Z Tatr

Na szczycie

Na krawędzie przepaści, ponad turnic załomy,

Tu, gdzie orły jedynie tulą skrzydła znużone,

Hej! wspięliśmy się dumnie i w błękitów ogromy

Wzrok topimy zuchwały i dłoń wznosim po słońca koronę.

Dla olbrzymów te szczyty, a dla karłów poziomy!

Gardźmy płazem, co nie śmie nawet spojrzeć w tę stronę!

W ten krąg złoty wpatrzeni, w znak sił naszych widomy,

Zakochajmy się w sobie! wszak jesteśmy, jak blaski wcielone!

Tak nam duszę rozpiera tężna szczytu ponęta

Tym szaleństwem radości, że zrywamy już pęta,

Co nas łączą z brzemieniem nędz padolnych, tak wczoraj odczutem...

A od nizin, zasłanych pobitymi zbożami,

Po sinawej mgieł fali płynie powiew za nami,

Jakby echo jękliwe, i do serca się wkrada wyrzutem...

Orzeł

Królewski, dumny ptak

w majestatycznej pysze

Na turniach uwił tron,

skrzesanych ręką burzy:

Stąd, w słońca lecąc szlak,

w błękitach się kołysze,

Przecina niebios skłon,

lub w chmurach się zanurzy.

Ziemia w pogardzie dlań,

w granice zwarta ciasne!

W nieskończoności głąb

na zawsze snać się rzuci...

Już traci z ócz swą grań,

z ócz gniazdo traci własne,

Na ten skalisty zrąb

snać nigdy już nie wróci!

Leć, duszo, za nim w ślad

z uwielbień skrą w źrenicy!...

Cóż to?... Rozpaczny ból

powietrze krzykiem trwoży...

To orzeł z wyżyn spadł

i wpił się w kark kozicy!...

Popłynął krwawy zdrój

po śniegów runi świeżej...

Ha! ten obłoków król,

słonecznych pan przestworzy,

Żyje, jak zwykły zbój,

i z mordu i grabieży...

Wiatr halny

I

Huczy nade mną halny wiatr... Daleki

Wprzód mnie dochodzi szum i świst, a potem

Z jakimś pogwarem, z trzaskiem i łomotem

Ciężar się kładzie na wysmukłe smreki1.

Od razu kłody o grubości snopów

Gną się w mych oczach, jak źdźbła lichej słomy:

Tak igra nimi głuchy, niewidomy

Gość, co od skalnych wlecze się przekopów.

Idę, wciąż idę po jęczącym borze...

I choć spotykam pnie, wyrwane z ziemi,

Ten szał, w błękitnym zbudzony przestworze,

By giąć i walić, strachu mi nie wlewa

Do głębi wnętrza: Radbym siły swemi

Zmierzyć się z wichrem, jak te wielkie drzewa

II

Miałem–ci w sobie ongi moc czuwania,

A dzisiaj senność ogarnia mi ducha:

Gdzie życie wrzało, tam dziś pustka głucha,

Gdzie słońce było, chmura blask przysłania.

Jakowaś boleść, jakaś zawierucha,

Co słabym bytom pewną śmierć wydzwania,

Niech, jak halnego wiatru straszne grania,

Wstrząśnie istotą moją: Jest–li krucha,

To po niej żalu nie będzie... A jeśli

Nieprzełamana wyjdzie z tych zapasów,

To razem z wichrem taki szlak zakreśli,

Że zetnie na nim smreki swym oddechem,

Sił pozbawione dla idących czasów,

A to, co mocne, odpowie jej echem.

III

O wichrze halny! Cóż, że przelękniona

Chowa się koza przed twojej potęgi

Wiewem niszczącym? Sam orzeł, co kręgi

Toczy podniebne, tuli się do łona

Szczelin turniowych, bo królewskich skrzydeł

Jędrna rozpiętość nie wytrzyma próby...

Strącaj kozice, ty posłańcze zguby,

I orły chwytaj w oka swoich sideł

I miażdż o skały, i, jak łan, pokosem

Bór położywszy, hucz szaleńczym głosem —

Razem z mą duszą hucz i świszcz radośnie:

Cóż, że z ginących strumień krwi popłynął?

