Wychwyt Grahama

[Motto]

Jest w mówieniu „Nie” ogromna siła i czasem wydaje mi się,

że jest ona tak wielka, iż nawet nią samą można żyć.

— Elias Canetti, „Tajne serce zegara”

Hymen

Są sobie obcy. Dzieli ich odległość

kosmiczna, przez nic niepodzielna.

Nic o sobie nie wiedzą, to gorzej,

niż gdyby nienawidzili. Żyją w różnych

nierzeczywistościach, w osobnych wymiarach.

Ale dajmy im szansę. Niech zetkną się spojrzeniami

albo wpadną na siebie w ślepym ulicznym wirze

— czy to ich zbliży?

Pozornie? Więc niech ich na ślubnym kobiercu obsypią drobnymi i ryżem

— czy to ich zbliży?

A jeśli on w uniesieniu swą spermę z języka jej zliże

— czy to ich zbliży?

A jeśli ona pocznie i wielkim bólu urodzi

syna, dzisiaj sportsmena, choć wtedy ledwo wyżył

— czy to ich zbliży?

A jeśli będą wierni przysięgom młodości, jeśli ich nie zmieni

czas stawiający na karkach piąty i szósty krzyżyk

— czy to ich zbliży?

A jeśli on ją porani a ona go strasznie poniży

— czy to ich zbliży?

A jeśli ją zamkną w obozie, zgwałcą a potem jej żołdak

nietknięte od urodzenia włosy maszynką ostrzyże

— czy to ich zbliży?

A jeśli ona umrze i on nieprzytomnie obwieści

jej zwłokom: „Pamiętam, com ci, bezmyślny, przyrzekł”

— to ich nie zbliży?

Niewiele

Niewiele kobiet miałem w życiu.

Może dlatego żadna nie była nieważna.

Jakie ogromne miasta. Rozglądam się

za rudymi dziewczynami, bo każda przypomina Magdę.

Dziewiąty wiersz przeciw państwu

Rozwiązane wszystkie węzły na sznurowadłach,

wszystkie labirynty w pisemkach dla dzieci,

wszystkie moje „problemy”. „Tata, wstawaj!”

„Chcę, koniecznie!” „Opowiedz mi o Włóczykiju”.

W niebie twoich rozkazów nie ma miejsca na grzech

wątpliwości, wszystko jasne, przezroczysty każdy dzień.

No więc tak. Pewnego razu Włóczykij

zamiast w swej leśnej norce obudził się na wielkiej,

nasłonecznionej łące. W malowanej luli. Przeciągnął się, ziewnął.

Co za historia. Nie lecą tu żadne bombowce,

nie skrada się czarny kidnaper, hałaśliwy ratunek

szwarcenegerów, vandammów, nie będzie tu potrzebny.

Mleko, miód, biel, nieśmiałe żółcie, nawet przy drobnych zranieniach

pastelowa krew. Motyle i aniołki. Nocą

nietoperze, bezszelestni nawigatorzy

naszych snów. Liczenie baranów sto razy

lepsze niż „Milczenie owiec”, miara twojego oddechu

porządkuje miał myśli, piach i mak. Równy deseń firanki, księżycowej woalki,

odwołuj się do tego wzorca, kiedy mnie tu nie będzie,

masz prawo urządzić świat jak swój własny pokój, pamiętaj,

truciznę podsuwa się najczęściej ukrytą w słodyczy.

Kładąc Dawidowi pod poduszkę prezenty

Lidce.

Kładąc Dawidowi pod poduszkę prezenty,

po pierwsze, niespodziewanie jestem kimś świętym.

Po drugie, wreszcie światy za pierwszym zakrętem

czasoprzestrzeni to najbliższe okolice.

Po trzecie przez chwilę jestem własnym rodzicem

i rozumiem twarz Matki zniszczoną przez kłótnie,

na której rano tkwił giocondowski półuśmiech

tajemnej wiedzy. „Ktoś chodził w nocy po domu,

sprawdź, może Mikołaj dał ci coś po kryjomu...”

