bólion w kostce
apokalipsa przymierza
Sen nasiąknięty starożytnymi nazwami
labiryntów dawno rozpadłych w łatwe odpowiedzi
Każdego zdania żałując i oblewając się rumieńcem
szerokie uśmiechy noża na wilgotnej skórze
Południe wyszło spod oczu i zamieniło pokój w ogród
grad promieni o których wiem bardzo dużo
dłużyzny onirii1 zaklęte w pomniki każdej powszedniości
Wszedłem więc haszysz cichych stąpnięć,
walący się na głowę strop krople ciepłe i delikatne
Nie było tu już nic do zrobienia
pobudka
ranek budzi się całymi godzinami od pierwszego znaku przez całą pudełkową wędrówkę w głąb niestworzonych a istniejących aż do kompletnego przebudzenia
stojący na stole budzik grozi kacem i zębami godzin w kolejnych coraz nieznośniejszych przeocknieniach ranek wgnieciony pomiędzy materac a kołdrę nie rusza się
leżąc tak szuka znajomości wzwodu żeby uchwycić się wśród współrzędnych gwałtownie pozwala nieświadomej ręce kierować wyprawą
ranek siedzi długo na łóżku ciągle mediacyjny jest u siebie to znaczy zardzewiałe słońce w twarz trzeba wyłączyć bo drewniany dom karkołomne kategorie kartek trzeba wyłączyć czerwone zanim wypali na nim znak
jednoznaczy zanim zostanie zjedzony zanim nie poznaczy więcej na zębach koszulach skórze
jest u siebie ale nie tylko tu jest więc nie ma go gdzie być powinien — to dyskomfort sylogizmów
ranek jak larwa nieznanego owada toczącego skórę po owalach bioder
syf w gębie (mimikra) zaszczotkował miętą (ciągnęło nim jak rozpostartym na proszek prześcieradłem do sztywności krochmalu scalenia przędzy)
daleko od okien do oczu leży
to prawda zostały posypane talkiem linie papilarne
w całun owinięty ranek palił papierosa ból w jądrach
Papieros
Cave canem2 wyryte na cerberze3 tekturki
Ministerstwo zdrowia ostrzega że trzeba się przywiązać
łańcuchem i krzyczeć żeby ci nic nie zrobili
Gryzące zestawienia kolorów czy nie chcesz być pogryziony
Dyskretnie opuszczona samotna wzmianka o głębokim brązie tytoniowych liści pod powiekami
Cave Cannae4
Strach wszystkiego oprócz strachu goryczy w ustach
Zdeprawowanego do szarości niebieskiego dymu
Dokumentnie
Jestem swoim zdjęciem
Rozwalonym feerią
Niedobłysków nieutrwalonego materiału
Połyskliwej skóry papieru
Przedartego na pół
Metra pod ziemią zgniłego
Wizerunku aż do strzępków kości
Drzewiącego snem semanu5 trupa
Jestem swoim zdjęciem z krzyża
głód
zastawiony stołami na trudne do przejścia do przeżycia rzędy zębów krzeseł mielących na witaminy węglowodany tłuszcz bardzo dużo mięsistego włókna trochę benzoesanu i glutaminianu sodu
głód na jeszcze trochę sałatki proszę na tort bezowy i na chyba jeszcze jedną filiżankę kawy
głód zamknięty w obwodach scalonych jelit opasujących szyję gastrycznych dwutaktów
głód na do czysta wyprane plamy po bardzo czerwonej benzynie 98 po krwi miesięcznej po mleku pod nosem po szarych strzępach plam na słońcu
głód na sól attycką6 na baton czekoladowy na pięć pestek pomarańczy7
głód całkiem syty bo całkowicie nasz bo scałkowany aż do lądowania na księżycu do libido eksplodującego na walizce uranu czy jeszcze dalej w międzygalaktycznej przestrzeni
głód jak kanapki w pociągu jak kanapy w pulmanie i jak nielegalny papieros na peronie ołtarzu ognia parowozowego
przegadany na kwaśną kacem papkę głód zmielonych i wysuszonych na słońcu kęp kwiatostanów dwuletniej byliny
głód w nabrzmiałym sokami brzuchu brzemienny w doświadczenia rozcięty skalpelem wyabstrahowany ze splątanych lin okrętowych puszczony na głęboką wodę formaliny
