Wyznania
Wyznania
Tom pierwszy
Od tłumacza
„Osobliwe zjawisko! Jedyne wprost w naszej literaturze, a nawet, jak sądzę, we wszystkich literaturach świata. Ten włóczęga, próżniak, samouk, który po trzydziestu latach majaczenia na jawie wpada jednego dnia w najświetniejsze społeczeństwo Paryża XVIII stulecia i sprawia w nim wrażenie Hurona1, ale Hurona prawdziwego i brzemienniejszego w konsekwencje niż ów Wolterowski; występuje pierwszy raz jako autor, mając pod czterdziestkę; pisze, w ciągu dziesięciu lat i wśród cierpień fizycznych prawie nieustannych, trzy czy cztery książki — ani zbyt tęgie, ani zbyt bogate w myśli, ale przynoszące z sobą nowy sposób czucia i jakby jakiś dreszcz dotychczas nieznany; który później zanurza się w powolne szaleństwo — i który, dzięki tym kilku książkom, mocen jest przekształcić po śmierci literaturę, historię i zmienić koryto całego życia narodu, do którego sam nie należał — cóż za niesłychane wydarzenie!” Tym okrzykiem zdumienia rozpoczyna J. Lemaître swoje mistrzowskie studium o Janie Jakubie Rousseau.
Wydarzenie istotnie niesłychane! Bardziej może jeszcze, niż się na pozór wydaje. Oswoiliśmy się już z brzmieniem imienia Jana Jakuba, tak że dziś wystarcza wymówić to imię, aby w nas obudzić stokrotne echa i pogłosy. Gdyby jednak było możliwym odłączyć w sobie bezpośrednie odczucie od literackiej tradycji, prestige’u imion i świadomości ich wpływu i w ten sposób odczytać Umowę społeczną, Nową Heloizę i Emila, trudno byłoby zapewne odgadnąć, że jedno z tych dzieł było owym dynamitem, który w kilkanaście lat po śmierci autora eksplodował w wielkiej rewolucji, drugie stało się czarodziejskim źródłem, z którego miała trysnąć fala romantyzmu, trzecie sprawiło, iż pielgrzymki wiernych ciągnęły do azylu „filozofa”, szukając u niego kabalistycznego2 słowa, kreślącego wytyczne linie wychowania nie tylko ludzi, ale i całych narodów.
Wykazać, iż fundamentem myślowym tych epokowych dzieł była przeważnie niedorzeczność, jest to zadaniem łatwym i nieraz podejmowanym; co dowodzi tylko, że mechanizm ludzkości, zwłaszcza w jej przełomowych momentach, czym innym się rządzi niż prawidłami rozumu i gdzie indziej szuka swoich dźwigni. „Nowy sposób czucia i dreszcz dotychczas nieznany”, potężne walory emocjonalne, jakie wniósł w społeczeństwo w epoce, gdzie na wierzchu królowała myśl, doprowadzona do precyzji niemal matematycznej, a pod nią, niby pod pokrywą, kipiały w dole nieświadome siebie, budzące się siły — oto tajemnica potęgi i wpływu Jana Jakuba, bez względu na to, czy go zechcemy uważać za geniusza, za szarlatana, czy za połączenie obydwóch.
O ile istota innych pisarzy francuskich XVIII stulecia zamyka się dla nas w dziełach, samo zaś życie ich jest dla ich zrozumienia mniej więcej obojętne, o tyle z Russem rzecz ma się niemal przeciwnie. Mimo całego ich rozgłosu dzieła jego spoczywają — powiedzmy otwarcie — w pyle zapomnienia. Można by je określić jako potężne butelki lejdejskie3 doszczętnie rozbrojone. Tu i ówdzie zajrzy ktoś do nich z literackiej ciekawości, mało kto jednak poza badaczami literatury szuka w nich dzisiaj pokarmu dla myśli i wzruszeń. Ale pozostała wśród nich jedna książka, niesympatyczna, to pewna4, nieraz po prostu wstrętna, ale na wskroś świeża, na wskroś czytelna i żywa: to ta, w której mówi nam o swoim życiu, i to w taki sposób, iż dotąd, po półtora wieku, prawdą pozostały pierwsze słowa, od których zaczyna swe Wyznania: „Imam się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy”.
Tak jest. Ani przed nim, ani po nim, odkąd istnieje literatura, nikt nie obnażył w ten sposób swojego wnętrza. Mimo iż właśnie wpływ Russa rozpętał istną orgię wystawiania na pokaz swojego ja, „objaśniania” samego siebie, istną ekshibicję5 najtajniejszych drgnień swej istoty, wypełniającą znaczną część literatury XIX wieku, nikt nie dorównał mu co do tego w bezwzględności, powiedzmy w bezwstydzie. Trzeba było tej chorobliwej, do ostatecznych granic wybujałej pychy, a zarazem tego jakiegoś żaru wewnętrznego, podnoszącego chwilami napięcie tonu Wyznań istotnie niemal do sakramentu spowiedzi, aby pisać w ten sposób o swoim życiu, z jakimś dziwnym przeświadczeniem, iż szczerość tych kart oczyszcza je z ich szpetoty, a zarazem z całą naiwnością i, można powiedzieć, samouctwem etycznym tego włóczęgi, samotnika i proroka, który wychował się i spędził młodość poza społeczeństwem, a zetknąwszy się z nim, nie wszedł w nie, ale je rozwalił.
Dziwne były koleje tego człowieka! Ojciec jego, skromny zegarmistrz w Genewie, człowiek uczuciowy i lekkomyślny, karmi dzieciaka, zaledwie umiejącego czytać, romansami, w których zatapia się wraz z nim do białego rana, oraz Żywotami sławnych ludzi Plutarcha. Zmuszony opuścić miasto, zaniedbuje stopniowo syna zupełnie; Rousseau dostaje się w końcu „do terminu”, do rytownika, gdzie staje się skończonym urwiszem6 i skąd jako szesnastoletni wyrostek ucieka, z obawy przed plagami. W czasie pobytu u majstra zdążył pochłonąć całą sąsiednią wypożyczalnię książek. Włóczy się po okolicy, nocuje u chłopów, w końcu, skierowany tam przez proboszcza z Confignon w Sabaudii, dostaje się w ręce agentki od „nawracań”, dwudziestoośmioletniej i ładnej pani de Warens, osoby która staje się jego opatrznością. Z jej poręki wędruje do Turynu, gdzie przyjmuje katolicyzm w nadziei świetnego losu; ale po ceremonii kościelnej, znalazłszy się na ulicy z dwudziestoma frankami w kieszeni, widzi, iż nadzieje jego były czczą złudą. Włóczy się po mieście; w braku czego lepszego, zostaje lokajem; popisując się w sposobną porę znajomością łaciny i pewnym polorem, ściąga na siebie uwagę chlebodawców; otwierają się przed nim widoki przyszłości. Ale dziecinny kaprys i popęd do włóczęgi przemaga: Rousseau, w towarzystwie drugiego wyrostka, puszcza się znowu przez Alpy, zamierzając opędzać koszta życia pokazywaniem „bani Herona”7. Rozczarowawszy się rychło co do tej nadziei, Rousseau wraca do Annecy, do domu swej opiekunki, w pobliżu której wałkoni się aż do trzydziestego roku życia, próbując różnych zawodów, rzucając je, czytając z panią de Warens La Bruyere’a etc.8, kształcąc się bezładnie, napadowo, najbardziej systematycznie stosunkowo uprawiając muzykę, którą zaczyna uważać za istotne powołanie swego życia. Pobyt ten przerywają zresztą nieustanne włóczęgi, stanowiące istny nałóg Russa. Rousseau w tym okresie to natura bardzo złożona, pełna kontrastów, zmysłowa i marząca, ufna i podejrzliwa, zamknięta w sobie i wylana9, zdradzająca wybitnie cechy tego, co dziś się nazywa moral insanity10, a żadnych śladów przyszłej potęgi. Z tym wszystkim musiał mieć dużo uroku i na ogół tzw. „szczęście do ludzi”. W tych latach Rousseau robi wrażenie jakby somnambulika11, który porusza się, działa nieprzytomnie, pod wpływem jakiejś tajemniczej siły. Znamiennym jest, że gdziekolwiek opiekunka próbuje go ulokować, zawsze zwracają jej dryblasa z nadmienieniem, iż jest zupełnie nie do użytku: los ten spotyka go nawet w seminarium duchownym, mimo poparcia samego biskupa.
Osiemnastoletni Rousseau ubóstwiał oczywiście swą młodą „mamusię” (takie było miano, jakim ją zawsze nazywał), która ze swej strony obdarzała tkliwszymi względami swego ogrodnika, statecznego i oddanego Klaudiusza Anet. Rousseau wiedział o tym stosunku; jakież było tedy jego zdumienie, kiedy jednego dnia „mamusia”, kazawszy mu się przygotować do poważnej rozmowy, oświadczyła, iż pragnąc go uchronić od czyhających nań niebezpieczeństw, postanowiła sama wtajemniczyć go w misteria życia.
Ów dzień, którego więcej lękałem się, niż oczekiwałem, nadszedł wreszcie. Znalazłem się pierwszy raz w ramionach kobiety, i kobiety, którą ubóstwiałem. Czy byłem szczęśliwy? Nie; poznałem rozkosz. Jakiś niezwyciężony smutek zatruwał mi jej urok. Miałem uczucie, jak gdybym spełnił kazirodztwo. Tuląc ją z uniesieniem w ramionach, skrapiałem równocześnie jej łono łzami. Co do niej, nie była ani smutna, ani upojona; była serdeczna i spokojna...
...Tak wytworzyła się między nami trojgiem spójnia, jakiej przykładu nie było może na ziemi. Wszystkie nasze chęci, troski, wprost nasze serca były wspólne; nic nie istniało poza granicami tego małego kółka. Przyzwyczajenie życia razem i życia wyłącznie z sobą stało się tak silne, że kiedy w godzinie posiłku brakło jednego z trojga albo też przybył ktoś czwarty, wszystko było popsute. Mimo naszych poszczególnych związków sam na sam były nam mniej słodkie niż wspólne zebrania...
Sielanka ta trwa jakiś czas; kres kładzie jej śmierć Klaudiusza. Następca jego w sercu i gospodarstwie pani de Warens, niejaki Wintzenried, natura gruba12, czynna, energiczna, nie nadaje się do tego tercetu, mimo iż w zasadzie nie stawia mu opozycji: stopniowo zagarnia panią de Warens dla siebie; Rousseau zaczyna czuć, że w tym domu, coraz bardziej zresztą rozprzęgającym się finansowo, nie ma już dlań miejsca. Pakuje swoje książki i mając jako talizman wymyślony przez siebie nowy system pisania nut, puszcza się do Paryża.
Ta część książki, kreśląca dzieje młodzieńczych lat pisarza, jest nieoszacowanym komentarzem do jego życia i twórczości. Dopiero czytając te Wyznania, zaczyna się rozumieć Russa i potęgę jego wpływu. W nich znajdujemy najlepsze oświetlenie, a poniekąd wytłumaczenie „osobliwego zjawiska”, nad którym tak się zdumiewa Lemaître. W tych pamiętnikach, pisanych, mimo teatralnego nieraz gestu i powieściowego arrangement13, z bezwzględną szczerością (nie prawdomównością — to rzecz inna) możemy śledzić krok po kroku zadziwiającą historię ducha, który w najbardziej niesprzyjających warunkach z niestrudzonym wysiłkiem zmaga się z sobą i łamie, pręży się i drąży sobie drogę ku światłu, aż wreszcie będzie mógł trysnąć wysoko kipiącym gajzerem. Rozumiemy tajemniczą potęgę oddziaływania myśli Russa — tak bardzo nieproporcjonalną nieraz do ich wartości — gdy śledzimy, etap po etapie, ich genezę i źródło: gdy widzimy, jak żadna z nich nie jest produktem literackiej kombinacji i gry myślowej, lecz każda płynie z głębi jego istoty, urabia się w męce życia, żywi się krwią serdeczną i kupiona jest tą krwią i życiem.
Dawny lokaj pani de Vercellis inne akcenty znajdzie, mówiąc o nierównościach społecznych, niż najbardziej rewolucyjny nawet filozof paryskich salonów. Jedenastoletni kochanek małej Goton, dla którego miłość była przez całe życie jedynie trawieniem się nigdy nienasyconej i smaganej chorobliwymi popędami wyobraźni, narzuci, niemal na wiek cały, Europie swą psychopatię, przekazując ją w dziedzictwie swej progeniturze14 romantycznej. I jeszcze jeden rys, ważniejszy może od innych. W epoce, gdy wszystkie fundamenty, na których wspiera się ład społeczeństwa i życie wewnętrzne jednostki, rysują się i walą, Rousseau, jedyny ze współczesnej plejady filozofów francuskich, całą niemal swą twórczość poświęca kwestii etyki; a etyka ta również nie jest dla niego teoretyczną spekulacją, lecz sprawą najintegralniej związaną z życiem. Tę etykę, te zasady moralne buduje sobie sam, kamień po kamieniu; dzięki niej dźwiga się z nizin, które jakże łatwo mogły się dlań stać szczeblami ostatecznego upadku! To „samouctwo”, jak je nazwaliśmy, etyczne nadaje moralności Russa owe szczególne cechy, nad którymi nieraz przyjdzie się zdumiewać czytelnikowi Wyznań, i czyni tę moralność niejednokrotnie więcej niż wątpliwą. Niemniej jednak kwestia etyki szukanej w samym sobie, kwestia samorzutnego odrodzenia moralnego własną mocą — jest sprawą wypełniającą niemal całą duchową istotę pisarza i człowieka. Jakoż niebawem, w epoce rewolucji, teatralna frazeologia o „cnocie”, która zastąpi podstawy religii, wyraźnie będzie nosić piętno autora Nowej Heloizy.
Wspomniałem, iż prawdomówność Wyznań Russa nie zawsze idzie równym krokiem z jego szczerością. Nie mogło być zresztą inaczej w pamiętniku pisanym w kilkadziesiąt lat po przeżytych wypadkach, wyłącznie ze wspomnień, i to przez człowieka obdarzonego wyobraźnią Jana Jakuba! Niezmiernie ciekawą jest rzeczą konfrontacja Wyznań z tym, co nam obiektywnie wiadomo o życiu pisarza i stosunkach otaczających go osób15. Ale już czytając same Wyznania, trudno się oprzeć w niektórych miejscach wrażeniu mistyfikacji, której ulega w pierwszym rzędzie sam autor. Do takich należy owa słynna kradzież kawałka znoszonej wstążki, z której to kradzieży Rousseau czyni taką tragedię, ba, największą zbrodnię swego życia („Uniosłem z sobą niestarte wspomnienie zbrodni i nieznośny ciężar wyrzutów, które po upływie czterdziestu lat gniotą jeszcze moje sumienie i których gorycz nie tylko nie słabnie, ale zaostrza się, w miarę jak zbliżam się ku starości...”), a która do tego stopnia, zdaje się, była drobnostką, iż jego chlebodawca mimo dwuznacznego rezultatu śledztwa sam z siebie najgoręcej zajął się Russem i umieścił go w znajomym domu. Słowem, Wyznania Russa, zwłaszcza ich część pierwsza, są przedziwnym romansem o jego życiu, kreślonym — mimo iż w późnym już wieku — z nieporównaną świeżością i kolorem. Jak każdy prawdziwy romans, mają swą bohaterkę: jest nią owa pani de Warens, której imię Rousseau unieśmiertelnił tak, jak gdyby ona sama nie istniała nigdy na ziemi, lecz była jedynie tworem fantazji pisarza. Rousseau w swym szale spowiedzi nie ogranicza się do własnej osoby, ale z równym zapałem spowiada się z błędów wszystkich tych, których losy postawiły na drodze jego życia. W pierwszej linii ofiarą tych wynurzeń pada pani de Warens: Rousseau nie oszczędza jej ani jednej słabości, ani jednej tajemnicy kobiecego serca, ciągle pisząc jej najpłomienniejszą apologię16; i istotnie jest to może najświetniejszym dowodem geniuszu pisarskiego Russa, że czytając te karty, tak dalece wcielamy się w horyzont jego uczuć i pojęć, iż bodaj ani razu nie dopuszczamy wrażenia, iż życie prywatne tej wybornej osoby z punktu widzenia oficjalnej moralności przedstawia się więcej niż dwuznacznie17. Mówię umyślnie „oficjalnej”, bo zresztą te karty książki Russa poświęcone pani de Warens aż dyszą moralnością. Trudno się nieraz wstrzymać od uśmiechu, czytając opis idyllicznych18 scen, jakie rozgrywały się między nim, panią de Warens i jej wiernym Klaudiuszem. „Jednym z dowodów zalet charakteru tej uroczej kobiety — wykrzykuje Rousseau głosem apostoła — jest to, iż wszyscy, którzy ją kochali, kochali się między sobą. Zazdrość, współzawodnictwo nawet ustępowało dominującemu uczuciu, jakie ona budziła, i nigdy nie widziałem, aby ktokolwiek z tych, którzy ją otaczali, odnosił się z nieprzyjaźnią do drugiego. Niechaj czytelnik niniejszej książki zawiesi na chwilę lekturę przy tej pochwale i jeśli zastanowiwszy się, znajdzie w myśli drugą kobietę, o której mógłby powiedzieć to samo, niech złoży w jej ręce spokój swego życia, choćby to była zresztą19 najostatniejsza z ladacznic”. Prawda, że Rousseau był całe życie człowiekiem fizycznie chorym i życiowo nieodpowiedzialnym, stąd stosunek jego do ludzi, a zwłaszcza do kobiet musiał być odmienny, niż bywa zazwyczaj. Ale niech kto spróbuje prostymi słowami streścić dzieje jego współżycia z panią de Warens i przymierzyć do przeciętnych ludzkich pojęć: jak ten eksperyment wypadnie! A co czyni z tego Rousseau! Oto potęga sugestywna geniuszu.
Jest jeszcze jedno magiczne słowo, którym karmić się miały później całe pokolenia, a które jest niemal w zupełności wynalazkiem Jana Jakuba. To — natura. Molier, pisząc niespełna setkę lat przed nim prolog do Chorego z urojenia, dodaje w scenariuszu następujące objaśnienie: „Scena przedstawia okolicę wiejską, niemniej jednak bardzo powabną”. Jakaż przepaść dzieli tę epokę od pokolenia opętanych naturą romantyków! To ten włóczęga, ten łazik, gotowy zawsze rzucić chleb, karierę, spokój dla rozkoszy przewędrowania pieszo o głodzie i chłodzie przez Alpy, zarazi ludzkość swym szaleństwem:
Życie włóczęgi to najmilsza dla mnie forma życia. Wędrować pieszo w piękną pogodę, piękną okolicą, nie spiesząc się, mając wszelako jako kres drogi przedmiot pełen uroku — oto ze wszystkich sposobów życia ten, który najbardziej przypada mi do smaku...
...Z rozkoszą przypominam sobie noc spędzoną poza miastem, przy drodze ciągnącej się wzdłuż Rodanu czy Saony, nie pamiętam już tego bliżej. Ogrody, wznoszące się tarasowato, opuszczały się łagodnie ku drodze. Było tego dnia bardzo gorąco. Wieczór był uroczy; rosa zwilżyła przywiędłą trawę; ani śladu wiatru, noc spokojna; powietrze świeże, a nie chłodne; słońce, schowane już za horyzontem, zostawiło na niebie czerwone opary, których odbicie barwiło wodę różowym kolorem; drzewa dawały schronienie mnóstwu słowików, które odpowiadały sobie wzajem. Błądziłem po alejach w jakimś upojeniu, otwierając zmysły i serce tym słodkim wrażeniom i wzdychając jedynie z żalu, iż muszę się nimi napawać samotny. Pochłonięty słodkim marzeniem, przechadzałem się do późnej nocy, nie zdając sobie sprawy, iż jestem zmęczony. Wreszcie dało mi się to uczuć. Ułożyłem się rozkosznie na płycie jakiejś niszy czy framugi wgłębionej w murze terasy. Baldachim łóżka tworzyły wierzchołki drzew; słowik śpiewał tuż nad moją głową; usnąłem kołysany śpiewem. Sen był mi słodki, obudzenie bardziej jeszcze. Był jasny dzień. Oczy moje, otwierając się, ujrzały wodę, zieloność, cudowny krajobraz. Wstałem, otrząsłem się, uczułem głód. Ruszyłem wesoło ku miastu...
Rousseau otwiera oczy współczesnych na przyrodę; co więcej, zadzierzguje związki między nią a sercem człowieka, każe jej współżyć z jego życiem, śmiać się z jego radością, płakać z jego smutkiem. Przyroda przemawia do tej muzycznej organizacji całą gamą tonów; dusza tego „dzikiego”, którego pierwszych trzydzieści lat było wpółsenną — mimo iż ruchliwą — wegetacją, drga zgodnie z jej pulsem. I to zostanie mu na całe życie20. Daremnie będzie się silił przedzierzgnąć w paryżanina, w salonowca: natura ciągnie go, dosłownie, jak wilka do lasu: „Nie umiałem nigdy — pisze w swoich wspomnieniach z Pustelni — pisać i myśleć swobodnie inaczej, jak tylko sub dio21. Liczyłem na to, iż las Montmorency, dochodzący nieomal do moich wrót, będzie mi odtąd gabinetem do pracy”. I nie wystarcza mu na to sztuczna, wystrzyżona, wyperfumowana „natura”, w jakiej jego mecenasi szukają letnich wywczasów; nie, jemu trzeba prawdziwej, chłopskiej wsi:
Byłem tak znudzony salonami, wodotryskami, strzyżonymi trawnikami, klombami i jeszcze bardziej nudnymi gospodarzami tego wszystkiego; tak przesycony broszurami, klawikordem, tryktrakiem, „węzełkami”, mizernymi dowcipkami, mdłym mizdrzeniem się, lekkimi opowiastkami i ciężkimi kolacjami, że kiedy zerknąłem przelotnie na prosty krzak głogu, na chaszcze, spichlerz, łąkę; kiedy przejeżdżając przez jakieś sioło, zaciągnąłem się parą dobrego omleta z trybulką; kiedy słyszałem z daleka prostą nutę piosenki pasterskiej — słałem do diabła i róż i falbanki, i ambrę...
Te słowa zamykają i grzebią dwuwiekowy blisko okres kultury francuskiej; genialny cham, dopuszczony do biesiady wytwornych państwa, napluł im w ich blanc-manger22 tak solennie, że stało się niepodobne do jedzenia. Krzykiem generacji następującej bezpośrednio po nim, niezdolnej jeszcze do stworzenia nowych form, ale do szczętu zbrzydzonej dawnymi, będą Listy panny de Lespinasse.
Z końcem pierwszej części Wyznań rozstaliśmy się z Janem Jakubem Rousseau w chwili, gdy w wieku bliskim lat trzydziestu opuszcza ostatecznie wpółmacierzyńskie objęcia pani de Warens23, aby odtąd już samoistnie szukać sobie drogi życia na szerokim świecie. Przybywa do Paryża (1741), aby przedstawić Akademii projekt nowego klucza muzycznego; klucz okazuje się nieszczególny, ale bądź co bądź otwiera mu drzwi do wielu wpływowych domów i pomaga zadzierzgnąć cenne na przyszłość stosunki. Dzięki nim muzyk Rousseau zostaje nagle... sekretarzem ambasadora francuskiego w Wenecji. Nieporozumienia z tym dostojnikiem, jeszcze mniej kompetentnym do wykonywania swego urzędu niż jego sekretarz, wypędzają Russa z powrotem do Paryża, gdzie dalej uprawia z coraz większym rozgłosem muzykę, sekretarzuje w znacznym domu finansisty, pisuje liche komedyjki oraz artykuły dla Encyklopedii, z której redaktorami wchodzi w zażyłość. Zawiązuje wolne stadło24 z nieokrzesaną dziewczyną, Teresą Levasseur i ma z nią pięcioro dzieci, które bez wyjątku oddaje do domu podrzutków. Przypadkowo wpada mu w ręce konkursowe zagadnienie Akademii w Dijon: „Czy rozwój sztuk i nauk przyczynił się do skażenia czy oczyszczenia obyczajów?” i pewnego ranka budzi się najgłośniejszym człowiekiem w Paryżu. „Wrażenie niebotyczne, porywające — donosi mu Diderot po wydaniu drukiem rozprawy — nie było przykładu podobnego tryumfu”.
Rozprawa ta, pamflet przeciwko cywilizacji, rozstrzyga nie tylko o dalszej twórczości, ale i o życiu pisarza. Rousseau nigdy nie umiał się dostroić do tonu „dobrego towarzystwa”, chwyta tedy tę sposobność, aby uczynić ze swoich braków cnotę, dociąga praktykę do teorii, porzuca puder, szpadę i żaboty25, staje się rodzajem paryskiego Diogenesa26:
Byłem w istocie przeobrażony; przyjaciele, znajomi nie poznawali mnie. Nie byłem już tym człowiekiem nieśmiałym, raczej wstydliwym niż skromnym, który nie umiał się ani pokazać, ani odezwać; którego żartobliwe słówko zbijało z tropu, spojrzenie kobiety przyprawiało o rumieniec. Śmiały, dumny, nieustraszony, wnosiłem wszędzie pewność siebie tym bardziej nieugiętą, iż była prosta i mieszkająca raczej w mej duszy niż w postawie. Wzgarda, jaką głębokie rozmyślanie obudziło we mnie dla obyczajów, zasad i przesądów epoki, czyniła mnie nieczułym na szyderstwa tych, którzy je wyznawali: dławiłem ich mizerne koncepty moimi sentencjami, tak jak się gniecie owada w palcach. Jaka odmiana! Cały Paryż powtarzał ostre i gryzące sarkazmy tegoż samego człowieka, który dwa lata przedtem i dziesięć lat potem niezdolny był znaleźć myśli, którą chciał wyrazić, ani słowa, którego chciał użyć...
Na prośby gorącej wielbicielki, żony finansisty, pani d’Épinay, Rousseau wraz ze swą towarzyszką i jej matką przenosi się do zbudowanej dlań Pustelni. W pierwszym upojeniu tym rozkosznym pobytem czuje się przepełniony miłością bez przedmiotu, która wciela się w koncepcję Nowej Heloizy. Niebawem pierwsza spotkana kobieta ucieleśnia dlań tę miłość w realnej postaci i staje się równocześnie natchnieniem poczętego dzieła. Osobą tą była hrabina d’Houdetot, kuzynka pani d’Épinay, a kochanka nieobecnego wówczas Saint-Lamberta. I znowuż powtarza się w życiu Jana Jakuba tak ulubiony mu tercet, tym razem w odmiennej postaci:
...niesłusznie mówię „miłość niepodzielana”; ukochana moja podzielała ją; miłość była równa z obu stron, mimo iż nie była wzajemna. Byliśmy pijani miłością oboje: ona dla swego kochanka, ja dla niej; westchnienia nasze, nasze rozkoszne łzy zlewały się razem. Byliśmy wzajem dla siebie parą tkliwych powierników, uczucia nasze były tak pokrewne, iż niepodobnym było, aby się nie schodziły poniekąd. Wszelako w samej pełni tego niebezpiecznego odurzenia ona nigdy nie zapomniała się ani na chwilę; ja zaś zaklinam się, przysięgam, iż jeżeli, oszaleniony niekiedy zmysłami, kusiłem się przywieść ją do niewierności, nigdy tego naprawdę nie pragnąłem...
Miłość ta, która dla jego partnerki była, zdaje się, kwestią próżnostki kobiecej i zapełnienia czasu, wciągnęła Jana Jakuba w sieć intryg i nieporozumień kobiecych i literackich, w następstwie których rozgoryczony, chory opuszcza Pustelnię. Osiada w Montmorency, żyje tam kilka lat spokojnie (1757–1762), aż do chwili gdy ogłosiwszy drukiem Umowę społeczną i Emila i uchodząc przed pościgiem władz, jaki nań ściągnęły te dzieła, chroni się do Szwajcarii. Opis tułaczki po ziemi helweckiej27, która okazała się nader niegościnną dla swego wielkiego syna, zamyka drugą część Wyznań.
O ile pierwsza część, poświęcona wrażeniom i marzeniom młodości, mniej lub więcej upoetyzowanym, mogła się obejść bez szczególnego komentarza, o tyle ta druga, w której Jan Jakub wchodzi w styczność z życiem rzeczywistym, opisuje je zaś pod kątem stanowczo rozwijającej się w nim manii prześladowczej, wymaga kilku słów objaśnienia. Docieczenie prawdy w sprawach tyczących życia Russa i ujęcie ich w trafnym oświetleniu nie jest bynajmniej rzeczą łatwą. Proces pisarza, który on sam rozpoczął swoim samooskarżeniem i apologią zarazem, daleki jest od ukończenia. Mało jest artystów i myślicieli, których by sława — za życia i po śmierci — przechodziła takie falowania i wywoływała tak jaskrawe kontrowersje. Za życia, o ile Rousseau miał, to prawda, namiętnych wrogów (nie tylu i nie w tym stopniu jak sam mniema), o tyle miał i fanatycznych wielbicieli. Kult ten spotęgował się jeszcze w pierwszym okresie po śmierci pisarza, kiedy wiele jego idei czy szaleństw zaczęło się wcielać w czyn, a płomienna jego dialektyka stała się pierwowzorem republikańskiej wymowy. W miarę jednak jak z biegiem lat aktualność ideowa Russa zaczyna przechodzić do historii, a dzieło jego trwa nadal już w dziedzinie literatury, bierze górę, odnośnie do tego autora, coraz większa reakcja, oparta przede wszystkim na łatwo dającej się wyczuć żywiołowej antypatii.
Przyczyn do tego jest wiele. Po pierwsze, jego Wyznania. Obnażywszy się tak bezprzykładnie za całą ludzkość, Rousseau ponosi konsekwencję tego gestu, który mimo wszystkich zapewnień autora powabny ani sympatyczny nie jest. Po wtóre, typ jego umysłowości. Rousseau nie jest rasowym pisarzem francuskim: piśmiennictwo francuskie nie może się mimo wszystko powstrzymać nieraz od niechętnego żachnięcia wobec konieczności przyjęcia go w poczet swych najpierwszych luminarzy. Nie jest rasowym Francuzem nie tylko przez swe pochodzenie, przez swój szwajcarski protestantyzm, przez fanatyzm niezłagodzony owym wrodzonym sceptyzmem28, którego miły uśmiech stanowi tak znamienną cechę francuskiej kultury, ale także przez absolutny brak smaku i tego, co nie da się wyrazić w innym języku, a co Francuz nazywa esprit29. Russa można było, w danym stanie dusz i umysłów, uwielbiać jako myśliciela, wyznawać jako proroka — niepodobna30 go prawie lubić jako pisarza.
Dalej, jego legenda. Istnieją co prawda dwie legendy Jana Jakuba, biegnące w ciągu lat równolegle obok siebie lub też kolejno, na przemian, biorące górę. Jedna, która wyposaża „obywatela genewskiego” we wszystkie cnoty stoiczne31, rzymskie i arkadyjskie32: to ta, która utrzymywała się wśród „maluczkich” i która służyła za kanwę panegirystom33 jego z czasów rewolucji. Podstawę do drugiej legendy stanowią — można powiedzieć — wszystkie ujemne fakty, z których spowiada się z takim zapałem w Wyznaniach, ale zabarwione tak, jak się mogły przedstawiać chłodnemu i nieżyczliwemu spojrzeniu jego wrogów. Gorzej jeszcze! Utarło się przez długi czas w krytyce literackiej wierzyć słowom Russa wówczas, gdy się oskarża, uważać je za kłamstwo tam, gdzie się uniewinnia. Niemało przyczyniły się do tego tzw. Pamiętniki pani d’Épinay, ogłoszone drukiem z początkiem XIX wieku i przez długi czas brane w rachubę przez wybitnych nawet krytyków — między innymi Sainte-Beuve’a — jako poważny dokument odnośnie do biografii Russa34. W ogóle nie mogło ujść bezkarnie pamięci pośmiertnej Jana Jakuba to, iż za życia poróżnił się, można powiedzieć, ze wszystkim, co stanowiło elitę świata piśmienniczego i umysłowego Francji. Historia tych nieporozumień, u ich samego źródła, wypełnia znaczną część drugiej połowy Wyznań; akta tych zajść zbadane są przez krytykę literacką tak dokładnie chyba, jak w ogóle możebne35: każde słowo, każdy wiersz korespondencji przepatrzono, zestawiono i roztrząśnięto na wszystkie sposoby. Mimo to wyłaniają się wciąż nowe interpretacje; spór ten jest pod wieloma względami do dziś nierozjaśniony i jak sądzę, zawsze pozostanie ciemny, gdyż pobudki jego kryją się w nieprzeniknionych głębiach serca ludzkiego; a trudniejszym jeszcze do rozświetlenia czyni go ta okoliczność, iż w wydarzeniach tych splatają się czynniki doniosłe i wielkie z nieskończenie błahymi i małymi; walki idei mających świat odrodzić — obok światowych intryżek kobiecych lub jeszcze innych elementów, wręcz gminnych i niskich. W ogóle cała ta dziwna sprawa ma kilka planów i przekrojów; spróbuję je w paru słowach choć zaznaczyć.
Po pierwsze, stosunek Russa do tzw. „filozofów”. Stronnictwo „encyklopedystów”, zmuszone do walki na kilka frontów, stanowi w ówczesnym paryskim światku niby sektę niezmiernie solidarną, zazdrosną o swój wpływ, w najwyższym stopniu despotyczną, i — w zakresie swoich pojęć — pozbawioną tolerancji. Rousseau, w początkach luźno z nimi związany, jest dla nich zawsze człowiekiem niepewnym: instynktem czują w nim drzemiącą zagadkową siłę, a nie wiedzą, w którym kierunku się obróci36. Chcieliby mieć nań wpływ (dopóki Rousseau mieszkał w Paryżu, Diderot miał nań wpływ bardzo znaczny), trzymać go pod ręką; stąd owo niezadowolenie z emigracji Russa do Pustelni i dość dwuznaczne zabiegi celem ściągnięcia go z powrotem. Przy tym ten obieżyświat, ten samouk, ten muzykus, ten „chłystek” (jak stale nazywa Russa baron d’Holbach, amfitrion37 Encyklopedii) posiada jakiś dziwny, niepojęty dar, iż wszystko, co czyni, pociąga ku niemu oczy wszystkich i połączone jest stale z niebywałym rozgłosem! Jest niby muzykiem; mozoli się nad jakimś utopijnym systemem nutowym; naraz wystrzela konkursową broszurą najeżoną paradoksami: zdobywa nagrodę Akademii, broszura jest rozchwytywana, stanowi wypadek dnia, uświetniony jeszcze szermierką dialektyczną z królem polskim. I znowuż, po tym pasowaniu na „filozofa”, zamiast użytecznie pracować w szeregach encyklopedystów, którzy gotowi są przyjąć go za swego, pisze operę: wystawiają ją na dworze, pani de Pompadour się zachwyca, król chce widzieć autora, dać mu pensję ze swej szkatuły — ten szaleniec ją odtrąca. Zaledwie zdobywszy znów ostrogi w muzyce francuskiej, występuje z pamfletem odmawiającym tejże francuskiej muzyce racji istnienia: znów hałas, wrzawa nie do opisania, powódź polemik, broszur. Więcej jeszcze: nowo kreowany filozof wprowadza swoje dzikie maksymy w czyn: dziwacznym przebraniem, trybem życia i diogenicznie gburowatymi odpowiedziami ściąga na swe poddasze cały wielki świat Paryża. Doprawdy, ten wieczny, wciąż niespodziewany Jan Jakub zaczyna być niecierpliwiący!
