Finek
I
Dzidzia była chora. Dokuczał jej złośliwy ból w kolanie. Lekarz uprzedzał rodziców Dzidzi, państwa Rosochackich, że choroba potrwa dłużej. Zalecał bezwzględny spokój. I Dzidzia wiedziała dobrze, że będzie musiała długo, długo leżeć w łóżku.
Czy kto z was lubi chorować? Czy komukolwiek z was wypadło leżeć w łóżku długie, długie, tak strasznie długie tygodnie?
Boże, co to za nuda! Prawda?
Godziny wloką się i wloką. Dnie wydłużają się tak, że się zdaje, iż nigdy się nie skończą! Niczym porządnym zająć się nie można. Bo jak tu na przykład bawić się w pociąg i jechać koleją do cioci w odwiedziny?
Każdy wie, że do takiej jazdy potrzebna jest paka. Lub chociażby krzesło. Ale jechać na łóżku to bardzo trudno, prawie niepodobna.
Dzidzia próbowała wprawdzie robić z łóżka pociąg. Sapała jak lokomotywa. Ale gdy tylko zaczęła podskakiwać na materacu, w takt sapania (każdy wie, że wagon trzęsie), natychmiast mama wołała z drugiego pokoju:
— Dzidziu, leż spokojnie, kochanie! Nie wolno ci skakać ani poruszać chorą nogą!
I rób co chcesz! Trzeba było leżeć spokojnie i ani się poruszyć. Dzidzia próbowała czytać, bo już czytać umiała. Ale czyż można cały dzień patrzyć na litery? Zresztą bardzo trudno o tak ciekawą książkę, która zajęłaby na długo, bardzo długo, na całe tygodnie, prawda?
Kiedyś wpadła Dzidzi do rąk ciekawa książeczka. Była to opowieść o małej dziewczynce, sierotce, opuszczonej przez wszystkich. Jedynym jej przyjacielem i nieodstępnym towarzyszem był piesek Wiernuś. Psina nie opuszczała nigdy swej małej pani. Wyświadczała jej tysiączne przysługi, ogrzewała własnym ciałem, broniła.
Dziewczynka z bajki była samotna, ale czuła się na świecie dobrze, zupełnie dobrze. Miała przecież oddane sobie, poczciwe psie serce, swego Wiernusia.
Powiastka ta wywarła na Dzidzi wielkie wrażenie. Poczęła ona rozmyślać nad dziejami sierotki z bajki. Porównywała siebie do tej opuszczonej przez wszystkich dziewczynki. I choć ani sierotą, ani opuszczoną nie była, uznała, że pomiędzy losami jej, Dzidzi, a dziewczynki z bajki zachodzi wielkie podobieństwo. Obydwie są jednakowo samotne.
Czasem, gdy ojca nie było w domu, a matka i Katarzyna zajęte były w kuchni, wyobrażała sobie wtedy, że jest noc. I ciemno. Bardzo ciemno. Zupełnie ciemno. Nawet latarnie się nie palą! A ona, Dzidzia, błąka się ulicami wielkiego miasta sama, samiutka!
— Żeby tak mieć psa! Małego pieska! Choćby nawet nie tak mądrego jak Wiernuś! — wzdychała.
I rozmyślała nad tym, ile to szczęścia, ile uciechy mieć można, posiadając psa! Małe szczeniątko! Takie wesołe, figlarne! Które można pieścić! Z którym można się bawić!
Postanowiła sobie, że musi mieć pieska. Wiedziała jednak, że nie przyjdzie to łatwo.
Słyszała, że pan Rosochacki mówił nieraz:
— Po co skazywać biedne stworzenia na ciągłe przebywanie w mieszkaniu? Gdybyśmy nie mieszkali w Warszawie, to co innego. Ale trzymać psa tu, w tej kamienicy? Na tym podwóreczku małym, ciemnym jak dno studni? Za bardzo lubię psy, żebym je miał skazywać na taką niewolę!
Dzidzia znała swego ojca. Wiedziała, że byle go serdecznie poprosić, to można od niego uzyskać wiele, bardzo wiele.
Spodziewała się więc, że może teraz właśnie, gdy jest chora, kiedy musi tak długo leżeć w łóżku, jej kochany ojczulek ulegnie łatwiej prośbom swej małej, chorej dziewuszki.
Postanowiła spróbować. A nuż się uda? A nuż ojczulek się zgodzi! I Dzidzia będzie miała pieska, własnego małego psiaka. To dopiero będzie uciecha!
II
Któregoś poobiedzia pan Rosochacki siedział koło łóżka Dzidzi. Dziewczynka rozejrzała się po pokoju. Westchnęła i powiada:
— Czy nie uważasz, ojczulku, że u nas jest pusto w mieszkaniu?! I tak jakoś bardzo smutno?
Ojciec spojrzał na Dzidzię, pogładził ją po głowie.
— Pewnie Krakowianka skarżyła ci się po cichu, że jej się nudzi i że rada by mieć jeszcze jedną lalkę za towarzyszkę?
— Nie, ojczulku! — zaprzeczyła żywo Dzidzia. — Ja teraz nawet nie rozmawiam z Krakowianką!
— Pogniewałyście się? O co?
— Nie! — zaprzeczyła żywo Dzidzia. — Ja ją zawsze bardzo, bardzo lubię. Tylko ja teraz myślę, ciągle myślę...
— No, proszę! O czym tak ciągle myślisz, dziecino?
— Jakby to było dobrze, gdyby tu, u nas, był ktoś żywy! Naprawdę żywy! Nie tak na niby jak Krakowianka albo inne lalki. Tak bym chciała mieć kogoś, z kim można by się bawić! Naprawdę bawić! Chciałabym, żeby ten ktoś żył, biegał, skakał!
Ojciec spojrzał na Dzidzię. Dziewuszka patrzyła mu w oczy bardzo przymilnie.
— Któż to ma skakać koło ciebie? Może żaba, co? — spytał.
— Fe! Któż by tam myślał o żabie! — obruszyła się Dzidzia.
— No, więc o czym myślisz? — dopytywał się pan Rosochacki.
Dzidzia uniosła się na łóżku. Objęła ojca za szyję mocno, mocno. Pocałowała. Nachyliła się do ojcowego ucha. I szepnęła:
— Proszę! Bardzo proszę o małego pieska!
Ojciec, zdziwiony, odsunął ją nieco od siebie. Dzidzia zaczęła mówić szybko, nie dając dojść ojcu do słowa:
— Wielki, dorosły pies, taki na przykład jak Lord pana pułkownika, no, to co innego! Taki pies zanudza się w mieszkaniu! Nawet w tak wielkim mieszkaniu jak pana pułkownika Buczackiego. Zaraz widać, że Lord się nudzi, bo ma zapłakane oczy i sapie. Ale małe szczeniątko? Takie zupełnie malutkie? Niewiele co większe od małego kociątka? Taki piesek w naszym mieszkaniu będzie się czuł znakomicie! Będzie w nim błądził jak w lesie!
