Hymn Św. Franciszka z Asyżu

Bądź pochwalony, Rozdawco cierpienia!

Ręceś mi przekłuł i nogi

i krew mi cieknie z głowy,

a oto z Krzyża

zstępuje ku mnie w przechwalebnych ogniach

biały Serafin

i radość w serce mi leje

i z duszy śpiewne wytwarza narzędzie,

ażebym śpiewał i grał,

ażebym sławił i wielbił

Rozdawcę bolesnych stygmatów,

z których się rodzi Wesele

i Miłość...

I śpiewam i gram

do wtóru anielskich Zastępów,

mogących patrzeć w oblicze

Twórcy...

I śpiewam: bądź pochwalony!

A wy, stworzenia boże, słuchajcie mej pieśni

i chwalcie razem ze mną Tego, co was kocha.

Ty, słońce, przede wszystkim, zestrój swoje blaski

w hymn płomienisty,

albowiem przezeń nam świecisz

i przezeń siewców rozbudzasz,

ażeby ziarno siewali

na sytny1 chleb Ducha...

Długom–ci czekał na przedwieczne Słowo,

jakkolwiek we mnie było i poza mną,

we wszystkich drzewach i we wszystkich trawach,

w wszystkich jasnościach i wszystkich ciemnościach,

w róży i lilii,

w robaku i płazie,

w głębinach wody i w górach pustynnych,

w płaczu, nadziei, w uciesze i trwodze.

Długom—ci czekał, albowiem me plecy

okrywał jedwab i pasem błyszczącym

były ściągnięte me biodra

i drogocenne trzewiki

chroniły stopy me,

aby ich piasek nie zbrudził,

po którym stąpa — człowiek.

Długom–ci czekał, o Panie,

żądny się oprzeć na Twojej światłości,

albowiem w ręku moim była laska,

w kosztowny metal okuta,

a zaś w marzeniach sięgałem po berło,

by rozkazywać wszystkiemu, co żyje.

A oto dzisiaj spłynął na mnie zdrój

Łaski,

iż mogę

z wyciągniętemi rękoma

patrzeć w Krzyż

i z ran rozkosznych przelewać

krew.

I widzę twarz Serafina,

całą w ognistych rozbłyskach,

i słucham wiewu, któryś dał nam, Panie,

abyśmy przezeń rozumieli tchnienie

Twojej Istoty!...

I słucham szeptów, któreś dał nam, Panie,

w eukaliptowych koronach,

w cichych gałęziach oliwek i pinii,

byśmy w nich mieli oddźwięk tajemnicy

Twojego Bytu!

I słucham dzwonu, jak dzwoni

w sferach powietrznych, pełnych Twego Ducha,

wzywając ludzi i głazy

i ryby w rzece i ptactwo,

nim jeszcze zaśnie po gniazdach,

i mchy na dachach i zielsko w szczelinach

zwalonych bramic i schodów,

i te różowe cyprysy

na świętym miejscu umarłych,

i kości, złożone w ziemi:

aby ci bracia moi i me siostry

zmówili pacierz wieczorny,

aby na jego rozbrzmieniach,

na śpiewnych rozlewach dzwonu,

płynęli duchem ku Tobie...

Raduj się, serce, weselem

twojego Zbawcy!

Dzwoń, szumiej i szeptaj2 poszumem,

szeptem i dźwiękiem okręgów,

boś oto cząstką ich serca,

bo oto przyszło ku tobie

Ocknienie!

O miasto, z zimnych zbudowane głazów,

na których zorza przygasa!

Ciepło jest w tobie i ogień,

albowiem w twojem ubóstwie

kryje się Miłość!...

O moi bracia i siostry

z jarzmem na plecach,

z ciężarem konwi na głowie!

Już ja w rzemiennym przepasaniu swoim

nie mam–ci złota ni srebra,

już ja rzuciłem laski i trzewiki

i śpieszę ku wam ubogi,

tylko bogaty tym Słowem,

co mnie przy słońca zachodzie,

przy dźwięku dzwonów i przy szepcie traw

wyrwało z obierzy Zła.

