chyba wniebowzięta

z wypłowiałego kartonu kruszejącego w kapliczce nad tylnym wejściem

Matka Boska, wniebowzięta przez cierpliwe światło.

Za szybą zostały tylko zasuszone kwiatki.

Życie, zwłaszcza tak młode, w jakiś sposób ubliża

świętemu spokojowi tego domu. Rozwydrzone radio

ze sterczącym szydłem szydzi z myśli pająków

i korników. Krzykliwe kolory skarpetek

są nie na miejscu, ledwie je utrzymują spinacze do bielizny.

Rozklejają się łóżka odwykłe od tego rodzaju

posunięć. Rozglądam się, zaglądam, wszędzie umieranie. Samo życie.

*** [Układam w szufladzie pięć harmonijek ustnych...]

Układam w szufladzie pięć harmonijek ustnych,

wieszam dream catchera na łóżkiem Dawida.

Długo jeszcze wszystko będzie nie na miejscu.

„Ale pan ma książek” — dziwił się dźwigając

właściciel bagażowej taxi. Już nie wiem,

czy książki czynią mnie mądrzejszym. Gdy śpię,

bielinek stróż ma dla siebie kapustę mojej głowy.

Grzebie mi w pamięci. Tasuje pliki, kasuje.

I budzę się znowu nie ten. Od nowa zapamiętuję,

jak ślepiec w hotelu. Nic się nie układa

w kontekst czytelny i prosty. Irytuje mnie własne,

zaszyfrowane życie. Pojadę do miasta i co?

Odsłonięte brzuchy i rąbki półdupków, ładne,

ale nic więcej. Nie jest Prawdą to, co się wydaje

tym młodym kobietom. Przypadkowe spotkania znajomych,

grzecznościowy bulgot? Lepiej zostanę w domu

i zacznę pisać romans. Będę więc zmyślać, zmyślać.

Paseczki, krateczki, desenie

Sobota, dziewczyny tlenią włosy, szykują na wieczór szalowe kreacje.

Żelazo pasów cnoty i krat w oknach utlenia się powoli, czas dogląda procesów kremacji,

czasowniki, jego asysta, prześcigają się w formach.

Nic mi nie mówi znalezione w gazecie nazwisko Jacquesa Delorme’a.

Kobieta za kierownicą. Źle zaparkowała. Choć jest jeszcze wcześnie.

policjant wypisując mandat uśmiecha się obleśnie,

zapamiętuje jej twarz, przyda mu się we śnie

po służbie. Cierpliwie rżną się Murzyni w Ruandzie i Zambii,

dwaj emeryci na skwerze rozgrywają bezbłędny hetmański gambit.

„Breaking the waves”

Pod głośniczkami z subtelną skandynawską muzyką

Magda leży na brzuchu, z brodą na łokciu, nad „Zbrodnią i karą”,

piękna jak tylko można być piękną mając osiemnaście lat i jakąś nadzieję.

Miarowo uderza piętami w pośladki, nie wie, że podglądam.

Pękł już łeb lichwiarki, ruszył bieg wydarzeń. Niesłyszalnie szemrzą

przyciski nyckelharpy, miech akordeonu, płyną frazy czasu.

I ja w swoim czółenku na oceanie bezsensu.

Przełamując nieśmiałość podchodzę, liżę jej chłodne stopy.

Za oknem miasto wiedzie swój noiczny żywot,

śmiech, akord neonu powtarza wte i wewte jedną prostą Prawdę,

na półkach sklepów piętrzą się palindromy sedesów i kajaków.

Wczoraj w kinie płakała, teraz chichocze znad lektury. Niemal

każdy świat ma dwa końce, mężczyznę i kobietę.

Zawsze mów wyborcy to, co chce usłyszeć

Starość łypiąca ze swej skorupy na gibką młodość u moich ulubionych poetów.

Płaski brzuch, ptak na sztorc, kajzerki bicepsów

nie ujmują śmierci niczego. Prawdziwe umieranie

zaczyna się po czterdziestce, na razie wolno się łudzić, odmładzać

w lustrze drugiego ciała. Wypielęgnowane palce księdza

wznoszącego krwawy toast na chrześcijańskiej reklamówce.

Tylu młodych zdradzonych przez Chumbawambę. Pszczoły

znów przyleciały do kwiatów za moim oknem,

tam, gdzie światło odbite od szyby jest podwójne.