Po czwarte wierzę, że niweluję złe czyny

podkładających bomby, stawiających miny,

i gładzę własne grzechy, wygładzając kołdrę,

pod którą to dziecko nie dobre i nie mądre

lecz poza mądrością i dobrem ma swój świat, w którego obręb

nie wejdę już po poplątanej nitce.

Na skraju Puszczy Solskiej

Biologiczny zegar uderzył we mnie osiem razy i obudziłem się

ciężki, zapadnięty wątłym ciałem głęboko w leśną ściółkę.

Stanąłem w pierwszym słońcu obok choinki ubranej w nasze mokre po kąpieli kostiumy.

Na boisku znalazłem wczorajsze ślady piłkarskich korków i moich bosych stóp,

zabrałem też do umycia garnka nieco piasku, którym chłopcy wysypali linie autów.

Nad przepustem wodnym patrzyłem na ryby stojące w prądzie i poprawiałem włosy, mając swój cień za lustro.

Mimo niedzieli słychać już było kombajny, niemrawe żuki-giganty gęsto widywane na szosach i na polach.

Wróciłem do namiotu, gdzie Magda przyjęła lodowatą łapę na ciepłą, uśpioną pierś.

I ponieważ cieszę się, że moja poezja nie wymaga uczonych przypisów, powiem wprost:

słuchałem ptaków i szumu rzadkich brzóz pośród świerków, śledziłem też marsz pająka po moim śródstopiu.

Zagotowałem wodę nad małym ogniskiem a gdy przejeżdżał traktor, położyłem się, żeby nie być widocznym.

A kiedy jeżyny chwyciły mnie za włosy i pasikoniki skakały po twarzy, zrozumiałem, że jestem wolny.

Nadeszła chwila, że wszystko umilkło i ja już nie chciałem niczego,

i trwała tak długo, aż wrócił zapach palonej żywicy i dziecko krzyknęło w oddali.

Melzak. Piegowata piękność

Oktogon ceglanej, zabytkowej wieży mierzy w niebo jak rakieta gotowa do startu — — —

Stoję w oknie pustego internatu szkolnego obok płonącej słabo świeczki.

Łukiem szosy w dole z rzadka przejeżdża auto o dwojgu płonących oczu — — —

I dwaj rowerzyści bez świateł wypadają zza zakrętu, ogumione widma.

Magda śpi zawinięta w siebie na jednym z trzech żelaznych łóżek — — —

Wśród posterów gwiazd popu i pocztówek z biblijnymi cytatami zostawionych

na ścianach przez dziewczyny, które wyjechały na wakacje.

Robert Gawliński o spojrzeniu eunucha obok zadumanego Ojca Kolbe, soft-erotyczne

fotosy i Donald Sutherland jako Jezus — — —

Przez szum drzew i terkot cykad przebijają ryki miejscowej żulerni.

Gdzie się podziały hamernie, warsztaty gwoździarzy, dom akcyźnika i nędzne chaty budników? — — —

Tylko gwiazdy, które są na niebie, pozostały tam, gdzie były wtedy.

Idąc do toalety, wyobrażam sobie harmonijny harmider panujący zwykle na tym ogromnym piętrze — — —

A potem kochamy się przy świetle latarki aż wyczerpią się baterie.

A potem ona śpi i kiedy leży tak z dłońmi na brzuchu podobna do umarłej — — —

Znów nie mogę przegnać myśli o tym, że niedługo to ciało zgnije w ziemi.

W gwiezdnym projekcie czasu nasze niestałe istnienia nie znaczą być może nic — — —

Wolę jednak wierzyć w miejsca w pierwszych ławkach wykopane dla nas.

Potrzeba wiary

Kierowca znał trasę na pamięć, lecz raz i on musiał zwolnić.