Już ja się nie gnę przed Blichtrem i Próżnią,

lecz idę ku wam, aby jarzmo wasze

wziąć na swe barki

i, konwie wasze dźwigając na głowie,

nierozerwalny zawrzeć ślub

z wyzwalającą Miłością!

Zbliżam się ku wam, pragnąc razem z wami

i razem z wszystkim rodzeństwem,

co kwitnie, pełza i świeci i gaśnie,

mężnie anielską oślepiwszy bronią

Centaura Pychy,

zaśpiewać pieśń tę jedyną:

Bądź pozdrowione Cierpienie,

gdyż z ciebie rodzi się Miłość!

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Świecicie nad mrokami mojej siostry ziemi,

co, mając Jutro przed sobą,

nie umie zasnąć w łasce i spokoju,

a tylko w myślach się wije,

jakby, powstawszy rano,

rozpuścić wszystkie swe żądze...

I Zazdrość się zerwie

i będzie zazierała pod okna sąsiada,

zali nie bielszy chleb na jego stole...

A potem, przeklinając dzień, który ją zrodził,

pod fartuch schowa garnek z rozżarzonym węglem

i pójdzie go podłożyć między snopy zboża...

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Chwalcie wraz ze mną Miłość,

ażeby Chciwość

nie wyciągała pokurczonych palców

po kruszec drogi, schowany w piwnicach

zamków, ujętych w parów i ostrokół...

Albowiem wszystko jest marność,

blichtrem i próżnią

potęga możnych,

a błogosławion li ten,

który w rzemiennem przepasaniu swoim

nie nosi złota ni srebra,

lecz bosy, z odkrytą głową

idzie pomiędzy swą brać...

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Na lśnistych waszych drogach, w tęczach waszych blasków

rząd apostołów i świętych,

proroków i pustelników

i zachwyconych dziewic,

oczy utkwiwszy w Krzyż,

wyrzeczeń nuci psalm.

I słodkość mają w oczach,

na głowach kwiaty lilii,

krew z nich strumieniem ciecze,

a ręce ich oparte

na przewiązanych słupach,

na rozżarzonych rożnach,

na kołach żelazistych,

na mieczach i toporach,

a z warg im uśmiechniętych

wypływa zbożny psalm.

A tutaj, w mrokach ziemi, śród pałacu Zbytku,

na stopniach bazaltowych, pod urną z porfiru,

ciężki zasypia Przesyt...

O zwisłe piersi oparł

obrzękłą twarz i śpi...

Dłoń jego ściska puchar,

z niego się wino leje

na róże, pozrywane w wirydarzu3 wiosny!

O róże, siostry moje, o najmilsze dzieci

kochającego Twórcy,

co posiał was, by upleść niebiańską koronę

dla Przenajświętszej Panny:

przebaczcie, że was ręce dotknęły nieczyste!

O zbudź się, Grzechu grzechów, i patrzaj: tam Szatan

na barki wziął Rozpustę,

zbiegłą z uścisków twych,

i, skrzydła rozpostarłszy, wzniósł ją nad twój gmach

i rzuca z wysokości, sięgającej niebios,

na wieków wiek zamkniętych, w straszne widmo Sądu.

Słyszę:

anielskie huczą trąby —

widzę:

umarli wstają z grobów,

kłąb ciał w śmiertelnych kurczach

przeklina, ryczy, wzdycha

westchnieniem, od którego ślepnie przerażenie...

Potworne sznury wężów

wpiły się w potępieńców,

a czarny Szatan–zwierz

rozrywa ich widłami

i strąca w piekielny ogień.

A nad ostatnim szczeblem

drabiny Jakubowej,

na chmurze spłomienionej

siadł sprawiedliwy Sędzia

i sądzi złych i dobrych,

i sądzi tak przez wieki, długie, straszne wieki.

Zasię Bóg–Człowiek,

Krzyż dźwigający w jednej,

a drugą na swe blizny wskazując otwarte,

Cierpienia wzywa głosem,

aby ukochać Miłość,

gdyż ona li odwlecze

dzień Sądu...