5 Maja 1998. Więc kiedy?

Przez cały czas gada. Wspomina:

swą pracę w ZPR-ach1, w „Estradzie”, festiwale.

pierwszy striptease w Opolu w siedemdziesiątym szóstym.

O Ewie Lubowieckiej: „Jakie to było ładne!” Stworzył

nowy fach: nieżyjera. Po każdym nazwisku

a przed anegdotką, wątpiąc, że wiem, o kim mowa,

wtrąca wyjaśnienie: „ówczesny naczelny...”, „fotograf...”,

„wtedy nosił kamerę za Horoszkiewiczem...”, ale najczęściej: „nie żyje”.

Brudno ma w tym mercedesie. Córka dziś zdaje maturę,

prosi o tom wierszy dla niej. czytał przedwczoraj w gazecie.

Chyba mu się nie przydam do przyszłych opowieści,

nijaki, zajęty sobą i wciąż się zsuwającymi

pudłami taśm i płyt, właśnie się wyprowadzam

z radia. Plecak pełen listów, strach pomyśleć

o kłębiącym się wewnątrz wirze ludzkich spraw, nie podołam,

choćbym życie strawił. „Patrycji Piotrowskiej”. Kocha swą córcię, więc kiedy

przychodzi do zapłaty, płacę wierszami

z dedykacją na długą noc dorosłego życia

wpisaną na kolanie. Wyprowadzam się: z błędu,

z siebie samego, z tego melodramatu, po którym zostaje woń spalin.

*** [Tutaj czas się zatrzymał...]

Tutaj czas się zatrzymał. Siadł na rozklekotanym

krzesełku obrotowym, które kiedyś było

krzykiem mody, włożył sobie w oko

szkło powiększające. Wiedziałem, że trochę to potrwa:

nietypowy rozstaw, teleskop trzeba podgiąć,

potem pasek znów urwie się przy byle szarpnięciu.

Żółte papiery dyplomów, godło państwowe, orzeł

z koroną z papieru doklejoną jak na pośmiewisko,

za dużą. Tableau „Wychwyt Grahama”

wyjawia jakąś tajemnicę wiecznego mechanizmu

sprężyny i trybu, nie rozumiem rysunku.

Krzyki mód przemijają, zostaje milczenie epok.

Zewsząd dobiega tykanie, wielka niezgoda rytmów.

Niedzisiejszy warsztacik w centrum miasta, nie lubię

tu przychodzić, mistrz jest mrukiem. Drżą mu ręce

i mam czas przyjrzeć się wnętrzu. Tym razem

żegna mnie gorliwie: „Kłaniam się! Kłaniam się panu!”

Żegna mnie na zawsze, nieomal uśmiecha się.

Vanitas; et omnia vanitas

Oparłszy stopę, która dyktuje rytm, na aluminiowej płozie

kołyski Dawida, sięgam nad jego głową po długopis,

aby spisywać śmierć. Najpierw była Murka

pod kołem samochodu. Potem Mini zniknęła tajemniczo,

jakby uprowadził ją palestyński kontrwywiad. Kilka dni temu

zdechł Kosma wyniszczony biegunką, nie pomogła kroplówka ani pocałunki,

do ostatka miauczał, wzywając pomocy. Teraz przychodzi wiadomość,

że Marylou zginęła w wypadku na motocyklu, w pogoni za wiatrem. A jeszcze niedawno

znalazłem w łazience jej spóźniony włos. Teraz te włosy marnieją

gdzieś we francuskiej ziemi. Czeźnie młode ciało. Mój trzymiesięczny syn

stroi mądre minki i śle chytry, zwycięski uśmieszek.

Coś wie. Jest może jednym z palestyńskich zwiadowców.

Kult ciała

I

Biała rzeźba chmury spiętrzonej jak lodowiec. Świetlana

postać, sferyczna przodownica, nieskalana Swietłana

prze naprzód. Zmienia swe proporcje

jak siłacz zapracowujący na pamiątkowe proporce

godzinami mordęgi nad każdym modułem muskulatury

poddawanej co miesiąc, w świetle, osądom jury. Niezawisłe chmury.

Busoł kołuje nad łąką. Wróble, szara, dziarska

gromada rozsypuje się na asfalcie niczym szaradziarska

kombinacja punktów, które połączywszy gmatwaniną linii,

otrzymasz klarowny obraz. Ciamka, oblizuje się, ślini

leszcz jadący sprzedawać się w Berlinie, prawdziwe widowisko, jak zmysłowo je gruszkę.