Z drugiej strony, światek kobiecy. Znanym jest zamiłowanie modnych pań do obłaskawiania genialnych „niedźwiedzi” (mon ours — tytuł powtarzający się często w listach świetnych przyjaciółek Jana Jakuba); to wdzięczne zadanie wzięła na siebie pani d’Épinay, robiąc zresztą na tym, odnośnie do swoich światowych i literackich aspiracji, znakomity interes38. I otóż ten prawdziwy niedźwiedź, ten niewdzięcznik, pomieszczony przez nią w zbudowanej dlań umyślnie Pustelni, ośmiela się zakochać — w kim innym! Ależ to policzek w oczach Europy! I w kim jeszcze? W znienawidzonej bratowej, w pani d’Houdetot! Wśród tego światka operuje Grimm, przybysz niemiecki, karierowicz, człowiek zdolny, niepospolitej wytrwałości i sprytu, chłodny i bezwzględny. Ten Grimm zna się na ludziach i wie, jak ich użyć: przyjaźń Diderota starczy mu na całe życie za kopalnię myśli i sądów krytycznych; Rousseau, skoro mu raz dopomógł dobrodusznie do wejścia w „piękny świat”, nie zda mu się już na nic, mógłby go jedynie zaćmiewać na terenie, na którym się wspólnie obracają. Wprowadzony przez Russa do domu pani d’Épinay, zostawszy jej kochankiem, Grimm nie ma ochoty znosić w jej pobliżu człowieka mającego prawa dawniejszej przyjaźni, a przerastającego go o ileż głów talentem i urokiem! Odtąd programem Grimma — świadomym czy instynktownym — będzie zatruć „pustelnikowi” życie na dworze pani domu tak, aby musiał opuścić swą pustelnię. To wszystko są motywy dość ludzkie i zrozumiałe, nie potrzeba szukać poza nimi „spisku”, w jaki później, z perspektywy momentu pisania Wyznań, Rousseau wierzył tak niezłomnie.
Istotnie, ciekawym jest, czytając Wyznania, patrzeć, jak w tej sieci, usnutej, może bez świadomej intencji działających osób, z tylu rozmaitych nitek, miota się biedny genialny niedźwiadek, pomiędzy dwuznaczną a wścibską przyjaźnią Diderota, chłodną zawiścią Grimma, draśniętą ambicją pani d’Épinay, głupotą Teresy, interesownością starej Levasseur, niefrasobliwą i nieodpowiedzialną zalotnością mondaine’y39 na świeżym powietrzu, pani d’Houdetot! Jak śle na wszystkie strony epistoły40, w których geniusz jego pisarski utrwala w nieśmiertelność błahostki przeważnie niewarte wzruszenia ramion! Aby zrozumieć stan psychiczny Russa w tej całej przygodzie, trzeba pamiętać (obok momentów uwydatnionych w Wyznaniach), że ten, do lat trzydziestu, „mały” pani de Warens był również — prawie od samych początków — zepsutym dzieckiem Paryża, przyzwyczajonym do bezgranicznej pobłażliwości; w ostatnich zaś czasach był bożyszczem wielkiego świata, obcałowywanym w zamian za swe grubiaństwa przez najwytworniejsze damy. Czytając Wyznania, w których Rousseau mówi aż do przesytu o różnych swoich fizycznych przypadłościach i dolegliwościach, jak również ciągle kładzie nacisk na swą ciężkość, niezręczność towarzyską itd., można by mieć wrażenie, jakoby stanowił zjawisko raczej odpychające. Tymczasem zarówno świadectwa współczesne, jak i sam fakt przyciągania do siebie coraz to nowych entuzjastów i przyjaciół, zwłaszcza wśród kobiet, każą wnosić, iż osoba Jana Jakuba musiała wywierać — zwłaszcza w początkach znajomości — ten sam potężny urok, który tak czarował w jego pismach.
Przeznaczeniem Russa było stać się na każdym polu odrodzicielem swej epoki. Podobnie jak otworzył oczy ludziom na naturę, tak samo przypomniał istnienie miłości temu światu, który przez nadużycie rozkoszy i dowcipu zatracił niemal jej pojęcie. Nowa Heloiza stała się uderzeniem różdżki w jałową opokę tych serc przeżytych i wyschłych; z tych podkreślonych barwiczką oczu trysnął strumień łez i piękne panie pozwoliły im płynąć swobodnie, zapomniawszy na chwilę o bruzdach, jakie znaczą w pokładzie różu i bielidła. Znowuż odwołam się do Listów panny de Lespinasse jako do wyrazu tej cudownej przemiany.
Notując to odrodzenie, które w konsekwencjach przerodziło się nieraz w bardzo podniosły idealizm, nie zapominajmy, iż źródłem, z którego ono wyszło, jest najpłomienniejsza zmysłowość, jaką zna literatura, i nic tylko zmysłowość; zmysłowość człowieka, którego całe życie było daremnym pragnieniem kobiety i u którego rozpędowe koło twórczości obracało się wyłącznie poruszane tym motorem. Oto znamienne w swojej szczerości wyznanie tego apostoła „powrotu do natury”.
Zresztą, szwaczki, pokojówki, panny sklepowe nie kusiły mnie wcale; trzeba mi było wykwintnych panien. Każdy ma swoje fantazje; moja była zawsze taka i nie godzę się bynajmniej z Horacym na tym punkcie. To, co mnie w tym pociąga wszelako, to wcale nie próżnostka pozycji społecznej i stanu; nie, to lepiej utrzymana płeć, ładniejsze ręce, wdzięczniejszy strój, polor41 wykwintu i schludności w całej osobie, więcej smaku w sposobie bycia i wysławiania się, suknie z cieńszej materii i lepiej skrojone, zgrabniejszy trzewiczek, wstążki, koronki, lepiej utrefione włosy. Dałbym zawsze pierwszeństwo mniej ładnej, byleby miała to wszystko. Sam uważam to wyróżnienie za śmieszne, ale serce nie pyta mnie w tym o zdanie...
Zmysłom tego wyrafinowanego plebejusza potrzeba wielkich dam, od których dzieli go własna nieśmiałość i niezgrabstwo, dzielą zapory społeczne, towarzyskie: ergo42, ustrój społeczeństwa jest zły, trzeba je przebudować lub zburzyć! Na razie zaś, zostawiając troskę o tę przebudowę przyszłym pokoleniom, schronić się w lesie i zmusić wielkie damy, aby przyszły go tam szukać; i to mu się udało.
A posłuchajmy tego ustępu, w którym kreśli „największą, jedyną” miłość swego życia: w bezwzględnej swojej szczerości Rousseau zdaje się nie przeczuwać nawet, aby miłość, poza dręczącym go wciąż problematem nasycenia zmysłów, miała jakąkolwiek inną stronę:
I niechaj nikt sobie nie wyobraża, że zmysły zostawiały mnie przy niej w spokoju, jak koło Teresy i mamusi. Powiedziałem już, tym razem była to miłość, i to miłość w całym jej napięciu i całym szaleństwie. Nie będę opisywał ani wzruszeń, ani drżenia, ani palpitacji, ani konwulsyjnych skurczów, ani omdleń serca, których doświadczałem nieustannie: można będzie sądzić o mym stanie z wrażenia, jakie sam jej obraz czynił na mnie. Wspomniałem, iż z Pustelni do Eaubonne był spory kawałek drogi; szedłem zazwyczaj przez wzgórza Andilly, które są urocze. Idąc, marzyłem o tej, którą miałem ujrzeć, o serdecznym powitaniu, jakie mi zgotuje, o pocałunku, który mnie czeka za przybyciem. Sam ten pocałunek, ten złowrogi pocałunek, zanim go nawet otrzymałem, rozpalał mi krew do tego stopnia, iż w głowie mi się mąciło, ćmiło w oczach, drżące kolana nie mogły mnie utrzymać; byłem zmuszony zatrzymać się, usiąść; cały organizm znajdował się w niepojętym bezładzie; bliski byłem omdlenia.
Czytając drugą część Wyznań, a zwłaszcza jej epizod z Pustelni, o wielu jeszcze rzeczach trzeba by pamiętać, aby w należytym świetle zrozumieć ton tych korespondencji, tych ciągłych deklamacji o cnocie, przyjaźni etc. Warunki epoki, w której toczą się owe wypadki, były bardzo różne od tych, w których my żyjemy. „Przyjaźń”, „przyjaciel”, te słowa miały w XVIII wieku inną wagę niż ta, którą przyznajemy im dzisiaj, gdy nowożytne warunki istnienia zapewniają każdemu obywatelowi bodaj minimum uregulowanej egzystencji, opartej przede wszystkim na sobie samym, na prawie i na instytucjach. Jeżeli mimo wszystko i dziś tzw. stosunki tak znaczną odgrywają rolę, cóż dopiero było w epoce, gdzie wszystko stało43 dowolnością i względami osobistymi? W społeczeństwie przy tym tak towarzyskim jak francuskie, paryskie raczej, człowiek ważył tylko tyle, ilu i jakich miał przyjaciół: bez tego wszystkie drogi miał zamknięte lub w najwyższym stopniu utrudnione; co więcej, jeśli bodaj trochę szedł na przebój lub miał sposobność się narazić, każdy go mógł pozbawić czci, mienia i wolności44. Stąd strata przyjaciół, osamotnienie równało się niemal śmierci cywilnej. Dlatego może tyle i tak ustawicznie słyszy się wówczas o przyjaźni; niezależnie od pobudek sercowych każdy, zwłaszcza wśród świata literackiego, robi przegląd swoich „przyjaciół” z takim uczuciem, z jakim dziś przegląda się w kasie ogniotrwałej pewne walory i police45 asekuracyjne.
Toż samo owo nieustanne moralizowanie, te deklamacje o cnocie, zasadach, jakich pełne jest ówczesne piśmiennictwo, trzeba brać również z perspektywy epoki. Filozofia XVIII wieku podkopywała zdecydowanie kryteria moralne religii; o ile tedy nie zamierzała zepchnąć ludzkości do poziomu bydląt, poczuwała się do obowiązku stworzenia nowych, własnych kryteriów. To świeżo na własny użytek stwarzane „świeckie sumienie” musiało być z natury rzeczy drażliwsze i bardziej agresywne. Podczas gdy człowiek oparty o tradycje religijne (choćby tylko formalnie) zniesie doskonale w swoim postępowaniu, nawet nie zastanawiając się nad tym, uczynki będące w jaskrawej sprzeczności z wszelką elementarną etyką, „filozof”, będący sam dla siebie trybunałem etycznym i zmuszony samoistnie rozwiązywać każdą kwestię, ciągle znajduje się pod wysokim ciśnieniem moralnym. Jeżeli mu to nie przeszkadza czynić źle, zmusza go co najmniej do stworzenia w każdym dotyczącym wypadku odpowiedniej ad hoc46 frazeologii.
Jako przykład w tej mierze może służyć sposób, w jaki Rousseau odnosi się w Wyznaniach do sprawy niezmiernie tutaj ważnej, do postąpienia z własnymi dziećmi.
Była to paląca kwestia jego życia; kwestia stanowiąca tak namacalną sprzeczność z jego dziełem i grożąca taką plamą na jego pamięci, iż być może dla jej poruszenia podjął on w ogóle spisanie swych zwierzeń. Nie jest bowiem prawdą, jakoby tajemnice te zdradził z własnego popędu; był to niewątpliwie fakt szeroko znany, który wrogowie wygrywali przeciw niemu (Sentiments des citoyens), i jeśli pisze o nim, to dla oświetlenia go na swój sposób. Kto wie, jeżeli Rousseau tak wydobywa na jaw wszystkie swoje błędy, niegodne nieraz wspomnienia, jeżeli z taką emfazą obwinia się, jako o „największą zbrodnię swego życia”, o głupią historię ze skradzionym kawałkiem wstążki (Część pierwsza), kto wie, czy to wszystko, u tego pierwszorzędnego znawcy psychologii czytelników, nie ma instynktownie na celu przygotowania tła i nastroju, w którym by owo jego naprawdę ciężkie wyznanie dało się przemycić. Niechaj czytelnik zważy dokładnie wszystkie ustępy, gdzie Rousseau mówi o pobudkach swej decyzji: cóż za sofistyka47 w przedstawieniu sprawy! Ile sposobów usprawiedliwienia, z których jeden stoi w sprzeczności z drugim!
Istotnie, mimo całego mistrzostwa Jana Jakuba w szermowaniu paradoksem, tych pięcioro dzieci, konsekwentnie i z lekkim sercem zaprzepaszczonych w domu podrzutków, to fakt niełatwy do przełknięcia dla tego samozwańczego nauczyciela „cnoty”, dla autora Emila, w którym narzuca się światu jako prawodawca wychowania, dla apostoła macierzyństwa, który wymową swą sprawił, iż piękne panie każą przynosić sobie niemowlęta do loży Opery, aby je tam karmić publicznie. Ciekawy to przyczynek do problemu, do jakiego stopnia u Russa linia talentu pociągnęła za sobą linię życia48 i podniosła go na wyżyny, do których charakter jego i poziom moralny zupełnie był nieprzygotowany. „To karzeł na szczudłach” — powiada o nim w chwili podrażnienia pani d’Épinay; mimo to w tym powiedzeniu jest tylko część prawdy, i może nie najistotniejsza — reszta kryje się w przepastnych mrokach istoty twórczości i geniuszu...
Wydarzenia, które spowodowały rozstanie się Jana Jakuba z Pustelnią, wywarły niezmiernie doniosły a opłakany wpływ na dalsze życie pisarza. Postradał od jednego zamachu wszystko, co mu było drogie; sam chory, odcięty od ludzi, przeczuwał — i wiedział zresztą z doniesień uczynnych bajczarzy — że zatarg jego, komentowany najnieprzychylniej, jest legendą całego Paryża, że krążą tam z rąk do rąk własne jego listy nieopatrznie pisane w chwili podniecenia, list Diderota do Grimma, kreślący w strasznych barwach wrażenia ostatniej bytności „filozofa” w Pustelni etc. Można przypuszczać, że i Rousseau nie odmawiał sobie satysfakcji oświetlenia po swojemu aktów sprawy; miał po temu sposobność tym bardziej, ile że niebawem osamotnienie jego zmieniło się w otoczenie świetniejsze, niż kiedykolwiek mógł zamarzyć. Serdeczna przyjaźń i opieka, jaką otoczyli go marszałkostwo de Luxembourg, a za ich pośrednictwem hrabina de Boufflers, książę Conti, sam kwiat dworskiego towarzystwa, musiała być dla pani d’Épinay i jej koterii niemiłą niespodzianką. Znając drażliwość i pobudliwość wyobraźni Russa, znając jego skłonność do wynurzeń, nie mogli mieć złudzeń, aby ich nadto oszczędzał. Jeszcze bardziej niepokojąco musiał podziałać zamiar spisania pamiętników, który to zamiar musiał wcześnie już dojść do ich uszu, choćby ze wzmianki w liście Russa do Duclosa. O ile tedy wypadki w Pustelni, w których Rousseau, patrząc z późniejszej perspektywy, dopatrywał się tajemniczego „spisku”, były, jak się zdaje, po prostu szeregiem nieporozumień, których główne źródło tkwiło w pospolitych antypatiach literackich i zazdrostkach kobiecych, a przede wszystkim w stanie nerwowym samego pisarza, o tyle po zerwaniu tak pani d’Épinay, jak i grupa „filozofów” nieustannie, w obawie o własną skórę, obserwują Jana Jakuba, starają się wszędzie zneutralizować jego wpływ, odwrócić odeń ucho i wiarę ludzi z nim sympatyzujących — słowem, obwarować się przed jego niebezpieczną urazą. A trzeba pamiętać, że jak już zaznaczyłem, koteria, której Rousseau się naraził, składała się z najbardziej wybitnych, ruchliwych i solidarnie trzymających się ludzi, których wpływy sięgały daleko poza granice Francji49. Rousseau czuje to. Czuje, że gdziekolwiek się ruszy, niewidzialna ręka stara się odwrócić odeń sympatie, stara się go pomniejszyć i okryć śmiesznością. Widzi zapewne więcej, niż było w istocie: widzi celową intrygę wrogów w wypadkach, które w znacznej części były naturalnym następstwem jego śmiałych i nowatorskich wystąpień50. Wygnanie jego po Emilu, tułaczka po Szwajcarii, orgia pamfletów i oszczerstw jakie mu w niej towarzyszą, wreszcie epizod „kamienowania” w Motiers — mniej groźny zresztą, jak się zdaje, w rzeczywistości, niż go przedstawia wyważona z trybów wyobraźnia pisarza — wszystko to stanowczo mąci jego umysł, zmieniając wrodzoną podejrzliwość w kliniczną już manię prześladowczą z szeregiem towarzyszących objawów, jak halucynacje słuchowe etc.
W którymś z listów swoich w tej sprawie Diderot pisze: „Gdyby Jan Jakub miał mieć słuszność, zbyt wielu uczciwych ludzi znalazłoby się pod pręgierzem”. W istocie. Toteż w odnoszeniu się francuskiej krytyki literackiej do tej zawiłej sprawy czuć wyraźną niechęć do wyciągnięcia konsekwencji, które by przyznawały słuszność niektórym bodaj domysłom i podejrzeniom Russa, zwłaszcza co się tyczy Diderota. W zakłopotaniu swoim i trudności pogodzenia niektórych faktów znalazła sobie taż krytyka innego kozła ofiarnego: Teresę Levasseur. Trzeba przyznać, że już co biedna Teresa „prasę” ma fatalną. „Panna Levasseur była nieokrzesana, głupia, zazdrosna, obmowna, zgryźliwa, kłótliwa, podejrzliwa, swarliwa, sprzeczna, kłamliwa, i opanowana przez rodzinę, która była gniazdem hultajów. Wszyscy współcześni Russa zgodni są na tym punkcie”51. Oto próbka tonu, w jakim odnoszą się do niej biografowie pisarza, w szczególności nowoczesna krytyka. We wszystkim, co jest niejasnego w zatargach Russa z otoczeniem, mówi się: Teresa. Teresa podsycała, przez głupotę i zawiść, jego chorobliwą podejrzliwość, Teresa poróżniła go z przyjaciółmi, Teresa całe życie otwierała jego listy (jeden z ważnych punktów w urojeniach Russa), Teresa wmawiała weń wszędzie, gdzie jej się pobyt dłużył, że otoczenie i ludność dybie na bezpieczeństwo Jana Jakuba. Teresa zdenuncjowała go przed Saint-Lambertem, obciążając równocześnie przed nim samym panią d’Épinay fałszywymi zeznaniami; Teresa wreszcie powtarzała mu kredensowe plotki odnośnie do owego słynnego wyjazdu do Genewy, stając się tym samym bezpośrednią przyczyną dramaciku w Pustelni. Niechże i tak będzie. Tyle jest pewne, że Teresa, jako niepiśmienna, najwierniej uniosła swą tajemnicę do grobu.
Kto w stosunku do Jana Jakuba odegrał wprost szpetną rolę, to Wolter, najmniej przez Russa, mimo jego podejrzliwości, o to podejrzewany. Jeżeli chodzi o okres — jedyny w życiu pisarza, kiedy cierpiał istotne prześladowanie — okres tułaczki po Szwajcarii — to niewątpliwie Wolter umaczał w niejednym ręce; a miał je długie, i przez wpływ swej olbrzymiej korespondencji ze wszystkim niemal, co było możnego i oświeconego w Europie, i przez ulotne, jadowite i potwarcze pamflety52, jakich w tej sprawie nie wahał się bezimiennie wypuszczać. Najohydniejsze pisma (jak np. Sentiments des citoyens, Lettre au docteur Pansophe), o które Rousseau pomawiał zupełnie kogo innego, pochodziły — jak dziś niewątpliwie stwierdzonym zostało — z „fabryki” Wolterowskiej. W cynizmie swoim Wolter nie wzdragał się przybrać maski świętoszka, aby domagać się wręcz gardła pisarza, który targnął się na — dogmaty religii! Dla Woltera był Rousseau zawsze owym „chłystkiem”, który ośmielił się podzielić z nim zachwyt i podziw Francji i Europy; co więcej, odważył się go zaczepić (niewinnie, co prawda, i z większą emfazą niż dokuczliwością) w tym, co stanowiło największą pasję jego życia, tj. teatr53. Jakaż kara byłaby za wielką dla takiego zuchwalca!
Pozostaje mi w kilku słowach skreślić koleje Russa od chwili, gdy urywa się wątek jego Wyznań. Opuściwszy wysepkę Saint-Pierre, udał się do Strasburga, gdzie, przyjęty nader życzliwie, pozostał przez jakiś czas, zastanawiając się nad wyborem schronienia. Wahał się głównie między Berlinem, gdzie byłby go rad widział Fryderyk II, a Anglią. Od kilku już lat znakomity filozof i historyk angielski, Dawid Hume, gorący wielbiciel Russa, starał się przez kobiety, których był bożyszczem, ściągnąć wygnańca do Anglii, ofiarując mu swoje mieszkanie. W tym duchu nakłaniała Russa pani de Boufflers już wówczas, gdy opuszczał Francję. Zgodził się wreszcie i przejechawszy przez Paryż, gdzie zatrzymał się w dawnym monastyrze Temple, rezydencji księcia Conti, miejscu, które odwieczna tradycja czyniła wolnym od pościgu prawa, przybył w styczniu 1766 do Londynu. Zamieszkał w zameczku Wooton, należącym do pana Davenport, przyjaciela Hume’a; stosunki między oboma filozofami zaczęły się jak najpomyślniej. Niebawem jednak usposobienie Russa odmieniło się fatalnie. Dzienniki angielskie pozwoliły sobie na parę złośliwych konceptów pod jego adresem; obiegał między publicznością sfingowany list, jakoby Fryderyka II do Russa54, ośmieszający niezbyt dotkliwie tego ostatniego; równocześnie szaleją dalej inwektywy w Szwajcarii; pojawia się jadowity pamflet Woltera List do doktora Panzofa. Do tego Teresa Levasseur, która nudząc się, nie znając języka, nie umiejąc sobie wytworzyć modus vivendi55 ze służbą w zameczku (właściciele byli nieobecni), starała się uprzedzić Russa jak najgorzej do pobytu w Anglii. Nieszczęśliwy pisarz, w straszliwym stanie duchowym, drażniony, judzony ze wszystkich stron, zaczynający wówczas już ulegać halucynacjom słuchu, począł roić sobie całą sieć intryg, których twórcą miał być przede wszystkim Hume. Dnia 1 maja 1767 ucieka potajemnie z Wooton, oskarżając głośno Hume’a o zdradę, rozsyła na wszystkie strony listy zupełnie już szalone, przemawia na ulicach Doowru do ludu. Przeprawiwszy się do Francji, znajduje kolejno schronienie w zamku margrabiego de Mirabeau (ojca przyszłego trybuna), w Trye u księcia Conti i wielu jeszcze innych siedzibach, wszędzie nieufny, wciąż zmieniając miejsce pobytu. W ciągu tych to wędrówek kończy swoje Wyznania, zaczęte w Anglii; w tym czasie zaślubia również długoletnią towarzyszkę, Teresę Levasseur. Wreszcie w roku 1770 wraca do Paryża, gdzie mimo dawnego dekretu będącego wciąż w mocy władze patrzą przez palce na jego pobyt i nie niepokoją go. Znalazłszy schronienie w Paryżu, uspokoił się nieco; zajął skromne mieszkanko przy ul. Platrière, dziś noszącej jego imię, wrócił do zajęć kopisty, herboryzował56, stał się łagodny, prosty, życzliwy. Po śmierci pisarza żona jego, Teresa, rzekła naiwnie do pana de Girardin: „Jeżeli mój mąż nie jest świętym, to któż nim będzie?”. Mimo to urojenia prześladowcze nie opuściły pisarza, ciągle widział sprzysiężenie zwrócone przeciw sobie. To skłoniło go, iż w zimie 1770–1771 odczytał w domu hrabiego Egmont przed wybranym kołem swoje Wyznania, w których postanowił się oczyścić przed potomnością z możliwych potwarzy. Czytanie wedle współczesnego świadectwa trwało siedemnaście godzin; jedyną przerwę w nim stanowiły „dwa krótkie posiłki oraz westchnienia i łzy obecnych”. Niebawem po tym seansie nastąpiło drugie czytanie w obecności hrabstwa d’Egmont oraz kilku również wysoko postawionych osobistości. Lektury te wywołały popłoch (zupełnie usprawiedliwiony) wśród osób, którymi zajmuje się druga część Wyznań; za staraniem pani d’Épinay policja wystosowała do Russa uprzejmą prośbę, aby zaprzestał dalszego odczytywania drażliwej książki. To utwierdziło Russa tym bardziej w przekonaniu o wielkim spisku: spisek ten kojarzył rzekomo przeciw niemu wszystko, co było wybitnego we Francji, na czele jego zaś stał minister książę de Choiseul! W owym czasie Francja zagarnęła pod swoje berło Korsykę, której obywatele zwrócili się niedawno do Jana Jakuba z prośbą o nakreślenie projektu konstytucji: oczywiście, w pojęciu Russa Francja zajęła wysepkę z umysłu57, aby pisarza pozbawić tego lauru. Gdyby (twierdził) Choiseul obrócił na dobro kraju połowę tych pieniędzy, które wydawał na zaspokojenie swej nienawiści dla Russa, byłby jednym z największych ministrów Francji. Chorobliwe urojenia swoje złożył Rousseau w ostatnich swych utworach (Dialogi pt. Rousseau sędzią Jana Jakuba), zdradzających, obok genialnych przebłysków, głęboko już posunięty rozkład władz umysłowych. Umiera nagle, w roku 1778, tknięty udarem mózgowym w czasie pobytu na wsi w Ermenonville, posiadłości hrabiego de Girardin. W roku 1791 dekret Konstytuanty58 uchwalił przeniesienie jego zwłok do Panteonu59. Teresa Rousseau wkrótce po śmierci Jana Jakuba zaślubiła, blisko w sześćdziesiątym roku życia, jakiegoś lokaja czy masztalerza.
Wyznania ukazały się drukiem już w kilka lat po śmierci pisarza. Pierwsze wrażenie było oczywiście wrażeniem światowego skandalu: większość osób żyła jeszcze (nawet obcesowa pani de Larnage z pierwszej części Wyznań żyła jako wiekowa matrona w swoim zameczku). Stopniowo ta strona zachodziła w cień (zwłaszcza iż niemal równocześnie rewolucja zmiotła z powierzchni cały ten dawny światek), ale osobliwa ta książka została i poczęła wnikać w literaturę, tworząc w niej potężny zaczyn, którego działanie sięga aż do naszych czasów. Przedstawiając niedawno publiczności arcydzieło poezji Villona60, miałem sposobność zwrócić uwagę na to, jak bardzo ta poezja uczuć, wrażeń, przeżyć osobistych, czerpiąca wprost z serca poety wyłączne źródło natchnienia, przepada, kryje się na kilka wieków pod ziemią. Miejsce jej zajmuje dążenie do możliwie doskonałej obiektywizacji. Oczywiście, że gdy Corneille kreśli swego Cyda, a Racine Fedrę, biorą oni swe kreacje w całej pełni z siebie61; ale forma, w jakiej oddają siebie samych, nakłada hamulec wszelkiemu rozpętaniu egotyzmu. W XVIII wieku literatura piękna, stając się w znacznej mierze zabawą dobrego towarzystwa, dalej jeszcze posuwa wstydliwość własnych uczuć i ograniczenie ich konwencją. Stopniowo, odcięta od swych żywych źródeł, wysusza się i karłowacieje, staje się igraszką mózgową: powszechny, entuzjastyczny kult Woltera jako poety daje tego wystarczającą miarę. Wówczas zjawia się człowiek, który blisko do czterdziestego roku życia wychował się poza wszelkim społeczeństwem, który każdą elementarną myśl, każde uczucie — zamiast otrzymać je gotowe w paryskiej kawiarni lub salonie — zdobywał sobie w mozole i cierpieniu; który wszystkie przedmioty będące dla innych literackim tematem dialektycznym bierze, z naiwnością dzikiego, na serio. Trudno dziś wprost określić, trudno nawet samemu sobie zdać sprawę, do jakiego stopnia wszystko to, co wnosił Rousseau w ówczesne społeczeństwo, było nowe i płodne: nie zawsze przez nowość myśli, ale przez stosunek tych myśli do niego samego. Niech wystarczy jeden przykład: czytając opis przygody z Zuliettą, gdy Rousseau, ogarnięty płomieniem żądzy, nagle zalewa się łzami pod wpływem refleksji nad losem pięknej kurtyzany, niejeden czytelnik minął zapewne ten ustęp, nie zwracając nań uwagi: tyle razy się już spotykało wylewy liryczne tego rodzaju, dziś niemal już banalne!
Wszedłem do alkowy kurtyzany jak do sanktuarium miłości i piękności; zdawało mi się, że ich bóstwo widzę w jej osobie. Nigdy nie byłbym uwierzył, iż bez szacunku i czci można doznawać czegoś podobnego jak to, co ona budziła we mnie. Zaledwie w momentach pierwszych zbliżeń poznałem siłę jej uroków i pieszczot, natychmiast, z obawy, iż zawczasu stracę ich owoc, chciałem najspieszniej je uszczknąć. Nagle w miejsce płomieni, które mnie pożerały, uczułem śmiertelny chłód w żyłach; nogi uginały się pode mną i bliski omdlenia usiadłem, tonąc we łzach jak dziecko.
Kto mógłby odgadnąć przyczynę łez i myśli, które przebiegały mi przez głowę w tej chwili? Mówiłem sobie: „Ta istota, którą mam w swej mocy, jest arcydziełem natury i miłości; duch, ciało, wszystko jest doskonałe; jest równie dobra i szlachetna, jak powabna i miła; magnaci, książęta, powinni by być jej niewolnikami, berła powinny by się chylić do jej stóp. I oto jako nędzna ulicznica wydana jest na żer pospólstwu; kapitan kupieckiego okrętu rozrządza nią do woli; rzuca mi się na szyję, mnie, o którym wie, że nie mam nic, mnie, którego wartość, niedostępna jej ocenie, musi być w jej oczach żadna”.
Otóż ten ustęp, w którym mieści się niemal cały Rolla Musseta i tyle innych „nastrojów”, w istocie już banalnych, był dla współczesnych czymś tak nowym, tak niezrozumiałym, iż La Harpe cytuje go wręcz jako pozytywny dowód obłędu pisarza! Punkt po punkcie można by tak przechodzić twórczość Russa i stosunek jej do literatury współczesnej oraz tej, która po niej wyrosła. Trzeba przyjąć za pewnik, że jeżeli mało rodzi się ludzi samoistnie myślących, ludzi czujących samoistnie — mimo iż czucie zdawałoby się rzeczą na wskroś osobistą — rodzi się jeszcze mniej. Rzadka jednostka, obdarzona samorodnym geniuszem czucia i potęgą wibracji, całym pokoleniom sugeruje (lub może tylko w nich wyzwala?) swój stan psychiczny, na którym wtórne (nieraz zresztą bardzo bogate) ustroje duchowe snują swoje wariacje. Pod tym względem ze wszystkich dzieł Russa — nie wyłączając może nawet Nowej Heloizy — Wyznania wywarły wpływ największy. Czy to wylewy romantyzmu (i całej zresztą współczesnej poezji), uderzające w ton spowiedzi lirycznej, nieznanej od czasu Villona; czy te stosy autobiografii, objaśniających dla potomności duchową organizację własnej istoty; czy wreszcie autoanaliza psychologiczna — słowem połowa niemal literatury XIX wieku, żeglującej pod flagą olbrzymiego, bezwstydnego JA, wyszła z tej oto książki. Mimo to sposób, w jaki Rousseau pojął i wykonał swą spowiedź, sprawia, iż nic nie zatarło dotąd prawdy słów, jakimi ją rozpoczyna: „Imam się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy”.
Wyznania Russa to jedna z tych bolesnych książek, w których — jak w Wielkim Testamencie Villona, jak w Listach panny de Lespinasse — mamy uczucie, iż kładziemy rękę wprost na bijącym, chorym sercu ludzkim; uczucie tutaj tym bardziej przejmujące, iż serce to biło w człowieku, który jak mało kto inny zaważył na biegu myśli, uczuć i dziejów wielkiej epoki ludzkości.
Boy.
Kraków 1914–1917 r.
Tom pierwszy
Księga I
(1712–1719)62. Imam63 się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy. Chcę pokazać moim bliźnim człowieka w całej prawdzie jego natury; a tym człowiekiem będę ja.
Ja sam. Czuję moje serce i znam ludzi. Nie jestem podobny do żadnego z tych, których widziałem; śmiem wierzyć, iż nie jestem podobny do żadnego z istniejących. Jeśli nie lepszy, w każdym razie jestem inny. Czy natura uczyniła źle, czy dobrze, niszcząc formę, w której mnie odlała, o tym wolno będzie sądzić dopiero po przeczytaniu tych kartek.
Niechaj trąba ostatecznego sądu zabrzmi, kiedy przyjdzie godzina: przybędę z tą książką w ręku stanąć przed obliczem Najwyższego Sędziego. Powiem głośno: oto co czyniłem, co myślałem, czym byłem. Wyznałem dobre i złe równie szczerze. Nie przemilczałem nic złego, nie dodałem nic dobrego; a jeśli zdarzyło mi się uciec do czczej ozdoby, to jedynie wówczas, gdy trzeba było wypełnić lukę ułomnej pamięci. Mogłem wziąć za prawdę to, o czym wiedziałem, że mogło być prawdą; nigdy tego, o czym wiedziałem, iż było fałszem. Pokazałem się takim, jakim jestem: godnym pogardy i szpetnym, kiedy nim byłem; dobrym, szlachetnym, wzniosłym, kiedy nim byłem: odsłoniłem moje wnętrze takim, jakim tyś je widział sam, Najwyższy Sędzio. Zgromadź dokoła mnie nieprzeliczoną liczbę moich bliźnich; niech słuchają mej spowiedzi, niech litują się mych nieprawości, niech się rumienią za me niedole. Niech każdy z nich kolejno odsłoni serce u stóp twego tronu z równą szczerością; a potem niechaj jeden jedyny powie ci, jeśli będzie miał czoło64: „Byłem lepszy od tego człowieka”.
Urodziłem się w Genewie w r. 1712, z Izaaka Rousseau65, obywatela66, i Zuzanny Bernard, obywatelki. Ojciec mój, którego ojcowizna wskutek podziału między piętnaścioro rodzeństwa równa była niemal zeru, musiał szukać środków do życia w zawodzie zegarmistrza, w którym istotnie był bardzo biegły. Matka, córka pastora Bernard, była bogatsza od niego: miała urodę i cnotę. Nie bez trudności przyszło ojcu otrzymać jej rękę. Miłość ich zaczęła się niemal z życiem: mając osiem czy dziewięć lat przechadzali się co wieczór wspólnie po wybrzeżu Treille67, jako dziesięciolatki stanowili nierozłączną parę. Sympatia, porozumienie dusz wzmocniły w nich jeszcze uczucie zrodzone z przyzwyczajenia. Los, który sprzeciwiał się poniekąd ich miłości, spotęgował ją tylko. Młody kochanek, nie mogąc otrzymać bogdanki68, usychał z rozpaczy; poradziła mu udać się w podróż, aby szukać zapomnienia. Zwędrowawszy świat bez skutku, wrócił tym bardziej rozkochany. Zastał swą ulubioną tkliwą i wierną jak wprzódy. Po tej próbie nie pozostało im nic, jak kochać się całe życie; przysięgli to sobie i niebo pobłogosławiło ich ślubom.
Gabriel Bernard, brat mojej matki, zakochał się w jednej z sióstr ojca; zgodziła się zań wyjść jedynie pod warunkiem, że brat jej poślubi jego siostrę. Miłość usunęła wszystkie zapory i oba związki skojarzyły się jednego dnia. W ten sposób wuj mój był mężem mej ciotki, a dzieci ich mym stryjeczno-ciotecznym rodzeństwem. Urodziło się z końcem roku po jednym w każdym domu, po czym trzeba było się rozłączyć.
