Salve Regina

Zawitaj, Pani świata,

niebieska królowa,

witaj, Panno nad Panny, gwiazdo porankowa.

Wieniec Twą skroń oplata,

zwity z promiennych liści:

o niech się w nich nadzieja biednych ludzi ziści!

Biała jak śnieg Twa szata,

a z białego–ć łona

lilija Twą czystością rośnie ubielona.

A wąż, który na ziemię przyniósł śmierć, przez Ciebie

został podeptan na wieki —

Salve Regina!

Milczcie!

Nie do was idzie wielkie objawienie

od skalnych brzegów

tajemniczego jeziora,

nad którym okrąg zachodniego słońca

w olbrzymią, wiekuistą rozlewa się falę.

Nie dla was płynie pieśń,

co się w płomiennym urodziła krzewie,

święta, jak ranek wiosenny,

albo jak wieczór jesieni,

zapadający nad ciszą ugorów,

nad zwiędłą czerwienią drzew

i ponad próchnem pochylonych krzyży!

Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy:

wasze to tchnienie i wasza to krew,

wasze to serce w tym śpiewie —

Salve Regina!

Bliżej! bliżej!

O nie uciekaj przede mną,

ty rozmodlony pogłosie!

Wypełniasz cały świat

swoją przedziwną melodią,

a przed mą duszą ciemną

jak gdyby stanął nieprzebity mur,

o który się rozbija twój rozlew potężny

i głuchnie...

Po co ten przestrach i po co ten lęk?

Ponad głębiami nocy,

nad skrajem uśpionej ziemi,

oblasków niewidzącej, które idą z Życia,

smug się rumieni ognistego złota

i w jednej chwili ogarnia przestworza.

A k’niemu idzie Tęsknota,

jak druhna boża,

w wianku z oliwnych gałązek

i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłym ramieniu.

A w nim, w tym blasku, w tym ognistym złocie,

pali się milion dusz,

O których tutaj dawno zgasła wieść.

A każdą wieniec oplata,

zwity z promiennych liści —

nadzieja biednych ludzi w jego skrach się iści.

Biała, jak śnieg, ich szata,

a z białego łona

lilija ich czystością rośnie ubielona.

I każda węża głowę

depce swą białą stopą

i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa przesłodki hymn,

zasłyszan ongi — tak dawno, tak dawno,

ażeby o nich wieść

zagasnąć miała czas —

hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Ziemio! ziemio!

Tęsknota chodzi po tobie

w wieńcu z gałązek oliwnych

i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłym ramieniu.

I krople potu roni

i, dzierżąc kielich goryczy

w białej, zmęczonej dłoni,

klęka co kroku w swej drodze krzemiennej

i modli się, i płacze, i wzdycha, i modli...

A jej modlitwy i łzy

i te westchnienia głębokie

co krok się w przędze zmieniają pajęcze,

jak one włókna jedwabne,

porozwieszane na rżyskach

w październikowe dni

i na kończynach więdniejących traw —

na całym tym ogromnym, rozległym obszarze

mrącego świata...

O, wy, modlitwy i łzy!

O, wy głębokie westchnienia

naszej samotnej Tęsknoty,

poklękującej na krzemiennej drodze,

z kielichem goryczy w dłoni

i z czarnym krzyżem na wątłym ramieniu!

Zmieniacie w mgły się pajęcze

i, otuliwszy jej postać

w swoje rozwiewne przędze,

czynicie z niej by1 obłok, wstający z poranku

na wielkich obszarach świata,

i rwiecie ją z sobą do góry!

O wieńcu z gałązek oliwnych!

W wieniec przemieniasz się złoty,

w promienny wieniec gwiazd,

na skroni naszej Tęsknoty

i nad głębiami nocy świecisz, niepojęty!

O ty kielichu goryczy,

z twardej wykowan miedzi!

W alabastrową przemieniasz się czarę,

na zapomnianym ustawioną grobie,

pełną słodkiego napoju wieczności,

i do bezmiarów rośniesz niepojętych,

i sam się w napój rozpływasz,

i swoją wonią przepełniasz

duszę biednego człowieka!

O krzyżu na wątłych ramionach

naszej serdecznej Tęsknoty,

wraz z tobą dźwigającej tajemnicę bólu!

W skrzydła się zmieniasz anielskie

i wnet ją niesiesz ku blaskom,

lśniącym nad nocy głębiami,

ku onym dusz milionom,

o kórych tutaj dawno zgasła wieść.

Tam lśni jej biała szata,

a z białego łona

lilija jej czystością rośnie ubielona.

I depce węża głowę

swoją promienną stopą,

i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa przesłodki hymn,

zasłyszan ongi, tak dawno, tak dawno,

że miała zgasnąć czas

owa szarpiąca wieść

o tajemnicy krzyżowego bólu —

śpiewa swój hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Milczcie!

Nie do was idzie wielkie objawienie

od skalnych, cichych brzegów

tajemniczego jeziora,

nad którym czarne cyprysy

cicho schylają swe głowy...

Milczcie!

Płaczem i jękiem,

urodzonymi z nicości,

nie zakłócajcie tej pieśni,

którą śród dusz miliona

z białą liliją u łona

wieczysta śpiewa Tęsknota.

Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy!

Wasze to życie i wasza to krew —

ta pieśń wstrząsająca,

która swym świętym pogłosem

nie o świątynne łamie się sklepienia,

ale przez pola idzie, wielkie pola,

i zmartwychwstanie zmarłym daje kościom,

i we wiosennym uśmiecha się blasku,

i śnieg na łąkach roztapia,

i zwiędłe trawy w świeżą stroi zieleń...