Przed snem pocałunek: wyciera starannie usta o plecak służący mu za poduszkę.

Ja wysiadam niedługo. Też sobie pozwolę na luksus

soczystego owocu, wciąż czuję w żołądku ostry kuksaniec kuksu.

O, trzymający w dłoniach gędziebne naczynia, wolni od trup i grup

powietrzni muzykanci, gdzie mój trup znajdzie grób?

Kto odda niesprawiedliwość wymyślonym zaletom?

Kto mnie opłacze waletą? Kto pójdzie za lawetą? Damy przeciwko waletom?

II

Kiedyś strażnicy grobu nieznanego żołnierza, odporni na wiatr i żarty

rekruci sztywni jak knoty zastaną przy zmianie warty

odwalony kamień. Oszaleje wojskowa żandarmeria. Tłumnie

zwalą fotoreporterzy, by uwieczniać pustkę w urnie czy trumnie.

Już widzę, jak główny strateg stratą gieroja się martwi.

A to może i dobrze, że po wszystkim jesteśmy tak niedoskonale martwi.

Znam takich. Z papierosem w zębach i w dresie

młody sukinkot trafia raz za razem, pewnie pewien, że się

nie zestarzeje, przenigdy. Obwieszcza to niebu krzykiem.

Za pięć lat będzie kolejnym chodzącym nieboszczykiem

z trudem trafiającym do domu, co dopiero do kosza. Że też się nie zmęczy,

znów wsadził piłkę od góry i zawisł na obręczy.

Cóż znaczą w tej pożodze nasze sknocone ciała, woskowa żandarmeria

moralnych zasad, stearyna starań? Żądam berła

i buławy, ogniotrwałej motyki, strażackiego bosaka i idę jak w dym,

na bosaka, przez labirynt mowy. I wracam niepyszny, ucięty jak męski rym.

Śmierć, to ci figura. A jaki cień. Myślałem, że gdzieś poleciała.

Lecz przesuwa się ku mnie, na wolne pole ciała.

Rozproszenie

Listy, od Iwony („W dodatku przed wejściem do studia

strasznie pudrują...”) i Magdy („Dziś byłam 2 razy w kościele,

chyba diabeł we mnie wstąpił”). Przejechał pociąg.

Ucichł.

W kokonie kościelnej wieży urodziła się północ.

Ktoś młody zaśmiał się głośno. Cień mojej głowy na płótnie

namiotu. W latarce nowe baterie. Mucha równo oddycha, śpi.

Starość jak głupia, spóźniona woźna

nachodzi wiecznego szóstoklasistę zakochanego po uszy,

który został we mnie jak w kozie na zawsze.

Jeszcze raz do mnie wróciło to przedhistoryczne uczucie,

zapał, by wyryć na pulpicie niepierwsze inicjały.

Zburzone będą Kraków, Sandomierz i Tarnów,

dumne ze swej urody miasta naszych spotkań.

Dzikie zwierzęta zadepczą miejsca, gdzie drżymy pośród traw.

Chtoniczne maszyny, ciągnąc żelazne brony, już idą po naszych śladach.

Krzesło prawdy

Sposób, w jaki ona chodzi. To, że czeka na peronie.

Albo, że się uśmiecha. Śmieje się jak chłopak, widać wszystkie zęby.

Rozpoznaję jej zapach. Piersi jak odwrócone spodki, żeberka żeber.

Ponazywać to wszystko, złożyć. Mówi o Oświęcimiu: nie jedź,

mniejsza o stosy okularów i lalek, ale tam wciąż wszystko śmierdzi

spalonymi włosami. Obcałowuję jej piegi na nosie i policzkach,

„skandynawska uroda”, coś między Liv Ulmann a Pippi Langstrumpf.

Dlaczego, dlaczego drży przy byle okazji. Powtarzamy swoje imiona

niczym daremne zaklęcia. Pojutrze skończy siedemnaście lat,

powinna być szczęśliwa z tym zapałem do rollersów, narciarstwa

i Mikołaja Gomółki. Obejmując się mocno, idziemy na wystawę

narzędzi tortur z epoki procesów o czary.

Chłopcy z Placu Broni

Wychodząc na boisko w czerwono-zielonym rządku,

znów mam 15 lat. Jednak łysinka Witka przede mną,

brzuszki tam i sam jak niepotrzebne skarbce

nie zostawiają złudzeń: gram z oldboyami. Sędzia

niedowidzi, więc kłócą się jak dzieci, chcą się bić.