Naprawdę, ojczulku! Trzeba będzie dobrze uważać, żeby się gdzie nie zgubił!
Ojciec słuchał tego, co mówiła Dzidzia, i milczał. Nie odpowiedział nic. Pocałował ją tylko w głowę i poszedł.
Tego dnia Dzidzia nie widziała już ojca, bo zaraz po rozmowie z nią wyjechał na kilka dni do Poznania.
Przez czas nieobecności pana Rosochackiego dziewczynka nie przestawała myśleć o piesku.
Ojciec wprawdzie nie przyobiecał jej psa. Ale też nie odmówił stanowczo. Dzidzia miała nadzieję, że może ojciec przywiezie jej małego psiaka jako gościniec1 z Poznania. Kto to wie?
Na wszelki wypadek rozmyślała nad tym, jak nazwać nowego przyjaciela. Przeglądała w myśli wszystkie swoje zabawki. Zastanawiała się nad zmianami, jakie trzeba będzie zaprowadzić. Postanowiła, że Krakowianka ustąpi pieskowi łóżka i będzie spała w łubianym2 pudełku. Pucek, kosmaty niedźwiadek, przestanie się wylegiwać na puchowym piernaciku, który był starą poduszką podróżną mamy Dzidzi. Odstąpi on swoją pościel na poduszkę dla szczeniątka, które się będzie nazywało... No, rozumie się, że będzie się nazywało Wiernuś, jak piesek z bajki!
A jeżeli ojciec pieska nie przywiezie?
O tym Dzidzia nawet myśleć nie chciała.
III
Pan Rosochacki miał w Poznaniu wiele spraw do załatwienia. Nic dziwnego więc, że na razie zapomniał o rozmowie z Dzidzią. Dopiero w przeddzień wyjazdu przypomniał sobie, że Dzidzia prosiła go o pieska. Chciał zrobić przyjemność chorej córce i postanowił postarać się w Poznaniu o szczenię.
Namyślał się tylko, jaki piesek sprawi małej największą radość. Rozważał wady i zalety różnych ras i doszedł do przeświadczenia, że najlepszy będzie mały foksik3. Wiadomo powszechnie, że spośród wszystkich psich ras foksy są najweselsze i zawsze gotowe do figlów.
Ale gdzie tu szukać psa w takim wielkim, a prawie nieznanym mieście jak Poznań?
Pan Rosochacki zwrócił się do portiera w hotelu, w którym zamieszkał, i prosił go o pomoc.
— Chcę mieć foksa. Innego psa, choćby był najładniejszy, nie kupię. Jeżeli pan wie o jakim małym rasowym foksiku, proszę, niech mi pan jutro rano przyprowadzi szczenię do hotelu! — zapowiedział.
Portier kiwnął głową na znak, że zrozumiał.
— Kto by tam chciał innego psa, proszę pana! Foks — to foks. Każdy wie, że to najładniejszy pies. Ja sam, co prawda, nie mam foksa na sprzedaż. Ale mojej stryjecznej siostry ciotka ma takie foksy, że ładniejszych na całym świecie nie znajdzie. To są dopiero foksy! Powiem jej, to ona jutro rano przyprowadzi panu swoje pieski — oznajmił ojcu Dzidzi.
Oprócz hotelowego portiera pan Rosochacki prosił jeszcze kilku stołowych w cukierniach i restauracjach o pomoc. Wszyscy, do kogo tylko ojciec Dzidzi się zwracał, oświadczali, że wiedzą o najpiękniejszych na świecie foksach. I że jutro właściciele tych cudowności bezwzględnie stawią się z psami w hotelu.
Rankiem następnego dnia obudził pana Rosochackiego hałas piekielny! Uszy puchły od tego zgiełku i wrzasku!
Na hotelowym korytarzu, tuż pod drzwiami pokoju, w którym mieszkał ojciec Dzidzi, słychać było wściekłe warczenie, naszczekiwanie, targanie się, pisk!
Odzywały się głuche basy rosłych brytanów i cienkie, jazgotliwe ciawkanie małych psiaków! Wycia rozpaczliwie smutne, to znów wesołe szczekania!
Drzwi od sąsiednich pokoi otwierały się raz po raz! Ktoś wyrzekał głośno na porządki w hotelu! Ktoś inny wołał o rachunek! I żądał, by zabrano jego rzeczy! Bo się natychmiast wyprowadza! Jakiś głos dopominał się o policję! A jakaś dama wzywała wojska, koniecznie wojska, które by te wściekłe psy usunęły z hotelu!
Pan Rosochacki wyjrzał na korytarz. I oniemiał!
Tuż u jego drzwi kłębiło się, szczekało, piszczało, wyło kilkanaście psów najróżniejszego wzrostu i wyglądu! Były tam kundle wielkie jak cielęta, psiska wielkości barana, mniejsze, większe, małe! I zupełny psi drobiazg!
Najmniejszy ze wszystkich był rudy, kosmaty pinczerek. Widać głęboko wziął on sobie do serca przymusową podróż do hotelu. Bo rozparł się szeroko przednimi nogami, podwinął ogon pod siebie, odrzucił wysoko głowę i wył tak przeraźliwie, jakby kto nożem skrobał po szkle.
Pomiędzy tyloma psami nie było jednak ani jednego, który by choć z daleka przypominał foksa.
— Ludzie, a coście wy tu za menażerię4 sprowadzili?! — zawołał zdumiony pan Rosochacki.
— Proszę pana, to nie menażeria, tylko psy! — odpowiedział, nieco urażony, jeden ze stojących. I wypchnął przed siebie olbrzymie psisko, szczerzące kły jak noże. — Mój Kuc nie jest wprawdzie foks czystej rasy, ale za to co to za pies! Jaki on ma charakter! Nikomu nie pozwoli się pogłaskać — chwalił swojego brytana.
— Ja tu mam pieska dla pana! — zawołał właściciel wyjącego pinczerka. — To specjał, nie pies!
— Ależ ja chcę foksa! To jest pinczer, nie foks! — tłumaczył zniecierpliwiony pan Rosochacki.
— Pinczer? A któż mówi, że Żolka jest foks? Ale to jest nadzwyczajny pies! Co to za serce! O byle co wyje, takie to czułe! — rozwodził się właściciel pinczerka.
Pan Rosochacki nie słuchał już więcej. Zatrzasnął drzwi. Zadzwonił na służbę i kazał powiedzieć wszystkim psiarzom, by sobie natychmiast poszli.
Chwilę jeszcze trwał głośny rejwach5 na korytarzu. Wreszcie psie wrzaski poczęły się oddalać i cichnąć.
Pan Rosochacki odetchnął z ulgą.
Ranna awantura z psami zraziła ojca Dzidzi do dalszych poszukiwań.
Postanowił nie kupować szczenięcia dla Dzidzi. Zapowiedział też stanowczo służbie hotelowej, aby oświadczono każdemu, kto przyprowadziłby psa na sprzedaż, że nie kupi foksa ani brytana, ani pinczerka, ani w ogóle jakiegokolwiek psa, choćby był najpiękniejszy i najbardziej rasowy!