Dlaczego płaczesz?

Nędza jest wszędzie!

Nędza w miłości i nędza w cierpieniu!

Łam się!

Nie masz spokoju?

Rozpękające drzewa twojej ziemi

nie przywabiają cię woniami swymi?

Uciekasz przed się2, aby szukać ciszy,

która twe serce usłyszy?

Nędza jest wszędzie!

W twym sercu jest nędza

i w tych zwaliskach zagasłego świata,

na które patrzysz zadziwionym okiem,

nie — tylko nędza!

Patrz! patrz bez końca!

Patrz na ten odblask ginącego słońca,

którego czerwień zalewa te łuki —

te poszarpane arkady,

te widma kolumn

i te dalekie kopuły!

Nie masz spokoju?

Wre w tobie echo pradawnego boju,

z którego wyszła zwyciężczynią Śmierć?

Jej li to sztandar powiewa ogniami

nad tym rozległym, krwawym widnokręgiem —

tam, nad tym gajem cyprysów i pinij3 ?

Łam się i patrzaj! folgi nie daj oku!

Z bezdennych głębin wieczystego mroku

jakiś wyłania się potwór!

Cicho, powoli

nietoperzowe rozpościera błony,

zakrywa zorzę ich ciemnią

i rośnie...

I kulistymi dwoma płomieniami

swych nieruchomych źrenic

patrzy ci w duszę i błony

nietoperzowe roztacza

i rośnie...

I grube wyciąga ramiona,

i, kulistymi dwoma płomieniami

patrząc ci w duszę, w otchłań ludzkiej nędzy,

w to nieustannych gniazdo niepokojów,

podważa glob ciemniejący —

Salve Regina! —

do piersi go tuli kosmatej

i miażdży — — —

Czemu uciekasz?

Czemu w przestrzenie dążysz, jak ta plewa,

którą wichr porwał z wymłóconych kłosów

i pustą rzucił w pustkowie?

Boże!...

Czemu uciekasz, jak ten blask gasnący,

gdy się rozprasza w ciemnościach?...

Nikt cię nie kochał?

Nikt ci krwawego nie otworzył serca,

abyś w nim duszę zanurzył

i, wykąpany w jego krwi płomiennej,

mógł wszechwidzącą odczuwać źrenicą

drgania tęsknoty i bólu,

rozlanych w wielkiej, świętej duszy świata?

I sam tęsknotą i bólem

drżeć, niby harfa eolska,

z słonecznych stworzona kryształów?

Drżeć, niby świat ten ogromny,

przeczuwający

nieskończonego bytu promienistość,

przez ból idącą, przez wielkie cierpienie?...

Boże!...

Nikt cię nie kochał?!

A ty, czyjąś duszę

tak umiłował, abyś mógł zapomnieć,

że jest granica między złem a dobrem?

W czyjeś ty serce spojrzał z taką wiarą,

aby jej siła mogła ci je rzucić

do twoich stóp nieskalanych?

Do stóp bożego wybrańca,

co serca podnosi

i twórczym swym tchnieniem,

nieskazitelnym i wiecznym przez miłość,

pył z nich otrząsa i zbawia?

Co je podnosi nad wzlot własnej duszy,

nad ból swój własny i nad swą tęsknotę,

i — niby święte tajemnicze słońca,

uwite z błysków przeczuć,

powstałych z Stwórcy i dążących k’Niemu,

pomiędzy gwiazdy je rzuca,

by niestrawionym promieniały światłem?

Nigdyś nie kochał?

Łam się!

Pomiędzy sobą a morzem miłości,

huczącym pieśnią potężnych zapomnień,

i przepotężnych pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia,

sameś piekielną budował opokę.

Rozbite ciosy swej duszy

na samolubny znosiłeś Babilon,

albowiemś sądził, że jesteś sam jeden,

i że nad ciebie nie może być — życia!

I wówczas Szatan stawał na twej wieży,

śmiał się ku tobie oczyma Pokusy

i, pełną kłamstwa czarą swych przyrzeczeń

ubezwładniwszy twą duszę,

kazał ci jedno: abyś kochał siebie!

kazał ci jedno: abyś wierzył w siebie!

kazał ci jedno: abyś zbawiał siebie!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co wielbiły miłość!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co głosiły wiarę!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co brzmiały nadzieją!...

A poza tobą — jak blisko! jak blisko!

huczało pieśnią potężnych zapomnień

i przepotężnych pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia

to wielkie, święte, jasne, nieskończone

morze miłości...

Łam się!

A gdy w odległych przepaściach twej duszy

jęły się budzić echa tego Słowa,

co w płomienistym rodziło się krzewie —

kiedy od brzegów tajemniczej wody

szum dolatywał przedwiecznych objawień,

poszeptujących tajemniczym głosem,

ażebyś kochał — cierpieniem,

naonczas Szatan tę twoją opokę,

twój samolubny Babilon,

w Górę przemieniał Oliwną.

I w szacie Zbawcy,

z Sfinksa obliczem, na którym wyryto

nieodgadniętą zagadkę boleści

i rzeczy przyszłych dalekie widzenie,

pełne wyrazu smutku i tęsknoty,

klękał w oblaskach4 księżyca,

na współczujące słaniał się rozłomy,

i z rąk anioła brał kielich,

i krwawym zlewał się potem,

i modlił się i płakał i wzdychał i modlił...

A gdzieś od strony Jeruzalem nędzy,

gdzieś od Syjonu zbrodni,

od źródła i ujścia Bytu,

gwar przypełzywał5 na łunach,

urągających wieczystemu Światłu,