Złudzeń, złudzeń! W szatni, w której na zawsze

utrwalił się smród tylu porażek i zwycięstw,

rozpamiętują pojedyncze zagrania. Studiuję wybity palec

i z falą bólu przychodzi fala zrozumienia, znajomy skurcz.

Chciałbym, żebyś tu była. zobaczyła te ciała

kuśtykające pod prysznic a potem żebyśmy poszli

przed siebie, między wschodzące trawy i tysiącletnie kamienie

mało co mówiąc, chyba o nieważnych drobiazgach, najwyżej.

Kalejdoskop

Żadnego użytku z tych barwionych szkiełek.

Życie nie chce się tak ułożyć, łamie symetrii osie,

pozbawia logiki ciągi zdarzeń. „Dla dzieci od lat 4”.

Już teraz pociąga Dawida uładzone bogactwo, widać to,

gdy zachwyt zakwita na skupionej twarzyczce. Zachwyt,

rzecz obosieczna. Nigdy mu nie powiem, że to prosta

sztuczka, trochę światła i zmyślny układ lusterek, ten cud.

Usta — usta

Marcinowi „Siwy Włos” Świetlickiemu

Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,

pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,

że dobre, nie złe duchy mają w nas instrument

— Czesław Miłosz, „Ars poetica?”

W domu jest zimno. Bezludne pokoje,

nie ma ani jednej Lidki. Co mam zrobić?

Frytki? Wietnamską zupę w 3 minuty?

Cyka nakręcony budzik. Również syn sąsiada

biega za oknem jak nakręcony. Każdy mechanizm

zatrzyma się kiedyś. Ustaną usta ustaszy

nawołujących do zrywów. Wyczerpią się możliwości

każdego z tysiąca języków. Skończy się piękno kobiet.

Przyjdzie lodowiec i przestawi figury widoków,

wykona kilka szybkich, górotwórczych ruchów.

Trzyminutowa zupa w milion lat. Włączam muzykę,

umpa-umpa, które nie zastąpi mi kobiety i dziecka.

Sąsiad rozgląda się czujnie, wypompowuje na niczyją łączkę

nieelegancką zawartość szamba, przez całe życie

nie napisał, twardziel, ani jednego wiersza.

*** [Atakowany o północy...]

Atakowany o północy

subitem opon, gdy jak z procy

pijany szczyl startuje mazdą —

tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć bocianom gniazdo.

Budzony przez bas, przez dudnienie,

bo sąsiad na fulil w citröenie

zapuścił techno, nowy remix —

tęsknię do tego kraju, gdzie podnosi się kromkę Chleba z ziemi.

Czytając dawnych czasów księgi,

gdy inne tu rządziły dźwięki,

żaby o zmierzchu, kogut rano —

tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć gniazdo bocianom.

Dziwiąc się, że góra pieczywa

wśród zwałów sztucznego tworzywa

na miejskim śmietnisku się wznosi —

tęsknię do tego kraju, gdzie kromkę Chleba z ziemi się podnosi.

Erem zwiedzając, gdzie mizantrop

turystów epatuje mantrą

znudzony nią jak tysiąc mopsów —

tęsknię do tego kraju, gdzie jest grzechem gniazdo bocianom popsuć.

Filując z przydrożnego baru

na przechodzące mimo pary,

ciągnąc z wysiłkiem sok przez słomkę —

tęsknię do tego kraju, gdzie się podnosi z ziemi Chleba kromkę.

Gdy syn bez wątpliwości cienia

żąda: „Daj mi coś do zjedzenia”,

lodówka odpowiada echem —

tęsknię do tego kraju, gdzie popsuć bocianom gniazdo jest grzechem.

Higienę ciała utrzymując

lub ją, przeciwnie, zaniedbując

(cóż różni prysznic i pogrzebacz? ) —

tęsknię do tego kraju, gdzie z ziemi podnosi się kromkę Chleba.

Imaginując sobie Boga.

Na przykład jako Astro-loga

dyktującego ruchy gwiazdom —

tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć bocianom gniazdo.

Jadąc i jadąc do Bizancjum

z ukrytą pod dnem snów monstrancją

przeciw wieszczbiarstwu i alchemii —

tęsknię do tego kraju, gdzie podnosi się kromkę Chleba z ziemi.