IV
Przed samym wieczorem pan Rosochacki wracał do hotelu. Sprawy, jakie miał załatwić, zatrzymały go na jeden dzień jeszcze w Poznaniu. Dopiero nazajutrz wieczorem miał wyjechać do Warszawy.
Przechodząc przez Wały usiadł na ławce.
Po chwili na tej samej ławce usiadł jakiś chłopczyna. Wyjął on z kieszeni kawałek chleba i nóż. Krajał chleb na kromki. Wyjadał miękisz, a skórkę drobił na małe kawałeczki. Składał je do torby, którą trzymał na kolanach.
— Dla kogo chowasz te skórki? — spytał chłopca ojciec Dzidzi, zaciekawiony tym, co robił jego sąsiad.
— Dla Plotuchy — odpowiedział chłopiec. — Rozmoczy się to we wrzątku, dosypie soli. A gdy wystygnie, podje sobie psina! Ona teraz musi więcej jeść, bo ma małe.
— Tak? A czy to duży pies ta twoja Plotucha?
— Tyciusia, maluchna, ot taka! — pokazał chłopiec. — Ale stróż! No, no! A mądra jak człowiek. Wszystko rozumie, co się do niej mówi.
— I dużo ma szczeniąt?
— Miała sześć, ale zostały tylko dwa.
— Ładne?
— Phi, czy ładne! Chyba nawet od Ploty ładniejsze.
— Macie je na sprzedaż? — zapytał pan Rosochacki.
— Trzeba je będzie sprzedać! — odpowiedział markotnie chłopiec. — Aż mi się nie chce o tym myśleć! Takie zmartwienie dla Ploty!
— Kupiłbym może jedno. Rozumie się, jeżeli szczenięta są naprawdę ładne! — powiedział pan Rosochacki.
— Pan? — zdziwił się chłopiec i zaczął się bacznie przyglądać ojcu Dzidzi. — A czy pan psu krzywdy nie zrobi? — spytał i ciągnął dalej: — Bo pies to jak człowiek, proszę pana. Jak z nim dobrze, to pies dobry. Ale broń Boże bić albo się znęcać! Zaraz robi się zły! I głupi! I już taki pies nic niewart!
— No, no, nie bój się! — uspokoił go pan Rosochacki. — Nikt u mnie psa nie ukrzywdzi. Przyjdź jutro w południe na tę samą ławkę. Przynieś pieska ze sobą. A wybierz tego, który jest według ciebie lepszy i ładniejszy. Przyjdziesz?
— Przyjdę, proszę pana, przyjdę — przyrzekł chłopiec. — Ale, panie...
— Co?
— Proszę pana, pan Plotczynych dzieci nie ukrzywdzi? Prawda? Ręka?
I wyciągnął rączynę. Pan Rosochacki uścisnął serdecznie dłoń malca.
— Bądź pewien, chłopcze — powiedział poważnie — że twojej psinie w moim domu nic złego się nie stanie!
V
Nazajutrz o umówionej porze ojciec Dzidzi był na Wałach. Zdziwiło go, że na ławce, na której spodziewał się zastać chłopca ze szczeniętami, zobaczył kilka osób. Rozmawiały one żywo ze sobą i stanowiły najwidoczniej jedno towarzystwo.
— Jak się masz, chłopcze! — powiedział zbliżając się pan Rosochacki. — Masz psa?
— Mam, proszę pana. Są tu w koszyku! A to jest ich matka, Plotka — mówił chłopiec i wskazał na białą psinę. — Siedzi ona pomiędzy moim bratem i siostrą, Witkiem i Halą. A to jest mój dziadek i moja babka — opowiadał dalej wskazując na dwoje staruszków.
Trzymali oni pomiędzy sobą kosz, w którym prawdopodobnie były szczenięta.
— A, to pan? Muniek, to pan chce kupić pieska? — spytał dziadek chłopca, nadstawiając dłoń koło ucha, by lepiej słyszeć.
— Tak, dziadku — odpowiedział Muniek.
— Pan łaskawy zapewne się dziwi, że nas tu tyle przyszło — zaczęła babka Muńka. — Ale u nas pies to jak człowiek, bez niczyjej urazy. Chcieliśmy wszyscy poznać pana, w czyje ręce nasze psiaki oddajemy. A którego pan wybierze? Bo są dwa. Jednego się psie figle trzymają. Za to drugi...
— Beksa! — zawołał dziadek. — Finek to zuch, będzie z niego stróż. A tamten...
— Phi! Kto będzie miał Finka, będzie miał hałas w domu! Ale kto będzie miał Bielaska, to ho, ho! — odparła nieco urażona babka.
— Będzie miał skowyt i wycie! — odpowiedział zgryźliwie dziadek.
— Pozwólcie mi państwo najpierw zobaczyć pieski! — powiedział pan Rosochacki z uśmiechem, bo bawiła go sprzeczka staruszków. — Muńku, pokaż mi szczenięta!
— Trzymajcie Plotę! — zawołał Muniek do rodzeństwa. Witek i Hala objęli Plotę za szyję. Muniek postawił koszyk na ziemi. Odsunął wieczko. Cmoknął.
Z koszyka wysunął się kłębuszek waty, upstrzony trzema czarnymi plamkami. Kłębek ten obrócił się w jedną stronę, w drugą, zachybotał, uniósł się nieco w górę. I nagle biała kula potoczyła się wprost przed siebie. A przebierała przy tym szybko nóżkami, sztywnymi jak drewienka.
Z tej kuli sterczał mały, śmieszny ogonek. Ogonek ten w biegu majtał się ciężko na obydwie strony. Zdawało się, że nie głowa, nie spłaszczony, rozdęty brzuszek, ale właśnie ów ogon, wielkości ogarka papierosa, jest z całego ciała najcięższy i najwięcej przy chodzeniu sprawia szczenięciu kłopotu.
Psina usiadła tak niespodziewanie, jak przed chwilą nie wiadomo dlaczego ruszyła przed siebie. Obejrzała się dokoła. Szczeknęła tak głośno, jakby kto w palce klasnął. Zakręciła się na miejscu. I nagle podrałowała6 wprost przed siebie!
— Sprytna szelma! Jak to wyrywa! — zawołał dziadek Muńka, bardzo zadowolony.
— To mi dopiero spryt! Pędzi nie wiadomo gdzie i po co? — odparła babcia i wzruszyła ramionami.
Pan Rosochacki schwycił małego zbiega za skórę na karku. Podniósł go wysoko. Szczeniątko patrzyło na ojca Dzidzi wcale7 ciekawie niebieskimi, mętnymi paciorkami oczu. Ledwie było widać te zabawne ślepki spod kosmyków białej wełenki, pokrywającej całe ciało. Oprócz, rozumie się, brzuszka różowego, okrągłego, a wydętego tak, że zdawało się, iż pęknie lada chwila.
— Ładny! Prawda, panie, że ładny? — dopytywał się dziadek.
