rodzę

grudzień

za wołominem kwitną bagna zamiast

żeby nas zamrozili. nie posłuchałem cię moje ręce pachną

jak twoje piersi (dlaczego drapią pod moim językiem?) choć

nie powinny. zwijam koc jest prawie zielony od trawy

trwam w uporze który nic nie da. chodź. kwiatów mamy już

styczeń

gubisz te kolczyki ostatecznie. chmury pustoszeją

ja się nawrócę. przylepię ucho i postaram się nie skaleczyć

choć najgorsze są powroty. siadam z widokiem sam na

fabrykę o sławie krematorium. wyciągam ręce

luty

w pałacu namiestnikowskim. cały świat na chwilę zamarł

zastrzelono. trzymam cię przez chustkę w strumieniu amfibrachów1

pobożnie potocznie i za słowo. zieleń z purpurą w środek postu

a dopiero przygrywka. wreszcie kończy się błysk fleszu

i możemy zacząć. wyrzucą

marzec

rozpoznaję pierwsze dźwięki (trzy rodzaje westchnienia

i szelest kartek) i zaczynamy mieć nadzieję. w gorcach przebiśniegi

w głowie najczystszej wody tandeta. omal cię nie zgwałciłem

na szczęście kłamię bezwiednie. staram się zrozumieć szum

kwiecień

po koncercie wymiotuję do dwóch konch przy wejściu

teatru wielkiego. bardzo brakuje metafor

Przypisy:

1. amfibrach — trójsylabowa stopa rytmiczna z akcentowaną sylabą pośrodku. [przypis edytorski]