W Rymanowie ujrzeliśmy z okien autobusu

pochód z czarnymi sztandarami i trumną. Ludzie

umierają; cała niezwykłość polegała na tym,

że tęcza właśnie napięła swój imponujący łuk

nad górami. Łatwiej mu teraz iść do nieba,

zauważyła Magda. Po szczeblach barw. Wszystko

płynie; usiadłem na kamieniu pośrodku górskiej rzeki,

pisząc jak Balzak, z nogami w zimnej wodzie. Palce

kostnieją wcześniej niż pięty. Woda przyniosła procę.

Z niedaleka, bo gumka nie zdążyła sparcieć.

Chciałem z niej zrobić użytek, kamieni nie brakuje,

lecz jest do niczego, nie tak się mocuje

ten kawałek skóry. Słońce, wiatr, ptaki, śpiew

wody na kamieniach, to więcej niż potrzeba. Jestem

przekonany; jak święty Krzysztof, który rozważnie

przenosił dzieci przez rzekę, a potem został

patronem wariatów za kierownicą, święcie przekonany.

Drugie życie

Sabotaż na Systemie Szkolnictwa!!! Nie dość,

że wagaruje, aby spotkać się ze mną i kochać na przykład

w dzikim sadzie, o który biskup toczy spór z technikum,

to zjadam jej też kanapki zrobione przez Matkę.

Żółty ser, margaryna. Perwersja. Rozmawiamy

o Paracelsusie albo o orzechach,

że ich zielone łupiny brudzą palce.

Lgniemy do siebie jak jednoimienne legwany.

Uczymy się siebie jak wierszy, na pamięć.

Słoneczny zegar odmierza nam głodowe racje.

Schodzimy ze wzgórza, nie mamy cienia.

Wątpliwości. A jednak

unieruchamiamy w potrzasku kalendarza następne ruchome święto.

Wołosaty

Widok jak z widokówek. Słoneczny blask czepia się obramowań kamieni

sterczących z dna potoku, którego korytem Magda

oddala się z „Chłopami” pod pachą i sandałami w ręku,

w prześwietlonej sukience. Potem przychodzę jej pomóc

umyć długie włosy porywane prądem, półnagi, ze swoimi

uczuciami z cepelii. Odgrywam miłosną scenkę z czołówki „Janosika”

(skakanie po kamieniach, wzięcie w objęcia, obrót)

przez cały czas pogwizdując odpowiednią melodię.

Przez cały czas pogwizdując odpowiednią melodię.

Przez cały czas pogwizdując odpowiednią melodię.

Znowu uległem rytmowi. Jak wtedy, gdy tętno dyktuje

swoje iloczasy potężniejącemu prąciu, bezpodstawne tempo.

Kilka przypuszczeń dotyczących natury śniegu

Śnieg wycisza wszystkie nasze wnętrza

jak studia, w których utrwalona zostaje

muzyka. Wznosimy trwożnie oczy

ku dachom domów, gdzie szykują się

szczerbate grzebienie sopli. W gruncie rzeczy

nawet kierowcy TIR-ów narzekający w TV

na zaspy i na piaskarki, nie narzekają.

Staruszki sapiące przy szuflach ze sklejki

przyjemnie odczuwają zapomnianą obecność

swych mięśni. Wąskie tunele wydeptanych ścieżek

każą ocierać się o nieznajomych.

Wybielony Śląsk. Na dworcu w Katowicach

mówię trzy razy „nie” ludzkiemu sępowi

pytającemu o trawę, o grzyby, a na koniec o drobne

i jadę do Ząbek, gdzie gram z Grubym w piłkę

na srebrnym boisku w świetle reflektorów

a potem on zapewnia swoją Matkę,

że jestem jak Mickiewicz, bo uczą o mnie w szkole,

na co odpowiada „No nie mów” i „Akurat”

podczas gdy ja obmacuję opuchniętą kostkę.