— Muniek, podaj panu Bielaska! — zawołała babka. — To dopiero brylant nie pies!
Muniek sięgnął po drugie szczeniątko.
Maleństwo leżało zrazu plackiem, na brzuszku, zupełnie nieruchomo. Po chwili siadło, podniosło mały łebek do góry i zapiszczało boleśnie.
Widocznie wielki, a nieznany świat przeraził małego Bielaska. Postanowił tedy za wszelką cenę powrócić do kosza. Zaczął więc obiegać koszyk w kółko. Węszył, wspinał się, zaglądał do środka. Stukał, którędy można by się dostać do kosza. Bo, najwidoczniej, tylko tam czuł się bezpiecznie. Nie znalazł drogi do schronu, więc siadł na ziemi. I zrozpaczony zapłakał w głos! A jęczał i mazał się, jakby mu się nie wiadomo jaka krzywda stała!
Panu Rosochackiemu obydwa szczeniaki bardzo się podobały. A jeszcze bardziej ujęła go cała rodzina Muńka, tak bardzo i serdecznie zżyta ze zwierzętami. Postanowił też kupić jedno z maleństw. Ale które?
Nie chciał wybierać. Gdyby Bielaskowi dał pierwszeństwo nad Finkiem, uraziłby dziadka. Jeżeliby wybrał Finka, babka Muńka czułaby się dotknięta do żywego.
— Dziś wieczorem wyjeżdżam do Warszawy. Biorę jednego pieska. Sam wybierz, Muńku, tego, którego mi chcesz dać, i przynieś mi go wprost na stację. Dobrze? — powiedział pan Rosochacki.
Umówił się o cenę. Poprosił, aby kupione szczenię przyniesiono koniecznie w koszyku. Ukłonił się i poszedł.
Odchodząc spojrzał na ławkę. Oboje staruszkowie rozmawiali żywo. Najwidoczniej już teraz omawiali pomiędzy sobą sprawę, który z piesków ma jechać do Warszawy. No i nie mogli się pogodzić.
„To się Dzidzia ucieszy! — myślał, idąc do hotelu pan Rosochacki. — Przywiozę jej pieska! Takiego gościńca moja dziewuszka się nie spodziewa!”
Czy tak było naprawdę?
Dzidzia, oczywiście, nie była zupełnie pewna, czy ojciec przywiezie jej pieska. Spodziewała się jednak, że prawdopodobnie będzie miała swojego Wiernusia.
Na wszelki wypadek łóżko Krakowianki, wyłożone piernatem Pucka, oczekiwało już na gościa. A największy półmisek z serwisu, darowanego ongi Dzidzi przez stryja Tadeusza, stał obok łóżka.
Półmisek był wprawdzie nadtłuczony porządnie z jednego brzegu. Ale za to miał złoty rąbek i cały zamalowany był w różyczki.
Czy komu może się nie podobać taki okazały, wyzłocony i ukwiecony półmisek? Czyż nie będzie wszystko lepiej Wiernusiowi na takim cudzie w kwiatki smakowało?
W każdym bądź razie będzie on z tego pięknego półmiska jadał chętniej niż na przykład z takiej wielkiej kamiennej miski jak ta, z której karmią Lorda!
VI
W poczekalni na dworcu pan Rosochacki rozglądał się na wszystkie strony. Nigdzie Muńka nie było widać.
„Czyżby się rozmyślili i w ogóle nie chcieli sprzedać szczeniąt? Może staruszkowie nie mogli się zdecydować na wybór?” — myślał ojciec Dzidzi, nierad, że wróci do domu bez tak upragnionego przez córkę podarunku. Już wsiadał do wagonu, a tu ktoś schwycił go za ramię. Obejrzał się. Przed nim stał Muniek z koszykiem.
— Byłem pewien, że już nie przyjdziesz, chłopcze — powiedział pan Rosochacki.
— Ach, proszę pana! Czy pan myśli, że to łatwo rozstać się z tym, co się kocha? Spóźniłem się trochę, bo zanim psy dostały jeść, zanim się wyspały, trochę czasu upłynęło. No i trzeba się było z nimi pożegnać. A to najtrudniej. O, widzi pan, tam za oknem jest Plota! I dziadkowie! I Hala! I Witek! Wszyscyśmy przyszli nasze psy odprowadzić!
Pan Rosochacki spojrzał w okno wagonu. Zobaczył cztery twarze przywarte do szyby i wpatrzone w koszyk.
— No, a któregoś wybrał, Bielaska czy Finka? — zapytał chłopca.
— Są obydwa — odpowiedział Muniek.
— Obydwa? — zdziwił się pan Rosochacki.
— A tak. Uradziliśmy wszyscy, że tak będzie najlepiej. Obu im będzie raźniej na nowym miejscu. A zresztą! Którego tu wybrać? Obydwa ładne. A dziadkowie do ostatniej chwili nie mogli się zgodzić na to, który ma jechać, a który zostać. Psom będzie dobrze, prawda? Biedna Plotucha, jej najgorzej! — szepnął chłopczyna, wepchnął do rąk panu Rosochackiemu koszyk i pobiegł szybko w stronę wyjścia.
Pociąg miał ruszyć lada chwila. Pan Rosochacki rozejrzał się po półkach. Postawił koszyk ze szczeniętami na jakimś pudełku. Usiadł i począł rozmyślać nad tym, jaką niespodziankę sprawi Dzidzi! Przywiezie jej przecież aż dwa pieski!
Co prawda od razu postanowił, że zaraz po przyjeździe pozbędzie się jednego szczenięcia. Boć przecież niepodobna trzymać aż dwa psy w ciasnym mieszkaniu na czwartym piętrze — prawda?
VII
Przedział wagonu, w którym jechał pan Rosochacki, pełen był podróżnych. Siedziano tak ciasno, że trudno się było poruszyć.
Na półkach też pełno było rzeczy. Walizki, pudła, pudełka sięgały aż pod sufit wagonu. Tuż nad głową pana Rosochackiego na półce leżała wielka waliza skórzana. Na niej sakwojaż8. Obok niego pudełko łubiane. Na nim wielkie pudło od kapelusza. Dopiero na tym pudle stał koszyk ze szczeniakami.
Obok pana Rosochackiego siedziała jakaś zażywna9 dama w jasnej bluzce. Pani ta najwidoczniej bardzo była znużona. Niezadługo po wyjeździe z Poznania kiwnęła się ona raz, kiwnęła drugi i zasnęła na dobre. Zdrzemnął się też i ojciec Dzidzi.
Obudził go ostry krzyk sąsiadki:
— Co to jest! Boże mój! A to co?
Dama w bluzce zerwała się na równe nogi. Poderwał się też i pan Rosochacki. Inni podróżni, zbudzeni z niespokojnej drzemki w wagonie, otworzyli szeroko oczy. Jakaś pani, siedząca przy oknie, krzyknęła:
— Katastrofa! Pociąg się wykoleił!
Jakiś usłużny pan gotów był pociągnąć za sygnał alarmowy!