Wuj Bernard był inżynierem wojskowym; pociągnął do cesarstwa i do Węgier służyć pod księciem Eugeniuszem69. Ojciec, po urodzeniu mego jedynego brata, udał się do Konstantynopola, dokąd go powołano: został zegarmistrzem seraju70. Podczas jego nieobecności piękność matki, jej dowcip i talenty znęciły wielbicieli. Pan de la Closure, poseł francuski, był jednym z najgorliwszych. Można wnosić, iż uczucie jego było gorące, skoro po upływie trzydziestu lat, mówiąc o niej, nie mógł ukryć wzruszenia. Matka miała ku obronie więcej niż samą cnotę: kochała czule męża. Napisała do niego, aby wrócił: rzucił wszystko i pośpieszył na wezwanie. Ja byłem smutnym owocem tego powrotu. W dziesięć miesięcy potem przyszedłem na świat, wątły i chory. Urodzenie moje kosztowało matkę życie i stało się pierwszym z mych nieszczęść.
Nie wiem, jak ojciec przeniósł71 tę stratę, ale to wiem, że nie pocieszył się po niej nigdy. Patrząc na mnie, odnajdywał we mnie matkę, nie mogąc z drugiej strony zapomnieć, że to ja mu ją zabrałem; ilekroć mnie brał w ramiona, czułem, po jego westchnieniach, po konwulsyjnym uścisku, że gorzki żal wplata się w jego pieszczoty: tym czulsze były wszelako! Kiedy mówił: „Chodź, dziecko, pomówimy o matce”, odpowiadałem: „Ach, ojcze, znowu będziemy płakać!”. I te słowa już wystarczały, aby go pobudzić do łez. „Ach! — powiadał, wzdychając — oddaj mi ją, pociesz mnie po niej, zapełnij pustkę, jaką zostawiła w mej duszy. Czyżbym cię kochał tyle, gdybyś był tylko moim synem?” W czterdzieści lat po jej stracie umarł w ramionach drugiej żony, ale z imieniem pierwszej na ustach i z jej obrazem w sercu.
Tacy byli twórcy moich dni. Ze wszystkich darów, jakich użyczyło im niebo, przekazali mi tylko jeden, to jest tkliwe serce; ale to, co dla nich było szczęściem, stało się źródłem wszystkich nieszczęść mego życia.
Urodziłem się na wpół umarły; niewiele było nadziei utrzymania mnie przy życiu. Przyniosłem na świat zaród dolegliwości, która wzmogła się z latami72 i która teraz daje mi niekiedy folgę73 jedynie po to, aby mi kazać cierpieć jeszcze okrutniej, choć w odmienny sposób. Siostra ojca, miła i zacna dziewczyna, otoczyła mnie opieką tak tkliwą, że mnie uratowała. W chwili gdy piszę te słowa, żyje jeszcze i pielęgnuje, mając osiemdziesiąt lat, męża młodszego od niej, ale zniszczonego trunkiem. Droga ciotko, przebaczam ci, że utrzymałaś mnie przy życiu, i boleję, iż nie mogę na schyłku twoich dni oddać ci tkliwych starań, którymi otoczyłaś mnie w niemowlęctwie. Żyje także piastunka Joanna, czerstwa do dziś i zdrowa. Ręce, które mi otworzyły oczy przy urodzeniu, będą mi je mogły zamknąć.
Zacząłem wcześniej czuć niż myśleć — to wspólna dola ludzkości. Doświadczyłem jej bardziej niż ktokolwiek. Nie wiem, com robił do pięciu lub sześciu lat. Nie wiem, jak nauczyłem się czytać; pamiętam jedynie chwile pierwszych czytań i wrażenia, które im zawdzięczam; od tego czasu towarzyszy mi już nieprzerwanie świadomość. Po matce zostały jakieś powieści; zaczęliśmy je z ojcem czytywać wspólnie po wieczerzy. Zrazu chodziło o to, aby mnie zaprawić w czytaniu przy pomocy zajmujących książek; ale niebawem przykuły nas do tego stopnia, iż czytaliśmy kolejno, bez przerwy, i spędzali na tym całe noce. Nie byliśmy w stanie oderwać się przed skończeniem tomu. Niekiedy ojciec, słysząc ranne jaskółki, powiadał zawstydzony: „Kładźmy się spać; większy ze mnie dzieciak od ciebie”.
Dzięki tej niebezpiecznej metodzie, posiadłem, w krótkim czasie, nie tylko nadzwyczajną łatwość czytania i rozumienia, ale także niezwykłą na mój wiek inteligencję uczuć. Nie miałem najmniejszego pojęcia o rzeczach, kiedy wszystkie uczucia były mi znajome. Nic nie pojmowałem jeszcze, a wszystko już czułem. Te mgliste wzruszenia nie zamąciły mi rozumu, którego jeszcze nie miałem, ale stworzyły we mnie rozum jakiś odmienny, innego rodzaju, i dały mi o życiu ludzkim dziwaczne i romantyczne pojęcia, z których doświadczenie i refleksja nigdy mnie nie zdołały zupełnie wyleczyć.
(1719–1723). Powieści skończyły się z latem roku 1719. Następnej zimy przyszło co innego. Wyczerpawszy bibliotekę matki, sięgnęliśmy do książek, które zostały nam po jej ojcu. Szczęściem znalazło się między nimi wiele dzieł wartościowych: nie mogło być inaczej w bibliotece pastora, to prawda, i uczonego nawet, było to bowiem podówczas w modzie, ale człowieka światłego i z dobrym smakiem. Historia Kościoła i Cesarstwa przez Le Sueura; Rozprawy Bossueta o historii powszechnej; Znakomici mężowie Plutarcha; Historia Wenecji Naniego; Metamorfozy Owidiusza; La Bruyere; Światy Fontenelle’a; tegoż Rozmowy umarłych i parę tomów Moliera przewędrowały do pracowni ojca, gdzie mu je czytywałem, gdy pracował. Nabrałem do tych dzieł szczególnego i niezwykłego w tym wieku upodobania. Plutarch zwłaszcza stał się mą ulubioną lekturą. Rozkosz, jaką znajdywałem w odczytywaniu go bez przerwy, wyleczyła mnie nieco z romansów; wkrótce Agesilaus, Brutus i Arystydes74 stali mi się milsi od Orondata, Artamena i Juby75. W tym szale czytania, w rozmowach, jakie toczyliśmy z ojcem, wytworzył się we mnie ów wolny i republikański duch, ów charakter nieokiełzany i hardy, czuły na jarzmo i niewolę, który mnie dręczył przez całe życie w sytuacjach najmniej sposobnych. Nieustannie pochłonięty Rzymem i Atenami, żyjąc niejako z ich wielkimi mężami, urodzony sam jako obywatel rzeczypospolitej76 i syn ojca, u którego miłość ojczyzny była najsilniejszą namiętnością, rozpłomieniałem się za jego przykładem; zdawało mi się, że jestem Grekiem lub Rzymianinem; stawałem się osobą, której czytałem żywot. Kiedy czytałem historię ich hartu i nieustraszonych czynów, oczy błyszczały mi jaśniej, głos stawał się potężniejszy. Jednego dnia, opowiadając przy stole przygodę Scewoli77, ku przerażeniu wszystkich omal nie włożyłem ręki w płomień, aby tym żywiej przedstawić jego postępek.
Miałem brata, starszego ode mnie o lat siedem. Kształcił się w rzemiośle ojca. Niezmierne przywiązanie ojca do mnie sprawiało, iż zaniedbywał brata, czego mu bynajmniej nie chwalę. Wychowanie chłopca ucierpiało na tym. Przyzwyczaił się do swywoli78, zanim jeszcze osiągnął wiek, w którym przywary młodości dochodzą do głosu. Oddano go do innego majstra, skąd wymykał się niejednokrotnie, jak wprzódy z domu rodzicielskiego. Nie widywałem go prawie wcale; ledwie mogę powiedzieć, żeśmy się znali; mimo to kochałem go czule i on mnie także, o ile taki wisus79 zdolny jest coś kochać. Przypominam sobie, iż raz, gdy ojciec karcił go surowo, rzuciłem się między nich, obejmując brata z całych sił. Osłoniłem go swoim ciałem, przyjmując ciosy przeznaczone dla niego, i tak zaciekłem się w tej pozycji, iż w końcu ojciec musiał mu darować, bądź rozbrojony moimi łzami, bądź czując, iż kara godziłaby dotkliwiej we mnie niż w brata. W końcu chłopiec zeszedł na tak złe drogi, iż uciekł i znikł zupełnie. Doszły słuchy, że jest w Niemczech. Nie napisał do domu ani razu. Od tego czasu nie było o nim wiadomości, i oto jak zostałem jedynakiem.
Jeśli wychowanie tego nieboraka zostawiało wiele do życzenia, inaczej było ze mną; dzieci królewskie nie mogłyby się cieszyć staranniejszą opieką niż ja w pierwszych latach. Ani razu, do czasu, w którym opuściłem dom rodzicielski, nie zdarzyło się, aby mi pozwolono uganiać po ulicy z innymi dziećmi; nigdy nie było potrzeby poskramiać we mnie ani zaspakajać owych kaprysów, które przypisuje się naturze, a które rodzą się jeno80 z błędnego wychowania. Miałem przywary mego wieku: byłem papla, łakotniś, niekiedy kłamałem. Zdarzyło mi się ściągnąć owoce, cukierki, łakocie; ale nigdy nie szukałem przyjemności w robieniu złego, w wyrządzaniu szkody, składaniu winy na drugich, w dręczeniu biednych zwierząt. Przypominam sobie wszelako, iż raz nasiusiałem do rondla sąsiadki, pani Clot, gdy była na kazaniu. Przyznaję nawet, że to wspomnienie jeszcze mnie śmieszy, pani Clot bowiem, dobra zresztą81 kobiecina, była najzrzędniejszą staruszką, jaką spotkałem. Oto krótka i szczera spowiedź z występków młodości.
Jakże miałbym się stać złym, gdy przed oczyma miałem same jeno przykłady słodyczy i naokoło siebie najlepszych ludzi pod słońcem? Ojciec, ciotka, piastunka, krewni, przyjaciele, sąsiedzi, całe otoczenie, nie ulegali mi, to prawda, ale mnie kochali; i ja ich. Wola moja spotykała tak mało podniet i tak mało zapór, że nie przychodziło mi na myśl ją objawiać. Mogę przysiąc, że aż do czasu kiedy się dostałem pod jarzmo zwierzchnika, nie wiedziałem nawet, co to kaprys. Wyjąwszy czas pisania i czytania pod okiem ojca albo przechadzki z piastunką, przebywałem zawsze w towarzystwie ciotki, patrząc, jak haftuje, słuchając, jak śpiewa, stojąc lub siedząc przy niej; i czułem się szczęśliwy. Jej wesołość, słodycz, miła fizjonomia82, odcisnęły się we mnie tak silnie, że widzę jeszcze jej twarz, spojrzenie, ruchy: przypominam sobie pieszczotliwe słówka; umiałbym opisać jak była ubrana i uczesana, wszystko, aż do dwóch ciemnych loczków na skroniach, wedle ówczesnej mody.
Jestem przekonany, że jej zawdzięczam upodobanie albo raczej namiętność do muzyki, namiętność, która rozwinęła się o wiele później. Umiała moc piosenek i nuciła je głosikiem pełnym słodyczy. Pogoda duszy tej przemiłej dziewczyny oddalała od niej i od wszystkiego, co ją otaczało, zadumę i smutek. Śpiew jej miał dla mnie taki urok, że nie tylko wiele z jej piosnek utrwaliło mi się na zawsze w pamięci, ale nawet teraz, w miarę jak się starzeję, przypominają mi się nowe, zapomniane od dzieciństwa, i wprawiają mnie w zachwyt, którego nie umiem wprost opisać. Czy powiedziałby ktoś, że ja, stary mantyka83, zużyty troskami i niedolą, chwytam się niekiedy na tym, iż płaczę jak dziecko, mamrocząc te nikłe aryjki głosem złamanym już i drżącym!
Jedna z nich zwłaszcza przypomniała mi się w całości, przynajmniej melodia, bo część słów stale mi ginie, mimo że mętnie pobrzękują mi jej rymy. Zastanawiam się w czym tkwi rozrzewniający urok, jaki serce moje znajduje w tej piosence; jest to kaprys, którego nie umiem zrozumieć, ale niepodobna84 mi wręcz prześpiewać jej do końca, iżby łzy nie przerwały mi śpiewania. Sto razy myślałem napisać do Paryża o resztę słów, o ile ktoś zna je jeszcze. Ale jestem prawie pewny, że przyjemność, którą znajduję w przypominaniu sobie tej aryjki rozwiałaby się, gdybym miał dowód, iż śpiewał ją kto inny prócz biednej ciotki Zuzi.
Takie były pierwsze przywiązania w zaraniu mego życia; tak zaczynało się kształtować i objawiać we mnie to serce, tak harde i tak tkliwe, ten charakter niemal kobieco słaby, a jednak niezłomny, który bujając nieustannie między słabością a męstwem, między gnuśnością a hartem, do końca wtrącał mnie w sprzeczności i sprawił, iż powściągliwość i użycie, rozkosz i umiarkowanie zarówno pozostały mi niedoścignione.
Wychowanie to uległo przerwie wskutek wypadku, którego następstwa rozstrzygnęły o mym życiu. Ojciec pokłócił się z niejakim panem Gautier, kapitanem francuskim mającym krewnych w Radzie. Ów Gautier, człowiek bezczelny i podły, skorzystał z lekkiego broczenia nosa, aby przez zemstę obwinić ojca, iż dobył nań szpady w obrębie miasta. Ojciec, którego chciano wtrącić do więzienia, uparł się, aby, wedle litery prawa, oskarżyciela jego również uwięziono; nie mogąc tego uzyskać, wolał opuścić Genewę i kraj na całe życie, niż ustąpić w tym, w czym widział naruszenie honoru i wolności obywatela.
Zostałem pod opieką wuja Bernarda, wówczas zatrudnionego przy fortyfikacjach Genewy. Starsza jego córka umarła, ale miał syna mniej więcej w moim wieku. Umieszczono nas razem w Bossey85, u pastora Lambercier, abyśmy wypchali sobie głowy łaciną oraz wszelakim innym rupieciem, które zaszczyca się mianem wykształcenia.
Dwa lata spędzone na wsi złagodziły nieco mą rzymską surowość i wróciły mnie do stanu dzieciństwa. W Genewie, gdzie mi w ogóle nie narzucano nic, a już nigdy nauki ani czytania, było ono mą jedyną rozrywką; w Bossey przymus pracy obudził we mnie smak do zabaw, które stanowiły po niej ożywcze wytchnienie. Wieś była dla mnie czymś tak nowym, że nie mogłem się nią nasycić. Nabrałem do niej upodobania, które nigdy we mnie nie wygasło. Wspomnienie szczęśliwych dni na wsi kazało mi wciąż żałować jej uciech i słodyczy, aż wreszcie sprowadziło mnie ku niej z powrotem. Pan Lambercier był to człowiek bardzo rozsądny; nie zaniedbując wychowania, nie przeciążał nas wszakże. Za dowód, iż brał się dobrze do swego zadania, może służyć, iż mimo odrazy do wszelkiego przymusu nigdy nie wspominałem ze wstrętem czasu moich nauk; a jeżeli nie nauczyłem się zbyt wiele, to, czegom się nauczył, posiadłem bez trudu i trwale.
Prostota wiejskiego życia dała mi nieoszacowany skarb, otwierając me serce na uroki przyjaźni. Do tego czasu znałem jedynie uczucia podniosłe, ale urojone. Wspólne życie wśród spokojnych trudów i wywczasów spoiło mnie tkliwym węzłem z kuzynem mym Bernardem. Niebawem nabrałem dlań uczuć serdeczniejszych, niż kiedykolwiek żywiłem je dla brata; a uczucia te nie zatarły się nigdy. Był to wyrośnięty chłopak, szczupły i wątły, równie łagodnego charakteru jak słabych sił fizycznych, dzięki czemu nie nadużywał uprzywilejowanej pozycji, jaką posiadał w domu jako syn mego opiekuna. Mieliśmy jednakie zajęcia, zabawy, upodobania; byliśmy sami, rówieśnicy, każdy zarówno czuł potrzebę towarzysza; rozdzielić nas znaczyłoby niejako unicestwić obu. Przywiązanie nasze, mimo iż niewiele mieliśmy sposobności, aby go sobie dowieść, było ogromne; nie tylko nie mogliśmy żyć rozłączeni, ale nie wyobrażaliśmy sobie, aby to było możebne86. Obaj mieliśmy usposobienia łatwe do prowadzenia łagodnością i podatne, o ile ktoś nie chciał nagiąć nas przemocą; z sobą godziliśmy się zawsze we wszystkich punktach. Jeżeli, dzięki wyróżnieniu naszych wychowawców, on miał nade mną przewagę pod ich okiem, to znów kiedy byliśmy sami, ja brałem górę; w ten sposób utrzymywała się równowaga. W czasie nauki podpowiadałem lekcję, gdy nie był jej pewny; uporawszy się z zadaniem, pomagałem jemu; w zabawach ja, bardziej rzutki, byłem przodownikiem. Słowem, zgadzaliśmy się tak dobrze i żyliśmy w tak szczerej przyjaźni, że w ciągu pięciu lat nierozłącznego pożycia, tak w Bossey, jak w Genewie, biliśmy się często, to prawda, ale nigdy nie było trzeba nas rozłączać, nigdy kłótnia nie trwała dłużej kwadransa i nigdy, ani razu, żaden nie poskarżył się na drugiego. Te szczegóły mogą się komu wydać błahe, jednakże zawarty w nich przykład jest może jedyny od czasu jak istnieją dzieci.
Życie, jakie pędziliśmy w Bossey, odpowiadało mi tak dobrze, że, gdyby potrwało dłużej, zdecydowałoby o moim charakterze. Podstawę jego stanowiły uczucia tkliwe, serdeczne, łagodne. Sądzę, iż nie było człowieka, który by z natury mniej był próżny ode mnie. Wznosiłem się w chwili wybuchu do najszczytniejszych wzruszeń, ale niebawem opadałem w zwykłe rozmarzenie. Być kochanym przez wszystkich — to było moje najwyższe pragnienie. Byłem łagodny, mój krewniak również, toż i nasi wychowawcy. Przez całe dwa lata nie byłem ani świadkiem, ani ofiarą gwałtowniejszego wstrząsu. Wszystko podtrzymywało w mym sercu skłonności wszczepione przez naturę. Nie znałem większego szczęścia niż widzieć, że wszyscy są radzi ze mnie i ze świata. Przypominam sobie dziś jeszcze, jak kiedy nas egzaminowano w kościele z katechizmu i zdarzyło mi się zająknąć, największą troską dla mnie były oznaki niepokoju i zmartwienia na twarzy panny Lambercier. To jedno trapiło mnie bardziej niż niepowodzenie publiczne, które wszakże dotykało mnie mocno: mało wrażliwy na chwalby, byłem zawsze bardzo czuły na wstyd; mimo to mogę rzec, iż spodziewane wymówki panny Lambercier mniej mnie dręczyły niż obawa jej przykrości.
Bądź co bądź, w razie potrzeby, umiała ona uciec się do surowości, jak również i jej brat; ponieważ jednak ta surowość, prawie zawsze sprawiedliwa, nigdy nie była wywołana uniesieniem, cierpiałem, ale się nie buntowałem87. Bardziej niż kara bolała mnie utrata ich łaski, a świadomość niezadowolenia była mi dotkliwsza niż jego następstwa. Trudno mi ściślej się wytłumaczyć, a jednak trzeba. Zmieniono by niewątpliwie metody postępowania z młodzieżą, gdyby lepiej widziano najdalsze skutki owego pedagogicznego środka, stosowanego zawsze bez rozwagi, niekiedy bez miary! Przykład mój, równie pospolity jak opłakany, może posłużyć za naukę: to skłania mnie do przytoczenia go tutaj.
Panna Lambercier, przywiązana do nas jak matka, miała i władzę matki, i posuwała ją niekiedy, o ileśmy zasłużyli, aż do dotkliwej kary, zazwyczaj stosowanej u dzieci. Dość długo poprzestawała na groźbie, a ta groźba kary, całkiem mi nieznanej, przerażała mnie niezmiernie. Po egzekucji wszelako wydała mi się ona mniej straszna niż samo oczekiwanie; a co najosobliwsze, to iż kara ta przywiązała mnie jeszcze do osoby, z której rąk jej doznałem. Trzeba nawet było całej szczerości tego przywiązania i wrodzonej mej łagodności, aby mnie powstrzymać od pokusy powtórnego zasłużenia na tę karę; w tym bólu bowiem, we wstydzie nawet, znalazłem domieszkę zmysłowej rozkoszy, której wspomnienie, silniejsze od obawy, budziło we mnie raczej chęć doznania jeszcze raz tych samych wzruszeń z tej ręki. Bez wątpienia musiało się w tym przejawiać jakieś przedwczesne pobudzenie płciowe, bo sama kara, o ile bym jej doznał z rąk np. pastora, nie byłaby mi wcale przyjemna. Ale wobec jego usposobienia substytucja88 ta nie groziła wcale; jeżeli tedy wstrzymywałem się od ochoty zasłużenia na karę, to jedynie z obawy zmartwienia panny Lambercier; każde bowiem przywiązanie, nawet to, które zrodziło się pod wpływem zmysłów, zawsze brało nad zmysłami górę.
Ta recydywa, którą oddalałem, nie lękając się jej wszelako, przyszła wreszcie bez mej winy, to znaczy bez mej woli; skorzystałem z niej, mogę rzec, ze spokojnym sumieniem. Ale ten drugi raz był zarazem ostatnim. Panna Lambercier, spostrzegłszy zapewne po jakimś objawie, że kara mija się z celem, oświadczyła, iż rezygnuje z niej jako zbyt dla niej nużącej. Dotąd sypialiśmy w jej pokoju, w zimie niekiedy w jej łóżku — w dwa dni potem pomieszczono nas na noc gdzie indziej. Odtąd (czego byłbym się chętnie wyrzekł) miałem zaszczyt być przez nią traktowany jako duży chłopiec.
Któżby uwierzył, że ta dziecinna kara, otrzymana przez ośmioletniego chłopca z rąk trzydziestoletniej panny, rozstrzygnęła o mych upodobaniach, pragnieniach, namiętnościach, o mnie całym, na całe życie, i to właśnie w kierunku przeciwnym temu, który, naturalnym sposobem, powinien by stąd wyniknąć? Równocześnie z tym rozpaleniem zmysłów, pożądania moje wypaczyły się w taki sposób, iż zamykając się w sferze poznanych wrażeń, nie troszczyły się o szukanie innych. Z krwią przepaloną zmysłami niemal od urodzenia, uchowałem się czysty od zmazy do wieku, w którym najzimniejsze i najbardziej spóźnione temperamenty przychodzą do głosu. Dręczony długo sam nie wiedząc czym, pożerałem płomiennym okiem piękne kobiety; wyobraźnia moja przyzywała je nieustannie jedynie po to, aby im kazać działać w myśl moich upodobań i wskrzeszać pod ich postacią pannę Lambercier i jej egzekucję.
Nawet po okresie dojrzewania to dziwne upodobanie, wciąż trwające i posunięte aż do deprawacji, do szaleństwa, zachowało we mnie czystość obyczajów, z której na pozór powinno by mnie obedrzeć. Wychowanie moje było w najwyższym stopniu czyste i skromne. Ciotki moje były to osoby nie tylko rzadkiej cnoty, ale i wstydliwości od dawna już w tym stopniu nieznanej kobietom. Ojciec, człowiek lubiący żyć, ale po staroświecku dworny, nigdy w obecności kobiet najbardziej mu miłych nie odezwał się słowem, które by mogło przyprawić o rumieniec dziewicę. Nigdy chyba dalej niż w mojej rodzinie i w mojej obecności nie posunięto względów winnych dzieciom. Nie mniej uwagi znalazłem w domu pana Lambercier: bardzo zdatną służącą odprawiono bezzwłocznie za jedno swobodne słowo, na które pozwoliła sobie przy nas. Nie tylko aż do młodzieńczego wieku nie miałem wyraźnego pojęcia o stosunkach płci, ale i te mgliste domysły przedstawiały mi się zawsze jako obraz pełen wstrętu i ohydy. Dziewczyny publiczne budziły we mnie grozę, która nigdy się nie zatarła; nie mogłem patrzeć na rozpustnika bez wzgardy, bez przerażenia nawet. Odraza moja do rozpusty datowała się od czasu, gdy raz, idąc jarem, ujrzałem po obu stronach drogi zagłębienia w ziemi i gdy mi powiedziano, że tam ci ludzie chronią się parami dla swoich czynności. Obraz ten zlał mi się w jedno z obrazem parzących się psów, które widywałem czasem; czułem w gardle spazm wstrętu na samo wspomnienie.
Temu wychowaniu, które już samo wystarczało, aby opóźnić pierwsze wybuchy zapalnego temperamentu, przyszedł w pomoc, jak rzekłem, rodzaj zboczenia, które skojarzyło się u mnie z pierwszym pobudzeniem zmysłów. Umiałem sobie wyobrazić jedynie to, co już odczułem: mimo dokuczliwego burzenia się krwi, nie umiałem tedy kierować pragnień ku innej rozkoszy, prócz tej, jaka mi była znana; nigdy mi nie przychodziła na myśl ta, którą mi tak zohydzono, a która, bez najmniejszej świadomości z mej strony, tak była tamtej pokrewna. W naiwnych chimerach89 wyobraźni, w erotycznych uniesieniach, w wariackich postępkach, do których mnie nieraz popychały, uciekałem się w imaginacji do pomocy płci odmiennej, nie przypuszczając ani na chwilę, aby ta płeć mogła służyć do innego użytku, prócz tego, który jej dawałem w marzeniach.
W ten sposób, obdarzony temperamentem bardzo zapalnym, bardzo zmysłowym, bardzo wczesnym, przebyłem okres dojrzewania, nie doznawszy innych pragnień, nie znając innych rozkoszy, prócz tych, których świadomość wszczepiła mi w niewinności ducha panna Lambercier; a kiedy z postępem lat stałem się wreszcie mężczyzną, i wówczas to, co mnie powinno było zgubić, ocaliło mnie. Dawna skłonność dziecka, miast90 wygasnąć, połączyła się tak ściśle z inną, że nigdy nie mogłem jej zupełnie usunąć z rozpłomienionych zmysłów; szaleństwo to, w połączeniu z wrodzoną nieśmiałością, czyniło mnie bardzo mało przedsiębiorczym wobec kobiet. Nie śmiałem wszystkiego powiedzieć, a nie mogłem wszystkiego wykonać, ponieważ tej rozkoszy, której inna rozkosz była dla mnie jedynie szczytem, nie może wziąć po prostu ten, który jej pragnie, ani nie może go odgadnąć ta, która mogłaby jej udzielić. W ten sposób przebyłem życie, pożądając i ukrywając moje pożądania przy boku osób, które kochałem najwięcej. Nie śmiejąc nigdy wyznać mych upodobań, oszukiwałem je bodaj, dając stosunkom moim formy pokrewne. Przebywać u kolan despotycznej kochanki, ulegać jej rozkazom, żebrać przebaczenia było dla mnie najsłodszą rozkoszą; im bardziej rozpalona wyobraźnia smagała mi krew, tym bardziej na zewnątrz miałem postać trwożnego wielbiciela. Łatwo zrozumieć, że ten sposób okazywania miłości nie prowadzi do zbyt szybkich postępów i nie zagraża cnocie osób będących jej przedmiotem. Posiadałem też w życiu kobiet bardzo niewiele; mimo to przeżyłem wiele na swój sposób, przez wyobraźnię. Oto jak moje zmysły, jednocząc się z nieśmiałym usposobieniem i romantyczną głową, zachowały mi czystość uczuć i skromność obyczajów dzięki tym samym skłonnościom, które przy większej śmiałości byłyby mnie zanurzyły w odmęt zezwierzęcenia.
Uczyniłem pierwszy i najtrudniejszy krok w ciemnym i bagnistym labiryncie mej spowiedzi. Nie to najciężej wyznać, co w nas jest zbrodnicze, ale co wstydliwe i śmieszne. Odtąd jestem już pewien siebie; po tym, com ośmielił się powiedzieć, nic mnie nie powstrzyma. Ile musiało mnie kosztować podobne wyznanie, można osądzić z tego, iż przez całe życie, opanowany niekiedy, przy boku istot, które kochałem, namiętnością odejmującą mi wprost wzrok i słuch, wpół przytomny i drżący konwulsyjnie na ciele, nigdy przecież nie mogłem się zdobyć na to, aby wyznać me szaleństwo i nawet w najpoufniejszej sytuacji błagać o jedyną łaskę, której mi brakło. Zdarzyło mi się to raz tylko, w dzieciństwie, z dziewczyną w moim wieku, a i wówczas propozycja wyszła raczej od niej.
Wracając oto myślą do pierwszych śladów życia uczuciowego, odnajduję w nim składniki, które, sprzeczne niekiedy na pozór między sobą, stopiły się mimo to, wywołując z całą siłą jednolite i proste objawy; inne znowuż, na pozór jednorakie, kształtowały się przez zbieg okoliczności w kombinacje tak różnorodne, że nie można sobie wręcz wyobrazić, aby pomiędzy nimi istniał jaki związek. Kto by mniemał na przykład, iż jedna z najsilniejszych sprężyn duszy hartowała się w tym samym źródle, z którego spływały w mą krew miękkość i zmysłowość? Nie opuszczając przedmiotu, o którym mówiliśmy poprzednio, wprowadzę czytelnika w bardzo odmienną sferę wrażeń.
Siedziałem jednego dnia sam nad lekcją w pokoju przy kuchni. Służąca rozłożyła na blasze grzebienie panny Lambercier. Kiedy wróciła po nie, okazało się, iż w jednym wszystkie zęby były połamane. Kogo posądzić o tę psotę? Nikt prócz mnie nie wchodził do pokoju. Biorą mnie na spytki: zaklinam się, że nie ruszałem grzebienia. Państwo Lambercier wzywają mnie, napominają, przypierają do muru, grożą — wciąż przeczę. Poszlaki były wszelako zbyt silne i przeważyły wszystkie zaklęcia, mimo że pierwszy raz zdarzyło się spotkać u mnie z tak zuchwałym kłamstwem. Złośliwość, kłamstwo, upór, wszystko to było godne najsurowszej kary; ale tym razem nie panna Lambercier mi ją wymierzyła. Napisano do wuja: przybył. Mój biedny krewniak pozostawał pod zarzutem innego, nie mniej ciężkiego występku: objęto nas wspólną egzekucją. Była straszliwa. Gdyby, szukając lekarstwa w samym źródle złego, ktoś chciał na zawsze przytłumić me zbłąkane zmysły, nie mógłby się lepiej wziąć do dzieła. Od tego czasu zostawiły mnie długo w spokoju.
Nie było sposobu wydobyć ze mnie wyznania. Brany na kilkanaście zawodów91 do kaźni i doprowadzony do najopłakańszego stanu, pozostałem niewzruszony. Byłbym przeniósł śmierć i byłem na nią zdecydowany. W końcu nawet siła musiała ustąpić wobec szatańskiego uporu dziecka; nie doświadczano już więcej mej stałości. Wyszedłem z okrutnej próby poszarpany na strzępy, ale tryumfujący.
Upłynęło blisko pięćdziesiąt lat od tej przygody i nie obawiam się już, aby mnie powtórnie ukarano; otóż, oznajmiam w obliczu nieba, że byłem niewinny. Nie złamałem ani nie dotykałem grzebienia, nie zbliżyłem się do blachy, nawet mi to w myślach nie postało. Niech nikt nie pyta, w jaki sposób stała się szkoda; nie wiem i nie pojmuję: to jedno wiem, że nie ja byłem winny.
Niech sobie teraz czytelnik wyobrazi charakter nieśmiały i łatwy w życiu codziennym, ale żarliwy, hardy, niezłomny w uczuciach; dziecko zawsze prowadzone rozsądkiem, słodyczą, wyrozumiałością, uprzejmością, które nawet nie miało pojęcia o istnieniu niesprawiedliwości i które pierwszy raz doznaje jej, i to w tak straszliwej postaci, ze strony osób, dotąd będących dlań przedmiotem czci i ukochania: co za przewrót! co za zamęt uczuć! co za wstrząs w sercu, w mózgu, w całej drobnej duchowej i moralnej istotce! Powiadam, niech sobie ktoś wyobrazi, o ile możebne, gdyż co do mnie, nie czuję się zdolny rozplątać ani pochwycić najmniejszego śladu tego, co się wówczas we mnie działo.
Nie miałem jeszcze dość zastanowienia, aby ocenić, do jakiego stopnia pozory mnie potępiały, i aby się postawić na miejscu drugich osób. Czułem jedynie okrucieństwo kary za zbrodnię, której nie popełniłem. Cierpienie fizyczne, jakkolwiek bolesne, mało mnie dotykało; czułem jedynie oburzenie, wściekłość, rozpacz. Mój krewniak, w położeniu mniej więcej podobnym, gdyż ukarano go za mimowolny błąd jak gdyby za czyn rozmyślny, wpadał we wściekłość za moim przykładem i dostrajał się do mego tonu. Leżąc w jednym łóżku, ściskaliśmy się konwulsyjnie, dławiliśmy się; i kiedy nasze młode ciałka, nieco przyszedłszy do siebie, mogły wyrazić swoje wzburzenie, podnosiliśmy się, wpół siadając na łóżku i krzyczeliśmy po sto razy ile tchu: „Carnifex!92 carnifex! carnifex!”.
Czuję, pisząc to, dziś jeszcze, że puls wali mi jak młotem; te chwile będą mi zawsze przytomne, choćbym żył sto tysięcy lat. To pierwsze zetknięcie z gwałtem i niesprawiedliwością pozostało tak głęboko wyryte w mej duszy, że sama myśl o tym wprawia mnie w dawne wzruszenie. Uczucie to, zrodzone zrazu z pobudek osobistych, takiej nabrało mocy i tak oderwało się od osobistego interesu, iż serce moje rozpala się od widoku lub opowieści niesprawiedliwego postępku, na kimkolwiek i gdziekolwiek popełnionego, tak jakbym sam był jego ofiarą. Kiedy czytam o okrucieństwach tyrana, o matactwach przewrotnego klechy, gotów bym natychmiast zasztyletować nędznika, choćbym miał po stokroć zginąć. Nieraz zdyszałem się i spociłem cały, ciskając kamieniami za kogutem, krową, psem, jakimkolwiek zwierzęciem, które w moich oczach dręczyło drugie jedynie dlatego, iż czuło się silniejsze. Ten odruch jest może u mnie wrodzony i mniemam, że tak jest; ale wspomnienie pierwszej niesprawiedliwości z pewnością przyczyniło się znacznie do jego wzmocnienia.
Tu znaczy się kres mej dziecięcej pogody. Od tej chwili przestałem cieszyć się niezmąconym szczęściem i czuję dziś jeszcze, że wspomnienie uroków dzieciństwa kończy się tutaj. Zostaliśmy w Bossey jeszcze kilka miesięcy. Żyliśmy odtąd tak, jak nam malują pierwszego człowieka, gdy jeszcze mieszka w raju, ale już pozbawiony jego słodyczy. Na pozór, sytuacja ta sama, w istocie treść zupełnie odmienna. Przywiązanie, szacunek, ufność, swoboda wobec wychowawców zgasły. Nie patrzyliśmy już na nich jak na bogów, którzy czytają w sercach; mniej wstydziliśmy się złych uczynków, a bardziej lękali posądzenia; zaczęliśmy się kryć, udawać, kłamać. Zwykłe przywary skaziły dawną niewinność i wdzięk naszych zabaw. Wieś nawet straciła w naszych oczach urok słodyczy i prostoty; opustoszała i posępna, pokryła się jak gdyby oponą93 przesłaniającą jej piękność. Przestaliśmy pielęgnować nasze ogródki, zioła, kwiaty. Nie spieszyliśmy już lekko rozdrapywać ziemię i krzyczeć z radości, odkrywając kiełek ziarna, któreśmy posiali. Zbrzydło nam to życie; myśmy zbrzydli wszystkim; wreszcie, wuj odebrał nas i tak rozstaliśmy się z państwem Lambercier, przesyceni sobą wzajem i niezbyt bolejąc nad rozłąką.