Kombinując jak koń pod górę,

skąd wytrzasnąć pieniędzy furę

i jak dwóm naraz służyć panom —

tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć gniazdo bocianom.

Licząc w mordowni w Jeseniku

zastępy szachów na stoliku

starców liczących każdy grosik —

tęsknię do tego kraju, gdzie kromkę Chleba z ziemi się podnosi.

Łypiąc ciekawie, jak się zwiera

czarnych i białych tyraliera

w wojnie o jednej rurce dropsów —

tęsknię do tego kraju, gdzie jest grzechem gniazdo bocianom popsuć.

Mając mistrzowski ruch na oku,

który przegapia w figur tłoku

gracz — a mógł wziąć hetmana pionkiem —

tęsknię do tego kraju, gdzie się podnosi z ziemi Chleba kromkę.

Nocując, gdzie się da, mocując

się z samym sobą, ustępując,

jak ustąpiły gonty, strzechy —

tęsknię do tego kraju, gdzie popsuć bocianom gniazdo jest grzechem.

Obserwując, jak nasze dzieci

obnoszą swój chybiony sprzeciw

poprzez kolejne puste nieba —

tęsknię do tego kraju, gdzie z ziemi podnosi się kromkę Chleba.

Pchany już w otworzone okno

przez zbójów, bo ich widać dotknął

mój bunt w pociągu, w którym kradną —

tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć bocianom gniazdo.

Rewidowany nocą późną

przez umundurowane gówno

hańbiące się dla nędznej premii —

tęsknię do tego kraju, gdzie podnosi się kromkę Chleba z ziemi.

Słuchając wycia pogotowia,

co, mimo strajku służby zdrowia,

mknie przeciw ciosom, guzom, ranom —

tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć gniazdo bocianom.

Taksując wzrokiem wygląd bydląt,

gdy w czystej rzece brud swój mydlą

głupi, lecz piękni: nadzy, bosi —

tęsknię do tego kraju, gdzie kromkę Chleba z ziemi się podnosi.

Uzupełniając swój fikcyjny

numer identyfikacyjny

o ładnych parę paradoksów —

tęsknię do tego kraju, gdzie jest grzechem gniazdo bocianom popsuć.

Wsłuchany w pieśni i motety

z trzynastowiecznej Francji, z mety

czując się trubadurów ziomkiem —

tęsknię do tego kraju, gdzie się podnosi z ziemi Chleba kromkę.

Zirytowany przez imbroglio

frondy prawiczków w piśmie „Brulion”,

grzeszący samym już oddechem —

tęsknię do tego kraju, gdzie popsuć bocianom gniazdo jest grzechem.

Żywiąc się kaszą oraz műsli,

zwolniwszy bieg wzburzonych myśli,

kiedy mi coraz mniej potrzeba —

tęsknię do tego kraju, gdzie z ziemi podnosi się kromkę Chleba.

Ktoś, kiedyś

Po pracowitej nocy lub — wszystko jedno — orgii

ktoś kiedyś zostanie obudzony dzwonkiem

do drzwi. Ze stopami ciężkimi

jak gdyby brodził w wodzie

odbierze przesyłkę za dużą,

aby zmieściła się w skrzynce.

Wierzę, że skrzynki i dzwonki

przetrwają. Na przykład „Antologia

polskiej poezji rytmicznej”,

coś koło tysiąca stron.

I przyrządzając, zależnie od majętności,

pot-pourri z frutti di mare albo grochówkę z proszku,

otworzy książkę przypadkiem

akurat na moim wierszu (przypadek to mój jedyny

sprzymierzeniec w niepewnej krainie przyszłości).

Pięć sekund zamyślenia i słabość w ręce kręcącej

łyżką młynki w naczyniu, o ile słabość przetrwa.

„Czytelnik”, mój jedyny. I to będzie jedyny

całej tej pisaniny, mówiąc wulgarnie, sens.

Nietzsche: hańbą jest być szczęśliwym!

Doglądam umocnień. Tracę kontakt z nierzeczywistością,

mówię: nie wiem, nie znam, nie oglądam, nie słucham.

Jeszcze gazety. Nigdy nic nie zrobiłem dla torturowanych.

Jakże zazdroszczę tym, co nie wierzą w Oświęcim.

W piętnaście lat po Hitlerze świat podbił rock’n’roll!

Simone Weil miała moje lata, kiedy się zagłodziła.