Wszak nie ma szczęścia tam, gdzie życie rośnie?!

Niech świat przepada, na to on, by zginął!...

IV

Huczy nade mną halny wiatr... Na drogi

Jego przemocy, po których zagłada

I ból pośpiesza, duch się mój wykrada,

Świeżo uskrzydlon, żądny łez i trwogi.

A od hal bujnych płynie jęk złowrogi —

Rozpacz łkająca, że wichr pobił stada

I porozrzucał koleby... I blada,

Z włosem rozwianym i z drżącemi nogi,

Postać juhasa2 przed oczy mi stanie...

I, niby orzeł z podciętmi pióry,

Krwią skrapiający swe rodzime granie,

Duch mój do smreków tuli się bezwładnie

I naprzód czuje strach i żal ponury,

A potem znowu — senność go opadnie...

Krzak dzikiej róży w Ciemnych Smreczynach

Żonie poświęcam

I

W ciemnosmreczyńskich skał zwaliska,

Gdzie pawiookie drzemią stawy,

Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy

Na plamy szarych złomów ciska.

U stóp mu bujne rosną trawy.

Bokiem się piętrzy turnia3 śliska,

Kosodrzewiny wężowiska

Poobszywały głaźne ławy4...

Samotny, senny, zadumany,

Skronie do zimnej tuli ściany,

Jakby się lękał tchnienia burzy.

Cisza... O liście wiatr nie trąca,

A tylko limba próchniejąca

Spoczywa obok krzaku róży.

II

Słońce w niebieskim lśni krysztale,

Światłością stały się granity,

Ciemnosmreczyński las spowity

W blado błękitne, wiewne fale.

Szumna siklawa5 mknie po skale,

Pas rozwijając srebrnolity,

A przez mgły idą, przez błękity,

Jakby wzdychania, jakby żale.

W skrytych załomach, w cichym schronie,

Między graniami6 w słońcu płonie,

Zatopion w szum, krzak dzikiej róży...

Do ścian się tuli jakby we śnie,

A obok limbę toczą pleśnie,

Limbę, zwaloną tchnieniem burzy.

III

Lęki! wzdychania! rozżalenia,

Przenikające nieświadomy

Bezmiar powietrza!... Hen! na złomy,

Na blaski turnic, na ich cienia

Stado się kozic rozprzestrzenia;

Nadziemskich lotów ptak łakomy

Rozwija skrzydeł swych ogromy;

Świstak gdzieś świszcze spod kamienia.

A między zielska i wykroty,

Jak lęk, jak żal, jak dech tęsknoty

Wtulił się krzak tej dzikiej róży.

Przy nim, ofiara ach! zamieci,

Czerwonym próchnem limba świeci,

Na wznak rzucona świstem burzy...

IV

O rozżalenia! o wzdychania!

O tajemnicze, dziwne lęki!...

Ziół zapachniały świeże pęki

Od niw liptowskich, od Krywania.

W dali echowe słychać grania:

Jakby nie z tego świata dźwięki

Płyną po rosie, co hal miękki

Aksamit w wilgną biel osłania.

W seledyn stroją się niebiosy,

Wilgotna biel wieczornej rosy

Błyszczy na kwieciu dzikiej róży.

A cichy powiew krople strąca

Na limbę, co tam próchniejąca

Leży, zwalona wiewem burzy...

Cisza wieczorna

I

Rozmiłowana, roztęskniona,

Hen! od wieczornej idzie zorzy

Zamykać Tatry w swe ramiona.

Przed nią zawiewa oddech boży:

Wonie jedliczne i świerkowe

Ze swych lesistych wstają łoży.

A ona tuli jasną głowę

Do Osobitej7, by wraz potem

Kłaść ją na piersi Giewontowe.

Po reglach muśnie li przelotem,

Czoło Świnniczne8 w żar rozpali

I Hawrań9 zleje krwawym złotem.

Tak mknąc po szczycie i po hali,

Z ogniem tęsknicy ginie w dali...

II

Płonie kamienna Tatr korona,

A cisza siada między granie,

Rozleniwiała, rozmarzona.

Nad przepaściami niema stanie,

Senność przelewa w mgieł opary,

Po skałach wiesza zadumanie.