Przez blisko trzydzieści lat od mego rozstania się z Bossey nie zdarzyło mi się wspominać owego pobytu w sposób przyjemny i z pewnym skupieniem; ale od czasu gdy, przekroczywszy wiek dojrzały, pochyliłem się ku starości, czuję, że te właśnie wspomnienia odżywają w miarę zacierania się innych i utrwalają się w mej pamięci, zyskując na wdzięku i sile: jak gdybym, czując uciekanie życia, starał się je pochwycić u samych początków. Najmniejsze ówczesne zdarzenia radują mnie przez to jedynie, że są z tego czasu. Przypominam sobie wszystkie okoliczności tyczące miejsc, osób, godzin. Widzę pokojową albo służącego krzątających się po pokoju, jaskółkę wpadającą przez okno, muchę siadającą mi na ręce, gdy wydaję lekcje94; widzę całe umeblowanie naszego pokoju: gabinet pana Lambercier po prawej, sztych przedstawiający wszystkich papieży, barometr, kalendarz, krzaki malin pchające się do okien. Wiem, że czytelnik nie jest ciekaw tego wszystkiego, ale ja czuję potrzebę powiedzenia mu o tym. Czemuż nie śmiem opowiedzieć mu tak samo wszystkich drobnych wydarzeń tego błogiego czasu, który przyprawia mnie jeszcze o dreszcz szczęścia, kiedy go wspomnę! Kilka zwłaszcza... Ułóżmy się. Daruję wam resztę anegdot; chcę tylko jedną jedyną, byle mi wolno było opowiedzieć ją jak najobszerniej, aby przedłużyć chwile mej rozkoszy.
Gdyby mi chodziło tylko o waszą zabawę, mógłbym wybrać historię o kuperku panny Lambercier, który wskutek nieszczęśliwego koziołka w rów przydrożny ukazał się w całej okazałości królowi Sardynii w czasie jego przejazdu; ale historia orzecha na terasie95 zabawniejsza jest dla mnie, który byłem jej aktorem, gdy przy owym koziołku byłem jedynie widzem; a przyznaję, że wcale nie było mi do śmiechu w chwili owego wypadku, który mimo iż sam w sobie komiczny, przejął mnie niepokojem o osobę tak drogą dla mnie jak matka, a może bardziej.
O wy, ciekawi czytelnicy wspaniałych dziejów orzecha, słuchajcie jego straszliwej tragedii i jeżeli zdołacie, wstrzymajcie się od drżenia!
Za bramą, po lewej ręce przy wjeździe, znajdowała się terasa, na której siadywało się często po obiedzie, ale która nie miała cienia. Aby temu zaradzić, pan Lambercier posadził tam orzech. Zasadzenie drzewa odbyło się z wielką uroczystością. Dwaj pensjonarze byli rodzicami chrzestnymi: gdy zasypywano wydrążenie w ziemi, my wśród tryumfalnych śpiewów trzymaliśmy, każdy jedną ręką, drzewo. Aby je podlewać, wyżłobiono dokoła, u jego stóp, małą sadzawkę. Mój krewniak i ja, żarliwi spektatorzy96 tego codziennego podlewania, umacnialiśmy się w bardzo naturalnej idei, że zasadzenie drzewa jest czynem piękniejszym zgoła niż zatknięcie sztandaru na wyłomie; postanowiliśmy dostąpić sami tego zaszczytu, nie dzieląc go z nikim.
W tym celu ucięliśmy gałąź młodej wierzby i zasadziliśmy ją na tej samej terasie, o jakie dziesięć stóp od dostojnego orzecha. Nie zapomnieliśmy również wyżłobić dołka; trudność była w tym, że nie było go czym napełnić; wodę trzeba było nosić z dość daleka i nie pozwolonoby nam biegać po nią. Bądź co bądź, woda była niezbędnie potrzebna dla naszej wierzbiny. Rozwinęliśmy wszelakie chytrości, aby jej dostarczyć drzewku przez kilka dni; powiodło nam się tak dobrze, iż wnet ujrzeliśmy, jak wypuszcza listki, których wzrost śledziliśmy z godziny na godzinę, przekonani, jakkolwiek drzewko nie miało więcej niż stopę wysokości, iż niebawem użyczy nam cienia.
Ponieważ drzewko, pochłaniając całą naszą uwagę, czyniło nas niezdolnymi do wszelkiego zajęcia, do nauki i wprawiało nas w stan jakby oszołomienia, wzięto nas jeszcze krócej niż zwykle. Ujrzeliśmy tedy nieszczęsny moment, w którym braknie nam wody, i trawiliśmy się rozpaczą w oczekiwaniu chwili, gdy drzewko obumrze z posuchy. W końcu potrzeba, matka przemyślności, podsunęła nam wynalazek mogący zabezpieczyć drzewo i nas od nieuchronnej śmierci: przyszło nam do głowy wykopać pod ziemią kanał odprowadzający tajemnie do wierzby część wody, którą podlewano orzech. To przedsięwzięcie, wykonane z zapałem, nie powiodło się zrazu. Źle obliczyliśmy spadek, tak iż woda nie spływała; ziemia odrywała się i zatykała kanał; otwór zaczopowywał się śmieciem, wszystko szło jak najgorzej. Nic nas nie zrażało: Labor omnia vincit improbus97. Pogłębiliśmy jeszcze nasz basen, aby ułatwić spadek; pokrajaliśmy pokrywki od pudełek w wąskie deseczki, z których jedne ułożone na płask rzędem, drugie zaś ustawione po dwóch stronach pod kątem stworzyły trójgraniasty kanał. Otwór zagrodziliśmy cienkimi patyczkami, ułożonymi na krzyż, tak iż tworząc rodzaj kraty, zatrzymywały muł i kamienie, a zostawiały odpływ dla wody. Pokryliśmy nasze dzieło troskliwie udeptaną ziemią i gdy wszystko było gotowe, czekaliśmy z drżeniem nadziei i obawy na godzinę podlewania. Po wiekach oczekiwania godzina ta wybiła nareszcie; pan Lambercier przyszedł, jak zwykle, asystować operacji, podczas której trzymaliśmy się za nim, aby ukryć nasze drzewko, do którego na szczęście odwrócony był plecami.
Zaledwie wlano w zagłębienie pierwsze wiadro, ujrzeliśmy, iż woda zaczyna spływać do naszego baseniku. Na ten widok ostrożność opuściła nas, zaczęliśmy wydawać okrzyki radości, które sprawiły, iż pan Lambercier się odwrócił; a szkoda: właśnie z przyjemnością stwierdzał, iż ziemia koło jego orzecha jest doskonała i bardzo chciwie pije wilgoć. Widząc ze zdumieniem, iż woda zasila aż dwa baseny, wydaje on z kolei krzyk, patrzy, spostrzega sztuczkę, każe co żywo przynieść łopatę, uderza nią w ziemię, rozbija w drzazgi parę deseczek i krzycząc wniebogłosy: „Akwedukt! Akwedukt!”, zadaje niemiłosierne ciosy, z których każdy godził nas prosto w serce. W jednej chwili deseczki, kanał, basen, wierzba — wszystko zniszczone, zaorane! Przez czas tego straszliwego dzieła pan Lambercier nie wyrzekł ani słowa, prócz owego wciąż powtarzanego wykrzyknika: „Akwedukt! — wołał, łamiąc i niszcząc wszystko — Akwedukt! Akwedukt!”
Mógłby ktoś mniemać, iż przygoda skończyła się źle dla małych architektów. Wcale nie: wszystko ograniczyło się na tym. Pan Lambercier nie uczynił nam żadnej wymówki, nie skrzywił się nawet i nie mówił o tym więcej; słyszeliśmy nawet później, jak śmiał się na całe gardło rozmawiając z siostrą, śmiech bowiem pana Lambercier słychać było z daleka; a co jeszcze dziwniejsze, to iż my sami, skoro minęło pierwsze wzruszenie, nie byliśmy nadto zmartwieni. Zasadziliśmy gdzie indziej inne drzewo i przypominaliśmy sobie często katastrofę, powtarzając z emfazą: „Akwedukt! Akwedukt!”. Dotąd miewałem od czasu do czasu napady dumy, kiedy byłem Arystydesem lub Brutusem: to był u mnie pierwszy odruch wyraźnej próżności. Zbudować naszymi rękami akwedukt, przeciwstawić mizerną gałązkę prawdziwemu drzewu — zdawało mi się najwyższym szczeblem chwały. W dziesiątym roku życia miałem o tym lepszy sąd niż Cezar w trzydziestym98.
Wspomnienie tego orzecha i historyjka z nim związana utkwiła mi tak silnie w pamięci, iż jednym z najmilszych projektów w czasie podróży do Genewy w r. 1754 było iść do Bossey odwiedzić pamiątki zabaw dziecinnych, a zwłaszcza kochany orzech, który musiał liczyć wówczas trzecią część wieku. Byłem tak oblężony, tak mało byłem panem swego czasu, że nie mogłem znaleźć chwili dla zaspokojenia swych życzeń. Mało jest nadziei, aby sposobność nadarzyła się jeszcze; mimo to nie wyzbyłem się pragnienia i jestem prawie pewny, że gdybym kiedyś, wróciwszy do tych miejsc ukochanych, znalazł drogi orzech jeszcze przy życiu, zrosiłbym go gorącymi łzami.
Wróciwszy do Genewy, spędziłem parę lat u wuja, czekając, aby ze mną coś postanowiono. Ponieważ wuj przeznaczał syna do inżynierii, kazał go kształcić po trosze w rysunku i uczyć Elementów Euklida99. Przechodziłem i ja to wszystko dla towarzystwa i nabrałem zamiłowania zwłaszcza do rysunku. Tymczasem zastanawiano się, czy zrobić ze mnie zegarmistrza, adwokata czy pastora. Byłbym się zgodził na pastora, ponieważ prawienie kazań wydawało mi się rzeczą pełną powabu; ale szczupłe dziedzictwo po matce, które trzeba było dzielić między mnie i brata, nie wystarczało na podjęcie długich studiów. Ponieważ wiek mój nie naglił jeszcze do wyboru, przebywałem czasowo u wuja, tracąc czas mniej więcej na niczym i płacąc, jak sprawiedliwość kazała, wcale przyzwoitą pensyjkę za utrzymanie.
Wuj, podobnie jak mój ojciec, człowiek lubiący żyć, tak samo nie umiał sobie zadawać przymusu i nie troszczył się o nas zbyt wiele. Ciotka, pogrążona w dewocji, wolała śpiewać psalmy niż czuwać nad naszym wychowaniem. Pozostawiono nam prawie zupełną swobodę, której nie nadużywaliśmy zresztą. Nierozłączni, wystarczaliśmy sobie wzajem; nie mając ochoty przestawać z urwisami w naszym wieku, nie nabraliśmy żadnej z przywar, które próżniactwo mogło nam było podszepnąć. Źle mówię właściwie, żeśmy próżnowali, w życiu bowiem pewno nie byliśmy bardziej czynni; a najszczęśliwsze było to, że wszystkie pochłaniające nas kolejno zabawy przykuwały nas do domu, tak że nie mieliśmy najmniejszej pokusy wychylać się na ulicę. Sporządzaliśmy klatki, flety, wolanty, bębny, domy, łodzie, proce. Psuliśmy narzędzia poczciwego dziadka, aby za jego wzorem robić zegarki. Mieliśmy zwłaszcza upodobanie w zasmarowywaniu papieru, rysowaniu, malowaniu, „iluminowaniu”, przy czym w farbach sprawialiśmy istne spustoszenie. Przybył wówczas do Genewy szarlatan włoski, zwany Gamba-Corta; poszliśmy go zobaczyć i nie byliśmy oczarowani; ale miał marionetki, zaczęliśmy tedy sporządzać marionetki. Jego marionetki odgrywały coś w rodzaju komedii — i my zaczęliśmy układać komedie. Naśladowaliśmy, jakeśmy umieli, gardlany głos Poliszynela100. Dawaliśmy śliczne przedstawienia, których, w braku innej publiczności, musiała cierpliwie słuchać nieszczęśliwa rodzina. Raz znów wuj Bernard przeczytał w domu bardzo piękne kazanie własnego układu; w kąt komedie, zaczęliśmy układać kazania. Te szczegóły nie są zbyt interesujące, przyznaję, ale pokazują, jak nasze pierwsze wychowanie musiało być racjonalne, skoro teraz, rozrządzając niemal swobodnie czasem i sobą, w wieku tak niebezpiecznym, tak mało sililiśmy się nadużyć tej swobody. Nie czuliśmy potrzeby dobierania sobie towarzyszów; idąc na przechadzkę, spoglądaliśmy na ich zabawy bez pożądliwości, nie myśląc nawet, że moglibyśmy wziąć w nich udział. Przyjaźń wypełniała tak doskonale nasze serca, że wystarczyło nam być razem, aby najskromniejsze uciechy stawały się rozkoszą.
Nierozdzielność ta ściągnęła w końcu na nas uwagę; tym bardziej, iż wysoki wzrost krewniaka przy mojej małej figurce czynił z nas dość komiczną parę. Jego długa cienka postać, twarz podobna do gotowanego jabłka, łagodna mina, niedbały chód, wszystko to pobudzało dzieciaków do drwinek. W miejscowej gwarze dano mu przydomek Barnâ Bredanna; ledwie wyszliśmy z domu, wszędzie, gdzieśmy się ruszyli, słyszeliśmy natychmiast „Barnâ Bredanna”. On znosił to spokojniej; ja złościłem się, chciałem się bić — tego właśnie pragnęli mali hultaje. Rozdawałem kuksańce, obrywałem je wzajem. Biedny krewniak wspomagał mnie jak mógł; ale był słaby, jedno uderzenie pięści waliło go na ziemię. Wówczas wpadałem we wściekłość. Wprawdzie, chociaż dostawało mi się sporo guzów, drwiny te mierzyły nie we mnie, lecz w Barnâ Bredanna, ale moja gwałtowność tak pogarszała sprawę, iż w końcu z obawy przed napaściami i prześladowaniem odważaliśmy się wychodzić jedynie w godzinach, gdy cała dzieciarnia była w szkole.
Otóż i znalazłem się w roli mściciela krzywd. Aby się stać doskonałym rycerzem, brakło mi jedynie damy; niebawem miałem aż dwie. Od czasu do czasu udawałem się do ojca do Nion, miasteczka w Vaud. Ojca bardzo tam kochano, a życzliwość ta spływała i na syna. W czasie tych krótkich pobytów pieszczono mnie i ugaszczano na wyścigi. Zwłaszcza niejaka pani de Vulson psuła mnie dobrocią, a jako szczyt wszystkiego córka jej wzięła mnie sobie za kawalera. Łatwo sobie wyobrazić rolę kawalera jedenastolatka wobec panny liczącej lat dwadzieścia dwa. Ale wszak te hultajki zawsze rade wysuwają na pierwszy plan takie małe laleczki, aby ukryć za nimi duże, albo też znęcić je obrazem igraszek, którym umieją dać odrobinę pieprzyku! Co do mnie, nie dostrzegałem wówczas tego niestosunku101 i brałem rzecz poważnie: oddałem się jej całym sercem, a raczej całą głową, jedynie bowiem głową byłem zakochany, mimo iż zakochany byłem do szaleństwa, a moje uniesienia, wybuchy, gniewy wyładowywały się w scenach, na które patrząc, można było umrzeć ze śmiechu.
Znam dwa rodzaje miłości, wyraźnie zarysowane, bardzo realne i niemające z sobą niemal nic wspólnego, jakkolwiek oba są bardzo żywe i różne od tkliwej przyjaźni. Cały bieg mego życia dzielił się między te dwie miłości tak odmiennej przyrody, a nawet zdarzyło mi się doświadczyć obu naraz. I tak na przykład w chwili, o której mówię, gdy zajmowałem się panną de Vulson tak publicznie i tak tyrańsko, iż nie mogłem ścierpieć zbliżenia się do niej drugiego mężczyzny, równocześnie miewałem z niejaką małą Goton sam na sam krótkie, ale dość żywe, w których ona raczyła obejmować rolę surowej mentorki. To było wszystko, co od niej uzyskałem; ale to wszystko, które w istocie było wszystkim dla mnie, zdawało mi się najwyższym szczęściem. W ten sposób, rozumiejąc już, jakkolwiek po dziecinnemu, wartość tajemnicy, odpłacałem pannie de Vulson, bez żadnego podejrzenia z jej strony, chytrość, z jaką posługiwała się mną dla pokrycia innych uczuć. Ku wielkiemu memu żalowi sekret mój albo odkryto, albo też moja mała mistrzyni mniej ściśle go strzegła ode mnie, niebawem bowiem rozdzielono nas.
Ta mała Goton była to doprawdy szczególna osóbka. Nie będąc ładną, miała w sobie coś takiego, iż trudno ją było zapomnieć; do tego stopnia, iż wspominam ją dotąd jeszcze, często o wiele żywiej, niżby staremu szaleńcowi przystało. Oczy jej, figurka, wzięcie102, wszystko wyprzedzało o wiele jej lata. Miała minkę rozkazującą i dumną, bardzo właściwą dla jej roli ze mną, i to może podsunęło nam pomysł naszych igraszek. Ale co było w niej najdziwniejsze, to jakieś pomieszanie zuchwalstwa i skromności, trudne w istocie do pojęcia. Pozwalała sobie ze mną na najdalej idące poufałości, nie dopuszczając mnie do żadnej; traktowała mnie jak dziecko, co każe mi przypuszczać, że sama albo nim przestała być, albo, przeciwnie, była nim tak bardzo, iż w niebezpieczeństwie, z którym igrała, widziała tylko zabawę.
Mogę rzecz, iż należałem cały do każdej z tych dwóch istot, i to tak doskonale, że przy żadnej z nich nie zdarzyło mi się pomyśleć o drugiej. Ale poza tym uczucia, jakie budziły we mnie, były najzupełniej różne.
Byłbym spędził życie całe przy pannie de Vulson bez myśli o rozstaniu; ale kiedym ją oglądał, radość moja była spokojna i nie dochodziła do wzruszenia. Lubiłem ją zwłaszcza w większym towarzystwie: żarty, przekomarzania, wybuchy zazdrości nawet przywiązywały mnie, pochłaniały; dumny byłem z przywilejów, jakich zażywałem u niej wobec dorosłych rywali, którymi zdawała się pomiatać. Dręczyłem się, ale kochałem tę udrękę. Przyklaskiwania, zachęty, śmiechy, rozpalały mnie, podniecały. Przy ludziach byłem zdolny do uniesień, wybuchów, płonąłem miłością; sam na sam byłbym sztywny, oziębły, może znudzony. Mimo to brałem tkliwy udział we wszystkim, co jej tyczyło; cierpiałem, gdy była chora, byłbym oddał dla niej własne zdrowie; a zważcie, że wiedziałem dobrze z doświadczenia, co to choroba, a co zdrowie. Z oddali — myślałem o niej, brakowało mi jej; przy jej boku — pieszczoty dawały słodycz memu sercu, a nie zmysłom. Poufałość nasza była dla mnie bez niebezpieczeństwa: wyobraźnia moja zaspakajała się tym, na co ona sama mi pozwalała; mimo to nie umiałbym ścierpieć, gdybym widział, iż tą samą łaską obdarza kogoś drugiego. Kochałem ją jak brat, ale zazdrosny byłem jak kochanek.
O pannę Goton byłbym zazdrosny jak Turek, jak szaleniec, jak tygrys, gdyby mi nawet w myśli postało, że mogłaby innemu użyczyć względów, którymi mnie obdarzała, gdyż nawet to było łaską, o którą musiałem błagać na kolanach. Zbliżałem się do panny de Vulson z przyjemnością, ale bez niepokoju; na sam widok panny Goton w oczach mi się ćmiło, zmysły me kipiały. Czułem się swobodny z pierwszą, mimo iż trzymany na odległość; wobec drugiej, przeciwnie, nawet podczas najpoufalszych zbliżeń byłem drżący i pomieszany. Sądzę, że gdybym z nią przebywał nadal, nie pożyłbym długo; wzruszenia, jakie przechodziłem, byłyby mnie zdławiły. Lękałem się jednako popaść w niełaskę u obydwu; ale objawiało się to większą przymilnością wobec jednej, większą uległością wobec drugiej. Za nic w świecie nie byłbym chciał pogniewać panny de Vulson; ale gdyby panna Goton kazała mi się rzucić w płomienie, sądzę, iż usłuchałbym w tejże chwili.
Miłostki albo raczej schadzki nasze trwały krótko, szczęściem dla obojga. Jakkolwiek stosunki z panną de Vulson nie groziły niebezpieczeństwem, i one, po dłuższym nieco trwaniu, skończyły się katastrofą. Wszystkie te finały zawsze musiały mieć coś romantycznego, patetycznego. Jakkolwiek stosunek mój z panną de Vulson był mniej żywy, głębiej może sięgał w sferę uczuć. Rozstania nasze nigdy nie obyły się bez łez, po każdym czułem przygnębiającą pustkę. Nie umiałem mówić ani myśleć o czym innym, żałość moja była żywa i szczera; ale podejrzewam, że w głębi te heroiczne żale nie wszystkie odnosiły się do niej i że, bez mej świadomości, zabawy, których ona była ośrodkiem, też grały pewną rolę. Aby złagodzić nasze cierpienia, pisywaliśmy do siebie listy, których patos byłby zdolny zmiękczyć skały. Wreszcie dożyłem tej chluby, iż nie mogła znieść dłużej rozłąki i przybyła mnie odwiedzić. Teraz zawróciło mi się w głowie do reszty: byłem pijany, oszalały przez całe dwa dni jej pobytu.
Kiedy odjechała, chciałem się rzucić za nią w wodę, długo rozdzierałem powietrze krzykami rozpaczy. W tydzień później posłała mi cukierki i rękawiczki; byłbym wzruszony tą uprzejmością i dobrocią, gdybym równocześnie nie dowiedział się, że wyszła za mąż i że ta jej podróż, którą pozwoliła mi się puszyć, miała za cel przedślubne sprawunki. Nie będę opisywał mej wściekłości, można ją sobie wyobrazić. W szlachetnym gniewie przysiągłem sobie nie oglądać na oczy przewrotnej istoty, nie mogąc wyroić straszliwszej kary. Nie zabiło jej to; w dwadzieścia lat potem, bawiąc raz u ojca i pływając z nim po jeziorze, kiedy go spytałem, kto są panie, które zauważyłem opodal w łódce, ojciec rzekł z uśmiechem: „Jak to, serce ci nic nie mówi? To twoja dawna miłość: pani Cristin, z domu de Vulson”. Zadrżałem na to imię prawie zapomniane, ale kazałem skierować łódź gdzie indziej, nie uważając — mimo iż sposobność odwetu była niezła — aby warto było łamać przysięgę i wskrzeszać zwady sprzed lat dwudziestu z kobietą czterdziestoletnią.
(1723–1728). W ten sposób spływały na głupstwach najcenniejsze lata, zanim postanowiono wreszcie o mym powołaniu. Po długich naradach i dociekaniu mych naturalnych skłonności obrano karierę, do której ich miałem najmniej. Umieszczono mnie u pana Masseron, pisarza miejskiego, abym, jak powiadał wuj Bernard, wykształcił się przy nim w pożytecznym rzemiośle kauzyperdy103. Ten przydomek bardzo mi się nie podobał; nadzieja ciułania talarów na tej obmierzłej drodze zbyt mało pochlebiała mej niebotycznej dumie, zatrudnienie zdało mi się nudne, nieznośne; przymus, zależność zraziły mnie do reszty. Wchodziłem do kancelarii z odrazą wzmagającą się co dzień. Pan Masseron znowuż, niezbyt zadowolony z ucznia, odnosił się do mnie z pogardą, wyrzucając wciąż, że wuj zaręczył mu, że umiem to, że umiem owo, gdy w istocie nie umiem nic; że przyrzekł mu sprytnego chłopca, a dał koronnego osła. Wreszcie przepędzono mnie sromotnie z powodu niezdarności, dependenci104 zaś pana Masseron orzekli, że nadaję się jedynie do władania pilnikiem.
W ten sposób rozstrzygnęło się moje powołanie. Oddano mnie do terminu; nie do zegarmistrza, ale do rytownika. Lekceważenie pana pisarza zdeptało mą dumę; poddałem się bez szemrania. Mój pryncypał105, pan Ducommun, był to młody człowiek nieokrzesany i gwałtowny. W bardzo krótkim czasie udało mu się zetrzeć cały blask mego dzieciństwa, pognębić kochający i żywy charakter i ściągnąć mnie, tak umysłem jak dolą, do stanu prawdziwego terminatora. Łacina, starożytność, historia, wszystko poszło na długo w zapomnienie: nie pamiętałem, czy w ogóle byli jacy Rzymianie na świecie. Ojciec, gdy mi się go zdarzyło odwiedzić, nie widział już we mnie przedmiotu ubóstwienia; przestałem być dla dam przymilnym Kubusiem. Czułem tak dobrze, że państwo Lambercier nie poznaliby we mnie swego ucznia, że wstyd by mi było się im pokazać: jakoż nie widziałem ich już od tego czasu. Najszpetniejsze upodobania, najniższego gatunku hultajstwo zajęło miejsce lubych igraszek, tak iż nawet pamięć ich mi nie została. Musiałem, mimo najstaranniejszego wychowania, mieć wielką skłonność do zwyrodnienia, wszystko to bowiem stało się szybko i bez cienia oporu. Nigdy chyba tak przedwczesny Cezar nie zmienił się tak szybko w Larydona106.
Zawód sam przez się nie był odpychający. Miałem zamiłowanie do rysunku, robota rylcem też dosyć mnie bawiła; że zaś kunszt rytownika w zegarmistrzostwie jest bardzo ograniczony, miałem nadzieję, iż z czasem posiędę go w całej pełni. Byłbym może do tego doszedł, gdyby brutalność majstra i straszliwa niewola nie zmierziły mi pracy. Odkradałem jej mój czas, aby go obracać na zatrudnienia107 tego samego rodzaju, ale mające dla mnie urok swobody. Rytowałem medale służące mnie i towarzyszom jako rodzaj odznaki rycerskiej. Pryncypał zdybał mnie przy tej kontrabandzie i oćwiczył niemiłosiernie, powiadając, że zaprawiam się do fałszerstwa, bo medale miały herby rzeczypospolitej. Mogę przysiąc, że nie miałem żadnego pojęcia o fałszywej monecie, a bardzo słabe o prawdziwej; lepiej wiedziałem, jak się wyrabia asy108 rzymskie niż nasze trzygroszówki.
Tyrania majstra doprowadziła mnie w końcu do znienawidzenia pracy, którą byłbym inaczej polubił, i zaszczepiła mi przywary, których byłbym nienawidził, jak kłamstwo, próżniactwo, kradzież. Nic bardziej nie ujawniło mi różnicy między synowską uległością a służalczą niewolą niż pamięć przemian, jakie sprowadziła we mnie ta epoka. Z natury byłem nieśmiały i wstydliwy; ze wszystkich wad najbardziej może było mi obce zuchwalstwo. Ale wprzód cieszyłem się godziwą swobodą, która teraz stopniowo ścieśniała się, aż w końcu zupełnie znikła. Czułem się śmiały w domu ojca, swobodny u pana Lambercier. U wuja stałem się oględny i uważający; w terminie zastrachany; odtąd byłem straconym chłopakiem. Nawykły żyć ze zwierzchnikami na równej stopie, nie widząc przyjemności, która by mi nie była dostępna, potrawy, której bym nie skosztował, pragnienia, którego bym wraz nie objawił, gotów zawsze spowiadać się z każdego drgnienia serca, można sobie wyobrazić, czym musiałem się stać w tym domu, gdzie nie śmiałem ust otworzyć, gdzie trzeba mi było wstawać od stołu w połowie posiłku, a wychodzić z pokoju, gdy nie byłem zatrudniony; gdzie, wciąż przykuty do pracy, patrzyłem na swobodę i uciechy drugich, gdy dla mnie zostawały same wyrzeczenia. Widok swobody majstra i czeladników powiększał brzemię upodlenia i niewoli; wszystko, com ujrzał, stawało mi się przedmiotem pożądania, bo wszystkiego byłem pozbawiony. Bywaj zdrów, dostatku, i ty, wesołości, bywajcie zdrowe, dowcipne słówka, które niegdyś w razie przewinienia nieraz ratowały mnie od kary. Dotąd śmieszy mnie wspomnienie, jak jednego wieczora, u ojca, kiedy za jakąś psotę kazano mi iść spać bez wieczerzy i kiedym przechodził przez kuchnię, trzymając w ręku żałosny kawałek chleba, ujrzałem i poczułem pieczyste obracające się na różnie. Wszyscy siedzieli koło ognia, trzeba było się pożegnać. Kiedy już obszedłem całe koło, wówczas, zerkając spod oka na owo pieczyste, wyglądające tak apetycznie i pachnące tak smakowicie, nie mogłem się wstrzymać, aby mu się również nie pokłonić i nie powiedzieć smętnym głosikiem: „Dobranoc, pieczyste”. Ten wyskok naiwności wywołał taką uciechę, że pozwolono mi zostać. Może podobne słówko miałoby powodzenie i w domu majstra, ale to pewna109, że nie przyszłoby mi na myśl i że nie ośmieliłbym się dać mu folgi.
Oto jak nauczyłem się pragnąć w milczeniu, ukrywać się, udawać, kłamać, a wreszcie i łasować: przywara, która do tego czasu była mi obcą, a z której odtąd nigdy nie mogłem się zupełnie wyleczyć. Oto czemu wszyscy lokaje są łasuchy i czemu wszyscy chłopcy w terminie powinni by nimi zostać; ale ci, przy równym i spokojnym zajęciu, nienarażeni na pokusy pożądania, wyzbywają się z wiekiem tej haniebnej skłonności. Nie zaznawszy tego szczęścia, nie mogłem odczuć i jego dobroczynnych skutków.
Pierwszy krok do złego wynika prawie zawsze u dzieci z dobrych skłonności źle pokierowanych. Mimo nieustannych wyrzeczeń i pokus, przebyłem rok w terminie, nie mogąc się zdobyć na to, aby coś ściągnąć, nawet coś do jedzenia. Pierwsza kradzież była dziełem uczynności, ale otwarła drogę innym, które nie miały tak chwalebnych pobudek.
Był u majstra czeladnik nazwiskiem Verrat, przy którego domu, w sąsiedztwie, znajdował się ogród dość rozległy, dający piękne szparagi. Otóż imćpanu Verrat, który nie miał do zbytku pieniędzy, przyszła ochota ukraść matce nieco wczesnych szparagów, aby sprzedawszy tę nowalię, obrócić zysk na parę dobrych śniadanek. Ponieważ sam nie miał ochoty się narażać i nie był dość zwinny, wybrał na tę ekspedycję mnie. Po wstępnych uprzejmościach, które zjednały mnie tym skuteczniej, ile że nie rozumiałem ich celu, poddał mi ów pomysł, który jakoby przyszedł mu nagle do głowy. Opierałem się długo; nastawał. Nie umiałem się nigdy oprzeć prośbom i pieszczotom: uległem. Chodziłem co rano wybierać najpiękniejsze szparagi; zanosiłem je na targ, gdzie jakaś kupczycha, zgadując, że towar jest skradziony, mówiła mi to w żywe oczy, aby uzyskać tańszą cenę. W przerażeniu brałem, co mi raczyła dać, i odnosiłem pieniądze imćpanu Verrat. Przeobrażało się to szybko w śniadanko, którego ja byłem dostawcą, a które dzielił z innym czeladnikiem. Co do mnie, byłem rad, gdy przypadło mi parę ochłapów, nie mówiąc o winie, którego nie skosztowałem ani kropelki.
Ta sztuczka ciągnęła się kilka dni, w czasie których nie przyszło mi nawet na myśl okraść samego złodzieja i nałożyć panu Verrat dziesięcinę od ceny jego szparagów. Wywiązywałem się z mego łajdactwa z wzorową uczciwością; jedyną mą pobudką było wygodzić temu, kto mnie do niego używał. Gdyby mnie odkryto, ileż kijów, obelg byłoby na mnie spadło, gdy nędznik byłby się wyparł spokojnie i uwierzono by mu na słowo: był czeladnikiem, ja tylko terminatorem! Oto jak w każdym stanie silny zbrodniarz wychodzi cało kosztem niewinnego słabeusza.
Dowiedziałem się w ten sposób, że kraść to rzecz nie tak straszna, jak dotąd myślałem; niebawem zacząłem stosować mą umiejętność tak gorliwie, że żaden łakomy przedmiot, o ile znalazł mi się pod ręką, nie był bezpieczny. Żywiono mnie u majstra nieźle; wstrzemięźliwość była mi tylko przez to tak przykra, iż on sam w moich oczach przekraczał często jej granice. Zwyczaj wyprawiania od stołu chłopców, w chwili gdy się podaje potrawy najbardziej im ponętne, jest moim zdaniem bardzo skuteczny, aby z nich zrobić łakomców i złodziei. Stałem się w krótkim czasie jednym i drugim i wcale mi się z tym dobrze działo na co dzień, bardzo źle natomiast od czasu do czasu, gdy mnie złapano na gorącym uczynku.
Jest wspomnienie, które przyprawia mnie wraz o śmiech i o dreszcze, mianowicie wyprawa na jabłka, bardzo smutna w następstwach. Te jabłka znajdowały się w spiżarni, do której za pomocą wysoko umieszczonego okienka przedostawało się światło dzienne z kuchni. Jednego dnia, znalazłszy się sam w domu, wdrapałem się na gzyms, aby obejrzeć w owym ogrodzie Hesperyd110 cenny owoc, do którego droga była mi zamknięta. Poszedłem po rożen, aby się przekonać, czy z jego pomocą nie można by tam sięgnąć; okazał się za krótki. Przedłużyłem go za pomocą drugiego rożenka, który służył dla drobniejszej zwierzyny: pryncypał lubił polowanie. Żgnąłem parę razy bez skutku, w końcu uczułem, iż złowiłem jabłko. Pociągnąłem ostrożnie: już, już było przy samym otworze, już miałem je pochwycić. Któż opisze mą boleść? Jabłko było za duże, nie mogło przeleźć przez dziurę. Ileż wynalazczości, aby je wydobyć! Trzeba było znaleźć podpórki, aby utrzymać rożen w niezmienionej pozycji, nóż dość długi, aby pokrajać jabłko, deszczułkę, aby je podtrzymać. Z dużym nakładem zręczności i czasu udało mi się je poćwiartować, w nadziei, iż wydobędę je po kawałku; ale ledwo rozpadło się na części, obie połówki runęły na dno spiżarki. Litościwy czytelniku, użal się mego strapienia!
Nie straciłem zapału, ale straciłem wiele czasu. Lękałem się, by mnie nie zaskoczono; odłożyłem do następnego dnia szczęśliwszą próbę i zabrałem się najspokojniej do roboty, nie myśląc o dwóch niedyskretnych świadkach, leżących jako akt oskarżenia na podłodze spiżarki.
Nazajutrz tedy, upatrzywszy sposobność, rozpoczynam nową próbę. Wchodzę na drabinkę, wsuwam rożen, celuję: już byłem bliski trafienia zdobyczy... Niestety, smok nie spał: drzwi spiżarni otwierają się nagle i wychodzi z nich pryncypał, spogląda na mnie z założonymi rękami i mówi: „Tylko śmiało!...” Tu pióro wypada mi z ręki.