Nagle sąsiadka ojca Dzidzi odskoczyła od ławki tak gwałtownie, że aż siadła na kolana jakiemuś panu naprzeciwko, i zawołała:
— Ależ tu się coś leje! Leje coś czerwonego, śliskiego!
— Krew! — wrzasnął chudy jegomość, ten, który poprzednio chciał zatrzymać pociąg.
Rozepchnął wszystkich, wypadł na korytarz. I tyle go widzieli!
— Gdzie się leje, proszę pani? — spytał ojciec Dzidzi.
— Tu! Tu! Z tej torby! Czy z tego pudełka od kapelusza! — odpowiedziała wystraszona dama i wskazała na leżące na półce ponad jej siedzeniem pakunki.
— Z mojego kapelusza nic się nie leje! Bo kapelusz nie śnieg! Z gorąca się nie topi! — wykrztusiła ze złością jakaś dama, do której najwidoczniej należało pudełko.
— Jezus, Maria! — zawołała nagle. — A cóż tam stoi na moim kapeluszu? Któż to wozi pomidory w koszyku na taki upał? Kapelusz mi się na nic zniszczy! Wziąć mi zaraz to paskudztwo! Czyj to koszyk?
— Mój, proszę państwa! — odpowiedział ojciec Dzidzi. — Ale niech się państwo uspokoją! W tym koszyku nie ma pomidorów!
— Co mi pan tu będzie opowiadał! Są pomidory! Przecież nie jestem ślepa! I widzę! Jeżeli to nie są pomidory, to co to jest?! — zawołała dama w białej bluzce i podsunęła do oczu pana Rosochackiego chusteczkę, którą wycierała plamy na ubraniu.
— Przekonam was, moi państwo, że się mylicie! — powiedział ojciec Dzidzi i sięgnął po koszyk.
Dotknął ręką pudła z kapeluszem! I natychmiast przekonał się, niestety, że damy się nie myliły!
Cały wierzch pudełka zalewała zupa pomidorowa!
Przerażony, schwycił za koszyk. Postawił go w przejściu. Odsunął wieko. I... oniemiał ze zdziwienia!
Obydwa pieski wyglądały jak raki po ugotowaniu! Tak wysmarowane były pomidorowym sosem!
Pan Rosochacki podniósł jednego do góry! Na dnie koszyka dojrzał sporą salaterkę, a w niej drugiego psa oklejonego makaronem! Wszyscy podróżni tak samo byli zdumieni tym, co zobaczyli, jak ojciec Dzidzi. Nikt nie mógł pojąć, czemu w salaterce z zupą pomidorową siedzą dwa żywe pieski jak kluski?
Aż tu właścicielka kapelusza dojrzała kawałek papieru. Przyczepiony on był do wieczka koszyka z wewnętrznej strony. — Może na tej kartce będzie jakieś wyjaśnienie! — powiedziała.
Pan Rosochacki zdarł kartkę. Spojrzał na nią.
Wielkimi literami jakaś niezupełnie wprawna ręka, zapewne Muńka, napisała:
Bielasek lubi makaron, a Finek pomidory.
Tym najlepiej karmić. Na drogę mają dość.
Możecie sobie łatwo wyobrazić, jak pan Rosochacki był rad z tego, że Muniek tak serdecznie dbał o to, żeby się pieski w drodze nie wygłodziły!
Musiał przepraszać i panią z kapeluszem, i panią w bluzce! Ścierać plamy! A tu kto żył z pasażerów wymawiał mu jeszcze, że takie małe pieski więzi w koszyku! Użalano się nad nimi, gładzono je, pieszczono.
Niedługo jednak trwał ten zachwyt podróżnych nad pieskami. Bielasek zaczął płaczliwie piszczeć i nie chciał się utulić! Finek czmychnął pod ławkę! I trzeba go było szukać zagubionego pomiędzy rurami, którymi ogrzewają wagony! Wyciągnąć zza ręcznych torebek! Gonić po korytarzu!
Pan Rosochacki przez resztę nocy nie mógł zmrużyć oczu. Tym bardziej że psiaki, zapakowane nareszcie do koszyka, piszczały i płakały, a tak boleśnie, że nawet konduktor się nad nimi użalał. I radził wziąć psy na kolana. Na kolana? Ani gadania! Bo zaraz Finek zsuwał się na podłogę i wyruszał w podróż na własną rękę. I trzeba go było szukać po całym przedziale.
Zmęczony, niewyspany ojciec Dzidzi zamknął w Warszawie szczenięta szczelnie w koszyku i zawiózł je co prędzej z dworca do domu.
W ten sposób Finek zjawił się w domu państwa Rosochackich.
VIII
Co się działo gdy koszyk z pieskami znalazł się tuż przy łóżku Dzidzi! Czy warto o tym pisać? Przecież tak łatwo to sobie wyobrazić!
Tym więcej było radości i uciechy, że lekarz pozwolił Dzidzi przejść z łóżka na fotel. Mogła więc siedząc przyglądać się psiakom, które zaraz po wyjściu z koszyka rozpoczęły zaznajamiać się z nowym mieszkaniem.
Finek wytoczył się z koszyka! I zaczął natychmiast starannie badać podłogę.
Z noskiem przy ziemi krążył tu i tam po pokoju. Obiegł dokoła nogi fotela, na którym siedziała Dzidzia. Przysiadł na chwilę. Później jak strzała puścił się przed siebie. Prosto w to miejsce, gdzie połyskiwała na podłodze plama słoneczna! Po drodze natrafił na frędzle dywanu, który leżał pod stołem. Zaplątał się w nie. Usiadł. I pomrukując gniewnie, zaczął targać za róg dywanu. A czynił to z takim wysiłkiem, że co chwila przewracał się na ziemię.
Walka z dywanem nie zajęła go jednak na dłużej.
Świat jest tak wielki i tyle w nim rzeczy ciekawych!
Finek ujrzał przed sobą coś wielkiego, coś potwornego, sterczącego wprost z podłogi. Zbliżył się. Powąchał ostrożnie. Obszedł dokoła. Szczeknął raz i drugi na nogę stołu. I poszedł dalej.
A pędził szybko! Węszył zawzięcie! Bo szedł smugą jakiegoś mocnego zapachu! Bardzo ciekawego zapachu! Takiego zapachu nie wąchał dotąd nigdy!
Pędząc tak uderzył łebkiem w coś wielkiego, miękkiego, coś, co cofnęło się od uderzenia. Niespodziewane to spotkanie tak zastanowiło Finka, że siadł. Kręcił główką to w jedną, to w drugą stronę. I przyglądał się spod oka olbrzymiemu potworowi, który zastąpił mu drogę. Potoczył się on po podłodze najpierw dość szybko, jakby spłoszony. Później sunął coraz wolniej. Aż wreszcie zatrzymał się w miejscu.
„Aha! Ucieka! Boi się!” — pomyślał Finek.
I skoczył naprzód! Obskakiwał wroga dokoła, a poszczekiwał przy tym groźnie i przypadał do ziemi.