Ani się ozwie bór prastary:

Ona milczeniem gniecie smreki10,

Unieruchamia ich konary.

Przez cały przestwór, przez daleki,

Głuchą za sobą tęskność wlecze,

Snać11 dźwigającą wieki... wieki...

Za nią, jak zdrój, co ledwie ciecze,

Snują się ciężkie myśli człecze...

III

Owiana mgłami różowemi,

Przystaje w drodze zalękniona,

Przykłada ucho swe do ziemi:

Nic!... tylko gdzieś tam echo kona,

Tylko przygasa obłok krwawy,

Tylko blednieje Tatr korona.

Pomrok osłania skalne ławy,

A od nich płynie do stóp ciszy

Li jednostajny szmer siklawy12.

Czasem zaklęty las zadyszy,

Albo wystrzelił krzyk pastuszy

I zmilkł... I ona znów nie słyszy

Nic w tej przelękłej, mrocznej głuszy

Nic, prócz pojęku twojej duszy...

IV

Rozmiłowana, roztęskniona,

Schodzi powoli od miesiąca

Zamykać Tatry w swe ramiona.

Po halach srebrne krople strąca,

Srebrzy potoków seledyny,

Ciche pacierze szeptająca.

Upłazy tuli w całun siny,

Szkliwy, jak przędze te pajęcze;

Blask żenie srebrny na gęstwiny;

Blask żenie srebrny na przełęcze,

Na wirchy, kopy, na grzebienie,

Na przepaściste ścian poręcze —

Blask naokoło srebrny żenie,

Z nim wyczerpanie i omdlenie.

V

Opadły Tatry i omdlały,

Gdy na nie cisza rozmarzona

Płaszcz zarzuciła wiewny, biały;

Gdy rozpostarła swe ramiona —

Srebrnej rozświetli mgławe smugi

Garnące czoła gór do łona:

Jak pas szeroki, jak pas długi,

Od Lodowego13 do Krywania14,

A z nimi puszcze, stawy, strugi,

Szczyt się przy szczycie ku niej słania...

Ona omdlenie wciąż rozsiewa,

Aż w tym bezkresie wyczerpania,

Tuląc się gdzieś do limby15 drzewa,

Sama wraz z bólem twym omdlewa..

Taniec zbójnicki16

Baco nasz! baco nasz!

Dobrych chłopców na zbój masz!

A nasze ciupagi

Ciętsze, niż ten nagi,

Biały pałasz wraży17

Orawskich husarzy! Hej!

Baco nasz! baco nasz!

Dobrych chłopców na zbój masz!

Dobrzy chłopcy w domu nie usiedzą,

Pomkną lasem, pomkną skalną miedzą,

Do bielonej polecą Orawy

Na biesiady, na krwawe zabawy,

W ślady za orłami

Polecą turniami,

Z wyostrzoną bronią

Kozice przegonią! Hej!

Ani my porteczek, ani my cużeczki18,

Kiej wypasać musim te cudze owieczki,

A han! za wirchami19, za naszemi hory20

Pełne złota, srebra spichrze21 i komory,

Hań! odmierzowają dukaty na beczki,

Kiej my ni porteczek, ani też cużeczki!

Hejże, chłopcy, hej !

Z wirchów, hal i kniej22!

Za bukowy las,

Za bór jaworowy,

Hań–ci23 czeka nas

Pieniążek gotowy —

Na cużeczki,

Na porteczki

Złota, srebra w bród!

Hejże, chłopcy, hej!

Z wirchów, hal i kniej!

Wyszły na polany

Liptowskie barany:

Do liptowskich trzód

Kany24 droga? Kany?

Kany idzie perć25

Przez życie czy śmierć?...

Z buczaka26 na pniaka

Z jedliczki27 na smrek,

To droga junaka,

To–ci jego bieg!

Wirszyczkami,

Turniczkami28

Idzie jego perć

Na życie, czy śmierć! Hej!

*

Hej–że, chłopcy, hej!

Z wirchów, hal i kniej!

Już w dolinach ptacy pieją,

Już się buczki zielenieją,

Na Świnnicy, na Zawracie,

Naszym zamku, naszej chacie,

Biały śnieżek ginie!