Niebawem oswoiłem się ze złym obchodzeniem i z wszelkimi karami. Stałem się na nie mniej wrażliwy: wydawały mi się po prostu rodzajem haraczu od kradzieży, który upoważnia mnie niejako do jej uprawiania. Miast obracać oczy wstecz i myśleć o karze, obracałem je wprzód i myślałem o pomście. Skoro mnie bito jak hultaja, uważałem, że mam prawo nim być. Mniemałem, że kraść i brać kije, to rzeczy, które idą razem i stanowią rodzaj rzemiosła; wypełniając tedy część tego zawodu, która zależała ode mnie, zostawiałem pryncypałowi troskę o spełnienie drugiej części. Umocniony tym poglądem, uprawiałem kradzież z większym spokojem niż poprzednio. Mówiłem sobie: „Cóż mi się wreszcie stanie? Dostanę kije. Niech i tak będzie, toć moje przeznaczenie i moja rola”.
Lubię jeść, nie będąc żarłoczny: jestem więcej zmysłowcem111 niż smakoszem. Zbyt wiele innych zamiłowań odciąga mnie od tej namiętności. Interesowałem się mym podniebieniem jedynie wtedy, gdy serce było bezczynne, a to zdarzało mi się w życiu tak rzadko, że niewiele miałem czasu myśleć o smakołykach. Oto czemu nie długo ograniczałem moje hultajstwa do wiktuałów i rozciągnąłem je niebawem na wszystko, co mnie nęciło; jeśli nie stałem się formalnym złodziejem, to dlatego, że nigdy nie kusiły mnie pieniądze. We wspólnym warsztacie, majster miał osobny warsztacik zamykany na klucz; znalazłem sposób otwierania drzwiczek i zamykania ich z powrotem tak, żeby nikt nie spostrzegł. Tam gospodarowałem sobie w jego przednich narzędziach, najlepszych rysunkach, formach, we wszystkim, co budziło we mnie pożądliwość, a co on starał się chować przede mną. W gruncie, kradzieże te były bardzo niewinne, boć rezultat ich szedł ostatecznie na dobro pryncypała; ale radość sprawiało mi mieć te drobiazgi, zdawało mi się, że kradnę sam talent wraz z jego wytworami. Poza tym, były tam skrzynki z odpadkami złota i srebra, klejnociki, rzadkie pieniądze. Jeżeli miałem kiedy parę groszaków w kieszeni, to było dużo, mimo to nie tylko nie ruszyłem nigdy tych skarbów, ale nie przypominam sobie nawet, abym je kiedy obrzucił pożądliwym spojrzeniem: widok ich budził we mnie więcej grozy niż przyjemności. Pewien jestem, że tę grozę przed kradzieżą pieniędzy i wszystkiego, co można na nie zmienić, zawdzięczałem wychowaniu. Łączyły się z tym pojęcia hańby, więzienia, kary, szubienicy, które wystarczały, aby mnie przerazić gdybym nawet czuł pokusę; gdy zwykłe moje nadużycia zdały mi się jeno psotą i w istocie nie były czym innym. Wszystko, co mi groziło za nie, to jedynie porządne wały z ręki majstra, a z tym godziłem się z góry.
Ale, jeszcze raz powtarzam, nie czułem nawet pokusy na tyle, abym się musiał wstrzymywać; nie było tu walki. Arkusik ładnego papieru do rysowania kusił mnie więcej niż pieniądz, za który mógłbym dostać całą ryzę. Ta właściwość charakteru tak wielki miała wpływ na moje postępowanie w wielu okolicznościach, że trzeba mi ją wytłumaczyć.
Podlegam namiętnościom bardzo gorącym: podczas ich działania, gwałtowność moja dochodzi wręcz ostatecznych granic. Nie znam wówczas ani względów, ani szacunku, ani obawy, ani przyzwoitości; jestem cyniczny, bezczelny, brutalny, nieustraszony; nie ma hańby, która by mnie mogła wstrzymać, niebezpieczeństwa, które by mnie przestraszyło; poza jednym przedmiotem, który mnie pochłania, świat dla mnie nie istnieje. Ale to trwa tylko moment; w chwilę potem, popadam w bezwład i obojętność.
W stanie spokoju jestem bezgranicznie bierny, trwożliwy nawet; wszystko mnie uraża, mrozi; mucha zdolna jest mnie wystraszyć. Jedno słowo, jeden gest stanowią dla mego lenistwa nieprzeparty wysiłek; wstyd i obawa paraliżują mnie tak, że rad bym ukryć się przed całym światem. Gdy trzeba działać, nie wiem, co robić; gdy trzeba się odezwać, nie wiem, co mówić; kiedy na mnie patrzą, czuję się zbity z tropu. Porwany uniesieniem, umiem niekiedy znaleźć wyrazy; ale w zwyczajnej rozmowie nie znajduję nic, zupełnie nic i każda rozmowa jest mi nieznośna przez to samo, że zmuszony jestem mówić.
Zważcie przy tym, iż żadne z mych zasadniczych upodobań nie opiera się na rzeczach do kupienia. Trzeba mi rozkoszy czystych, a pieniądz każdą zatruwa. Lubię na przykład uciechy stołu; ale nie mogąc ścierpieć ani przymusu wykwintnego towarzystwa, ani plugastwa traktierni112, umiem ich kosztować jedynie z przyjacielem; sam nie, wówczas bowiem wyobraźnię moją zaprząta co innego i nie znajduję w jedzeniu żadnej przyjemności. O ile moja wrząca krew domaga się kobiet, o tyle tkliwe serce jeszcze silniej domaga się miłości. Kobiety nabyte za pieniądze straciłyby dla mnie cały urok; wątpię nawet, czy przemógłbym na sobie to, aby z nich korzystać. Tak samo z każdą przyjemnością: jeżeli związana jest z zapłatą, wydaje mi się bez smaku. Lubię tylko te słodycze, które nie należą do nikogo, a raczej do pierwszego z brzegu umiejącego je smakować.
Nigdy pieniądz nie wydawał mi się rzeczą tak cenną, za jaką go uważają. Co więcej, nigdy nie wydał mi się przedmiotem zbyt poręcznym; nie służy do niczego sam przez się, trzeba go dopiero zmienić na coś, aby się nim cieszyć; trzeba kupować, targować się, często być oszukanym, dobrze płacić za lichą usługę. Pragnę, aby każda rzecz była w dobrym gatunku — za pieniądze mogę być pewny, że dostanę lichą. Płacę drogo za świeże jajko, okazuje się zleżałe; za piękny owoc, jest zielony; za dziewczynę, jest zarażona. Lubię dobre wino, ale gdzie go szukać? U handlarza? Co bądź bym czynił, zawsze mnie struje. Pragnę za wszelką cenę być dobrze obsłużony; co tu trudności, kłopotów! Starać się o przyjaciół, sekretarzy, dawać zlecenia, pisać, chodzić, jeździć, czekać — i często w końcu być oszukanym. Co tu utrapień za własne pieniądze! Lękam się ich jeszcze więcej, niż lubię dobre wino.
Tysiąc razy, za czasu terminatorstwa i później, zdarzyło mi się wyjść z domu w zamiarze kupienia łakoci. Zbliżam się do cukierni, spostrzegam jakieś kobiety przy ladzie; już widzę jak się śmieją i żartują z małego łakotnisia. Przechodzę koło owocarki, zerkam na piękne gruszki, nęci mnie ich zapach; ale sterczy w pobliżu paru młodych ludzi i patrzą; ktoś kto mnie zna stoi przed sklepem! Widzę z daleka nadchodzącą dziewczynę; czy to nie służąca z sąsiedztwa? Krótki wzrok nastręcza mi mnóstwo sposobności do złudzeń. Każdy przechodzień wydaje mi się znajomy; wszędzie mnie coś onieśmiela, wszędzie jakaś przeszkoda; rośnie wstyd wraz z pragnieniem i bierze nad nim górę; wreszcie wracam do domu jak głupiec, trawiony pożądaniem, mając w kieszeni środki i nie śmiejąc sobie nic kupić.
Musiałbym wchodzić w najgłupsze szczegóły, gdybym chciał malować wstyd, odrazę, utrapienia, wszelakiego rodzaju ohydy, których zawsze doznawałem, gdy chodziło o wydanie własnych pieniędzy dla siebie czy dla drugich. W miarę jak, zapuszczając się ze mną w moje życie, czytelnik zapozna się z mym charakterem, odczuje sam wszystko, bez potrzeby rozwodzenia się nad tym z mej strony.
To pojąwszy, każdy będzie mógł pojąć bez trudu jedną z mych rzekomych sprzeczności: połączenie brudnego niemal skąpstwa z największą pogardą pieniędzy. Jest to rzecz dla mnie tak nieporęczna, że nawet mi się nie śni pożądać pieniędzy, których nie mam; a kiedy je mam, długo je przechowuję bez użytku, w niemożności zużycia ich wedle ochoty. Ale niech tylko się nadarzy przyjemna sposobność, korzystam z niej tak sumiennie, że sakiewka opróżnia się w mgnieniu oka. Nie szukajcie też we mnie zwykłego narowu skąpców, to znaczy wydatków dla popisu; wręcz przeciwnie, wydaję potajemnie i dla przyjemności. Daleki od szukania w wydatkach chluby, kryję się z nimi. Czuję tak dobrze, że pieniądz jest nie dla mnie, że niemal wstyd mi jest go posiadać, a bardziej jeszcze zeń korzystać. Gdybym kiedy posiadał dochód wystarczający, aby żyć dostatnio, nie miałbym żadnej skłonności do skąpstwa, tego jestem pewny; wydawałbym moje dochody, nie starając się ich mnożyć. Ale moje położenie, trudne i niepewne, trzyma mnie w nieustannej obawie. Ubóstwiam swobodę; mam wstręt do skrępowania, do trudu, niewoli. Póki trwają pieniądze w sakiewce, póty trwa i niezależność: uwalniają mnie od gonienia za zarobkiem, co zawsze wstręt budziło we mnie. Lękając się tedy, iż niebawem się wyczerpią, duszę je. Pieniądz, który człowiek posiada, to swoboda; ten, za którym goni — to niewola. Oto czemu, kiedy je mam, duszę je, nie pragnąc niczego.
Moja bezinteresowność jest więc tylko lenistwem; przyjemność posiadania nie jest warta zabiegów. I rozrzutność moja płynie z lenistwa; kiedy nadarzy się sposobność przyjemnego strwonienia, korzystam z niej co żywo! Mniej kuszą mnie pieniądze niż same przedmioty, między pieniądzem bowiem a posiadaniem jest zawsze coś pośredniego; między samą rzeczą a jej użyciem — nie. Gdy widzę przedmiot, kusi mnie on; co insze, gdy widzę jedynie środek do nabycia go. Byłem tedy łasuchem i teraz jeszcze zdarza mi się przywłaszczyć sobie jakiś drobiazg, który mnie nęci i który łatwiej mi wziąć, niż o niego prosić: ale, w dzieciństwie czy później, nie przypominam sobie, abym sobie przywłaszczył bodaj grosz cudzy, poza jednym jedynym razem, niespełna przed piętnastu laty, kiedy zdarzyło mi się ukraść siedem funtów113 i dziesięć su114. Przygoda warta jest, aby ją opowiedzieć, mieści bowiem tak nieocenione połączenie bezczelności i głupoty, że trudno by mi samemu w nią uwierzyć, gdyby dotyczyła kogo innego, nie mnie.
Było to w Paryżu. Przechadzałem się, około piątej, z panem de Francueil w Palais-Royal115. Pan de Francueil wyjmuje zegarek, spogląda i powiada: „Chodźmy do Opery”. Nie mam nic przeciw temu, idziemy. Bierze dwa bilety do amfiteatru, wręcza mi jeden i wchodzi pierwszy; ja za nim. Rozdziela nas tłok u wejścia. Patrzę i widzę, że wszyscy stoją; przychodzi mi na myśl, że łatwo mógłbym stracić się116 w ciżbie lub bodaj pozwolić panu de Francueil przypuszczać, że się straciłem. Wychodzę, odbieram kontramarkę117, potem pieniądze i wymykam się, nie myśląc, iż ledwie przeszedłem próg, wszyscy siedli i wówczas pan de Francueil musiał spostrzec moją nieobecność.
Ponieważ trudno o coś bardziej sprzecznego z mym usposobieniem niż ten rys, notuję go, aby ukazać, że bywają chwile jakiegoś półobłędu, w których nie trzeba sądzić ludzi z uczynków. W tym wypadku nie była to właściwie kradzież pieniędzy, raczej kradzież ich przeznaczenia; ale im mniej była kradzieżą, tym bardziej była paskudztwem.
Nie wybrnąłbym z tych szczegółów, gdybym chciał notować wszystkie etapy, przez które w czasie mego terminu zeszedłem z wyżyn bohatera do nikczemności łajdaka. Ale nasiąkając przywarami stanu, nie umiałem nabrać wszystkich jego upodobań. Nudziły mnie zabawy towarzyszy; a kiedy wskutek zbytniej niewoli obmierzła mi i praca, nudziło mnie wszystko. To wróciło mi zamiłowanie do książek, od dawna zaniedbanych. Czytanie, dla którego chwile odkradałem pracy, stało się nową zbrodnią, którą opłacałem nowymi karami. Zamiłowanie to, drażnione przeszkodami, stało się namiętnością, wkrótce szałem. La Tribu, sławna właścicielka czytelni, dostarczała mi książek wszelkiego rodzaju. Dobre, złe, wszystko mi było jedno; nie wybierałem; czytałem wszystko jednako chciwie.
Czytałem w warsztacie, czytałem chodząc z posyłkami, czytałem w wychodku, zapamiętując się po prostu całe godziny; w głowie mi się kręciło, nic nie robiłem poza czytaniem. Majster szpiegował mnie, łapał, bił, zabierał mi książki. Ile tomów podartych, spalonych, wyrzuconych oknem! Ile dzieł zbrakowanych w czytelni starej la Tribu! Kiedy nie miałem czym płacić, oddawałem koszule, krawatki, łachy; trzy su niedzielnej pensji przechodziły regularnie do jej kasy.
Otóż i chwila, powie ktoś, w której pieniądze były mi potrzebne. Prawda; ale chwila ta przyszła wówczas, kiedy czytanie odjęło mi wszelką przedsiębiorczość. Pochłonięty nową pasją, nic nie widziałem poza książką; przestałem kraść. To także jedna ze znamiennych właściwości. W pełni danego sposobu życia drobnostka jakaś odrywa mnie, zmienia, pociąga, wreszcie pochłania; i oto świat cały ginie, myślę jedynie o mej nowej pasji. Serce biło mi z niecierpliwości, aby się dobrać czym prędzej do nowej książki, jaką miałem w kieszeni; dobywałem jej natychmiast, skoro tylko zostałem sam, i ani mi już w głowie nie postało plądrować warsztat pryncypała. Chwila obecna jest mi wszystkim; nie umiem sobie zadawać jakiegokolwiek trudu dla przyszłości. La Tribu udzieliła mi kredytu; zawsze wisiałem u niej z małą sumką; a kiedy miałem książkę w kieszeni, nie myślałem już o niczym. Pieniądze, które posiadałem, przechodziły do rąk tej kobiety, a kiedy stawała się natarczywa, najprostszym odruchem było oddać jej własne rupiecie. Kraść zawczasu było dla mnie aktem zbyt przewidującym, a kraść dla spłaty długów nie przedstawiało nawet pokusy.
Pod wpływem tych wymyślań, kijów, czytania ukradkiem i bez wyboru, usposobienie moje stało się dzikie, milczące; głowa poczęła mi się bakierować, żyłem jak odludek. O ile wszakże pewien wrodzony smak uchronił mnie od książek płaskich i głupich, o tyle moje szczęście uchroniło mnie od bezecnych i wyuzdanych. Nie iżby la Tribu, kobieta pod wszystkimi względami uczynna, miała się skrupulizować z ich pożyczaniem; ale aby podnieść ich wartość, szeptała ich tytuły z tajemniczą miną, która właśnie kazała mi odmawiać, tak ze wstydu jak z odrazy. Przypadek tak dobrze przyszedł w pomoc mej wrodzonej wstydliwości, że miałem przeszło trzydzieści lat, nim pierwszy raz rzuciłem okiem na jedno z owych niebezpiecznych wydawnictw, które pewna światowa dama określiła jako bardzo niewygodne, ponieważ przy czytaniu można je trzymać tylko w jednej ręce.
W niespełna rok wyczerpałem kramik jejmości La Tribu, wówczas stałem się pastwą okrutnej bezczynności. Z narowów dziecka i urwisa wyleczył mnie nałóg czytania; a nawet lektury moje, jakkolwiek bez wyboru i często nie najlepsze, wszczepiły we mnie uczucia ponad mój stan.
Zmierżony tym, co mi było dostępne, a czując zbytnią odległość od tego, co by mnie kusiło, nie widziałem nic, co by mogło pociągnąć me serce. Zmysły, od dawna zbudzone, domagały się rozkoszy, której przedmiotu nie umiałem sobie nawet wyobrazić. Pojęcia o ich naturalnym wyładowaniu były myślom moim tak odległe, jak gdybym nie posiadał płci. Wyrosły z dziecięctwa i zdolny do wzruszeń, wracałem niekiedy myślą do dawnego szaleństwa, ale nie widziałem nic poza tym. W tym szczególnym położeniu niespokojna wyobraźnia obrała sposób, który ocalił mnie od samego siebie i uśmierzył rodzącą się zmysłowość. Zacząłem karmić się sytuacjami, które zainteresowały mnie w książkach, odmieniać je, kombinować, stosować do siebie, wżywając się w osobę jednego z bohaterów, z działających osób, oglądając się w najbardziej mi ponętnych rolach, słowem, żyjąc życiem urojonym, w które w końcu zupełnie wrastałem i które wyzwalało mnie z opłakanej rzeczywistości. To zamiłowanie do życia wyobraźnią i łatwość wcielania się w jej przedmioty, obrzydziły mi do reszty wszystko, co mnie otaczało, utrwalając upodobanie w samotności, które mi odtąd pozostało na zawsze. Nie jeden raz jeszcze będzie można stwierdzić dziwaczne następstwa tego usposobienia ponurego i na pozór zabarwionego mizantropią118, ale które w istocie wypływa ze zbyt zapalnego, kochającego, zbyt czułego serca. Nie mogąc znaleźć w rzeczywistym życiu istot, które by mu były pokrewne, serce to musi karmić się fikcjami. Na teraz poprzestanę na zaznaczeniu źródła i pierwotnych przyczyn owego wypaczenia, które przeobraziło wszystkie moje namiętności i które, przez osobliwą sprzeczność, czyniło mnie zawsze leniwym w działaniu, a to przez zbytnią żarliwość w pragnieniu.
Doszedłem w ten sposób szesnastego roku, niespokojny, nierad ze wszystkich i z siebie samego, bez zamiłowania do rzemiosła, bez uciech mego wieku, pożerany żądzami, których nie znałem przedmiotu. Często bez powodu zalewałem się łzami, wzdychałem nie wiedząc czemu; słowem, pieściłem swoje chimery, nie widząc dokoła nic realnego, co by je mogło zastąpić. W niedzielę koledzy wstępowali po mnie po kazaniu, aby wspólnie zbijać bąki. Byłbym im się chętnie wymknął gdybym mógł, ale gdy raz wciągnąłem się w zabawę, żaden z nich nie dorównał mi w zapalczywości; nie sposób mnie było opanować i zatrzymać. Taka już była moja natura. Na wycieczkach za miasto szedłem zawsze naprzód, nie myśląc o powrocie, o ile inni nie pomyśleli o tym za mnie. Dwa razy przypłaciłem to dotkliwie: zamknięto bramy, zanim zdążyłem wrócić. Co się działo w domu nazajutrz, można sobie wyobrazić; za drugim razem obiecano mi takie przyjęcie na trzeci, że postanowiłem się na to nie narażać. Mimo to ten trzeci raz, tak brzemienny grozą, nadszedł. Czujność moją udaremnił pewien przeklęty kapitan nazwiskiem Minutoli, który zawsze zamykał bramę powierzoną jego straży pół godziny przed innymi. Wracałem z dwoma kolegami. Na pół mili od miasta słyszę, że trąbią pobudkę, podwajam kroku; słyszę capstrzyk, biegnę co sił; dobiegam zdyszany, zlany potem; serce mi bije, widzę z daleka szyldwachów119; przebiegam, krzyczę zduszonym głosem. Za późno! Na dwadzieścia kroków przede mną podnosi się pierwszy most. Zadrżałem, widząc w powietrzu jego straszliwe rogi, złowrogą i nieszczęsną wróżbę losu, który otwierał się dla mnie w tej chwili.
W uniesieniu rozpaczy rzuciłem się na szaniec i zacząłem gryźć ziemię. Koledzy, śmiejąc się ze swego nieszczęścia, pogodzili się z nim rychło. I ja pogodziłem się również, ale w odmienny sposób. Przysiągłem w tejże chwili nie wrócić nigdy do pryncypała; kiedy nazajutrz, skoro otwarto bramy, koledzy wesoło podążyli do miasta, pożegnałem się z nimi na zawsze, prosząc jedynie, aby uwiadomili w sekrecie krewniaka mego Bernarda o mym postanowieniu i aby mu wskazali miejsce, gdzieby się mógł zobaczyć ze mną raz ostatni.
Od mego wstąpienia do terminu, straciliśmy się z oczu z krewniakiem. Przez jakiś czas spotykaliśmy się w niedzielę; ale stopniowo czuliśmy, jak wkrada się między nas pewna obcość, spotkania nasze stały się coraz rzadsze. Jestem przekonany, iż matka jego wiele przyczyniła się do tej zmiany. On pozostał chłopcem z wyższej sfery, ja, mizerny terminator, należałem już do plebsu. Mimo równości urodzenia nie byliśmy już równi stanem; przestawać ze mną znaczyło zniżać się. Bądź co bądź, stosunki nie przerwały się zupełnie; a że to był chłopiec z natury dobry, szedł niekiedy, mimo wskazówek matki, za popędem serca. Powiadomiony o mym zamiarze, przybiegł, nie aby mnie od niego odwodzić albo też go podzielić, ale aby za pomocą drobnych podarków osłodzić nieco mą ucieczkę: własne zasoby nie mogły mnie zawieźć zbyt daleko! Dał mi między innymi szpadkę, którą byłem bardzo zachwycony; nosiłem ją aż do Turynu, gdzie z konieczności musiałem się jej pozbyć. Im bardziej zastanawiałem się później nad sposobem, w jaki Bernard postąpił sobie ze mną w owym krytycznym momencie, tym bardziej jestem przekonany, iż poczynał sobie wedle wskazówek matki, może i ojca; nie jest możebne, aby sam z siebie nie próbował w jakiś sposób mnie zatrzymać lub nie objawił chęci towarzyszenia mi — tymczasem nic! Owszem120, raczej umacniał mnie w zamiarze, niż odwodził od niego; a gdy wreszcie widział, że jestem zupełnie zdecydowany, pożegnał się bez zbytniego wzruszenia. Nigdyśmy od tego czasu nie pisali do siebie ani się nie widzieli. Szkoda, była to natura na wskroś dobra; byliśmy stworzeni, aby się kochać wzajemnie.
Zanim się oddam na łup fatalności swego losu, niech mi będzie wolno obrócić jeszcze oczy na dolę, której mogłem się spodziewać, gdybym się dostał w ręce lepszego zwierzchnika. Nie było nic zgodniejszego z mym usposobieniem ani sposobniejszego, by mnie uczynić szczęśliwym, niż skromny i spokojny zawód rękodzielnika, w pewnym rzemiośle zwłaszcza, np. rytownika w Genewie. Ten zawód, dość zyskowny, aby zapewnić dostatnie utrzymanie, a nie dość, aby obudzić żądzę bogactwa, byłby na resztę życia zakreślił granice mej ambicji, byłby mnie zamknął w mojej sferze, nie dając żadnego sposobu wydobycia się poza nią. Posiadając wyobraźnię dość bogatą, aby rojeniami jej ozdobić każde położenie; dość potężną, aby z jej pomocą przenosić się, że tak powiem, w dowolne horyzonty, niewiele byłbym dbał o istotne warunki życia. Między miejscem mego zamieszkania a najbliższym zamkiem na księżycu nie mogła istnieć taka odległość, abym z łatwością nie zdołał jej przebyć w każdej chwili. Z tego właśnie wynikło, iż zawód najprostszy, najmniej wymagający kłopotu i zabiegów, zostawiający myślom najwięcej swobody, byłby najzgodniejszy z mą naturą; a takim było właśnie rzemiosło, które miałem porzucić. Byłbym spędził na łonie mej religii, ojczyzny i przyjaciół życie spokojne i ciche, takie, jakie odpowiadało memu charakterowi, wśród jednostajnej umiłowanej pracy, w małym dobranym kole. Byłbym dobrym chrześcijaninem, dobrym obywatelem, rzemieślnikiem, dobrym człowiekiem we wszystkim. Byłbym kochał swój zawód, może stałbym się jego ozdobą; i, przeżywszy lata cichego i prostego, ale równego i pogodnego życia, umarłbym spokojnie w otoczeniu bliskich. Wkrótce zapomniano by o mnie, to pewna; bądź co bądź, żałowano by mnie przynajmniej tak długo, jak długo by przetrwało bodaj nikłe wspomnienie.
W miejsce tego... Jakiż obraz przyjdzie mi nakreślić? Ach, nie uprzedzajmy nieszczęść mego życia; aż nadto trzeba mi będzie zaprzątać czytelników tym smutnym przedmiotem.
Księga II
(1728–1731). O ile chwila, w której strach podsunął mi zamiar ucieczki, była smutna, o tyle samo wykonanie zdało mi się urocze. Dzieckiem jeszcze121, rzucić kraj, rodzinę, wszelkie podpory, środki, opuszczać naukę na wpół przebytą, nie nauczywszy się rzemiosła na tyle, aby żyć z niego; wydać się na pastwę biedy, nie widząc żadnego sposobu wydobycia się z niej; w wieku pustoty122 i niewinności wystawiać się na wszystkie pokusy grzechu i rozpaczy; w dalekich stronach szukać nędzy, upadku, niebezpieczeństw, niewoli i śmierci, w jarzmie o wiele twardszym od tego, którego nie mogłem udźwignąć — oto co miałem uczynić; oto perspektywy, które powinienem był sobie uzmysłowić. Jakże odmienne tymczasem kreśliłem horyzonty! Pełnia swobody, którą zdobyłem sobie w mym mniemaniu, była jedynym uczuciem, jakiemu byłem dostępny. Czując się wolnym i panem siebie, mniemałem, iż mogę dopiąć wszystkiego: wystarczał mi jeden rzut, aby się wznieść i szybować w przestworzach. Wkraczałem z ufnością na szeroką scenę świata; spodziewałem się wypełnić ją wartością mej osoby. Na każdym kroku spodziewałem się spotkać uczty, skarby, przygody, usłużnych przyjaciół, kochanki ubiegające się o moje względy; samym ukazaniem się miałem napełnić sobą świat — nie wszechświat wszelako, pod tym względem byłem skłonny do ustępstw. W umiarkowaniu swoim ograniczyłem się do ciasnej, ale rozkosznie dobranej sfery, w której pewien byłem królowania. Ambicji mojej wystarczał jeden zamek; tam, będąc ulubieńcem obojga państwa, amantem panny, przyjacielem jej brata i opatrznością sąsiadów, czułem się zadowolony; nie trzeba mi było więcej.
W oczekiwaniu tej skromnej przyszłości błądziłem kilka dni koło miasta, koczując u znajomych wieśniaków, którzy przyjęli mnie z dobrocią większą niżbym ją mógł znaleźć u mieszkańców miasta. Przygarnęli mnie, dali nocleg, nakarmili; wszystko z poczciwością i prostotą nie roszczącą sobie pretensji do żadnej zasługi. Tego nie można nazwać dobroczynnością, zbyt mało wkładali w swą ludzkość poczucia wyższości.
W ciągu tych wędrówek zapuściłem się aż do Confignon, miejscowości w Sabaudii, o dwie mile od Genewy. Proboszcz tameczny nazywał się ksiądz de Pontverre123. Nazwisko to, słynne w historii Rzeczypospolitej, uderzyło mnie wielce. Ciekaw byłem zobaczyć, jak wyglądają potomkowie Rycerzy Łyżki124. Wstąpiłem do księdza de Pontverre; przyjął mnie łaskawie, mówił o herezji genewskiej, o powadze świętej matki Kościoła i zatrzymał mnie na obiad. Nie miałem repliki na argumenty, które kończyły się w ten sposób; osądziłem, że księża, u których tak smacznie się jada, warci są co najmniej naszych pastorów. Byłem z pewnością bardziej kuty w naukach od księdza de Pontverre, mimo całego jego szlachectwa; ale byłem zbyt dobrym kompanem, aby być równie dobrym teologiem; francuskie winko, w istocie przednie, argumentowało tak zwycięsko za swego gospodarza, że uważałbym sobie za hańbę zamykać mu usta. Ustępowałem tedy, a przynajmniej nie oponowałem wręcz. Patrząc na me wykręty, mógłby mnie ktoś pomówić o fałsz; niesłusznie: byłem jedynie grzeczny. Pochlebstwo, a raczej ustępliwość, nie zawsze jest przywarą; częściej jest cnotą, zwłaszcza u młodych. Dobroć, z jaką ktoś odnosi się do nas, przywiązuje: ustępujemy, nie aby wprowadzić w błąd, ale aby nie sprawić przykrości, aby nie odpłacić złym za dobre. Jakiż interes mógł mieć ksiądz de Pontverre przygarniając mnie, obchodząc się ze mną po ludzku, starając się mnie przekonać? Żadnego, chyba mój własny. Moje młode serce mówiło mi to. Byłem przejęty wdzięcznością i szacunkiem dla zacnego kapłana. Czułem swą wyższość, ale nie chciałem go przygniatać nią w odpłatę gościnności. Nie było w tym hipokryzji: nie myślałem bynajmniej zmieniać wyznania; sama myśl o tym przejmowała mnie wówczas grozą i wstrętem. Pragnąłem jedynie nie martwić tych, którzy przyciągali mnie w tym celu; chciałem zachować ich życzliwość i zostawić im nadzieję zwycięstwa, okazując się na pozór mniej uzbrojony, niż byłem w istocie. Błąd mój podobny był do kokieterii uczciwych kobiet, które pragnąc przeprowadzić jakiś zamiar, umieją niekiedy, nie przyzwalając ani nie przyrzekając, więcej pozwolić się spodziewać, niż mają zamiar dotrzymać.
Względy rozsądku, litości, ładu społecznego przemawiały z pewnością za tym, aby zamiast dopomagać memu szaleństwu, raczej zatrzymać mnie na drodze zguby, po której biegłem, i odesłać mnie rodzinie. To byłby uczynił, albo starał się uczynić każdy człowiek naprawdę cnotliwy. Ale jakkolwiek ksiądz de Pontverre był dobrym człowiekiem, nie był on z pewnością człowiekiem cnotliwym; przeciwnie, był to bigot125, który nie znał innej cnoty, jak modlić się do obrazów i odmawiać różańce; typ misjonarza, który nie wyobrażał sobie nic lepszego dla dobra wiary, niż wydawać książeczki przeciw genewskim pastorom. Nie tylko tedy nie pomyślał o tym, aby mnie odesłać do domu, ale skorzystał z mych awanturniczych zamiarów, aby mnie pchnąć na drogę, z której powrót byłby niemożliwy, nawet gdybym go kiedyś zapragnął. Wszystko przemawiało za tym, że na tej drodze muszę zginąć z nędzy lub stać się łajdakiem. Na to zupełnie nie miał oczu, widział jedynie duszę wydartą herezji i wróconą Kościołowi. Czy będę uczciwym człowiekiem czy gałganem — cóż to znaczy, bylem chodził na mszę. Nie trzeba zresztą mniemać, aby ten sposób myślenia właściwy był jedynie katolikom; jest on związany z wszelką religią dogmatyczną, która treść widzi nie w postępkach, ale w wierze.
„Bóg cię wzywa, moje dziecko — rzekł ksiądz de Pontverre — idź do Annecy; znajdziesz tam zacną panią, bardzo miłosierną, która dzięki dobrodziejstwom króla posiada środki wydobywania innych dusz z błędów, z których ocaliła się sama”. Chodziło o panią de Warens126, osobę świeżo nawróconą, którą istotnie księża zmuszali, aby z kanalią gotową frymarczyć swą wiarą dzieliła pensję dwóch tysięcy franków, wyznaczoną jej przez króla Sardynii. Czułem się bardzo upokorzony, iż trzeba mi było pomocy „zacnej pani, bardzo miłosiernej”. Lubiłem mieć wszystko, czego mi trzeba, ale nie z jałmużny; obraz dewotki też nie miał dla mnie nic pociągającego. Przypierany wszelako przez księdza de Pontverre, przez głód, który już mi się dał we znaki, rad również, iż mam przed sobą podróż, do tego z jakimś celem, zdecydowałem się, jakkolwiek z przykrością, i ruszyłem do Annecy. Mogłem się tam dostać w ciągu jednego dnia, ale nie było mi spieszno: zabawiłem w drodze aż trzy. Nie minąłem żadnego dworku po prawej albo lewej stronie drogi, abym nie próbował szukać w nim przygód, co do których byłem pewny, że mnie oczekują. Nie śmiałem wejść do dworu ani zapukać, byłem bardzo nieśmiały; ale śpiewałem pod oknem, które przedstawiało się najokazalej, i byłem zdumiony, gdy po dłuższym rozdzieraniu sobie gardła nie ujrzałem dam ani panien, które by znęciła piękność głosu albo wdzięk moich piosenek; a umiałem bardzo piękne, nauczone od kolegów, i śpiewałem je, w swoim mniemaniu, cudownie.
Przybywam nareszcie: widzę panią de Warens. Ta chwila zdecydowała o moim charakterze; nie sposób pominąć jej lekko. Miałem wówczas szesnasty rok. Nie będąc co się nazywa ładnym chłopcem, byłem, mimo średniego wzrostu, dość sobie niczego; miałem ładną stopę, zgrabną nogę, fizjonomię rozgarniętą i żywą, ładnie wykrojone usta, czarne brwi i włosy, oczy małe i głęboko osadzone, ale które z siłą promieniowały ogień krążący mi w żyłach. Na nieszczęście, nic nie wiedziałem o tym wszystkim i nie zdarzyło mi się w życiu myśleć o swej urodzie, chyba wówczas, gdy już za późno było ciągnąć z niej korzyści.
Nieśmiałość właściwa wiekowi łączyła się z trwożliwością natury bardzo tkliwej, wciąż dręczonej obawą narażenia się komuś. Przy tym, jakkolwiek posiadałem dość wykształcenia, nie obracając się nigdy w świecie, nie znałem zupełnie form; a wiadomości moje nie tylko nie mogły ich zastąpić, ale jeszcze pomnażały onieśmielenie, dając mi świadomość własnych braków.
Lękając się tedy, iż sam mój widok nie usposobi zbyt korzystnie nowej opiekunki, postanowiłem inaczej wyzyskać swoje przewagi. Skomponowałem piękny list w stylu retorycznym, gdzie, sztukując książkowe zwroty gwarą terminatora, rozwinąłem całą elokwencję, aby sobie zjednać przychylność pani de Warens. Włożyłem list księdza de Pontverre w mój własny i ruszyłem na straszliwą audiencję. Nie zastałem pani de Warens w domu; powiedziano mi, że przed chwilą wyszła do kościoła. Była to niedziela palmowa roku 1728. Biegnę, aby ją dogonić; widzę ją, przystępuję do niej, mówię... Ach, jak żywo mam przed oczyma miejsce tego spotkania; ileż razy później zlewałem je łzami i okrywałem pocałunkami! Czemuż nie mogę otoczyć złotą barierą tego błogosławionego miejsca! Czemuż nie mogę ściągnąć doń hołdów całego świata! Ktokolwiek umie czcić święte pamiątki zbawienia człowieka, nie powinien się tam zbliżać inaczej niż na kolanach.