Potwór ani drgnął. Wówczas Finek ostrożniutko wysunął naprzód czarny nosek. Zaciągnął się zapachem raz i drugi.
— Co to może być? — zastanawiał się. — Ze wszystkich stron pachnie jednakowo! A tak dziwnie, że aż w nosie kręci! Nie ma ogona ani głowy! Nie widać też łapek! Zobaczymy, czy to jest gładkie, czy też włochate.
Przysunął nosek tuż do potwora i trącił go lekko. Potwór się cofnął.
— Boi się? Boi! Gonić go! Gonić! — szczeknął Finek i skoczył ku nieznanemu straszydłu.
Bił go łapką! Popychał noskiem! Rzucał się z wrzaskiem na strasznego, a pokonanego przez siebie wroga! Uciekał on zresztą przed Finkiem, aż się kurzyło.
Bo tym wrogiem była piłka Dzidzi.
W pogoni za piłką Finek wpadł za otomanę10. Dostał się w ciemny, długi korytarz pomiędzy tyłem otomany a ścianą. Spacer wzdłuż tego korytarza bardzo mu się podobał. Przebiegł więc kilkakrotnie tam i z powrotem. A nie chcąc wracać poprzednią drogą, przesunął się pod dnem sofy.
Wypadł na pokój. Podskoczył. Szczeknął. Trafił znów na dywan. Siadł. Kiwnął się raz w przód, raz w tył. Położył. Podwinął nóżki pod siebie. I natychmiast zasnął jak kamień.
Bielasek poczynał sobie całkiem inaczej.
Nie myślał on o jakichkolwiek podróżach! Ani mu w głowie były jakiekolwiek wyprawy do nieznanych krain! Przeciwnie! Olbrzymi pokój zapełniony nieznanymi meblami, zapachy obce i jakieś niesamowite — wszystko to napawało go strachem. Najchętniej schowałby się z powrotem do koszyka! Nie pragnął nic widzieć! Nie chciał czuć tego dziwnego świata, w którym się znalazł! Nowe zapachy nic go nie obchodziły!
Lecz koszyk był zbyt wysoki! Nie tak to łatwo było się doń wdrapać z powrotem!
Na próżno się wspinał, podreptywał na tylnych nóżkach! Na próżno jękliwie i żałośnie prosił, by brzeg koszyka zniżył się do niego!
Zniechęciły go wreszcie te próżne wysiłki. Usiadł więc i rozejrzał się. Dostrzegł tuż blisko obok siebie pudełko łubiane. Dzidzia chowała w tym pudle zabawki. Ostrożniutko podsunął się ku temu pudłu. Przypomniało mu ono paczkę drewnianą. Kochaną, miłą, dobrze znaną paczkę! Sypiał w niej z matką i Finkiem!
Obszedł pudełko dokoła, nawołując to Plotę, to brata. Nikt mu jednak nie odpowiadał. Bielasek uczuł się nagle bardzo samotny! Wydawało mu się, że się zabłąkał na wielkim przestworzu obcego świata! Przestał też nagle krążyć koło pudła. Siadł na podłodze. Zapłakał z cicha. Zawył. I oddał się najczarniejszej rozpaczy!
Płakał tak żałośnie, tak przenikliwie, tak się łzawo rozwodził nad swoim losem, że słuchać nie można było!
Dzidzia wzięła go na ręce. Pociągnął kilka razy zapłakanym noskiem. Jęknął boleśnie raz i drugi! Ale coraz już ciszej. Wsunął wreszcie nosek tam, gdzie z uchylonej kołdry zrobiła się fałda. I zasnął. Ale jeszcze przez sen wzdychał. I od czasu do czasu pojękiwał żałośliwie.
IX
Nietrudno się domyślić, że pomidory z makaronem niezupełnie się nadają do utrzymania w czystości psich skórek ani też nie przyczyniają się do eleganckiego wyglądu przyzwoitych piesków!
Nic też dziwnego, że trzeba było i Finka, i Bielaska poddać przykrej, ale koniecznej operacji czyszczenia, mycia, czesania, żeby je doprowadzić do jakiego takiego znośnego wyglądu.
Szczenięta były za małe, żeby je można było kąpać. W każdym bądź razie należało je jako tako obmyć.
No i wyczesać pozlepiane kudełki.
Rozdrobniono więc nieco mydła w ciepłej wodzie.
Dzidzia postanowiła, że Finek pójdzie na pierwszy ogień i że on przejdzie najpierw udręki toalety.
Wyciągnięto Finka spod stołu. Dzidzia położyła go na rozłożonym na kolanach ręczniku. Gałgankiem, umoczonym w ciepłej wodzie mydlanej, zaczęła myć jego kudełki. Finek znosił to zrazu wcale spokojnie.
Dopiero gdy woda z mydłem dotarła do pyszczka, do nosa, wdarła mu się do ślepków, Finek zaczął się wyrywać, parskać, kichać. Uznał on wreszcie, że tego rodzaju zabiegi koło jego osoby są dla niego wysoce obraźliwe. Warknął też raz, drugi. Próbował nawet szczeknąć z całej siły. Targnął. Wyrwał się z rąk Dzidzi. Stoczył się z kolan, spadł na podłogę, jęknął. Otrząsnął się. Podwinął pod siebie ogonek. I umykał, jak mógł najdalej!
Mama Dzidzi chciała go podnieść i wytrzeć ręcznikiem. Finek nastroszył się, wyszczerzył zęby i warczał tak groźnie, jak tylko umiał.
— Odejdź, bo zjem! — straszył panią Rosochacką.
— Chodź, mały, chodź — odpowiedziała na te groźby wcale niezagniewana mama Dzidzi, podniosła go z ziemi i otuliła ręcznikiem.
Finek nie przestawał warczeć. Z wewnątrz ręcznika słychać było gniewne bulgotanie jak z imbryka, gdy woda w nim wre.
Wytarty, położony na poduszkę Pucka, Finek zasnął jak kamień. Najwidoczniej cała operacja mycia wyczerpała go i zmęczyła.
Bielasek, polany wodą, od razu zapłakał rzewnie. I nie przestawał płakać. Mazał się i mazał!
Po myciu należała się psom przekąska. Półmisek, który Dzidzia przeznaczyła w myśli na talerzyk dla Wiernusia, był za mały dla dwu pensjonariuszy. Rozdrobioną bułkę, polaną mlekiem, podano więc pieskom na spodeczku. Postawiono tuż obok poduszki, na której oba spały.
Pierwszy poczuł zapach mleka Finek. Podniósł głowę. Pociągnął noskiem. Usiadł. Znów pociągnął kilka razy noskiem. I nagle, jak kula, potoczył się wprost ku spodeczkowi!
Jadł żarłocznie. Główkę wsunął głęboko, w sam środek spodka. Przednie nóżki rozparł szeroko. Tylnymi wykonywał zabawne podrygi. Odbijał się od podłogi tak, że parę razy stał tylko na głowie i przednich nóżkach jak sztukmistrz w cyrku!