głód wypadły z obiegu zdenominowany i zakopany w garnku z sosnowych desek
rośnie
głód dryfuje przez Ocean Spokojny starą drogą wyląduje i zdobędzie kraj który też dryfował przez ocean w walce bez strat i zysków
głód rośnie na pociechę i strapienie będzie dobrym dzieckiem
głód aż do wytrzeszczu oczu zdumionych rozciągliwością ścian pokoju i żołądka umeblowanego przez coraz to innego stylistę
opakowany w bardzo duże pudła o połowę tańszy i jeszcze 20% gratis głód w prezerwatywie w torbie jednorazowej w jednorazowej strzykawce
zarażony ale wyleczony na samobieżnym wózku inwalidzkim przestrzegający przepisów drogowych i ograniczający palenie głód każdego dnia uczy się pięciu nowych słówek i ma kłopoty z ich zapamiętaniem
głód ma wielkie oczy
Memorandum
Człowiek na słońcu nakręcał zegarek
Tytanowe szczudła gięły się jak sprężyny
Grzęzły w stygnącej magmie
Rany pojawiały się znikąd przekwitały szybko ścierane kredą gąbki
Krajobraz cięty na pomocnicze kwadraty zbrojonym szkłem worgli8
Trzask wrzask mżawka
Kobiety kładły się pod postumentem on zwinięty wokół wyciągniętego w ręce dysku
***
pomyśl. każdy uśmiech będzie trwał godzinę
na bis alleluja boże ciało coraz bliżej
po zmroku wszystko będzie święte dziesięciu zmarłych zastanowi ludzki komplet praw
da nam czas do namysłu
każdy uśmiech znajdzie nas i wsadzi do więzienia
każdy sąd nas uniewinni i obetrze chusteczką higieniczną
zagryzione wargi krew w zębach fusy w zębach język w zębach
potem obrót i lądowanie wyciągam rękę lakierki lekki opór niewoskowanej podłogi
wszystko podkłada się my raz dwa trzy cztery raz
pomyśl. każdy uśmiech może trwać godzinę
wypadek
Poleżało na łóżku
Nie takie rzeczy nam wypadały
Z kieszeni i nie takie rozmowy przez telefon
Staczaliśmy mówiąc że nic nam nie jest
Nie takie rzeczy z curriculum vitae
Wypadało wyrysować
Bo tak wypadało się tam siam dokądś
Na czyjeś łóżko
Leżąc przez wieki aż się znalazło
To tamto ale też tak że na plecy na bok
Na boczny tor
Z zatrzymanych pociągów bo semafor stacja kontrola drogowa się wysiada
Nie wiem dlaczego tak jest
Po prostu słowa że
Znaleźliśmy się w sytuacji
Od razu nam lepiej bo tak wypada wypada nam coś i coś
Na łóżko
dionizos9 się wiesza
teraz to mnie zajebiesz albo cię oszukam
dionizos zawiązuje na futrynie sznurek i oblizuje wargi
klękam i sączę bardzo obcy język
tej rozpusty bez rozumu nie zniosę puszczam
ostatecznie dionizos wiesza się
kręgosłup ucieka ze mnie szeregiem pereł zakładam
że sztywny płaszcz logiki a ja mięknę przed uderzeniami propagandy
twój język i moja ręka — z nasienia — chrzan
szara skóra świtu ja świdruję cię wzrokiem pusto
***
w oczach — nów
na rękach resztki gipsowego odlewu przykrywane powoli mydlaną pianą
strumień wody spływający wzdłuż kapitolów10 kolumn twardo stojących na ziemi baz
mokre ciało wytarte do sucha ręcznikiem
woda mieszana z białym proszkiem na kolejną pozycję do kalendarza dni nieruchomych
węch nieczuły na drażniące chemią zapachy pracowni
słuch nieostrzeżony przed trzaskami zakłóceń
nie ma żadnych zakłóceń
w oczach — nów
w oczach — nów
białe wapno jak szczelny płaszcz apatii
szczelny płaszcz apatii jak białe wapno
symetria jest idealna sen i bezczelność
pokryte bladym strachem pleśnią konfitury w niedokręconych słoikach
słoje z formaliną i posypane mąką słoje przekrój poprzeczny pnia
drzewa rodowego
cisza cisza
w oczach — nów
złoża
główne wydanie wiadomości oprawione w tekturę na tuszki trzewia etc.