Była to ścieżka za domem, między strumykiem, który ją, po prawej ręce, oddzielał od ogrodu, a murem okalającym podwórze po lewej. Ścieżka ta prowadziła bocznymi drzwiczkami do kościoła franciszkanów. Mając już wejść, pani de Warens odwróciła się na mój głos. Jakichż uczuć doznałem na ten widok! Wyobrażałem sobie starą, zasuszoną dewotkę; „zacna dama” księdza de Pontverre nie mogła być, w mym pojęciu, czym innym. Ujrzałem piękną twarz, piękne niebieskie oczy pełne słodyczy, olśniewającą płeć, kształty porywające urokiem. Nic nie uszło szybkiemu rzutowi oka młodego prozelity127; stałem się nim bowiem w jednej chwili, pewien, iż religia głoszona przez takich misjonarzy nie może prowadzić gdzie indziej niż do raju. Wzięła z uśmiechem list, który podałem jej drżącą ręką, otwarła, rzuciła okiem na pismo księdza de Pontverre, wróciła do mego, które przeczytała w całości, i byłaby odczytała raz jeszcze, gdyby służący nie zwrócił uwagi, że już czas do kościoła. „Och, dziecko — rzekła tonem, który przyprawił mnie o drżenie — zbyt młodo znalazłeś się na gościńcu; to niedobrze”. Następnie, nie czekając odpowiedzi, dodała: „Wejdź do domu i poczekaj na mnie; powiedz, żeby ci dano śniadanie; skoro się skończy msza, porozmawiamy”.
Ludwika Eleonora de Warens, z domu de la Tour de Pil, pochodziła ze szlachetnej i starożytnej rodziny w Vevai128, w kantonie Vaud. Zaślubiła bardzo młodo pana de Warens z domu Loys, starszego syna pana de Villardin z Lozanny. Małżeństwo to, zresztą bezpotomne, nie było szczęśliwe. Pani de Warens, popchnięta do tego kroku jakimś domowym zatargiem, skorzystała z pobytu króla Wiktora Amadeusza129 w Evian, aby przebyć jezioro i rzucić się do stóp władcy; tym samym, w chwili szaleństwa dość podobnej do mego i którego również przyszło jej żałować, opuściła w jednej godzinie męża, dom i kraj rodzinny. Król, który lubił grać rolę żarliwego katolika, wziął ją pod swą opiekę, wyznaczył jej tysiąc pięćset funtów piemonckich pensji, co było dużo na księcia mało hojnego z natury; a widząc, że ściągnął tym na siebie posądzenie o miłostkę, wysłał swą pupilkę pod eskortą oddziału gwardii do Annecy, gdzie w klasztorze Zwiastowania, pod kierunkiem Michała Gabriela de Bernex, tytularnego biskupa Genewy, dopełniła zmiany wyznania.
W chwili mego przybycia bawiła tam już od lat sześciu; sama liczyła ich dwadzieścia osiem, przyszła bowiem na świat wraz ze stuleciem. Uroda pani de Warens była z tych, które trwają długo, ponieważ są bardziej w wyrazie niż w rysach; piękność jej promieniowała jeszcze pierwszym blaskiem. Miała wyraz pieszczotliwy i czuły, łagodne spojrzenie, anielski uśmiech, usta na miarę moich, rzadkiej piękności popielate włosy, których swobodne i proste uczesanie stroiło ją dziwnym powabem. Była niedużego wzrostu, mała nawet i nieco krótka w stanie, jakkolwiek bez niekształtności; niepodobna natomiast spotkać piękniejszej głowy, gorsu, piękniejszych rąk i ramion.
Wychowanie jej było bardzo różnorodne. Straciła, podobnie jak ja, matkę przychodząc na świat; uczyła się przygodnie, od kogo się zdarzyło; nieco od ochmistrzyni, od ojca, od nauczycieli, a wiele od swoich kochanków, szczególniej od niejakiego pana de Tavel, który, sam obdarzony niepospolitym smakiem i wiadomościami, umiał nimi wzbogacić umysł ukochanej. Ale wśród tylu odmian wykształcenia jeden kierunek sprzeciwiał się drugiemu; wskutek braku porządku nie wszystkie wiadomości pogłębiły się w takim stopniu, jakby to było możliwe przy naturalnej jej bystrości. I tak, mimo iż posiadała nieco wiadomości z zakresu filozofii i fizyki, nie umiała się oprzeć upodobaniu, jakie przejęła po ojcu do medycyny empirycznej i do alchemii. Sporządzała eliksiry, maści, balsamy, specyfiki; twierdziła, że posiada jakieś tajemnice. Szarlatani wszelakiego rodzaju, korzystając z tej słabostki, zawładnęli nią, opętali ją, doprowadzili do ruiny, i pośród tyglów130 i odwarów strawili jej umysł, talenty i uroki, dzięki którym mogła była stać się rozkoszą najwykwintniejszych towarzystw.
Ale jeśli nikczemni szalbierze nadużyli braków nieporządnego wykształcenia, aby zaciemnić jej umysł, doskonałe jej serce przetrwało wszystkie próby i zawsze zostało jednakie: natura kochająca i słodka, tkliwość dla nieszczęśliwych, niewyczerpana dobroć, wesołe, otwarte i szczere usposobienie nie zmieniły się nigdy; i nawet w obliczu starości, wśród niedostatku, nieszczęść i klęsk, pogoda jej pięknej duszy zachowała do końca wesołość najszczęśliwszych dni.
Błędy pani de Warens wynikały z jej natury niewyczerpanie czynnej i wciąż potrzebującej zatrudnienia. Ale czynność ta nie szła w kierunku jakichś kobiecych intryżek; żywiołem jej były wielkie przedsięwzięcia. Pani de Warens była urodzona do wielkich spraw. W jej położeniu pani de Longueville131 byłaby tylko wścibską kumoszką; w roli pani de Longueville ona trzęsłaby państwem. Talenty jej nie były na swoim miejscu; to, co byłoby jej chlubą na wyżynach, stało się jej zgubą w warunkach, w jakich jej żyć wypadło. W każdej rzeczy, która ją zaprzątała, plan rozrastał się w jej głowie; każdy przedmiot widziała w powiększeniu. Z tego wynikało, iż, używając środków zastosowanych bardziej do zamiarów niż do sił, załamywała się; kiedy projekty zawiodły, groziła jej ruina tam, gdzie ktoś inny byłby stracił bardzo niewiele. Ta namiętność do interesów, która jej wyrządziła tyle złego, oddała jej bodaj jedną przysługę: tę, że się nie dała jej zagrzebać na całe życie w klasztorze, jak to zrazu było jej zamiarem. Jednostajne i proste życie zakonnicy, codzienna paplaninka w parlatorium132, wszystko to nie mogło skusić umysłu będącego w nieustannym ruchu i który, tworząc co dnia nowe systematy, potrzebował swobody, aby się im poświęcić. I nie brak żarliwości był powodem, że ta urocza kobieta nie zamknęła się cała w drobnych praktykach, jakby to przystało osobie świeżo nawróconej, żyjącej pod okiem prałata. Jakakolwiek pobudka wpłynęła na zmianę jej religii, raz ją zmieniwszy, była szczera w swej wierze. Żałowała może, iż popełniła ten błąd, ale nie pragnęła się cofnąć. Nie tylko umarła jako dobra katoliczka, ale była nią i za życia. Ja, który, sądzę, czytałem w jej duszy, śmiem twierdzić, że jedynie ze wstrętu przed ostentacją nie okazywała publicznie swej pobożności: wiara jej była zbyt gruntowna, aby udawać dewocję. Ale nie tu miejsce rozwodzić się nad jej zasadami; kiedy indziej będę miał sposobność pomówić o nich.
Niech ci, którzy przeczą sympatii dusz, wytłumaczą, jeśli potrafią, w jaki sposób — od pierwszego widoku, od pierwszego słowa, spojrzenia — pani de Warens tchnęła we mnie nie tylko najżywsze przywiązanie, ale i doskonałą ufność, która nigdy się nie zachwiała. Przypuśćmy, że to, com uczuł, było w istocie miłością — rzecz, która wyda się co najmniej wątpliwa temu, kto będzie dalej śledził historię naszego stosunku; w jaki tedy sposób namiętności tej mogły, od samych narodzin, towarzyszyć uczucia najbardziej jej zazwyczaj obce, jak spokój serca, ufność, pogoda, bezpieczeństwo, pewność? W jaki sposób, przystępując po raz pierwszy do uroczej, wykwintnej, świetnej kobiety, damy przerastającej mnie o całe niebo pozycją, istoty, do jakiej nigdy dotąd nie zbliżyłem się nawet, do tej, od której zależał poniekąd mój los, stosownie do mniejszego albo większego zainteresowania, jakie obudzę; w jaki sposób, powiadam, czułem się w jednej chwili tak swobodny, radosny, jak gdybym miał zupełną pewność jej sympatii? W jaki sposób nie miałem ani chwili zakłopotania, nieśmiałości, przymusu? Z natury wstydliwy, nierówny, nieumiejący się zachować, w jaki sposób znalazłem z nią, od pierwszego dnia, od pierwszej chwili, tę łatwość, te serdeczne słówka, ten swobodny ton, jaki miałem w dziesięć lat później, gdy najbliższe współżycie nasze mogło go uczynić naturalnym? Czy można czuć miłość, nie mówię: bez pragnień — doznawałem ich; ale bez niepokoju, zazdrości? Czy nie czuje się bodaj potrzeby usłyszenia z ust ukochanego przedmiotu, czy się jest wzajem kochanym? Otóż, w życiu nie przyszło mi na myśl pytać ją o to, tak jak nie pytałem siebie, czy ją kocham; i ona w stosunku do mnie również nie zdradzała tej ciekawości. Było coś szczególnego w uczuciach moich dla tej uroczej kobiety i w dalszym ciągu czytelnik spotka się z mnóstwem nieoczekiwanych szczegółów.
Zaczęła się narada nad tym, czym mam zostać; aby swobodniej pomówić, pani de Warens zatrzymała mnie na obiad. Był to pierwszy posiłek w życiu, przy którym apetyt mi nie dopisał; dziewczyna, która nam usługiwała, powiadała również, że jestem pierwszym wędrowcem mego wieku i stanu, u którego spotyka się z tym brakiem. Uwaga ta, która na pani jej uczyniła raczej korzystne wrażenie, rzucona była poniekąd pod adresem tęgiego draba, również włóczęgi, który jadł z nami i który, sam jeden, pożarł przyzwoity obiad na sześć osób. Co do mnie, byłem jakby w zachwyceniu, które nie pozwalało mi jeść. Serce moje karmiło się nowym uczuciem, które wypełniało całą mą istotę; nie zostało we mnie tchu na żadną inną czynność.
Pani de Warens chciała posłyszeć szczegóły moich skromnych dziejów; opowiadając je, odnalazłem całą żywość, którą straciłem u majstra. Im bardziej udało mi się zjednać sympatię tej wybornej istoty, tym bardziej ubolewała nad losem, na jaki miałem się narazić. Tkliwe współczucie wyrażało się w jej twarzy, spojrzeniu, ruchach. Nie śmiała mnie upominać, abym wrócił do Genewy; w jej położeniu byłoby to zbrodnią wobec katolicyzmu, a nie było jej tajne, pod jak ścisłym była dozorem i jak ważono jej słowa. Ale mówiła mi tak wzruszająco o zgryzocie mego ojca, że widziałem dobrze, iż byłaby w duchu przyklasnęła zamiarowi powrotu. Nie wiedziała, jak bardzo, mimo woli, wymowa jej działa przeciw jej chęciom. Jak już, o ile mi się zdaje, wspominałem, byłem zdecydowany w mym postanowieniu; obecnie im bardziej mentorka zdała mi się wymowną i przekonywającą, im bardziej wywody jej wnikały mi do serca, tym mniej mogłem się pogodzić z myślą, bym się miał od niej oderwać. Czułem, że wrócić do Genewy znaczyłoby postawić między nią a sobą zaporę prawie nie do przebycia; chyba żebym znów uciekł się do kroku, który uczyniłem — w takim razie lepiej zostać przy nim od razu. Tak się też stało. Pani de Warens, widząc bezowocność wysiłków, nie posunęła ich aż do nieostrożności względem samej siebie; rzekła jeno z pełnym współczucia spojrzeniem: „Biedny mały, trzeba ci iść tam, dokąd Bóg cię wzywa; ale kiedy dorośniesz, wspomnisz moje słowa”. Sądzę, iż nie myślała sama, aby ta przepowiednia miała się ziścić tak okrutnie.
Główna trudność była wciąż nierozwiązana. W jaki sposób, w tak młodym wieku, znaleźć w obcym kraju utrzymanie? Przebywszy ledwie połowę nauki, daleki byłem od posiadania arkanów rzemiosła. Zresztą, gdybym je był nawet posiadł, nie mógłbym zeń żyć w Sabaudii, kraju zbyt biednym, aby hodować sztuki. Włóczęga, który jadł obiad za nas, zmuszony przerwać na chwilę, aby dać odpocząć szczękom, oświadczył się z radą, o której mówił, iż pochodzi z nieba, a która, jeśli sądzić po skutkach, pochodziła raczej z przeciwnej strony: mianowicie, abym się udał do Turynu. Tam, w przytulisku dla katechumenów133, znajdę środki (mówił) do cielesnego i duchowego życia aż do czasu, w którym, wstąpiwszy na łono Kościoła, otrzymam, dzięki miłosierdziu dobrych dusz, odpowiednie miejsce. „Co się tyczy kosztów podróży — ciągnął dalej obieżyświat — jego wielebność ksiądz biskup nie omieszka, jeżeli pani mu podsunie to świątobliwe dzieło, dostarczyć, w swym miłosierdziu, środków; pani baronowa zaś, która jest tak dobroczynna — rzekł pochylając się nad talerzem — niewątpliwie również przyłoży się do tego”.
Całe to miłosierdzie było mi bardzo ciężkie; serce mi się ścisnęło, nie mówiłem nic. Pani de Warens, nie chwytając się tego projektu z równym zapałem, odrzekła tylko, że każdy powinien wedle możności przykładać się do dobrych uczynków i że pomówi o tym z jego wielebnością. Ale ten ciemny osobnik, który obawiał się snadź134, iż rozmowa może wypaść nie po jego myśli, i który chciał w tej sprawie upiec swoją pieczeń, pobiegł uprzedzić wikariuszów i obrobił dobrych księży tak skutecznie, że gdy pani de Warens, która lękała się dla mnie tej podróży, spróbowała mówić o niej z biskupem, przekonała się, iż cała sprawa jest już załatwiona. Doręczono jej nawet bezzwłocznie pieniądze, przeznaczone na mój podróżny fundusik. Nie śmiała nalegać, aby mnie zostawiono: zbliżałem się do wieku, w którym kobieta w jej latach nie może bez uchybienia przyzwoitości zatrzymywać przy sobie młodego człowieka.
Wobec decyzji osób, które zajmowały się mym losem, trzeba się było poddać; uczyniłem to nawet bez niechęci. Jakkolwiek Turyn był dalej niż Genewa, mniemałem, iż jako stolica musi posiadać z Annecy ściślejsze stosunki niźli odrębna państwowo i wyznaniowo Genewa; a przy tym, wyruszając tam z woli i na życzenie pani de Warens, miałem uczucie, iż żyję wciąż pod jej kierunkiem i opieką, co było więcej niż żyć w jej pobliżu. Wreszcie, myśl o wielkiej podróży schlebiała mojej wędrowniczej manii, która już wówczas zaczynała się objawiać. Zdawało mi się czymś pięknym przewędrować w moim wieku góry i wznieść się nad głowy kolegów o całą wysokość Alp. Zwiedzić kawał świata — to ponęta, której mieszkaniec Genewy nie umie się oprzeć. Przystałem tedy na wszystko. Obieżyświat miał wyruszyć za dwa dni ze swą połowicą. Powierzono mnie i polecono ich staraniom. Oddano im moją sakiewkę, skrzepioną przez panią de Warens, która prócz tego wsunęła mi tajemnie mały fundusik, dołączając obszerne instrukcje; po czym wyruszyliśmy w Wielką Środę.
Nazajutrz po mym wyjeździe z Annecy przybył tam ojciec, goniąc moim śladem wraz z panem Rival, swoim przyjacielem, zegarmistrzem jak on, sprytnym człowiekiem, wcale wykształconym nawet, który układał wiersze lepsze niż La Motte135 i mówił też prawie tak dobrze; był to zacny człowiek, ale z całą swoją manią literacką doprowadził tylko do tego, iż syn jego został komediantem.
Obaj ci panowie odwiedzili panią de Warens i zadowolili się tym, iż wspólnie z nią uronili parę łez nad mym losem, miast jechać za mną i dogonić mnie, co było bardzo łatwe wobec tego, iż byli na koniach, a ja pieszo. To samo powtórzyło się z wujem Bernardem. Przybył do Confignon i tam, dowiedziawszy się, że jestem w Annecy, wrócił do Genewy. Zdawałoby się, że moi bliscy byli w zmowie z mą gwiazdą, aby mnie wydać losowi, który mnie oczekiwał. Brat zaginął przez podobne zaniedbanie i przepadł tak dobrze, że nigdy nie dowiedziano się, co się z nim stało.
Ojciec był nie tylko człowiekiem honoru, ale i nieskazitelnej uczciwości, z duszą zdolną wznieść się na wysokie szczeble cnoty; co więcej, był dobrym ojcem, zwłaszcza dla mnie. Kochał mnie czule; ale kochał też swoje przyjemności; inne przywiązania osłabiły miłość ojcowską, zwłaszcza od naszego rozłączenia. Ożenił się powtórnie w Nyon; żona, nie będąc już w wieku, w którym by mogła dać mi braci, miała za to krewnych; nowa rodzina, nowe twarze, nowe gospodarstwo — to wszystko zacierało pamięć o mnie. Ojciec posuwał się w lata, nie mając żadnego majątku ani zabezpieczenia starości. Ja i brat mieliśmy po matce jakiś mająteczek, z którego dochód w czasie naszej nieobecności przypadał oczywiście ojcu. Myśl ta nie nasuwała mu się wprost, jasno i nie byłaby go wstrzymała od spełnienia obowiązku; ale działała podziemnie, bez świadomości z jego strony i ostudzała niekiedy gorliwość, którą byłby może dalej posunął w innych okolicznościach. Oto, jak mniemam, czemu, przybywszy do Annecy w moje ślady, nie pospieszył za mną do Chambéry, gdzie miał moralną pewność, że mnie odnajdzie. Oto również czemu, ilekroć odwiedziłem go od czasu mej ucieczki, zawsze znalazłem u niego tę samą ojcowską serdeczność, ale bez wielkich starań, aby mnie zatrzymać.
To postępowanie ojca, którego przywiązanie i cnota były mi znane, pobudziło mnie do dumań nad samym sobą, a rezultat ich niemało się przyczynił do moralnego zdrowia mego serca. Wyciągnąłem stąd tę maksymę moralną, jedyną może mającą praktyczne znaczenie, iż należy unikać sytuacji, które stawiają nasze obowiązki w sprzeczności z naszymi interesami i ukazują nam własną korzyść w cudzej szkodzie; w takich okolicznościach, mimo najszczerszego umiłowania cnoty, prędzej czy później, samemu nie wiedząc o tym, słabnie się; człowiek staje się zły i niesprawiedliwy w czynie, nie przestając być sprawiedliwym i dobrym w duszy.
Ta maksyma, głęboko wyciśnięta w mym sercu i przeprowadzona, jakkolwiek nieco późno, w całym postępowaniu, jest jedną z tych, które mi dały pozory największego dziwactwa, nawet szaleństwa, zwłaszcza między znajomymi. Okrzyczano mnie, że chcę być oryginałem i robić inaczej niż drudzy. W rzeczywistości nie myślałem ani o tym, żeby robić jak drudzy, ani żeby robić inaczej. Pragnąłem jedynie szczerze robić to, co jest dobre. Usuwałem się całą mocą od sytuacji, które by mój interes stawiały w sprzeczności z interesem cudzym, a tym samym mogły wszczepić tajemne, choć mimowolne pragnienie czyjejś krzywdy.
Przed dwoma laty milord marszałek136 chciał pomieścić w swym testamencie zapis na moją korzyść. Sprzeciwiłem się ze wszystkich sił. Oświadczyłem, że nie chciałbym za nic w świecie wiedzieć, iż figuruję w czyimkolwiek testamencie, a już najmniej jego. Ustąpił. Obecnie chce mi dać dożywotnią pensję: nie sprzeciwiam się. Powie ktoś, że nieźle wychodzę na zamianie. Może. Ale, o mój dobroczyńco i ojcze! Jeśli będę miał nieszczęście cię przeżyć, wiem, że tracąc cię, wszystko mam do stracenia, a nic do zyskania.
Oto, podług mnie, zbawienna filozofia, jedynie zgodna z sercem człowieka. Z każdym dniem umacniam się w przekonaniu o jej głębokich podstawach; roztrząsałem ją w najrozmaitsze sposoby w ostatnich pismach; ale płocha i bezmyślna publiczność nie zwróciła na to uwagi. Jeśli skończywszy to dzieło, będę żył jeszcze dość długo, aby podjąć nowe, mam nadzieję dać, w dalszym ciągu Emila137, tak wspaniały i uderzający przykład tej zasady, że czytelnik będzie musiał uznać jej oczywistość. Ale jak na podróżnika za wiele tych refleksji, czas mi w drogę.
Wypadła ona milej, niż mogłem się spodziewać; urwipołeć nie był tak srogi jak wyglądał. Był to mężczyzna w średnim wieku, ze związanymi z tyłu szpakowatymi włosami, z grenadierską138 miną, donośnym głosem, dość wesoły, tęgi piechur, jeszcze tęższy żarłok. Chwytał się wszelakiego rzemiosła, nie mając pojęcia o żadnym. O ile mi się zdaje, stworzył projekt, aby założyć w Annecy fabrykę, nie wiem już czego. Pani de Warens pierwsza dała się w to wciągnąć i właśnie ta podróż, którą odbywał, nie na swój koszt oczywiście, do Turynu, miała na celu uzyskanie zgody ministra. Człowiek ten miał talent chodzenia koło swoich interesów; wieszając się ustawicznie przy księżach i udając zelanta139, przyswoił sobie w ich szkole świątobliwą gwarę, którą posługiwał się nieustannie, mając się tym samym za wielkiego kaznodzieję. Znał nawet jeden łaciński ustęp z Biblii, co było tak, jak gdyby ich znał tysiąc, powtarzał go bowiem tysiąc razy dziennie. Poza tym niełatwo brakło mu pieniędzy, kiedy wiedział, iż znajdują się w mieszku bliźniego; operował wszelako więcej zręcznością niż prostym hultajstwem. W ogóle ze swą miną obieżyświata, a namaszczeniem kaznodziei, podobny był do pustelnika Piotra140, gdy z mieczem przy boku zagrzewał ludy do wojny krzyżowej.
Co się tyczy pani Sabran, jego małżonki, była to niezła kobiecina, spokojniejsza w dzień niż w nocy. Ponieważ sypiałem zawsze w ich pokoju, hałaśliwe jej bezsenności budziły mnie często i byłyby budziły o wiele więcej jeszcze, gdybym rozumiał ich przyczynę. Ale nawet mi się to nie śniło; na tym punkcie zachowałem naiwność, która samej naturze zostawiła troskę mego uświadomienia.
Wędrowałem tedy wesoło w towarzystwie nabożnego przewodnika i jego fertycznej141 towarzyszki. Żaden wypadek nie zakłócił podróży. Czułem się w tak szczęśliwym usposobieniu ciała i ducha jak jeszcze nigdy. Młody, silny, pełen zdrowia, animuszu, zaufania do siebie i drugich, znajdowałem się w owym krótkim, ale cennym momencie życia, w którym poczucie jego pełni zestokrotnia niejako wrażliwość i upiększa całą przyrodę urokiem naszego istnienia. Co więcej, mój słodki niepokój związany był z przedmiotem, który go czynił mniej błędnym i przykuwał mą wyobraźnię.
Uważałem się za dzieło, za wychowanka, przyjaciela, niemal kochanka pani de Warens. Przyjazne słowa, których mi nie szczędziła, macierzyńskie pieszczoty, tkliwe zainteresowanie, jakie mi okazywała, urocze spojrzenia, które zdawały mi się pełne miłości, ponieważ tchnęły ją we mnie — wszystko to dawało pokarm myślom w drodze i wprawiało mnie w stan rozkosznego marzenia. Żadna obawa, żadna niepewność przyszłego losu nie mąciła tych rojeń. Wysłać mnie do Turynu znaczyło, w moich oczach, zobowiązać się dostarczyć mi sposobu do życia, przyzwoitego stanowiska. Przestałem się zupełnie troszczyć o siebie; inni zajęli się już tym kłopotem.
Wędrowałem tedy z lekkim sercem, zrzuciwszy z niego ten ciężar; młode pragnienia, urocze nadzieje, świetne projekty napełniały mą duszę. Każdy ujrzany przelotnie przedmiot zdawał się rękojmią przyszłej szczęśliwości. W domach spotkanych po drodze wyobrażałem sobie sielskie festyny, na łąkach rozkoszne igraszki, koło rzek i stawów rybołóstwo; na drzewach smaczne owoce; w ich cieniu, rozkoszne sam na sam; w górach dzieże mleka i śmietany, lube wywczasy, spokój, prostotę, rozkosz błądzenia bez drogi i celu. Słowem, cokolwiek ściągnęło moje oczy, wraz zwiastowało sercu nowe jakieś uciechy. Majestat, rozmaitość, istotna piękność spotykanych dokoła widoków usprawiedliwiały w oczach rozsądku te upojenia; próżność także dodawała tu swej zaprawy. W tak młodym wieku wędrować do Włoch, zwiedzić już tyle kraju, ciągnąć śladem Hannibala142 przez góry, zdawało mi się chwałą przerastającą moje lata. Dodajcie do tego częste i sute popasy, potężny apetyt i środki do zaspokojenia go; po prawdzie bowiem nie warto było na mnie oszczędzać i przy obiadach pana Sabran zupełnie znać nie było mego posiłku.
Nie przypominam sobie, abym w całym życiu przeżył okres równie wolny od trosk i zgryzoty, jak owych siedem czy osiem dni, które trwała podróż: tempo bowiem, w jakim kroczyła pani Sabran, a do którego trzeba było się stosować, uczyniło z tej drogi długą przechadzkę. Wspomnienie to zostawiło mi najżywsze upodobanie do wszystkiego, co się z nim łączy, zwłaszcza do gór i do pieszych podróży. Podróżowałem pieszo jedynie za moich pięknych dni i zawsze z rozkoszą. Z czasem obowiązki, interesy, pakunki zmusiły mnie do odgrywania „pana” i do brania wehikułów; palące troski, kłopoty, skrępowanie wsiadały do nich ze mną. Gdy dawniej w podróżach moich czułem jedynie rozkosz wędrowania, odtąd miejsce jej zastąpiła niecierpliwość przybycia do celu. W Paryżu szukałem długo dwóch towarzyszy o podobnych moim upodobaniach, którzy by gotowi byli poświęcić po pięćdziesiąt ludwików143 i rok czasu, aby razem piechotą zwędrować Włochy, za całą usługę biorąc chłopca, który by niósł woreczek z podręcznym przyborem. Ofiarowało się wielu, zachwyconych na pozór projektem, ale w gruncie uważających go za czystą chimerę, o której się gawędzi, nie mając zamiaru jej urzeczywistnić. Przypominam sobie, że rozmawiając z pasją o tym zamyśle z Diderotem144 i Grimmem145, ożywiłem ich wreszcie mym zapałem. Myślałem, że sprawa już postanowiona: wszystko ograniczyło się do podróży na papierze, w której Grimm, jako najlepszy dowcip, każe Diderotowi popełniać mnóstwo bezbożności i mnie miast niego wydaje w ręce Inkwizycji.
Żal, iż tak rychło dotarliśmy do Turynu, złagodziła uciecha z widoku dużego miasta i nadzieja, iż niebawem zajmę tam godne stanowisko: już uderzyła mi do głowy ambicja, już uważałem się za coś więcej niż terminatora. Daleki byłem od przewidywania, że niebawem znajdę się o wiele niżej tego stanu.
Nim pójdę dalej, winien jestem usprawiedliwić się przed czytelnikiem i przeprosić go za błahostki, nad którymi się rozwiodłem, jak również i za inne, w które zapuszczę się niebawem, a które wydadzą mu się może równie niezajmujące. Skoro raz postanowiłem pokazać całkowicie siebie, chcę, aby nic nie zostało w ciemności lub w ukryciu; chcę nieustannie być na oczach czytelnika; chcę, aby mi towarzyszył we wszystkich zbłąkaniach serca, we wszystkich zaułkach życia; aby mnie nie stracił z oczu ani na chwilę, z obawy, by znalazłszy w opowiadaniu najmniejszą lukę, najmniejszą przerwę i spytawszy samego siebie: „Co robił przez ten czas?”, aby, powiadam, nie obwinił mnie, że nie chciałem wszystkiego powiedzieć. Dość daję strawy złośliwości ludzkiej przez swoje wyznania, nie chcę dostarczać jej jeszcze przez przemilczenie.
Fundusik mój zniknął: wygadałem się z nim, opiekunowie zaś umieli skorzystać z tego zbytku szczerości. Pani Sabran znalazła sposób wydarcia mi nawet srebrnej szarfy, którą pani de Warens dała mi dla przypasania mojej szpadki; ta strata była mi najdotkliwsza. I szpada byłaby została w ich rękach, gdybym się stanowczo nie sprzeciwił. Dali mi sumienne utrzymanie przez drogę, ale nie zostawili mi absolutnie nic. Przybyłem do Turynu bez odzieży, bez pieniędzy, bez bielizny; chwała mego losu miała być dziełem wyłącznie mej osobistej zasługi.
Miałem listy, oddałem je wedle adresu; natychmiast zaprowadzono mnie do konwiktu146 katechumenów, celem obznajmienia z zasadami religii, za którą sprzedawano mi utrzymanie. Wchodząc, ujrzałem wielką bramę z żelaznymi sztabami, która skoro tylko wszedłem, zatrzasnęła się na dwa spusty. Ten początek wydał mi się bardziej imponujący niż przyjemny i zaczynał mi dawać do myślenia, kiedy mnie wprowadzono do dość dużej sali. Ujrzałem, za całe umeblowanie, drewniany ołtarz ustawiony pod wielkim krucyfiksem, dokoła zaś kilka również drewnianych krzeseł. Krzesła te zdawały się woskowane, ale były tylko błyszczące od użytku i wycierania. W sali tej znajdowało się czterech czy pięciu ohydnych bandytów, moich towarzyszów nauki, którzy wyglądali raczej na lejbgwardzistów147 diabła niźli na aspirantów do godności dzieci bożych. Dwaj z tych opryszków byli to Sklawończycy148, jeden rzekomo żyd, drugi mahometanin. Obaj, jak mi sami wyznali, trawili życie na wędrówkach po Hiszpanii i Włoszech, przyjmując katolicyzm i dając się chrzcić wszędzie, gdzie były widoki, że się to opłaci. Otworzono drugie żelazne drzwi, które dzieliły na dwoje balkon, wychodzący na podwórze. Przez te drzwi weszły siostry katechumenki, które miały, jak ja, odrodzić się nie przez chrzest, ale przez solenne wyrzeczenie się herezji. Były to największe pluchy149 i najostatniejsze ladacznice, jakie kiedykolwiek zapaskudziły owczarnię Pana. Jedna tylko wydała mi się ładna i interesująca. Była mniej więcej w moim wieku, może o rok lub dwa starsza. Miała szelmowskie oczy, które spotykały się niekiedy z moimi. To obudziło we mnie chęć zawarcia z nią znajomości; ale przez niespełna dwa miesiące, które mieszkała w tym domu, niepodobna mi było zbliżyć się do niej, tak czujną opiekę roztoczyła nad nią stara dozorczyni i tak pilnie zagarnął ją święty misjonarz, który pracował nad jej nawróceniem z większym zapałem niż pośpiechem. Musiała być wyjątkowo tępa, mimo iż nie wyglądała na to, nigdy bowiem podobne przygotowanie nie wlokło się dłużej. Świątobliwy człowiek wciąż znajdował, że nie jest dojrzała do uroczystego aktu. Wreszcie znudziła się zamknięciem i oświadczyła, że chce wyjść, nawrócona czy nie. Trzeba ją było wziąć za słowo, póki godziła się jeszcze poddać tej operacji, z obawy, że może skaprysić i już nie chcieć.
Całą tę małą gminę zgromadzono na cześć nowego przybysza. Udzielono nam krótkiego napomnienia; mnie, aby mnie zachęcić do godnego odpowiedzenia łasce, jaką Bóg na mnie zsyła, innym, aby zechcieli wspierać mnie modlitwą i budować przykładem. Następnie dziewice wróciły do swej zagrody, ja zaś miałem czas rozejrzeć się po naszej.
Nazajutrz rano zebrano nas znów na naukę; wówczas zacząłem po raz pierwszy zastanawiać się nad krokiem, jaki miałem uczynić, i nad okolicznościami, które mnie do niego przywiodły.
Powiedziałem, powtarzam i powtórzę jeszcze rzecz, w której każdy dzień coraz więcej150 mnie umacnia: a to, że jeżeli kiedy dziecko otrzymało wychowanie rozumne i zdrowe, to tym dzieckiem byłem ja. Przyszedłszy na świat w rodzinie tradycją i obyczajami wyrastającej nad zwykłe pospólstwo, miałem dokoła siebie, wśród krewnych, jedynie wzory cnoty i przykłady honoru. Ojciec, mimo iż lubiący żyć, był człowiekiem nie tylko z gruntu uczciwym, ale także bardzo religijnym. Był to człowiek światowy między ludźmi, chrześcijanin w domowym ognisku; jakoż wszczepił mi wcześnie uczucia, którymi był przeniknięty. Ciotki moje, wszystkie trzy, były cnotliwe i zacne. Dwie starsze były wybitnie nabożne; trzecia, osoba pełna wdzięku, dowcipu i rozsądku, była może pobożniejsza od nich, mimo iż z mniejszą ostentacją. Z łona tej godnej rodziny dostałem się do pana Lambercier, który mimo iż duchowny i kaznodzieja, był człowiekiem wierzącym i czynił prawie równie dobrze, jak nauczał. Siostra jego i on rozwinęli za pomocą rozumnych i łagodnych nauk zasady pobożności, które zastali w mym sercu. Ci zacni ludzie używali do tego celu środków tak prostych, tak umiarkowanych, tak mądrych, że nie tylko nie nudziłem się na kazaniu, ale zawsze wychodziłem wzruszony do głębi i pełen postanowień lepszego życia, postanowień, którym rzadko chybiałem, o ile myślałem o tym. W domu ciotki Bernard nabożność była mi uciążliwsza, bo ciotka czyniła z niej rzemiosło. U majstra nie myślałem wcale o tych rzeczach, co nie znaczy, bym myślał o nich odmiennie. Nie spotkałem tam młodych ludzi, którzy by mnie zepsuli w tym względzie. Byłem wisusem, ale nie niedowiarkiem.
Byłem tedy człowiekiem religijnym w stopniu, w jakim może być dziecko w moim wieku. Może i więcej; czemuż bowiem nie rzec otwarcie, co myślę? Dzieciństwo moje nie miało cech dziecinnych; czułem, myślałem zawsze jak człowiek dorosły. Dopiero wzrastając, osunąłem się do pospolitej klasy; przychodząc na świat, wyszedłem z niej. Może się ktoś śmiać ze mnie, iż z taką skromnością podaję się tu za fenomen. Dobrze, ale kiedy się wyśmieje do syta, niechaj mi znajdzie dziecko, które w szóstym roku życia czytanie powieści zajmuje, przykuwa, porywa aż do łez; wówczas uczuję śmieszność mej próżności i przyznam, że jestem w błędzie.
Kiedy twierdziłem zatem, że nie trzeba dzieciom mówić o religii, jeśli się pragnie, aby ją miały kiedyś, i że są one niezdolne do pojęcia Boga, nawet na nasz sposób, zaczerpnąłem to zdanie z obserwacji, a nie z doświadczenia; wiedziałem, że doświadczenie nie może być miarą dla innych. Znajdźcie więcej Janów Jakubów w szóstym roku życia i mówcie im o Bogu w siódmym, a ręczę, że nic wam nie grozi.