W parę chwil po nim zerwał się Bielasek. Potoczył się za bratem. Wpuścił głowę w spodek. I jadł, jak mógł najprędzej. Starał się odjeść to, co Finek przedtem zdążył spałaszować, nie czekając na niego.
Już wyglądało puste dno spodka. Czerwone ozorki piesków lizały teraz resztki mleka z zawrotną szybkością.
Finek, który dotąd zdawał się nie dostrzegać brata, zerknął zezem na Bielaska. I warknął cicho a groźnie.
Bielasek skurczył się, przysiadł. Ale nie przestawał pracować zawzięcie językiem!
Finek obruszył się na takie lekceważenie grzecznej przestrogi. Złapał też Bielaska za ucho. Bielasek pisnął, odskoczył! I, obrażony, potoczył się boczkiem ku poduszce.
A Finek wylizał spodek do czysta. Toczył jeszcze czas jakiś pustym spodkiem po podłodze, aż dzwoniło. Siadł wreszcie. Zwalił napęczniały brzuszek na lewą tylną nogę. I różowym języczkiem ze smakiem i z powagą zlizywał z pyszczka resztki mleka. Bieliło się ono wielkimi kroplami na bródce, ściekało po piersiach i ginęło w puszystej wełnie.
„Podjadł sobie pies, trzeba się wziąć do roboty’’ — pomyślał.
I w lansadach11, majtając wesoło ogonkiem, pobiegł na wyprawę.
Chodziło o zbadanie wielkiej tajemnicy ciemnej plamy cienia za fotelem. A przede wszystkim o poznanie obyczajów strasznego zwierza, który czaił się zdradziecko z dywanu.
Był to pantofel Dzidzi!
X
Czas mijał szybko. Obydwa psiaki czuły się teraz w mieszkaniu państwa Rosochackich jak u siebie w domu.
Pełno ich było wszędzie!
Finek gryzł wszystko, czego dosięgnął. Targał dywan i walczył z grzebieniem potwora, czyli frędzlami tego dywanu. Walczył tak skutecznie, że w niespełna dwa tygodnie po przybyciu piesków grzebień potwora jakby nie istniał. Zamiast równych dokoła frędzli z dywanu sterczały tu i ówdzie tylko nitki samotne, postrzępione, do połowy wydarte!
Dostało się też nogom krzeseł!
Nad zwykłe jednak drewniane, gładko toczone nogi przekładał on bardziej interesujące — nogi mebli koszykowych! Nie były one takie nudne, takie obojętne i sztywne! Tak rozkosznie chrupała w zębach wiklina! Tak zabawnie wywlekały się paski drzewne, sprężyste, jędrne, żywe! Umiały one zadrapać! A nieraz uszczypnąć porządnie za język czy wargi!
Choć meble w ogóle ani się mogły równać z pantoflami!
Pantofel — to dopiero jest coś!
Stoi sobie taki zwierz, jakby nigdy nic. Otwiera paszczę szeroko, niby ziewa. I ani drgnie! Ale wystarczy go chwycić i szarpnąć! Wtedy krzyknie krótko a dziwnie! Czasem znów tak głośno, że dech zapiera ze strachu! I trzeba odskoczyć kilka kroków! Nie z obawy! O, nigdy! Ale tak sobie! Na wszelki wypadek!
Gdy się raz dobrze schwyci taki pantofel z wierzchu, wtedy można już nie zważać na te zabawne klaskania, jakie z siebie wydaje! Można włóczyć go po całym mieszkaniu! Można wreszcie położyć się na takim pokonanym pantoflu gdzieś w kącie. I spokojnie go pogryzać. Od strony warg, gdzie jest miękcej! I od spodu, gdzie pantofel jest wprawdzie łykowaty, ale za to dziwnie mile drażni dziąsła! Sama rozkosz!
Zupełnie inna jest książka! Dziwne to zwierzę! Jak leży spokojnie, to niby nigdy nic! Ale szarpnąć tylko! A szczególnie powłóczyć po podłodze! Wydaje wtedy klaskanie podobne do pantofla! A co za zabawną ma sierść! Biała jest, twarda i da się wyrywać całymi kłakami. Trzeba tylko przewrócić zwierzątko na wznak. Wówczas łatwo dorwać się do wełny! Można wtedy rwać całym pyszczkiem! Tylko trzeba się nie bać zabawnego szurania. Zawsze je słychać, kiedy się odrywa sierść książki od skóry!
Ale najzabawniejsza ze wszystkiego jest pończocha. Coś przedziwnego taka pończocha! Pachnie to wyraźnie człowiekiem! Niby niepodobna się omylić, że to człowiek! A jednak pończocha człowiekiem nie jest!
Finek miał dość niemiłe doświadczenie z pończochą. Nie lubił też tych wspomnień. Tym bardziej że przykrość najzupełniej, oczywiście, niezasłużona spotkała go ze strony matki Dzidzi. A lubił on bardzo panią Rosochacką za łakocie, jakie mu dawała.
Z tą pończochą to było tak.
Dzidzia czuła się już o tyle lepiej, że wstawała z łóżka i chodziła po pokoju.
Pewnego wieczoru rozbierała się i układała rzeczy na krzesełku koło łóżka. Nie zauważyła, że jedna z jej pończoszek zsunęła się i stopa prawie dotykała podłogi.
Zauważył to natomiast Finek, jak tylko rano otworzył oczy!
Dostrzegł on, że z krzesełka zwiesza się jakaś brunatna smuga!
Zerwał się więc z poduszki. I ostrożniutko, to podbiegając naprzód, to cofając się kilka kroków na wszelki wypadek wstecz, zaczął się zbliżać do nieznanego przedmiotu.
Już był tak blisko, że mógł schwycić zapach. Pociągnął więc raz i drugi, unosząc łebek do góry.
Wąchał, wąchał! I nie wierzył sam sobie! Podszedł bliżej! Zaciągnął się zapachem raz jeszcze. I aż przysiadł ze zdumienia!
Brunatna smuga była stanowczo jego panienką! Dzidzią! Przynajmniej na pewno pachniała tak jak ta dziewczynka, która karmiła go, pieściła, była jego panią!
Już więc bez obawy zbliżył się do pończoszki. Szturchnął w nią noskiem. Pończocha zachowała się jednak zupełnie inaczej niż noga panienki, którą Finek znał tak dokładnie. Odskoczył. Przypadł do ziemi. Pomyślał, że noga w pończosze wyprawia figle niezrozumiałe, ale bardzo zabawne!
Jednak noga panienki, pomimo figlarnych szczekań i zachęcających obiegań, ani drgnęła. Zdumiał się tym Finek. Zaczął podejrzewać, że się pomylił. Jeszcze więc raz przysunął się do pończoszki. I obwąchał ją starannie.
„To jest na pewno panienka! — myślał. — To jasne! Muszę ją znaleźć! Na pewno jest gdzieś w środku!” — powiedział sobie.
I zaczął wewnątrz pończochy szukać Dzidzi!