Słucham starych piosenek Velvet Underground,

wyglądam przez okno na praskie slumsy i myślę

o naszej Miłości czystej jak śnieg zanim spadł,

jak oczekiwanie i jak rezygnacja, jedyne zwycięstwa.

Wielkanoc, koniec wieku. „Byłem tobą”

Żyli w celibacie, nie palili tytoniu ani nie pili alkoholu. Było oczywiste,

że podlegają jakimś parazakonnym regułom, ale w tym sąsiedztwie,

gdzie każdy żyje swoim własnym życiem, nikt się nimi nie interesował.

Gazeta Wyborcza, 28 III 1997.

Lecz słowa te wydały im się niczym baśnie, i nie dawali im wiary.

Łuk. 24, 11

Zawsze to samo. Trudności z otwarciem ust.

„Ale było, nie? Zabiło siedem osób,

a u mnie koło kościoła zwaliło świeży mur!” Na granicy miasta

przestawia taksometr na metrum heksametru.

Wycieraczka maże nocne pejzaże malowane na szkle,

w torbie na kolanach list Magdy. „Twoja ruda zdobycz”,

tak się podpisała. „Ale ekstra widać tę kometę,

nie? Szkoda, że teraz pada”. Łypie we wsteczne lusterko, widzi, że szkoda gadać,

sapie i skupia się na skrywanej radości z niezłego kursu nad ranem.

(Ta kometa, fakt. Z grubym rudym warkoczem, doskonale widoczna.

Pod przybranym imieniem zachłannych Ojców chrzestnych,

Hale’a i Boppa, mknie przez warstwy kosmosu płonąc, płonąc, płonąc.

Przyznaję, też lubię wieczorem wyjść z domu i się gapić.

Bryła

brudnego

lodu.

A za nią pięćdziesiąt milionów kilometrów ogona gazów i pyłów.

I, że za dwa tysiące lat pojawi się znowu. Nadzieja, że ktoś tutaj

będzie jeszcze wierszował. Albo jeszcze nie:

może planetą będą władały zielonookie anusy

uodpornione na bakcyl, który zmiecie mocarstwa i oszalałe narody;

sympatyczne jak czterdzieścioro samobójców z San Diego,

którzy katapultowali się za pomocą barbituranów na podążający śladem komety

pojazd kosmiczny Ti, gdy był najbliżej Ziemi. Albo ta wichura.

Ponad sto na godzinę. W mieście pełno szkła i potłuczonej dachówki.

Czasem sucha gałąź frunęła z wysoka jak młody pterodaktyl,

który wypadł z gniazda. Przewracali się ludzie

na żenujących dwu nogach).

„O tu tu, w lewo!” — przemogłem gwałtem szczękościsk. „Zapomniałem uprzedzić”.

„Spokojnie, spokojnie, pamiętam, już kiedyś wiozłem pana”.

Dwa tysiące lat temu. „Wesołych świąt”. Trzaśnięcie, warkot silnika,

mżawka. Symetria wody i ognia. Więc jak to było? Było

jeszcze ciemno. Magdalena spojrzała na odsunięty kamień.

Zaalarmowany zastępca szeryfa ujrzał leżące prześcieradła

i chustę na głowę zwiniętą osobno na jednym miejscu.

„Odór był tak silny, że policjanci musieli założyć maski”.

Wszyscy się rozeszli, lecz Magdalena trwała na zewnątrz i płakała.

Ktoś stanął za jej plecami, zapytał, co się zdarzyło.

„Był dobry, taki łagodny, wypędził siedem demonów

z mojego ciała, i za co!” „Wytrzyj łzy, przestań szlochać”.

Kątem oka dostrzegła, że stoi w jednym — i to pół — bucie.

„Zabili go”, wyszeptała zbielałymi wargami, „zabili go”. „I uciekł?”

Pozytywka

Na ławce został śpiwór i francuska książka,

filiżanka po kawie. Marylou albo Rysio

musieli tu rano korzystać z październikowego słońca.