Historię, biologię, nauki „ścisłe” — wszystko ułożyliśmy sobie tak,

żeby usprawiedliwiało. Orgazm, „mała śmierć”. A przyjemność duża.

Uśmiech pohańbienia na twarzy kobiety, uśmiech oprawcy na twarzy chłopca lub odwrotnie.

— Czy warto rozdrapywać rany? — A co, zagoiły się?

Odkąd pamiętam, chciałem wydać tom wierszy pod tytułem „Nie”.

Więc się umacniam. Tu poprawię zapałkę, tam dołożę cierń.

Próba czasu

Rzeczoznawca znał się na rzeczy.

Omiótł wszystkie kąty taksującym spojrzeniem. Okrutnym i

smutnym, jakby znał wartość

płyty gramofonowej wiezionej z wakacji po przekątnej Polski

lub ukrytego w szafie paska testu ciążowego z ledwie widocznym plusikiem.

Osierocane psy i pająki, kurze w zakamarkach.

Zimno jak wtedy. Pół milimetra, o jakie spadnie

słupek rtęci w ściennym termometrze, gdy ustanie krzątanina

przeprowadzki. Przycinanie ogona, palenie sterty listów.

Zamierzchłe czasy odnowione na chwilę jak fresk w deszczu.

„Drabczyk pisał mi, że i od niego wycofałeś swój arkusz.

Cóż się dzieje z tobą? To chyba czwarty w ostatnim czasie”.

„Zajmij wreszcie w tej Warszawie jakieś fajne mieszkanie, ile lat będziesz cieciem?”

„Praca w radiu jest. Mieszkanie masz za darmo w Dobrzeniu u Kaczyńskich,

prawie na 100%. Cztery pokoje, łazienka, przedpokój jak salon”.

„Ale cię chwalą. Tylko nie wiem, co znaczy słowo aliteracje.

Napisali też, że operujesz tanimi chwytami poetyckimi,

może byś wydał książkę z tymi chwytami?”

„Wysiadłem w Kłodzku, widziałem po drodze soczysty las, góry,

no i chmurzasto-promienistą Rzeczywistość. Zdaje się, że przez chwilę byłem Adwajta”.

„Koresponduję z takim dziwnym facetem z N. Y.

Dostałem adres firmy wysyłającej za darmo świerszczyki.

Pierdolnąłem się o parę cyfr i napisałem do Hudsona”.

„Przez wakacje mieliśmy się zastanowić nad tematami ’Maski w życiu — hipokryzja’

i ’Dlaczego kocham życie’. Mógłbyś mi trochę podpowiedzieć? A z tą cenzurą

to chyba przesadzasz, tracić szansę druku w fajnym wydawnictwie tylko dlatego,

że jeden facet uważniej przeczyta nasz wiersz?”

„Kasia porzuciła mnie. Szkoda tylko, że kiedyś

wymawialiśmy wobec siebie piękne i wielkie słowa”.

Rzeczoznawca, hm. Jakoś tamte słowa

nie straciły wartości. Wieczne zachwyty młodości.

Lidka egzotyczna jak ukwiał. Zwy, echa

w moim opustoszałym wnętrzu. Cykle. Sentymenty,

pamiątki. I nakładany na nie

lukier teraźniejszości. Dawid

cały w onomatopejach. Klaruje nowiny o

łołłołach, brumbrumach, ciufciach i kwakwach.

Radio całą dobę

nadaje komunikaty. Powódź pięćsetlecia. Wciąż mkną iju-iju

i śmigłowce kołują nad rozlewiskami. Woda coraz wyżej,

na mostach kolejowych zaparkowano krowy i po raz pierwszy zbratane

z nimi błyszczące auta, rosną góry gnoju.

Czas próby. Pedałuję powoli wzdłuż wsi, rowerem w wodzie po osie.

Potwierdza się, co już wiedziałem: wątły był

każdy fundament. Żadne obwałowania. Przegrałem.

Nic nie znaczyłem (Lidka: „nie możesz mnie nawet

obrazić. Twoje słowa

nic nie znaczą”). Płacze ostatni raz

używszy niechcący słowa „kochanie”, siły nawyków

rozpanoszyły się w nas, do ostatniej chwili

strzyżono trawniki, patrzono w telewizory i nie wierzono,

choć wojewoda w radiu już płakał, błagając

o ewakuację. Pojawiły się w mieście

pierwsze jaskółki trupów.