kilka kilo a może kilok kila sądząc po percepcji
w appendyksach słowniki i encyklopedie
bardzo dużo pominiętych przez nie słów mielonych na kropki i przecinki
pomiędzy terminami niezrozumiałymi i niedotrzymanymi do
końca w rozpostartych trzy razy na krzyż bezradnością rękach
skylla i charybda11 jak nazwa hiszpańskiej maszyny tortur
to tylko historia filozofii
na której pożółkłe strony nie pomoże pranie mózgu
przecież nie jest z nami tak źle
będziemy kręcić korbą młynka kobrą będziemy fletem świdrować czyjeś zdumione oczy
zachwycimy się czystym tonem prostych i prostopadłych na ziemię kolumn
zarzucimy się kalumniami na szyję
zawiśniemy snem nad podłogą
zakrzyczymy płótno pełną garścią czarnej farby
nie będziemy oszczędzać niczego sobie nie oszczędzimy
kobiety będą nas kochać
odpowiemy im w słowach złożonych
grubą czcionką
obole12 będą nam zgrzytać w zębach jak piasek
na ciałach dość złożonych do grobu
świadectwo dojrzałości
Będziemy się egzaminować z tańca nowoczesnego
ze stopnia rozdrobnienia na stopnie
na piętra świadomości społecznej
Pospołu będziemy wykuwać wiadomości
o dłutach klinach i formach w jakie da się oblec marmur
Będziemy się egzaminować z kroków drobnych
po krwistych chodnikach (żelazo żelazem ogień ogniem)
Będziemy pisać o detalach Dedal13
był głupkiem total jest niebezpieczny
Naszą bohaterką będzie heroina
Oklaskiwana dewotka religii nieodwracalnych
narzędzia
prawda leży pośrodku ma rozwarte nogi
dwa ostrza przebite gwintowanym bolcem
boli
prawda jak ściągnięte z nieba konstelacje
jak ścięgna i starannie ogryzione
łuki przyporowe chude filary
witrażem zaznaczone rozety źrenic
mięso załadowano na napuchłe ciężarówki
ciężki jak skrzydła smród
za ciężarówkami goniły dzieci ale oczywiście nie zdążyły
zdarzenie przeszło bez echa zniknęło w bramie za bramą zabrane
do wyjaśnienia
mięso nie ma właściwości liber liebe14
mięso jest drogie
rodzę
grudzień
za wołominem kwitną bagna zamiast
żeby nas zamrozili. nie posłuchałem cię moje ręce pachną
jak twoje piersi (dlaczego drapią pod moim językiem?) choć
nie powinny. zwijam koc jest prawie zielony od trawy
trwam w uporze który nic nie da. chodź. kwiatów mamy już
styczeń
gubisz te kolczyki ostatecznie. chmury pustoszeją
ja się nawrócę. przylepię ucho i postaram się nie skaleczyć
choć najgorsze są powroty. siadam z widokiem sam na
fabrykę o sławie krematorium. wyciągam ręce
luty
w pałacu namiestnikowskim. cały świat na chwilę zamarł
zastrzelono. trzymam cię przez chustkę w strumieniu amfibrachów15
pobożnie potocznie i za słowo. zieleń z purpurą w środek postu
a dopiero przygrywka. wreszcie kończy się błysk fleszu
i możemy zacząć. wyrzucą
marzec
rozpoznaję pierwsze dźwięki (trzy rodzaje westchnienia
i szelest kartek) i zaczynamy mieć nadzieję. w gorcach przebiśniegi
w głowie najczystszej wody tandeta. omal cię nie zgwałciłem
na szczęście kłamię bezwiednie. staram się zrozumieć szum
kwiecień
po koncercie wymiotuję do dwóch konch przy wejściu
teatru wielkiego. bardzo brakuje metafor
***
Nie liczcie na samogłoski wy głaz
Oczu postawionych w solny słup16
A pod cyrklem pierwszej litery
Kotłują teorie w aortach sprężonym tlenem
Pierwsze morze pierwsza utopka pierwszy trup
Rozbite Rozdziały17
etiuda
Rozbili rozdziały na sale
na korytarzach bili na odłamki
kawałek po kawałku
Na a na b na befsztyk
dzielili półtusze batalionów
nas działających rozstrzelali z dział
stawiając zbite ledwo skrzynki naszych mózgów przed: — Patrz, pastisz.