Odgryzał kęs po kęsie. Zgryzł palce. Pociął ostrymi ząbkami piętę. Szukał panienki poza piętą. Aż ściągnął pończochę na ziemię. Wtedy gryzł ją tak, że z pończoszki została tylko obrączka u samej góry, pętelka i kłębki bawełny, rozwleczone po całym pokoju! Panienki w pończosze nie było!
Finek tak się zajął tą badawczą pracą, że ani się spostrzegł, jak pani Rosochacka chwyciła go za kark! Podniosła go do góry! Wyrwała mu z pyszczka resztki pończochy! Obrała go z nici, w które się omotał!
I płaską dłonią raz, drugi, trzeci zwróciła psu uwagę na to, że zupełnie niewłaściwie poszukuje Dzidzi wewnątrz pończoszki! Boć przecież każdy widzi, że jego panienka śpi na łóżku!
— Aj, aj, aj! — wołał Finek wyrywając się rozpaczliwie. — Nie bić! Już wiem wszystko! To jest fałszywa noga panienki! Odkłada ją ona na krzesło, gdy idzie spać! Tak! Tak! Dość!
Wyrwał się. Jak oparzony skoczył w stronę kuchni! Bęcnął po drodze głową o drzwi, aż huknęło! Wpadł za pakę z węglami! I przycupnął w ciemności. No i powiedzcie sami, ile to pies nacierpieć się musi, zanim jako tako pozna na własnej skórze, że pończocha to tylko pończocha i nic więcej!
XI
Finek po tej przeprawie siedział parę chwil bez ruchu. Był rad, że się ukrył tak znakomicie i że mu nic nie grozi.
Po chwili otworzył jednak oczy. Rozejrzał się po swojej kryjówce.
Na razie nie dostrzegł nic godnego uwagi. Ciemno, pusto, nie ma nawet gałgana, który by można z nudów poszarpać trochę!
Przyczołgał się do końca kufra. I nagle przypadł do ziemi. Tym razem ze zdziwienia i strachu.
Tuż przed nim leżało jakieś przedziwne zwierzę! Całe pokryte było wełną połyskliwie stalowego koloru!
Zwierz ów zachowywał się na pozór zupełnie spokojnie. Nie poruszał się. Nie machał ogonem. A może nawet nie miał ogona?
Finek przyczołgał się blisko do zwierza. Pociągnął noskiem. Potwora czuć było podłogą! Najwidoczniej był to stwór stale przebywający na podłodze. Pies zaciągnął się zapachem jeszcze raz! Na pewno podłoga!
„Bierzmy się do niego!” — pomyślał i już był gotów do walki.
Ale Finek nie miał zwyczaju znienacka napadać na nieprzygotowanego wroga. Ani też podchodzić kogokolwiek zdradziecko. Odstąpił więc kilka kroków. I szczeknął. Nic. Szczeknął drugi raz. Zwierz się nawet nie poruszył.
Ha, jeżeli tak, to co innego!
Finek uczynił wszystko, co szlachetny napastnik winien wrogowi, prawda? Nie czekał więc dłużej, tylko od razu rzucił się naprzód. Chwycił smoka za kudły! Wpił się w ostrą sierść! Targnął!
Potwór nie bronił się. Pokrzykiwał tylko zabawnie w takt każdego natarcia. A klaskało coś przy tym dziwnie i bardzo podobnie do pantofla.
Nie był to jednak na pewno pantofel! Każdy wie, że targany pantofel wyprawia skoki i można go włóczyć za sobą. Potwór, szarpany przez Finka, pozwalał się wprawdzie targać, ale ani myśleć o włóczeniu. Ba, nawet z miejsca trudno go było ruszyć!
Finek postanowił wziąć się ostro do uparciucha. Szczeknął groźnie dla postrachu! Wżarł mu się całym pyszczkiem w kudły. I rwał! I targał! A warczał przy tym najstraszniej, jak umiał!
— Finek! Finek! Pójdziesz precz od szczotki! Wszystkie włosy powyrywa ten szczeniak utrapiony! — krzyknęła tuż nad rozżartym psem Katarzyna.
Katarzyna, daleka krewna państwa Rosochackich, mieszkała razem z nimi i zajmowała się wspólnym gospodarstwem.
Zwycięski Finek odbył podróż napowietrzną zza skrzyni przez całą kuchnię! Aż do końca korytarza prowadzącego do pokoju!
I tam właśnie wyrwał się wreszcie Katarzynie. Nie oglądając się za siebie podbiegł w te pędy do Bielaska. Spał on swoim obyczajem na poduszce.
Finek miał wielką ochotę opowiedzieć bratu o swojej przygodzie. Choć z góry był przygotowany na to, że Bielasek go nie zrozumie. Nie oceni nawet jego odwagi! Wiadomo! Płaksa i lizus!
Ale Finek tak się chciał komukolwiek zwierzyć ze swej przygody, a może nawet nią pochwalić, że postanowił brata obudzić. Wszedł więc bez ceremonii na poduszkę. Rozłożył się na niej tak, że zepchnął Bielaska na twardą i zimną podłogę.
— Ojej, zimno mi, zimno! Finek mnie zrzucił z poduszki! — mazał się obudzony tak gwałtownie Bielasek.
— Cicho bądź! Ty bekso! Nie przeszkadzaj! Muszę wydłubać z zębów resztki potwora, którego przed chwilą pożarłem! — powiedział dumnie Finek.
Podniósł łebek do góry i wypluwał szczecinę. Wypychał ją językiem i pomagał sobie przy tym łapką.
— Pachnie podłogą! — stęknął płaczliwie Bielasek.
Podszedł do Finka. Bo zaciekawił się resztkami szczeciny wypluwanymi przez brata. Obwąchiwał je też starannie.
— Nie jestem zupełnie pewien, ale tak mi się zdaje, że to jest właśnie to dziwne zwierzę, wiesz, no to, które co rano biega po wszystkich pokojach przed tą kobietą, co to ją czuć rosołem i najpiękniejszymi przysmakami! — powiedział niedbale Finek. — Już wiem, gdzie to zwierzę sypia w dzień! Chcesz, to cię zaprowadzę. Pójdziesz? — spytał brata.
Bielasek wahał się. Dreptał w miejscu nóżkami. I miał ochotę wrócić na swoją poduszkę.
— Tchórz! Beksa! Lizus! — drwił z niego Finek.
— Niech będzie, co chce! Idę! — zdecydował się nagle Bielasek. — Ale, mój drogi, czy to zwierzę nie kąsa? Czy nie klapie tak głośno po bokach, jak właśnie ta kobieta, którą czuć rosołem? — dopytywał się niepewnie.
Finek za całą odpowiedź wolno i poważnie zszedł z poduszki. I nie oglądając się na Bielaska truchcikiem pobiegł w stronę kuchni.
Po drodze do kuchni obaj bracia wymijali starannie wszystkie nazbyt otwarte miejsca. Dlaczego? Boć przecież mogliby wpaść łatwo w ręce Katarzynie. A na tym im wcale nie zależało.