Każdy czuje, jak mniemam, iż mieć religię — dla dziecka, a nawet dla dorosłego — znaczy czcić tę, w której się ktoś urodził. Niekiedy, coś z niej odpada; rzadko coś przybywa; dogmatyczna wiara jest owocem wychowania. Poza tą powszechną zasadą, która wiązała mnie do wyznania ojców, miałem właściwą naszemu miastu odrazę do katolicyzmu, który przedstawiano nam w najczarniejszych kolorach. To uczucie posuwało się u mnie tak daleko, że zrazu, ilekroć zdarzyło mi się zajrzeć do kościoła, spotkać kapłana w komży, usłyszeć dzwonek procesji, ogarniał mnie dreszcz grozy i przestrachu; uczucie, którego z czasem przestałem doświadczać w miastach, ale które nieraz odżywało we mnie w parafiach wiejskich, bardziej podobnych do miejsc, w których go pierwotnie doznałem. To prawda, że osobliwy kontrast do tego wrażenia stanowiło wspomnienie pieszczot i czułości, z jaką księża z okolic Genewy chętnie odnoszą się do tamecznych dzieci. Równocześnie z uczuciem strachu, które budził we mnie dzwonek kapłana z wiatykiem, dzwon wzywający na mszę i nieszpory, przypominało mi się jakieś śniadanko, podwieczorek, świeże masełko, owoce, nabiał. Obiadek księdza de Pontverre wycisnął się jeszcze głębszym wrażeniem. Dlatego łatwo uległem pomieszaniu pojęć na tym punkcie. Patrząc na papizm151 jedynie pod kątem zabawy i łakoci, oswoiłem się bez trudu z myślą o tym wyznaniu; ale przyjęcie go solenne przedstawiało mi się jedynie mglisto i w nieokreślonym oddaleniu. I oto przyszła chwila, w której niepodobna było się cofnąć: ujrzałem z najwyższym przerażeniem zobowiązanie, które przyjąłem i jego nieuniknione skutki. Przyszli neofici, których widziałem wkoło siebie, nie bardzo byli po temu, aby swoim przykładem umocnić mą odwagę; nie mogłem utaić przed sobą, że święte dzieło, którego miałem dokonać, było w gruncie postępkiem szubrawca. Mimo swej młodości uczułem, że bez względu na to, która religia jest prawdziwa, miałem sprzedać moją i że choćby nawet wybór mój był dobry, miałem w głębi serca skłamać Duchowi Świętemu i zasłużyć na wzgardę ludzką. Im więcej o tym myślałem, tym więcej byłem oburzony na siebie, a zarazem jęczałem nad losem, który mnie do tego doprowadził, jak gdyby ten los nie był mym własnym dziełem! Niekiedy refleksje te stawały się tak silne, iż gdybym na chwilę znalazł drzwi otwarte, byłbym się z pewnością wymknął; ale nie miałem sposobności, a i samo postanowienie również nie utrzymało się w tej sile.
Zbyt wiele zwalczało je tajemnych pragnień, aby go nie miały zwyciężyć. Zresztą, upór w postanowieniu niewracania do Genewy, wstyd, trudność nawet przebycia gór z powrotem, obawa znalezienia się z dala od kraju bez przyjaciół, bez środków, wszystko skłaniało mnie ku temu, aby wyrzuty sumienia uważać za spóźnione żale. Tym ciężej wyrzucałem sobie to, co uczyniłem, aby usprawiedliwić to, co miałem uczynić. Powiększając ciężar błędów przeszłości, patrzałem na przyszłość jako na ich nieunikniony skutek. Nie powiadałem sobie: „Nic się jeszcze nie stało; możesz zostać niewinny, jeśli zechcesz”, ale mówiłem: „Cierp za zbrodnię, której się dopuściłeś i która zmusza cię iść po tej drodze aż do końca”.
W istocie, jakiejż siły trzeba by w moim wieku, aby odwołać wszystko, com do tej chwili przyrzekł albo czegom pozwolił się spodziewać; aby zerwać łańcuchy, które sam sobie nałożyłem i oświadczyć nieustraszenie, że chcę zostać przy wierze ojców; aby to uczynić, powiadam, narażając się na wszystkie skutki! Ten hart ducha nie był na mój wiek. Rzeczy zaszły zbyt daleko, aby się zgodzono na taką zmianę frontu; im większy byłby mój opór, tym bardziej, w ten lub w inny sposób, uważano by za obowiązek go przełamać.
Sofizmat, który mnie zgubił, wspólny jest wielu ludziom, którzy skarżą się, że brak im siły, wówczas gdy już za późno jest, aby jej użyć. Żyć cnotliwie przychodzi nam z trudnością jedynie z naszej winy; gdybyśmy chcieli być zawsze rozsądni, rzadko potrzebowalibyśmy być bohaterami cnoty. Ale idziemy bez oporu za naszymi skłonnościami, wówczas gdy łatwo jeszcze byłoby je pokonać; ustępujemy lekkim pokusom, lekceważąc niebezpieczeństwo. Tak, ani widząc kiedy, popadamy w karkołomne sytuacje, których mogliśmy się z łatwością ustrzec, ale z których nie możemy się wydobyć bez heroicznych wysiłków; wówczas, przerażeni i bezsilni, osuwamy się w przepaść, mówiąc Bogu: „Czemuś mnie uczynił tak słabym?”. Ale wbrew sofizmatom, on odpowiada naszemu sumieniu: „Uczyniłem cię zbyt słabym, abyś się wydobył z przepaści, ponieważ uczyniłem cię dość mocnym, aby się w nią nie stoczył”.
Nie postanowiłem wyraźnie przejść na katolicyzm; ale, widząc termin jeszcze w oddaleniu, oswajałem się z wolna z tą myślą, żywiąc zarazem nadzieję, iż zajdzie jakiś niespodziany wypadek, który mnie wybawi. Aby zyskać na czasie, postanowiłem rozwinąć najenergiczniejszą obronę. Wkrótce próżność moja sprawiła, że nie potrzebowałem pamiętać o celach mego zamiaru; z chwilą gdy spostrzegłem, że udaje mi się niekiedy wprawić w kłopot moich instruktorów, nie potrzebowałem innej podniety, aby się starać ich pognębić. Wkładałem w to nawet zapał dość komiczny: gdy oni, ze swego urzędu, nawracali mnie, ja siliłem się nawrócić ich samych! Wierzyłem naiwnie, że wystarczy ich przekonać, aby ich skłonić do przejścia na protestantyzm.
Bądź co bądź, nie znaleźli we mnie ofiary tak łatwej, jak się spodziewali, ani pod względem światła, ani pod względem woli. Protestanci są zazwyczaj bardziej wykształceni religijnie niż katolicy. To całkiem naturalne: zasady jednych wymagają ciągłego roztrząsania, zasady drugich — poddania się. Katolik musi przyjąć decyzję, jaką mu nałożą, protestant uczy się sam stanowić o sobie. To było im wiadomo; ale nie oczekiwano po chłopcu mego stanu i wieku, aby wytrawnym ludziom mógł nastręczyć wielkie trudności. Zresztą, nie odbyłem jeszcze pierwszej komunii ani nie odebrałem nauk z nią złączonych; to wiedziano również, ale nie wiedziano, iż w zamian przeszedłem staranną naukę u pastora Lambercier i co więcej, zgromadziłem zapasik wiadomości bardzo niedogodny dla tych panów, mianowicie z Historii Kościoła i cesarstwa152, które posiadłem prawie na pamięć w domu ojca i które, mimo iż później zapomniane, odżywały mi w pamięci, w miarę jak rozgrzewałem się dysputą.
Pewien stary ksiądz, nieduży, ale dość czcigodnej postaci, miał wspólnie dla nas pierwszą rekolekcję. Rekolekcja ta była dla moich towarzyszy raczej katechizacją niż dysputą; księżyna więcej miał roboty z tym, aby ich pouczać niż aby usuwać wątpliwości i zarzuty. Inaczej ze mną. Kiedy przyszła kolej na mnie, wychwytywałem go na wszystkim, nie oszczędziłem ani jednego zarzutu, ani jednej pułapki. To przedłużało konferencję i czyniło ją dla obecnych bardzo nudną. Staruszek gadał dużo, rozpalał się, zaperzał; w końcu wykręcał się z kłopotu, mówiąc, że nie umie dobrze po francusku. Nazajutrz z obawy, by moje niedyskretne zarzuty nie zgorszyły towarzyszy, umieszczono mnie oddzielnie w innym pokoju z drugim księdzem, młodszym, tęgim mówcą, to znaczy umiejącym snuć nieskończenie długie okresy i delektującym się sobą. Mimo to nie dałem się ujarzmić jego imponującej minie; czując, iż ostatecznie jestem w swoim prawie, zacząłem mu odpowiadać, jak umiałem, i wyłapywać go tędy i owędy. Mniemał, iż zdławi mnie św. Augustynem153, św. Grzegorzem154 i innymi ojcami; ale wnet spostrzegł ku swemu zdumieniu, że obracam się w tych wszystkich ojcach niemal tak dobrze jak on; to nie znaczy, abym ich czytał kiedy, i on także może nie; ale zachowałem w pamięci wiele ustępów z książki Le Sueura; owóż ilekroć on mi zacytował jakieś zdanie, natychmiast, nie wdając się w dysputę nad cytatem, odpowiadałem innym z tego samego ojca, wprowadzając go nieraz w znaczny kłopot. Mimo to ksiądz bił mnie w końcu z dwóch przyczyn: jedna, że był silniejszy i że czując się niejako na jego łasce, rozumiałem dobrze, mimo mej młodości, że nie trzeba go nadto przypierać do muru; widziałem bowiem, że księżyna wcale nie zasmakował w mojej erudycji ani we mnie. Druga racja, to że mój adwersarz miał studia, a ja nie. To sprawiało, iż rozwijał w swej argumentacji metodę, której nie mogłem wydołać. Zresztą, ilekroć go zaskoczyłem nieprzewidzianym zarzutem, odkładał go do nazajutrz, powiadając, że odbiegam od tematu. Odrzucał niekiedy wszystkie moje cytaty, utrzymując, że są fałszywe; ofiarowując się przynieść książki, wyzywał mnie, abym je w nich znalazł. Czuł, że nie ponosi wielkiego ryzyka i że przy całej pożyczanej erudycji byłem zbyt mało obytym w książkach i zbyt słabym łacinnikiem, aby znaleźć jakiś ustęp w grubym tomie, choćbym nawet pewien był, że się tam znajduje. Podejrzewam nawet, że uciekał się sam do niesumienności, o którą oskarżał pastorów i że zdarzało mu się podrobić jakiś ustęp, aby się wykręcić od kłopotliwego argumentu.
Tak schodziły dni na tych pasowaniach, dysputach, mamrotaniu pacierzy i wałkoństwie. Wśród tego zdarzyła mi się mała przygoda, dość szpetna, która mogła mieć dla mnie przykre następstwa.
Nie ma tak brudnej duszy i tak barbarzyńskiego serca, iżby nie były zdolne do jakiegoś przywiązania. Jeden z dwóch bandytów, którzy podawali się za Maurów155, spodobał sobie we mnie. Szukał chętnie mego towarzystwa, gwarzył ze mną w swym diabelskim szwargocie, świadczył mi drobne usługi, podsuwał mi niekiedy swój talerz przy stole, a zwłaszcza obdarzał mnie częstymi pocałunkami z żarliwością bardzo dla mnie kłopotliwą. Twarz ta, koloru piernika, ozdobiona wielką szramą oraz spojrzenie to, rozpłomienione, zdawałoby się, raczej wściekłością niż uczuciem, budziły we mnie naturalną odrazę; mimo to znosiłem te pocałunki, powiadając sobie: „Ten biedak powziął snadź dla mnie szczerą przyjaźń; nie godzi się go odtrącać”. Stopniowo przybierał coraz swobodniejsze obyczaje i mówił rzeczy tak szczególne, iż przypuszczałem, że ma źle w głowie. Jednego dnia wieczór chciał położyć się ze mną; sprzeciwiłem się, mówiąc że łóżko jest za małe. Wówczas zaczął nalegać, abym ja przyszedł do niego; odmówiłem również, łajdaczyna bowiem był tak niechlujny i tak cuchnął tytoniem, który żuł ustawicznie, że przyprawiał mnie o mdłości.
Nazajutrz dość wczesnym rankiem znaleźliśmy się sami w sali; zaczął znowu swoje pieszczoty, ale z tak gwałtowną mimiką, że można się było przestraszyć. W końcu chciał przejść do najbardziej niewłaściwych swobód i zmusić mnie, kierując mą ręką, abym go naśladował. Wyrwałem się, wydając krzyk i uskakując w tył, nie zdradzając wszelako oburzenia ani gniewu, gdyż nie miałem najmniejszego pojęcia, o co mu chodzi; ale z taką energią dałem wyraz memu wstrętowi i zdumieniu, że mnie poniechał. Naraz, gdy on się dalej szamotał sam ze sobą, ujrzałem, jak wyleciało ku kominkowi i spadło na ziemię coś białawego i lepkiego. W gardle mi się ścisnęło ze wstrętu. Rzuciłem się na balkon, tak wzruszony, pomieszany, przerażony nawet, jak jeszcze nigdy w życiu, bliski po prostu omdlenia.
Nie mogłem zrozumieć, co to było, co się dzieje z tym nieszczęśnikiem: mniemałem, iż cierpi na wielką chorobę156 albo na inne, jeszcze straszliwsze cierpienie; i doprawdy, dla kogoś patrzącego chłodno, nie mogę sobie wyobrazić nic wstrętniejszego niż te plugawe zabiegi i tę ohydną twarz, rozpaloną ogniem najbrutalniejszej żądzy. Nie widziałem innego mężczyzny w podobnym stanie; ale, jeżeli wszyscy tak wyglądamy wobec kobiet, muszą mieć chyba wzrok bardzo urzeczony, aby nie nabrać do nas wstrętu.
Nie miałem nic pilniejszego niż opowiedzieć wszystkim, co mi się trafiło. Stara gospodyni kazała mi cicho siedzieć, ale widziałem, że bardzo była przejęta tą historią i słyszałem jak mruczała przez zęby: Can maledet! brutta bestia!157 Ponieważ nie rozumiałem czemu miałbym milczeć, robiłem dalej swoje mimo zakazu i paplałem tak, że nazajutrz rano jeden z zarządców wypalił mi dość ostrą reprymendę, wyrzucając, że narażam honor świętego domu i że robię zbyt wiele hałasu dla drobnostki.
Rozgadał się na ten temat, tłumacząc mi wiele rzeczy, których nie wiedziałem, ale co do których przypuszczał, iż musiały mi być wiadome; był przekonany, iż broniłem się wiedząc, czego tamten ode mnie żąda, ale nie chcąc się zgodzić. Oświadczył mi poważnie, że jest to uczynek zakazany jak wszelka rozpusta, ale którego intencja nie jest poza tym obrażająca dla osoby, i że nie ma powodu tak się gniewać o to, iż się w kimś wzbudziło sympatię. Powiedział mi bez ogródek, iż on sam w młodości dostąpił tego samego zaszczytu i że, zaskoczony w taki sposób, iż nie mógł stawić oporu, nie znalazł w tym wszelako nic strasznego. Posunął swój bezwstyd aż do użycia właściwych terminów w ich całej nagości i wyobrażając sobie, iż przyczyną mego oporu była obawa bólu, upewnił, iż ta obawa jest płonna i że nie ma powodu do najmniejszej trwogi.
Słuchałem tego bezecnika ze zdumieniem tym większym, iż nie przemawiał we własnym interesie; pouczał mnie jakoby tylko dla mego dobra. Nauki te wydawały mu się tak naturalne, iż wygłaszając je, nawet się nie troszczył o poufność; świadkiem naszej rozmowy był jakiś ksiądz, który nie zdawał się ani trochę zgorszony. Owa swoboda mówienia o tym takie na mnie uczyniła wrażenie, że zacząłem mniemać, iż jest to zapewne obyczaj powszechnie przyjęty, z którym jedynie nie miałem sposobności zapoznać się dotąd. To było przyczyną, iż wysłuchałem bez gniewu, choć nie bez odrazy. Obraz tego, co mi się zdarzyło, a już szczególnie tego, com widział, wycisnął mi się tak mocno w pamięci, iż mdłości mnie zbierały na samo wspomnienie. Mimo woli odraza do samej rzeczy rozciągnęła się i na jej obrońcę; mimo że starałem się panować nad sobą, musiał widzieć, jak złe wrażenie wywarły jego nauki. Obrzucił mnie mało przychylnym spojrzeniem i odtąd nie zaniechał niczego, aby mi pobyt w przytulisku uczynić nieprzyjemnym. Dopiął tak dobrze celu, iż widząc jeden tylko sposób wydobycia się stamtąd, chwyciłem się go z tą samą energią, z jaką dotychczas starałem się go oddalić.
Ta przygoda ubezpieczyła mnie na przyszłość od podejrzanych przyjaźni; sam widok takich ludzi budził we mnie — przez wspomnienie twarzy i ruchów ohydnego Maura — taki wstręt, iż niepodobna mi było go ukryć. Przeciwnie, kobiety wiele zyskały w mych oczach na porównaniu: zdawało mi się, że najtkliwsze moje uczucia, najpoddańsze hołdy ledwie mogą być zadośćuczynieniem za zniewagi, jakie cierpią od mojej płci, a najszpetniejsza poczwara stawała się w mych oczach cudowną pięknością przez pamięć rzekomego Afrykanina.
Co się tyczy jego, nie wiem, co mu tam powiedziano; nie uważałem wszakże, aby z wyjątkiem pani Lorenzy ktokolwiek patrzył nań gorszym okiem. Bądź co bądź, nie zaczepił mnie od tej pory ani nie odzywał się do mnie. W tydzień później przystąpił do chrztu z wielką ceremonią, ubrany biało od stóp aż do głowy, dla wyobrażenia białości odrodzonej duszy. Nazajutrz opuścił przytułek i nie spotkałem go już.
Moja kolej przyszła w miesiąc później; tyle czasu było trzeba, aby zapewnić kierownikom duchownym chlubę trudnego nawrócenia. Kazano mi kolejno przejść wszystkie dogmaty, aby święcić tryumfy nad mą świeżo zdobytą uległością.
Wreszcie, dostatecznie pouczony i dostatecznie, zdaniem mych nauczycieli, przejęty łaską, udałem się, wiedziony procesjonalnie, do katedry św. Jana, aby tam dopełnić uroczystego wyrzeczenia się i przyjąć dodatkowe obrzędy chrztu, mimo iż nie chrzczono mnie w istocie: ale ponieważ są to mniej więcej te same obrządki, korzysta się z tego, aby budzić wśród ludu pojęcie, że protestanci nie są chrześcijanami. Byłem przybrany w jakąś szatę szarego koloru z białymi wyłogami, przeznaczoną na takie okazje. Dwóch drabów niosło przede mną i za mną duże mosiężne tace, w które uderzali kluczem i gdzie każdy z obecnych składał jakąś jałmużnę, w miarę swej pobożności lub zainteresowania osobą nowo nawróconego. Słowem, nie poniechano nic z całego katolickiego przepychu, aby uczynić uroczystość bardziej budującą dla publiczności, a upokarzającą dla mnie. Brakło jedynie białej szaty, która byłaby mi się bardzo przydała, a której mi nie dano jak owemu Maurowi, zważywszy, iż nie miałem zaszczytu być żydem.
Nie koniec na tym: trzeba było iść do urzędu Inkwizycji, by otrzymać rozgrzeszenie ze zbrodni herezji i wrócić na łono Kościoła z tą samą ceremonią, jakiej musiał się poddać Henryk IV158 przez swego ambasadora. Mina i obejście wielebnego ojca inkwizytora nie bardzo były po temu, aby rozproszyć tajemny strach, jaki mnie ogarnął, gdym wchodził do tego domu. Po licznych pytaniach tyczących mej wiary, stanu, rodziny spytał nagle, czy matka moja jest potępiona. Zgroza, jakiej doznałem, powściągnęła pierwszy odruch oburzenia; zadowoliłem się odpowiedzią, iż mam nadzieję, że nie i że Bóg mocen159 był ją oświecić w ostatniej chwili. Mnich zamilkł, ale uczynił grymas, który nie wyrażał wcale aprobaty.
Po ceremonii, w chwili gdy spodziewałem się, iż zaczną się urzeczywistniać moje błyszczące rojenia, wyprawiono mnie za drzwi, wsypawszy w rękę w drobnej monecie nieco więcej niż dwadzieścia franków — owoc kwesty. Polecono mi żyć jak przystało dobremu chrześcijaninowi, być wiernym uzyskanej łasce; dodano życzenia pomyślności, po których drzwi się zamknęły i wszystko znikło.
Tak rozpadły się w jednej chwili wielkie nadzieje; z interesownego postępku, który popełniłem, zostało mi jedynie wspomnienie, że byłem odstępcą i dudkiem zarazem. Łatwo osądzić, jaki przewrót musiał nastąpić w mych pojęciach, kiedy ze świetnych rojeń o wspaniałym losie znalazłem się nagle w najzupełniejszej nędzy. Rano rozmyślałem jeszcze nad wyborem pałacu, w którym mam zamieszkać, wieczorem ujrzałem perspektywę nocowania na ulicy. Pomyśli ktoś, że pierwszym mym uczuciem była rozpacz, tym okrutniejsza, iż do wyrzutów sumienia dołączyła się dotkliwa świadomość, iż całe nieszczęście było mym własnym dziełem. Nic podobnego. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się spędzić w zamknięciu przeszło dwa miesiące; otóż uczuciem, jakiego doznałem, była radość z odzyskanej swobody. Czułem się po długiej niewoli panem siebie i swoich uczynków; znalazłem się w dużym mieście pełnym dostatków, pełnym światłych ludzi, którzy z pewnością pośpieszą przygarnąć mnie i oddać sprawiedliwość mym talentom, skoro tylko będą mieli sposobność je poznać. Ba, miałem zresztą czas: dwadzieścia franków, które czułem w kieszeni, zdawały mi się skarbem nie do wyczerpania. Mogłem rozrządzać nimi wedle ochoty, nie zdając nikomu sprawy. Pierwszy raz w życiu byłem panem takiego bogactwa. Daleki tedy od łez i rozpaczy, zmieniłem jedynie kierunek swych nadziei. Nigdym nie miał uczucia takiej wiary w sobie: miałem przeświadczenie, iż los mój jest zapewniony i dumny byłem, iż zawdzięczam go jedynie sobie.
Pierwszą rzeczą, jaka mnie skusiła, było przebiec całe miasto. Zaspakajając naturalną ciekawość, dopełniałem zarazem aktu swobody. Poszedłem zobaczyć, jak zmieniają straże; muzyka wojskowa spodobała mi się bardzo. Włóczyłem się za procesjami: lubiłem słuchać nosowego falsetu księży. Poszedłem obejrzeć pałac królewski; zbliżałem się z obawą, ale widząc, że inni wchodzą, poszedłem za ich przykładem; przepuszczono mnie. Może zawdzięczałem ten przywilej małemu zawiniątku, które miałem pod pachą. Jak bądź rzecz się miała, powziąłem wielkie mniemanie o sobie samym, znalazłszy się w pałacu; czułem się niemal jego mieszkańcem. W końcu, nawałęsawszy się tam i sam, zmęczyłem się; uczułem głód, było gorąco; wstąpiłem do handlarki nabiału; dała mi sera, kwaśnego mleka; dodawszy do tego dwie kromki wybornego piemonckiego chleba, wyprawiłem sobie za pięć czy sześć soldów160 jeden z najlepszych obiadków w życiu. Trzeba było starać się o nocleg. Ponieważ znałem już język piemoncki na tyle, aby się porozumieć, nietrudno mi to przyszło; byłem tak przezorny, iż obrałem kwaterę wedle sakiewki, a nie wedle mego smaku. Wskazano mi przy ulicy Padewskiej żołnierkę, która, za solda na noc, dawała przytułek służącym bez miejsca. Znalazłem wolny tapczan i zakwaterowałem się. Gospodyni była młoda i świeżo zamężna, mimo iż miała już kilkoro dzieci. Spaliśmy wszyscy w jednej izbie, matka, dzieci, lokatorowie; trwało tak przez cały czas, dopóki mieszkałem u niej. Zresztą, była to dobra kobieta, mocna w przekleństwach jak stangret, wiecznie rozmamłana i nieuczesana, ale łagodna i uczynna. Nabrała do mnie sympatii i nawet przyszła mi w niejednym z pomocą.
Strawiłem tak kilka dni, oddając się jedynie uczuciu swobody i ciekawości. Wałęsałem się po mieście i okolicy, zwiedzając wszystko, co mi się zdało nowe i zajmujące; a cóż nie było nowe dla młodego chłopca świeżo wybiegłego z gniazda, który nigdy nie widział stolicy! Byłem zwłaszcza bardzo punktualnym dworakiem: regularnie, co rano, asystowałem mszy króla jegomości. Miało dla mnie pewien urok znajdować się w jednej kaplicy wraz z monarchą i jego świtą; ale główną pobudką raczej była namiętność do muzyki, już zaczynająca się objawiać, niż pompa dworska, której ceremoniał, powtarzający się i zawsze jednaki, nie jest w stanie zająć długo. Król Sardynii miał wówczas najlepszą kapelę w Europie: Somis, Desjardins, Bezuzzi, błyszczeli w niej na przemian. Nie trzeba było i tyle, aby ściągnąć młodego chłopca, którego dźwięk najlichszego instrumentu, byle czysty, przejmował rozkoszą. Poza tym wspaniałość uderzająca me oczy budziła we mnie jedynie głupio dziecinny i pozbawiony wszelkiej pożądliwości podziw. W całym tym blasku dworskim zajmowało mnie jedynie to, czy nie było tam gdzie jakiej księżniczki, która by warta była mego hołdu i z którą mógłbym nawiązać intrygę miłosną.
Tymczasem o włos, że nie nawiązałem innej miłostki, o wiele mniej świetnej, ale która gdyby doszła do skutku, dałaby mi stokroć rozkoszniejsze słodycze.
Jakkolwiek prowadziłem życie bardzo oszczędne, sakiewka wyczerpała się nieznacznie161. Oszczędność moja wynikała zresztą nie tyle z przezorności, ile z prostoty upodobań, której nawet dzisiaj obycie ze światowym wykwintem nie zatarło we mnie. Nie znałem i nie znam do dziś lepszej uczty niż prosty, sielski posiłek. Nabiałem, jajkami, trochą162 sałaty, sera, z dodatkiem świeżego chleba i jakiego takiego wina, można być pewnym, że się mnie najlepiej uraczy; dobry apetyt dopełni reszty, o ile marszałek dworu i lokaje sterczący wkoło nie odbiorą mi go swym natrętnym widokiem. W owym czasie, wydając sześć albo siedem soldów, jadałem o wiele lepiej niż później za cenę sześciu albo siedmiu franków. Byłem tedy wstrzemięźliwy z braku pokus; źle zresztą mówię „wstrzemięźliwy”, wkładałem w to bowiem całą pełnię smakoszostwa. Parę gruszek, giunca163, kromka chleba i kilka szklaneczek taniego wina czyniły mnie najszczęśliwszym z gastronomów. Ale i przy tym trybie owych dwadzieścia franków musiało kiedyś, ostatecznie, mieć swój koniec. Przekonywałem się o tym z każdym dniem wyraźniej; mimo nieopatrzności mego wieku, przyszłość przejmowała mnie grozą. Ze wszystkich zamków na lodzie została mi tylko nadzieja, iż uda mi się znaleźć zatrudnienie, z którego bym mógł żyć; a i to nie było łatwe. Przypomniałem sobie dawne rzemiosło; ale nie umiałem go na tyle, aby znaleźć pracę w jakim warsztacie, a i warsztatów tych niedużo było w Turynie. Postanowiłem tedy w oczekiwaniu czego lepszego chodzić od sklepu do sklepu, ofiarowując się z wyryciem liter albo herbów na naczyniu stołowym, w nadziei, iż umiarkowana cena i gotowość do usług znęci klientelę. Pomysł nie okazał się zbyt szczęśliwy. Prawie wszędzie spotkałem się z odmową, a robota, jaką uzyskałem przedstawiała tak niewiele, że ledwo parę posiłków zdobyłem tą drogą. Jednego dnia, przechodząc dość wcześnie przez Contra Nova, ujrzałem przez szyby sklepowe młodą kupczynię tak pełną uroku i tak powabnej postaci, iż mimo mej nieśmiałości wobec dam nie zawahałem się wejść i ofiarować me skromne usługi. Nie odprawiła mnie, kazała usiąść, opowiedzieć swoje dzieje, użaliła się nade mną, dodała otuchy, upewniając, iż dobrzy chrześcijanie mnie nie opuszczą; następnie, posławszy tymczasem do sąsiedniego złotnika po narzędzia, które mi były potrzebne, poszła do kuchni i sama przyniosła śniadanie. Początek wydał mi się dobrą zapowiedzią, dalszy ciąg nie zadał jej kłamu. Pani była widocznie rada z mej skromnej pracy, jeszcze więcej z mego szczebiotu, skoro się trochę ośmieliłem; wydawała mi się bowiem tak świetna i strojna, iż mimo łaskawego tonu blask ten przejął mnie zrazu nieśmiałością. Ale przyjęcie pełne dobroci, współczujący głos, łagodne i pieszczotliwe obejście wróciły mi rychło swobodę. Widziałem, że sprawiam korzystne wrażenie, i to dodawało mi skrzydeł. Mimo to ona, jakkolwiek Włoszka i zbyt ładna, aby nie być trochę zalotną, była tak skromna, a ja tak trwożliwy, że mała była nadzieja rychłego porozumienia. Nie zostawiono nam zresztą czasu... Z tym większym urokiem wspominam krótkie chwile, które spędziłem przy niej; mogę rzec, iż wówczas poznałem w ich pączku najsłodsze i najczystsze zarazem rozkosze miłości.
Była to bardzo fertyczna brunetka; wrodzona dobroć wszelako, malująca się na twarzy, łagodziła jej żywość odcieniem słodyczy. Nazywała się pani Basile. Mąż, starszy od niej i dość zazdrosny, zostawiał ją w czasie swych podróży pod strażą pomocnika. Był to osobnik zbyt skąpo obdarzony od natury, aby mógł być niebezpieczny; nie był i on wprawdzie wolny od pretensji, ale objawiał je jedynie złym humorem. Zdołałem od razu wzbudzić jego antypatię, mimo iż lubiłem przysłuchiwać się jak grał na flecie, którym władał dosyć dobrze. Cerber164 ten mruczał zawsze, ilekroć widział mnie wchodzącego do pokoju pani; traktował mnie ze wzgardą, którą ona odpłacała mu z nawiązką. Zdawała się czerpać w tym zabawę, aby dla jego udręki darzyć mnie niewinnymi pieszczotami w jego obecności, który to rodzaj zemsty, bardzo zresztą przypadający mi do smaku, byłby mi jeszcze o wiele milszy sam na sam. Ale pani nie posuwała go aż tak daleko, a przynajmniej nie w taki sam sposób. Czy że znajdowała mnie zbyt młodym, czy nie umiała czynić pierwszych kroków, czy naprawdę chciała zostać bez skazy, dość, iż wówczas zachowywała się z miarą, która nie była odpychająca, ale która onieśmielała mnie, sam nie wiem czemu. Mimo iż nie żywiłem dla niej owej głębokiej i tkliwej czci, jaką miałem dla pani de Warens, czułem wobec niej więcej obawy, a mniej poufałości. Byłem zakłopotany, drżący; nie śmiałem na nią patrzeć, nie śmiałem oddychać; mimo to rozłąki z nią lękałem się bardziej niż śmierci. Ukradkiem pożerałem oczyma deseń jej sukni, koniec ładnej nóżki, kawałek białego i jędrnego ramienia, który błyszczał między rękawkiem a rękawiczką, rąbek biustu wychylający się spod chusteczki. W miarę jak zapuszczałem wzrok coraz mniej dyskretnie, oczy zachodziły mi mgłą, pierś ściskała się, brakowało mi oddechu; zdolny byłem wydawać jedynie westchnienia, bardzo wymowne w ciszy, jaka często zapadała między nami. Szczęściem, pani Basile, zajęta swą robotą, nie spostrzegła tego, o ile mi się zdawało. Mimo to widziałem niekiedy, iż jakby przez sympatyczne odczucie chusteczka kryjąca jej piersi faluje szybszym tempem. Ten niebezpieczny widok do reszty pozbawiał mnie przytomności; ale kiedy już byłem bliski poddania się swym wzruszeniom, zwracała się do mnie najspokojniej z jakimś słówkiem, które wracało mnie natychmiast do przytomności.
Kilka razy spędziłem z nią w ten sposób całe godziny, przy czym najlżejsze słowo, gest, nawet bardziej wymowne spojrzenie nie zaznaczyło najmniejszego porozumienia między nami. Ten stan, pełen udręki, był jednakże mą rozkoszą; w niewinności serca nie bardzo umiałem sobie wytłumaczyć przyczyny mych cierpień. Zdaje się, iż te niewinne sam na sam i jej nie były przykre; przynajmniej dostarczała do nich sposobności wcale często — gorliwość dość jałowa, zważywszy sposób, w jaki korzystała z tych chwil sama i mnie pozwalała z nich korzystać!
Jednego dnia pani Basile, znudzona głupimi docinkami cerbera, schroniła się do swego pokoju. Pośpieszyłem się, jak mogłem, aby co rychlej dokończyć roboty i udałem się za nią. Drzwi były uchylone, wszedłem niepostrzeżony. Haftowała przy oknie, z twarzą odwróconą od drzwi. Nie mogła widzieć, jak wchodzę, nawet i słyszeć, z przyczyny ulicznego turkotu. Ubierała się zawsze starannie; tego dnia strój jej trącił zalotnością. Siedziała w pozycji pełnej wdzięku: głowa, pochylona nieco, odsłaniała biały karczek, włosy podczesane zręcznie, upięte kwiatami. Cała postać tchnęła czarem, którym miałem czas napawać się do syta i który wyprowadził mnie z równowagi. Rzuciłem się na kolana tuż u drzwi, wyciągając namiętnym ruchem ręce, bez myśli, aby mnie mogła widzieć, ale lustro nad kominkiem zdradziło mnie. Nie wiem, jakie wrażenie wywarł na niej ten wybuch; nie spojrzała, nie przemówiła; ale, na wpół odwracając głowę, nieznacznym ruchem wskazała mi podnóżek u swych stóp. Zadrżeć, wydać okrzyk, rzucić się ku wskazanemu miejscu było rzeczą jednej chwili; ale co trudniejsze do uwierzenia, to że w tym stanie nie śmiałem nic przedsięwziąć ponadto, nie odważyłem się wyrzec jednego słowa, podnieść oczu. Trwałem nieruchomo, nie mając nawet tyle odwagi, aby w tak niewygodnej postawie oprzeć się przez chwilę o jej kolana. Byłem niemy, sparaliżowany, daleki wszakże od spokoju; wszystko zdradzało we mnie wzruszenie, radość, wdzięczność, żarliwe pragnienia, ledwie świadome swego przedmiotu i powściągane obawą jej gniewu.
Ona wydała mi się również niespokojna i strwożona. Zmieszana mą bliskością, przestraszona tym, że mnie ściągnęła ku sobie, i zaczynając sobie zdawać sprawę z doniosłości owego znaku, który z pewnością wyrwał się jej bez zastanowienia, nie czyniła nic, aby mnie przygarnąć ani też odtrącić. Nie odejmując oczu od robótki, starała się zachować, jak gdyby nie widziała mnie u swoich nóg; ale mimo całej mej naiwności musiałem spostrzec, że podziela me zakłopotanie, może moje pragnienia i że wstrzymuje ją jakiś wstyd podobny mojemu; to wszystko nie dodawało mi wszelako siły do wyzwolenia nas z tego kłopotliwego stanu. Oczekując z tytułu kilku lat starszeństwa pierwszych kroków z jej strony, powiadałem sobie, iż skoro ich nie czyni, nie życzy sobie widocznie, abym się dalej posunął. Dziś jeszcze myślę, iż miałem słuszność: była ona z pewnością zbyt sprytna, aby nie widzieć, że nowicjusz taki jak ja potrzebował nie tylko zachęty, ale i nauki.