Zdzieraliśmy z siebie ramy wyrośnięte
nasze oczy rozsypywały się na
i na
i na
nas, na snach wyspanych wysypali na
Strach
Jak formalina
Jak piasek w jarzeniówkach.
Etiuda okolicznościowa na ścięcie księżyca
Leżałem na łóżku już spać
byłem świeżo po magicznym oku bo oczy rysowałem na trzech planach schematyczny skrót perspektywy światło gwiazd oczu oko
Prosta łącząca mnie z nimi
Na szybie odblask — nic nie wiem
o kilka metrów od okna wychylam się jak strzałka barometru jak barman wśród strzelców
Strzał Zimny pocisk Chronić źrenice
koc drży noc drgnieje
mój rechot przeciągnięty tak żarem chichrał troll
przetrawione trafienie w sam strach
Podpaskę zmienia kobieta!
Kobieta schyla się patrzy na krew wrzuca do kosza na śmieci
(A!)
Kołysze się klapka śmietnika
kołysze się
śpi
Kobieta na zawsze traci krew z oczu i świeci dwojgiem szklistych białek
zlewających się w jedno jak wódka z mlekiem
***
Nie zaśniesz śmiejąc się
ani wykrzywiając twarz aż krzykniesz
nie śmiesz drgnąć zgarbić się z sobą
z nikim znikniesz z pola widzenia w lawę w lawinę
nie wiń się: in vino veritas18 Satyra w
Nie zaśniesz śmiejąc się
Spać
1
Na wysuniętych w przedpokoje łóżkach nowy sen
Jak diody kolorowy jak diady lukrowany jak durna hipostaza19
A przecież
Przez wyżymaczkę snu przeciśnięty
Sunący przez sale białą sanną snu
Salwujący się świstem twarzy w ścisk matek mam
Zawsze ten sam senny śmiechu arsenał łask
Arszenik zamkniętych oczu
Jeszcze tysiąc innych maszyn obronnych gambitów defensywnych zagrywek
Robaków wielkich i majestatycznych jak obraza majestatu jak rak prostaty
Sporadyczne przypadki dżumy czarne perły pcheł chitynowi
robotnicy czytający Kierkegaarda20
Rekwizytornia
Kroków raz w przód dwa w
Stało się
Słowa jak domy wgryzają się między kamienie Gwizdów wygwiażdżonych na refleksję
Refleksy białych nocy na szkle rżniętym w doskonałą przezroczystość
Zaciśnij wargi powiek powiedz nie nie mów
2
Pokój poprzecinany nitkami igłą zszyte dzbanki lalki lampy oddziały tekturowych okładek
Powiązane cyfry ze szramami wszystkie czasy świata farby i żłobienia ścian
Jeden idealny kształt
Korpus na płótnie leży
Ręce przepływają w tułów zmęczony kwiat gładko opiętej skóry
Globusów przebijanych drutem sznurów korali jak magazyn wydawnictwa kartograficznego
Nikt rozsypanych nie zbierał
Marszem oś świata przechodziła przez źrenicę jak wiertło
Smoki żywiące się białym peryferyjnym piaskiem
Szarym brązowym najżyźniejszym czarnoziemem piach w oczach
Oczy w piachu!
Na drut globusów nikt nie wbijał
3
Biedne głowy
Znające nadgarstki madonn ich długie palce zatrzaśnięte w
rodowych pierścionkach w pieczęcie na złożonych
kartkach
Karnawał w dudnieniu bębnów i czyneli
Głowy co tkwią w swoich miejscach zamiast świecić
Są kratery o których nie mówią
Usta zajęte opisywaniem wysoko zadartych głów
Opasywaniem językiem rozpasanych wszechnic zaoranych łąk
Są kratery w których przewieszone i opatrzone nową metką głowy
Wbijają gwoździe wzroku w ziemię
Ślepe odnogi ascetów i śpiewaków Nienaruszone nakazy
Elektryczny nóż tnący wolę na harmonijne krzywe
4
Spirytualny obrzęd snu dla
Czego nie widać