A na maleńkiem ziarnku,

dokąd dotychczas nie dotarły jeszcze

grzmoty anielskich surm,

wykwita kwiat ostatniej,

najhaniebniejszej zbrodni:

tam Chciwość, Pycha, Zazdrość

do walki bratobójczej pogania plemiona.

Widzę:

leje się krew człowieka.

Wilk, szakal i hiena

rzucają legowiska.

Łuna za łuną bije,

sieroty płaczą głodne

i matka pierś rozrywa!

Widzę:

kalekom z rąk wyschniętych

na ziemię lecą krokwie,

a starce, bez podpory, daremnie oczyma

szukają oślepłymi, gdzie znaleźć kęs chleba.

A Dżuma, owinięta w szary, długi całun,

przebiega z kosą w ręku zagon za zagonem

i kosi resztę kłosów, których nie stratował

szalony, Miłosierdziu wrogi tabun wojny.

O biedni staruszkowie! o słabe sieroty!

O matki zrozpaczone! do was–ci ja idę!

O ziemio, siostro moja, rodzicielko Winy,

do ciebie ja przychodzę bez złota w rzemieniu,

pokorny i ubogi,

tylko bogaty tym Słowem,

co dziś przy słońca zachodzie,

przy dźwięku dzwonów i przy szepcie traw,

stało się dla nas orędziem pokoju!

O ziemio, siostro moja, żądna krwi i hańby,

do ciebie ja przychodzę,

bosy, z odkrytą głową,

i jarzmo twe i grzech twój i wszystką twą grozę

chcę dźwigać razem z tobą

i razem z tobą śpiewać

przedziwny hymn Miłości,

boć ona li odwlecze

dzień Sądu...

O bracie mój, księżycu, o siostry me, gwiazdy!

O róże, które dłonie zrywają nieczyste —

chwalcie wraz ze mną i z wszystkim stworzeniem,

z mym drogim bratem ogniem

i z siostrą moją wodą,

z wszystkim, co rośnie i pełza i kwitnie,

z wszystkim, co szumi i szepce i dźwięczy,

z wszystkim, co płonie i gaśnie

chwalcie, chwalcie, chwalcie

sprawiedliwego Sędzię,

który odwlecze dzień Sądu

przez Miłość...

Ręceś mi przekłuł i nogi

i w bok mi włócznię wbiłeś,

a biały twój Serafin

zstępuje ku mnie z Krzyża,

zaś na promiennym obłoku

ptaszęta wiją gniazda

i nucą...

Uciszcie się, ptaszkowie! Brat wasz pieśń chce śpiewać,

albowiem serce mu rośnie,

że może cierpieć Cierpieniem,

z którego rodzi się Miłość...

Że wyciągnąwszy ramiona

i zapatrzony w tę jasność,

opływającą ciernie,

zwite na Krzyża wiązaniu,

może dziś słuchać wiewów,

któreś mu dał,

abyśmy przez nie rozumieli tchnienie

Twojej Istoty —

że może słuchać tych szeptów,

któreś nam dał

w eukaliptowych koronach,

w cichych gałęziach oliwek i pinii,

byśmy w nich mieli oddźwięk tajemnicy

Twojego Bytu!...

Lub nie! śpiewajcie wraz ze mną

hymn jaśniejący, jak słońce,

gdy pada na tę łąkę, na te złomy stare,

na moje miasto rodzinne,

na grzbiety tych mgławych gór!

Chwalcie Go razem ze mną,

boć On wam dał skrzydła,

abyście mogły kąpać się w błękitach!

On to wam krągłe dał oczy,

abyście mogły patrzeć na ten Krzyż,

na Serafina twarz!

On wam dał bruzdy i miedze,

krzewinę głogu i wierzchołki drzew,

abyście miały gdzie spocząć!

On–ci tak swoim każe świecić żarom,

iżby się ziarna kruszyły

na zapas dla waszych spichlerzy!