Ich prawdziwe imiona to Marlene i Richard,

uczą się pilnie polskiego, na marginesach książek

zostawiają zapiski: „djenkouyem, smatchnego, gdje,

chechtch, chiedem, ochiem, djevinch, djechinch”. Szeleszczą

liście dębu pod kołami wózka, gdy dmuchnie następne płyną

jak armada dłubanek, które jakimś cudem

uniosły w powietrze swych ciężkich czarnych wioślarzy.

Jeden kładzie się tuż obok twarzyczki Dawida, wózek jest odkryty.

Pociągnięciem za sznurek uruchamiam księżyc

z pozytywką w środku, płynie słodka melodia,

próbuję przepowiedzieć synowi przyszłość,

osiedli się gdzieś na wąwlu, zbuduje warowny dom,

kiedyś spadnie z konia albo poleci na Księżyc

szukać swojej melodii. Teraz gałurzy w swoim

afrykańskim narzeczu: „gle, ujaa, ojeła”. „Bhasobha”,

odpowiadam, „umusa kankulunkulu”. I Dawid wysyła swój uśmiech:

nikomu, bo jeszcze nie jest oddzielony od świata,

na razie wszystko jest jednym, na razie wszystko jest przed nim.

Is everything going to be all right?

Nie lubisz tymczasowości. Spania pod śpiworem,

garnka zamiast imbryka. Lub nie obchodzi cię,

że równo osiemdziesiąt

cztery lata temu

Apollinaire poznał Madeleine.

I przejmujesz się szaleńcami w rządzie.

Dużo nas dzieli. Ale gdy ogień

przychodzi, stapia nas w jedno

z porcelaną, popiołem po cukierkach,

węgielkiem jabłka. Wielka kosmiczna spalarnia.

I kiedy nas cucą

strażacy w pulsującej czerwieni kombinezonów,

zostaje w nas na zawsze

odrobina drugiego, wraz ze śladową ilością

porcelany, cukru, owocu.

I patrzę w twoje dziwne, zasmucone oczy.

I wtulasz się we mnie, wczepiasz.

Anioły rozwłóczą po polach

zbędne strzępy naszych ciał, nawóz.

I w telewizji mają szczęście, bo gdybyśmy

włączyli prognozę, musieliby zapowiedzieć

wszystkie pogody naraz. Leżymy.

Leżymy. Po wykonaniu wszystkich miłosnych prac

żeńcy wybierają ostatnie kłosy

z naszych mięśni. I pewność przychodzi do nas

w sekrecie. To się nie mieści w głowie,

to się nie mieści w lędźwiach, to się nie mieści w sercu,

to nieustannie przepełnia

każde z pomieszczeń i naczyń,

jakie w nas można otworzyć. Jasność.

Wracając do polszczyzny: kupiłem w końcu ten czajnik,

szkarłatny, z ustnikiem gwizdka. Faktycznie duża wygoda.

Wypowiem tę rzecz całkiem prosto: niech wiecznie trwa ten eksponat.

Dobrošov. Niepewność

Zrazu nie wiedziałem, co oznaczają strzałki

z napisem „Pevnost’ Dobrošov”. Ciąg umocnień na szczytach

rozjaśnił mi w głowie. Twierdza. Rozbiliśmy namioty

na szczycie góry, na dachu bunkra,

śledzie weszły do połowy. I tylko do połowy

pewność, że nie zdmuchnie nas wiatr, że to,

że tak, że na wieki. Wyszedłem rano na świat

i drapieżny ptak odpłynął w błękit jak relikt.

Spojrzałem na blok betonu z prętami zbrojeniowymi jak źle skręcony warkocz

i pomyślałem o czasach, gdy także czułem się mocny.

*** [Wyłania się z gąszczu nad rzeką...]

Wyłania się z gąszczu nad rzeką w jednoczęściowym kostiumie bordo.

Piętnaście minut wcześniej z namiotu sztukowanego żerdką