Całkowicie

zerwana

łączność.

Telefony komórkowe — do wyrzucenia. Na nic telegrafy.

Samochody — na nic. Amfibie — na nic. Wiersze na nic. Zostałem, zostaliśmy, staliśmy się

niepotrzebni jak akustyka wypróżnionych kościołów.

Jak wnętrza sprzedanych domów pełne

faktów uznanych za niebyłe.

Sobie na 33 urodziny

Kraków za oknem schodzi do swojego

podziemnego alter ego po dwudziestu stopniach mrozu, sztywno,

o kulach kościelnych wież, gdy ja patrzę w lustro nieudolnie

podrabiające rysy twarzy, powtarzające układ zmarszczek i pasm włosów.

Teraz, wypalony, mogę Go zrozumieć. Gówniażeria wrzeszcząca:

„Nie wierz nikomu po trzydziestce!” miała rację. Oto najlepszy moment,

ostatnia chwila, by dać się powiesić nago na publicznym widoku, oblać się benzyną

i ostatni raz stanąć w ogniu samego siebie, w imię idei, zanim przestanie być ważna,

zanim stanę się zimnym wyjadaczem ciepłych resztek z wagin

coraz młodszych dziewcząt, nędzniejszym od kurwy harasymowiczem odcinającym

kupony od własnej niesławy czy małym humerkiem zasłaniającym się niepamięcią

jak tarczą. Niezdolny do Miłości staję się zdolny do wszystkiego

innego, reszta to proste mechanizmy. Gerentokracja...

I ten rozmydlony Stachura miał rację: kochać można i tak, jak się przenosi góry:

siłą woli. Na starość zostają tylko wyuczone za młodu triki,

śmieszne zapamiętane cytaty, zapamiętale powtarzane. Będę wracał przed to lustro.

Powrót do Anny Marii

Wracam do mojego domu pachnącego parką, pomyjami, popiołem i pastą

do podłóg.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do miejsc olśniewająco jasnych i czystych.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do bólu Matki, której zwrócono właśnie umęczone ciało syna.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do prostego języka dzieci.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do Karuska bez końca zataczającego większe i większe kręgi

spirali.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do chłopca porzuconego na klatce schodowej w Łodzi i potem

jeszcze podrzucanego tu i ówdzie.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do ziemi, bo wypełniają się moje małe proroctwa.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam na szpotawych stopach, niosę raka prostaty, żylaki odbytu

i achalazję, do majowego poranka, gdy nogi niosły mnie same.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam na Mały Rynek w Krakowie, w bezbrzeżną pustkę, do NIC, które

było we mnie od samego początku.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do drżenia, które jest moim jedynym imieniem i jedynym

nazwiskiem.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam z krainy, gdzie próżny urok słów bywał mi pocieszeniem.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam na odpychające łono Kościoła, który przykazał mi Miłość,

więc posłuchałem go.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam na puste pola po swój plugawy plon poczęty ze światła będącego ułudą.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam po znak krzyża zostawiony kiedyś na czole niemowlęcia.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam jako truposz, zombie, wydrążony ludź, bo dałem z siebie

wszystko i zostały we mnie tylko śmiecie.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam niegodny wiązać sznurowadeł tym, którymi gardziłem, pamięć

jak zepsuta sekretarka powtarza w kółko „Nie jestem godna, żebyś

mnie dotykał”, wywyższałem się i słusznie mnie karzesz.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam pomiędzy rupiecie czekające aż czas dokończy dzieła a potem wracam na swoje miejsce, do świata zapachów.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do wszystkich niemęskich scen, jakie były moim udziałem.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam, jako popychadło, do warsztatu mojego Ojca.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam nad szpitalny kojec aby patrzeć na swego półrocznego syna.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam na podwórko, na którym godzinami kopałem kapsel od wina,

ponieważ przebywałem w innym świecie.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do swoich pierwszych posunięć w grze, której reguł nie pojąłem, więc nie wiem, gdzie są dziś moje błędy.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do Głodu, ale nie potrafię już go poczuć.

Nasze życie należy do Ryby.

Wracam do brzucha, gnieżdżę się.

Wracam z podróży, w której wiodło mnie bicie utajonego serca zegara,

jeszcze przed chwilą coś drgało w połamanych mechanizmach, poruszało

się, próbowało się powtarzać, wreszcie umilkło.

Przypisy:

1. ZPR — Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe. [przypis edytorski]