Nie wiem, jakby się skończyła ta scena tak żywa, choć niema, ani jak długo byłbym przetrwał w tej równie śmiesznej, jak rozkosznej pozycji, gdyby nam nie przerwano. W chwili mych największych wzruszeń usłyszałem, iż otwierają się drzwi od kuchni. Pani Basile, przerażona, rzekła z cicha, podkreślając gestem żywość słów: „Wstań, idzie Rozyna”. Wstając spiesznie, chwyciłem rękę, którą zostawiła w moich, i wycisnąłem na niej dwa palące pocałunki; przy drugim uczułem, iż ta urocza ręka przycisnęła się nieco do mych warg. W życiu nie zaznałem tak słodkiego momentu, ale raz utracona sposobność nie powtórzyła się i nasze nieśmiałe miłostki nie posunęły się dalej.
Może dlatego właśnie obraz tej lubej istoty odcisnął się w mym sercu w tak czarujących rysach i wypiękniał mi jeszcze, w miarę jak lepiej poznawałem świat i kobiety. Gdyby miała bodaj trochę doświadczenia, byłaby się inaczej zabrała do dzieła, aby ośmielić młodego chłopca. Ale serce jej, mimo iż słabe, było z gruntu uczciwe; ustępowała, wbrew własnej woli, skłonności, która ją ciągnęła: była to według wszelkiego prawdopodobieństwa pierwsza jej niewierność. Kto wie, może więcej miałbym trudu z przezwyciężeniem jej wstydliwości niżeli mojej własnej. Nie doszedłszy do tego momentu, zakosztowałem wszelako przy niej niewypowiedzianych słodyczy. Nic z tego, czegom zaznał w objęciach kobiet, nie jest warte owych dwóch minut, które spędziłem u jej nóg, nie śmiejąc nawet dotknąć jej sukni. Nie, nie ma rozkoszy równych tym, jakie może dać uczciwa a ukochana przez nas kobieta. Jedno skinienie palcem, lekkie przyciśnięcie ręki do ust — oto jedyne dowody wzajemności, jakie otrzymałem od pani Basile, ale gdy o tym myślę, wspomnienie owych drobnych łask przejmuje mnie jeszcze wzruszeniem.
Przez dwa następne dni próżno czyhałem na nowe sam na sam. Niepodobieństwem165 mi było znaleźć sposobną chwilę, z jej strony zaś nie spostrzegłem współdziałania w tym względzie. Obejście pani Basile było nawet, nie powiem chłodniejsze, ale powściągliwsze niż zazwyczaj; zdaje mi się, że unikała mych spojrzeń z obawy, iż nie umiałaby dosyć panować nad swymi. Przeklęty strażnik nieznośniejszy był niż kiedykolwiek: stał się wprost drwiący, uszczypliwy; powtarzał mi, że będę miał w życiu powodzenie u kobiet. Drżałem z obawy, czy nie zdradziłem się jaką nieostrożnością: uważając się już poniekąd za wspólnika grzechu mej ukochanej, chciałem największą tajemnicą osłonić wzajemną skłonność, która jak dotąd, tak bardzo tego nie wymagała! Stałem się tak ostrożny i oględny w szukaniu sposobności, iż w końcu nie znalazłem ich wcale.
Oto jeszcze jedno romantyczne szaleństwo, z którego nigdy nie mogłem się uleczyć i które, połączone z wrodzoną nieśmiałością, w znacznym stopniu zadało kłam wróżbie sklepikarza. Kochałem zbyt szczerze, zbyt doskonale, śmiem powiedzieć, aby móc łatwo dostąpić szczęścia. Nigdy może nikt nie żywił namiętności bardziej żywych i czystych zarazem; nigdy miłość nie była tkliwsza, szczersza, bezinteresowniejsza. Byłbym tysiąc razy poświęcił własne szczęście dla szczęścia osoby, którą kochałem. Dobra sława jej była mi droższa od własnego życia; nigdy, za wszystkie słodycze posiadania, nie chciałbym jej narazić bodaj na chwilę na niebezpieczeństwo. To sprawiało, iż wkładałem tyle starań, tyle tajemnicy, tyle ostrożności w swoje zabiegi, iż nigdy żaden z nich nie mógł doprowadzić do skutku. Słabe moje rezultaty z kobietami wynikały zawsze z tego, iż nadto je kochałem.
Wracając do cerbera grającego na flecie, muszę zaznaczyć, iż odnoszenie się jego do mnie uległo naraz korzystnej zmianie, co było zapewne wynikiem powziętego już zdradzieckiego planu. Od pierwszego dnia gdy zdołałem wzbudzić w pani Basile sympatię, pomyślała o tym, aby mnie w jakiś sposób zatrudnić w sklepie. Byłem dość mocny w arytmetyce; zaproponowała mu tedy, aby mnie nauczył prowadzić książki; ale gbur bardzo niechętnie przyjął propozycję, lękając się może, abym go nie wyparował z miejsca. Tak więc po odłożeniu rylca całą mą pracą było przepisywanie jakichś rachunków, porządkowanie ksiąg i czasem tłumaczenie paru listów z włoskiego na francuski. Naraz człowiek ten objawił dobre chęci, których mu wprzódy brakło, i oznajmił, iż będzie mnie uczył podwójnej buchalterii. Mówił, iż chce mnie przygotować na tyle, abym mógł ofiarować usługi panu Basile, skoro wróci. Było wszakże w jego tonie, w spojrzeniu coś fałszywego, złośliwego, ironicznego, co nie budziło we mnie zaufania. Pani Basile, nie czekając odpowiedzi, rzekła sucho, że jestem mu wdzięczny za gotowość, co do niej jednak, ma nadzieję, iż znajdę w życiu godniejsze siebie stanowisko i że byłaby szkoda, gdybym przy mojej bystrości miał zostać jedynie mizernym subiektem166.
Powtarzała często, że chce ułatwić mi pewną znajomość, która może mi być użyteczna. Nasze nieme wyznania miały miejsce we czwartek; w niedzielę, pani Basile wydała obiad, na którym znalazłem się ja i także pewien okazały zakonnik, jakobin167, któremu mnie przedstawiła. Mnich odnosił się do mnie nader serdecznie, winszował nawrócenia, wtrącił też parę słów świadczących, iż pani Basile opowiedziała mu szczegółowo moje dzieje. Następnie, klepiąc mnie po twarzy, powiedział, abym był rozsądny, nie tracił otuchy, abym go odwiedził kiedy, a wówczas będziemy mogli swobodniej pogadać. Ze sposobu, w jaki się doń wszyscy zwracali, domyśliłem się, że to musi być jakaś wpływowa osobistość, z ojcowskiego zaś tonu, z jakim odnosił się do pani Basile, że jest jej spowiednikiem. Przypominam sobie również, iż mimo dobrodusznej poufałości obejście jego zdradzało wyraźnie szacunek, a nawet cześć jaką miał dla swej penitentki — szczegół, który mniejsze wrażenie uczynił na mnie wówczas aniżeli dziś. Gdybym miał więcej doświadczenia, jakąż dumą i wzruszeniem przejęłoby mnie to, że zdołałem poruszyć serce młodej kobiety, posiadającej szacunek swego spowiednika!
Stół okazał się zbyt mały jak na ilość gości; trzeba było dostawić stoliczek, przy którym zasiadłem w lubym sam na sam z panem subiektem. Nie czułem się jednak na tym wygnaniu bynajmniej upośledzony; co chwila wędrowały do stoliczka smaczne kąski przeznaczone z pewnością nie pod adresem cerbera. Dotąd szło wszystko jak najlepiej: kobiety były wesołe, mężczyźni dworni, pani Basile robiła honory z nieopisanym wdziękiem. W połowie obiadu słyszymy nagle, iż lektyka zatrzymuje się pod bramą; ktoś idzie po schodach: to pan Basile. Widzę go, jak gdyby wszedł w tej chwili, w szkarłatnym ubraniu ze złotymi guzami, do którego to koloru nabrałem od tego dnia odrazy. Był to rosły i przystojny mężczyzna, przedstawiający się nader okazale. Wszedł z hałasem i z taką miną, jak gdyby kogoś zaskoczył, mimo iż byli tam sami jego przyjaciele. Żona rzuca mu się na szyję, ściska za ręce, obsypuje tysiącem pieszczot, które on przyjmuje chłodno i obojętnie. Pozdrawia całe towarzystwo, dają mu nakrycie, zasiada do jedzenia. Ledwie wymieniono pierwsze zdania, pan Basile rzucając okiem w stronę stolika, zapytuje surowo, kto jest chłopak, którego tam widzi. Pani Basile objaśnia go w najlepszej wierze. Pyta dalej, czy mieszkam w domu; dowiaduje się, że nie. „Czemu nie? — mówi szorstko. — Skoro przesiaduje tu cały dzień, mógłby równie dobrze spędzać i noce”. Tu zabrał głos zakonnik; oddawszy poważne i zasłużone pochwały pani Basile, przemówił kilka słów na mą korzyść; dodając pod adresem męża, iż nie tylko nie powinien ganić pobożnego miłosierdzia żony, ale raczej przyczynić się do niego szczerym sercem, ile że w niczym nie naruszono granic uczciwości. Mąż odpowiedział z irytacją, ledwie złagodzoną szacunkiem należnym duchownej osobie; ale i to wystarczyło, abym się domyślił, że miał co do mnie informacje i że pan subiekt przysłużył mi się w tej mierze.
Ledwie wstaliśmy od stołu, subiekt ów, wysłany przez pryncypała, przyszedł z tryumfem nakazać mi w jego imieniu, abym opuścił natychmiast dom i aby moja noga tu nie postała. Ze zlecenia wywiązał się w sposób najbardziej obelżywy i okrutny. Wyszedłem, nie mówiąc słowa, ale z rozpaczą w sercu, nie tyle, iż trzeba mi porzucić tę uroczą kobietę, ile że muszę ją zostawić na pastwę mężowskiej brutalności. Miał słuszność, oczywiście, iż nie chciał, aby go zdradziła; ale mimo iż szlachetna i cnotliwa, była ona Włoszką, to znaczy czułą i mściwą; i sądzę, iż źle czynił, uciekając się do takich środków, bardziej sposobnych, aby nań ściągnąć nieszczęście, niż aby mu zapobiec.
Taki był rezultat mej pierwszej przygody. Próbowałem przejść parę razy ulicą, aby bodaj z daleka ujrzeć tę, którą serce me opłakiwało bez przerwy; ale zamiast niej ujrzałem jedynie męża i czujnego subiekta, który spostrzegłszy mnie, łokciem kupieckim uczynił w mą stronę gest bardziej wymowny niż pociągający. Widząc taką czujność, straciłem nadzieję i przestałem chodzić tamtędy. Byłbym chciał odwiedzić bodaj protektora, którego pani Basile usposobiła dla mnie tak życzliwie. Na nieszczęście nie znałem jego nazwiska. Krążyłem wkoło klasztoru, próbując go spotkać, ale bez skutku. Wreszcie inne wypadki zatarły we mnie urocze wspomnienie pani Basile, a nawet w ogóle kazały mi zapomnieć o istnieniu pięknych kobiet i ich powabów.
Bądź co bądź, hojność opiekunki podrestaurowała nieco mój tłumoczek, bardzo skromnie wszelako i z rozwagą praktycznej kobiety, która bardziej troszczy się o schludność niż o strojność i która chciała zabezpieczyć mnie od braku, nie zaś dostarczyć sposobów błyszczenia. Ubranie, w którym przywędrowałem z Genewy, było jeszcze wcale przyzwoite; uzupełniła je jedynie kapeluszem i trochą bielizny. Nie miałem mankietów; nie chciała mi ich dać, mimo że miałem na nie serdeczną ochotę. Poprzestała na tym, iż dostarczyła mi środków ubrania się schludnie; zresztą, nie trzeba mi było tego zalecać, dopóki czułem na sobie jej oczy.
W krótki czas po katastrofie gospodyni moja, która jak wspomniałem, nabrała do mnie sympatii, oznajmiła mi, iż może uda się znaleźć dla mnie miejsce i że pewna dystyngowana dama pragnie mnie widzieć. Słysząc to, wyobraziłem sobie, iż tym razem wpłynąłem co się zowie na wody wielkiego świata; ta chimera bowiem prześladowała mnie nieustannie. Przygoda okazała się mniej wspaniała niż sobie wyobrażałem. Udałem się do tej pani ze służącym, który o mnie wspominał. Zaczęła mnie wypytywać, badać; musiałem zrobić niezłe wrażenie, z miejsca bowiem wstąpiłem w jej służby, nie tyle w charakterze faworyta, co lokaja. Ubrano mnie w liberię, jaką nosili jej ludzie; jedyna różnica była ta, iż oni nosili pętelkę, mnie zaś jej nie dano; że zaś liberia nie miała galonów, wyglądała prawie na zwykłe ubranie. Oto nieoczekiwany kres, do którego przybiły wreszcie moje wielkie nadzieje.
Hrabina de Vercellis, do której się zgodziłem, była bezdzietną i wdową; mąż jej pochodził z Piemontu; co do niej, zawsze uważałem ją za Sabaudkę, nie przypuszczając, aby Piemontka mogła mówić po francusku tak dobrze i tak czysto. Była to osoba w średnim wieku, szlachetnej postaci, wykształcona, zamiłowana w literaturze francuskiej i wielka jej znawczyni. Pisywała dużo, zawsze po francusku. Listy jej miały styl i niemal wdzięk pani de Sevigné168, niektóre mogły wprost przyprawić o pomyłkę. Głównym mym i chętnie spełnianym zatrudnieniem było pisywać pod dyktandem; hrabina bowiem, cierpiąc na bardzo dokuczliwego raka w piersi, nie mogła pisywać sama.
Pani de Vercellis miała nie tylko bystry umysł, ale i silną, wzniosłą duszę. Patrzałem na jej ostatnią chorobę; patrzałem, jak cierpiała i umierała bez najmniejszej słabości, bez walk z sobą, bez sprzeniewierzenia się roli kobiety i bez świadomości, ile w tym mieści się głębokiej filozofii: słowo, które nie było jeszcze w modzie i którego nie znała nawet w znaczeniu dzisiejszym. Ta siła charakteru dochodziła niekiedy do oschłości. Twarda i hartowna dla siebie, i drugimi nie rozczulała się zbytnio; kiedy czyniła dobrze nieszczęśliwym, to raczej, aby czynić to, co jest dobre samo w sobie, niż przez prawdziwe współczucie. Doświadczyłem nieco tego chłodu przez trzy miesiące, które spędziłem przy niej. Było naturalną rzeczą, aby nabrała sympatii dla młodego człowieka rokującego pewne nadzieje, którego miała nieustannie przed oczami, i aby czując zbliżającą się śmierć, pomyślała, iż straciwszy jej dom, będzie potrzebował oparcia i pomocy. Mimo to czy nie uznała mnie godnym szczególnej uwagi, czy że ludzie, którzy ją oblegali, nie pozwolili jej pomyśleć o tym, nie uczyniła nic dla mnie.
Przypominam sobie dobrze, iż zrazu objawiła niejaką ciekawość bliższego poznania mnie. Zadawała mi niekiedy pytania, kazała sobie pokazywać listy, które pisywałem do pani de Warens, zachęcała mnie do wynurzeń. Ale snadź niedobrą obrała drogę do mego wnętrza, nie otwierając nigdy własnego przede mną. Serce moje skłonne było do wylań, byle czuło, iż odbiera je drugie serce. Suche i zimne pytania, nieodwzajemniające mych odpowiedzi żadną pochwałą ani naganą, nie mogły obudzić we mnie ufności. Nie mogąc odgadnąć, czy paplanina moja jest jej do smaku, czułem się wciąż niepewny; całą mą troską było nie tyle wyrażenie mych myśli, ile nie wyrwanie się z niczym, co by mi mogło zaszkodzić. Zauważyłem później, że ten suchy sposób zadawania ludziom pytań, jakoby celem ich poznania, jest dosyć powszechny u kobiet, które wiele mniemają o swoim rozumie. Wyobrażają sobie, iż nie zdradzając swoich myśli, łatwiej przenikną myśli drugiego; nie widzą, iż tym samym odejmują odwagę objawienia ich. Człowiek, którego się bierze na spytki, zaczyna przez to samo mieć się na ostrożności; jeśli mniema, iż nie mając dlań istotnego zainteresowania, chce ktoś go jedynie wyciągnąć na słowa, wówczas albo kłamie, albo milczy, albo ma się w dwójnasób na ostrożności i woli raczej uchodzić za głupca niż wziąć się na lep obojętnej ciekawości. Słowem, źle się ten bierze do czytania w sercu drugich, kto zbyt oczywiście ukrywa przed nimi własne.
Pani de Vercellis nie rzekła mi nigdy najmniejszego słowa, które by trąciło sympatią, współczuciem, życzliwością. Wypytywała mnie chłodno, odpowiadałem oględnie. Odpowiedzi moje były tak nieśmiałe, iż musiały się jej wydać służalcze i widocznie znudziła się nimi. Pod koniec nie pytała już o nic i odzywała się do mnie jedynie w rzeczach usługi. Oceniła mnie nie tyle wedle tego, czym byłem, ile wedle tego czym mnie uczyniła; nie widząc we mnie nic oprócz lokaja, nie pozwoliła, abym się jej okazał czym innym.
Pierwszy to raz wówczas zetknąłem się z ową złośliwą grą ukrytych interesów, która miała mnie prześladować całe życie i która wzbudziła we mnie bardzo naturalną odrazę do rzekomego porządku, będącego ich źródłem. Pani de Vercellis nie miała dzieci; spadkobiercą jej był siostrzeniec, hrabia de la Roque, który nadskakiwał jej pilnie. Poza tym wpływowsi domownicy, widząc, że dni ich pani zbliżają się ku końcowi, nie zapominali o sobie; tyle osób cisnęło się koło niej, iż trudno było w istocie, aby miała czas pomyśleć o mnie. Na czele domu stał niejaki Lorenzi, obrotny człowiek, którego żona, jeszcze zręczniejsza od niego, tak umiała się wcisnąć w łaski pani, że raczej była na stopie przyjaciółki niżeli płatnej sługi. Naraiła jej za pokojową swoją siostrzenicę, pannę Pontal, sprytną osóbkę, która przybierała tony damy do towarzystwa. We dwie opanowały tak skutecznie swą panią, że widziała jedynie przez ich oczy i działała jedynie przez ich ręce. Nie miałem szczęścia przypaść do serca tym trojgu; słuchałem ich, ale się im nie wysługiwałem; nie uważałem za właściwe, abym poza obsługą wspólnej pani miał jeszcze być lokajem jej lokajów. Byłem zresztą dla nich figurą raczej niepokojącą. Widzieli dobrze, że nie jestem tu na swoim miejscu; lękali się, iż pani może to również spostrzec i że to, co uczyni, aby mi pomóc do odzyskania właściwszego stanowiska, może zmniejszyć ich udziały; tego rodzaju ludzie, w których chciwość tłumi poczucie sprawiedliwości, uważają każdy legat jako zrabowany169 z ich części. Podali sobie tedy ręce, aby mnie usuwać z jej oczu. Lubiła pisywać listy; w tym stanie było to dla niej rozrywką; odstręczali ją od tego i postarali się, aby lekarz wpłynął na nią w tym duchu, tłumacząc, iż to ją męczy. Pod pozorem, że jestem nie dość zręczny, użyli do posług koło pani dwóch drabów noszących zazwyczaj lektykę; słowem, zakręcili się tak dobrze, iż kiedy przyszła pora testamentu, od tygodnia noga moja nie postała w jej pokoju. Trzeba dodać, iż później bywałem tam tak jak dawniej; byłem nawet gorliwszy od innych, cierpienia bowiem biednej istoty rozdzierały mi serce; męstwo, z jakim cierpiała, czyniło mi ją czcigodną i drogą; wiele szczerych, a przez nikogo nie widzianych łez wylałem w jej pokoju.
Straciliśmy ją wreszcie. Patrzałem na jej zgon. Życie jej było życiem niepospolitej i rozumnej kobiety, śmierć była śmiercią mędrca. Mogę rzec, iż pojednała mnie z religią katolicką przez tę pogodę duszy, z jaką wypełniła jej obowiązki, bez zaniedbania i bez afektacji170. Umysł jej był z natury poważny. Pod koniec choroby zdradzała jakiś odcień wesołości, zbyt równej, aby mogła być sztuczna; była to jakby samoobrona jej rozumu przeciw opłakanemu stanowi. Spędziła w łóżku jedynie dwa ostatnie dni, do końca rozmawiając spokojnie. W końcu, przestawszy mówić, już w mękach agonii p...ła głośno. „Brawo! — rzekła, odwracając się — kto p..., jeszcze nie umarł”. To były ostatnie słowa, jakie wyrzekła.
Zapisała testamentem roczne zasługi całej niższej służbie; ale ponieważ nie byłem jeszcze na liście, nie dostało mi się nic. Mimo to hrabia de la Roque kazał mi dać trzydzieści funtów i zostawić nowe ubranie, które miałem na grzbiecie, a które pan Lorenzi chciał ze mnie ściągnąć. Przyrzekł nawet zająć się wyszukaniem mi miejsca i pozwolił zgłosić się do siebie. Poszedłem dwa czy trzy razy nie mogąc dotrzeć do hrabiego; łatwy do zniechęcenia, jak zwykle, nie wróciłem więcej. Okaże się niebawem, iż byłem w błędzie.
Ach, czemuż nie dokończyłem wszystkiego, co miałem do powiedzenia z pobytu u pani de Vercellis! Ale mimo iż położenie moje zostało toż samo, nie wyszedłem z tego domu takim, jakim weń wstąpiłem. Uniosłem z sobą niestarte wspomnienie zbrodni i nieznośny ciężar wyrzutów, które po upływie czterdziestu lat gniotą jeszcze me sumienie i których gorycz nie tylko nie słabnie, ale zaostrza się, w miarę jak zbliżam się ku starości. Któż by mniemał, iż błąd dziecka może mieć tak okrutne następstwa? Te następstwa właśnie, więcej niż prawdopodobne, czynią me serce niepocieszonym. Może przyprawiłem o zgubę w hańbie i nędzy miłą, uczciwą, godną szacunku dziewczynę, z pewnością więcej wartą ode mnie.
Rzadko bywa, aby zwinięcie domu nie pociągnęło za sobą jakiegoś nieporządku i aby nie zginęło przy tym to lub owo. Tutaj domownicy byli tak uczciwi, oboje zaś Lorenzi tak czujni, iż nic nie brakło przy oddawaniu inwentarza. Jedynie pannie Pontal zginęła jakaś wstążka różowa ze srebrem, już znoszona. Wiele cenniejszych rzeczy było mi dostępnych; ta jedna wstążka skusiła mnie, ukradłem ją po prostu, a że nie kryłem się wcale, wnet znaleziono ją u mnie. Żądano wytłumaczenia, skąd ją wziąłem. Mieszam się, bełkocę i wreszcie, czerwieniąc się, powiadam, że dała mi ją Maryjka. Maryjka była to młoda dziewczyna, którą pani de Vercellis przyjęła za kucharkę, kiedy przestawszy wydawać przyjęcia, odprawiła kucharza, bardziej potrzebując dobrego rosołu niż wykwintnych łakoci. Maryjka nie tylko była ładna, ale miała tę świeżość cery spotykaną w górach, a zwłaszcza ten wyraz skromności i słodyczy, który sprawiał, iż każdy, kto ją ujrzał, musiał ją polubić; poza tym dziewczyna dobra, cnotliwa i nieskazitelnie wierna. Toteż słowa moje wywołały zdziwienie. Zaufanie, jakie budziła powszechnie, osłabiało nieco wiarogodność moich twierdzeń; osądzono też, iż należy wprzód sprawdzić, kogo z dwojga trzeba będzie uważać za łotrzyka. Wezwano ją; zebranie było liczne, był i hrabia de la Roque. Zjawia się, pokazują jej wstążkę, oskarżam ją bezczelnie; stoi w osłupieniu, milczy, rzuca mi spojrzenie zdolne rozbroić diabła, moje nieludzkie serce zostaje nieczułym. Przeczy wreszcie stanowczo, choć bez uniesienia, przemawia do mnie, upomina, abym wszedł sam w siebie, abym nie odzierał z czci niewinnej dziewczyny, która mi nie uczyniła nic złego. Ja z piekielnym bezwstydem powtarzam oskarżenie i utrzymuję do oczu, że dała mi wstążkę. Biedna dziewczyna rozpłakała się i rzekła tylko te słowa: „Ach, Rousseau, myślałam, że masz lepszy charakter. Czynisz mi wielką krzywdę, ale nie chciałabym być na twoim miejscu”. Oto wszystko. Broniła się w dalszym ciągu z prostotą i stałością, ale nie pozwalając sobie na żadne wycieczki przeciwko mnie. To umiarkowanie w zestawieniu z moim stanowczym tonem zgubiło ją. Zdawało się trudnym do wiary przypuszczać z jednej strony bezczelność tak szatańską, z drugiej tak anielską słodycz. Sąd nie wypowiedział się jasno, ale raczej przechylał się na moją stronę. Zamęt, jaki panował w domu, nie pozwalał na zbytnie zgłębianie sprawy; hrabia de la Roque uwolnił jedynie ze służby nas oboje i ograniczył się do powiedzenia, że sumienie tego, który zawinił pomści krzywdę niewinnego. Przepowiednia jego nie była czczym słowem: dzień odtąd nie przeminął, aby się nie sprawdziła okrutnie.
Nie wiem, co się stało z ofiarą mego oszczerstwa, ale mało jest prawdopodobne, aby łatwo znalazła odpowiednie miejsce. Wyniosła ze sobą zarzut ciężko naruszający jej honor. Kradzież była drobnostką; ale ostatecznie była to kradzież, co gorsza łączyła się ze zbałamuceniem młodego chłopca; do tego kłamstwo i upór; słowem, niewiele można się było spodziewać po istocie, w której jednoczy się tyle przywar. Dzięki mnie znalazła się może w nędzy i opuszczeniu; może gorzej jeszcze. Kto wie, dokąd mogła ją zawieść w jej wieku gorycz pohańbionej niewinności? Jeśli nieznośną jest mi już zgryzota, iż mogłem ją uczynić nieszczęśliwą, można osądzić, czym jest dla mnie obawa, iż może uczyniłem ją gorszą ode mnie!
To okrutne wspomnienie nawiedza mnie niekiedy i dręczy tak, iż w bezsenne noce widzę tę biedną dziewczynę zjawiającą się, aby mi wyrzucać mą zbrodnię, jak gdybym ją popełnił wczoraj. Póki żyłem w spokoju, mniej mnie ono dręczyło; ale teraz, w odmętach burzliwego życia, odejmuje mi najsłodszą pociechę cierpiących prześladowanie — świadomość, iż cierpią niewinnie. Powiedziałem, zdaje mi się, w którymś z pism, że wyrzut sumienia zasypia w pomyślnej doli, ale zaostrza się w przeciwnościach. Mimo to nie mogłem się nigdy zdobyć na to, aby zrzucić z serca to wyznanie, wylewając je na łono przyjaciela. W najpoufniejszym zbliżeniu nigdy nie zwierzyłem się z tym nikomu, nawet pani de Warens. Umiałem zdobyć się jedynie na ogólnikowe zwierzenie, iż mam sobie do wyrzucenia czyn okrutny, ale nigdy nie powiedziałem, na czym on polega. Ten ciężar uciskał tedy, do dziś, me sumienie i mogę powiedzieć, iż potrzeba uwolnienia się od niego przyczyniła się w znacznej mierze do podjęcia tej spowiedzi.
W wyznaniu mym postąpiłem sobie otwarcie, bez ogródek; nikt chyba nie będzie uważał, iż starałem się tu ułagodzić ohydę mej zbrodni. Ale nie dopełniłbym celu książki, gdybym nie przedstawił równocześnie mego wnętrza i gdybym nie starał się usprawiedliwić o tyle, o ile tego wymaga prawda. Nigdy nie była dalej ode mnie wszelka zła intencja niż w tym okrutnym momencie; dziwnym, ale prawdziwym będzie, gdy powiem, iż kiedym obwiniał tę nieszczęśliwą dziewczynę, nie co innego, lecz przychylność moja dla niej stała się tego przyczyną. Ona plątała się właśnie w mych myślach; zaskoczony, oparłem swoje usprawiedliwienie o pierwszy przedmiot, który się nasunął. Oskarżyłem ją, iż uczyniła to, co ja chciałem uczynić; powiedziałem, iż dała mi wstążkę, ponieważ ja właśnie miałem zamiar jej ją ofiarować. Kiedy ujrzałem ją później pod ciężarem oskarżenia, serce darło mi się w strzępy, ale obecność tylu osób była silniejszą niż skrucha. Nie lękałem się kary, lękałem się jedynie wstydu; ale lękałem się go bardziej niż śmierci, więcej niż zbrodni, niż czego bądź w świecie. Byłbym chciał ukryć się, zapaść pod ziemię, niezwyciężony wstyd przeważył wszystko, wstyd jedynie dał mi siłę bezwstydu; im głębiej brnąłem w zbrodnię, tym bardziej obawa przyznania się czyniła mnie nieustraszonym. Widziałem jedynie grozę, iż mogę być odkryty, ogłoszony publicznie, w żywe oczy, złodziejem, kłamcą, oszczercą. Zamęt, w jaki mnie to wprawiało, odejmował mi wszelkie inne uczucie. Gdyby mi zostawiono czas do opamiętania, byłbym niechybnie wszystko wyznał. Gdyby mnie pan de la Roque wziął na osobność, gdyby powiedział: „Nie gub tej biednej dziewczyny. Jeśliś winien, wyznaj mi” — byłbym mu się bezzwłocznie rzucił do nóg, jestem pewny. Ale czyniono wszystko, aby mnie onieśmielić w chwili, w której należało dodać mi odwagi. Trzeba również mieć na względzie i wiek: wszak ja wówczas ledwie wyszedłem z dzieciństwa, raczej tkwiłem w nim jeszcze. W młodym wieku prawdziwa niegodziwość jest bardziej zbrodnicza niż w wieku dojrzałym; ale to, co jest tylko słabością, stanowi o wiele mniejszą winę, a w gruncie błąd mój nie był niczym innym. Toteż wspomnienie jego trapi mnie mniej dla samego złego niż dla złego, którego może stało się powodem. Wspomnienie to oddało mi tę usługę, iż zabezpieczyło mnie na całe życie od wszelkiego uczynku trącącego występkiem, a to przez owo straszliwe wrażenie, jakie mi zostało po jednej jedynej zbrodni, którą kiedykolwiek popełniłem. Zdaje mi się, że mój wstręt do kłamstwa płynie w znacznej części z wyrzutu, iż mogłem się go dopuścić w tak niecnej postaci. Jeżeli to jest zbrodnia, którą można odpokutować (a śmiem tak przypuszczać), to powinna mi być darowana za tyle nieszczęść przygniatających schyłek mego życia, za czterdzieści lat prawości i honoru w trudnych okolicznościach. Biedna Maryjka znalazła w świecie tylu mścicieli, iż mimo ogromu mej winy nie lękam się, abym ciężar tego błędu miał z sobą ponieść do grobu. Oto co miałem do powiedzenia w tym przedmiocie. Niechaj mi będzie wolno nie wracać do niego więcej.
Księga III
(1728–1731). Wyszedłszy z domu pani de Vercellis mniej więcej tak, jak do niego wstąpiłem, wróciłem do dawnej gospodyni i przebyłem tam jakieś pięć czy sześć tygodni. Zdrowie, młodość i bezczynność sprawiły, iż w tym okresie zmysły dopiekały mi nieraz. Byłem niespokojny, roztargniony, zadumany; płakałem, wzdychałem, pożądałem szczęścia, o którym nie miałem jasnego wyobrażenia, a którego brak dawał mi się we znaki. Niepodobna opisać tego stanu; niewielu mężczyzn może go sobie nawet wyobrazić, ponieważ większość uprzedziła ten nadmiar życia, pełen rozkoszy wraz i udręki, który w gorączce pożądania daje niejako przedsmak użycia. Kipiąca krew zaludniała nieustannie mózg mój obrazami dziewcząt i kobiet: ale nieświadom ich rzeczywistego przeznaczenia wprzęgałem je w myślach w swoje chorobliwe fantazje, ograniczając do tego swe wybuchy żądzy. Majaki te utrzymywały moje zmysły w nader kłopotliwym stanie ciągłego pobudzenia, od którego na szczęście nie nauczyły mnie, jak się uwalniać. Byłbym oddał życie za kwadransik spędzony przy pannie Goton. Ale minął już czas owych igraszek dziecięcych. Wstydliwość, towarzyszka świadomości złego, przyszła z wiekiem; ona to wzmogła wrodzoną nieśmiałość, czyniąc ją wprost nie do zwyciężenia. Nigdy, ani wówczas, ani później, nie mogłem się zdobyć na nieskromną propozycję, o ile partnerka nie zmusiła mnie poniekąd, wychodząc naprzeciw mych życzeń; choćbym nawet wiedział z pewnością, że nie ma na tym punkcie skrupułów i że zrozumie mnie w pół słowa.
Niepokój mój wzrósł do tego stopnia, iż nie mogąc zadowolić swych pragnień, drażniłem je za pomocą najosobliwszych wymysłów. Szukałem ciemnych alej, ustronnych zakamarków, w których mógłbym się z dala pokazywać osobom płci odmiennej w stanie, w jakim chciałbym się znaleźć przy ich boku. Ale to, co nastręczało się ich spojrzeniom, była to raczej komiczna niż sprośna strona medalu; tamto nie przychodziło mi nawet na myśl. Trudno opisać głupią przyjemność, jakiej doznawałem, wystawiając się tak ich oczom. Od tego do upragnionego zaspokojenia był tylko jeden krok; nie wątpię też, że jakaś osoba rezolutniejszej natury byłaby mimochodem ziściła me chęci, gdybym miał odwagę czekać na to. Mania ta pociągnęła za sobą katastrofę niemal równie komiczną, ale mniej dla mnie zabawną.
Jednego dnia przyczaiłem się w jakimś dziedzińcu, gdzie znajdowała się studnia, dokąd dziewczęta chodziły często po wodę. Opodal były drzwiczki, którymi schodziło się do piwnic. Zgłębiłem w ciemności te podziemne chodniki, a przekonawszy się, że są długie i ciemne, sądziłem, że są w ogóle bez końca i że gdyby mnie ujrzano i zaskoczono, znalazłbym tam pewne schronienie. Ufny w to, ukazałem dziewczętom, które szły do studni, ów ulubiony mi obraz, bardziej dla nich pocieszny niż kuszący. Najrozsądniejsze udały, że nic nie widzą; inne zaczęły się śmiać; inne wzięły to za obrazę i podniosły larum171. Cofnąłem się do mego schronienia; podążono za mną. Usłyszano głos męski, na który nie byłem przygotowany i który mnie przeraził. Zapuszczałem się coraz dalej w podziemia, narażając się na zabłądzenie; hałasy, okrzyki, męski głos, szły ciągle w moje tropy. Liczyłem na ciemność, nagle ujrzałem światło. Zadrżałem, zapuściłem się dalej jeszcze. Natknąłem się wreszcie na gładką ścianę; nie mogąc iść dalej, musiałem oczekiwać swego losu. W jednej chwili dosięgnął mnie i pochwycił duży mężczyzna o dużym wąsie, dużym kapeluszu, dużej szabli, eskortowany przez kilka starych bab zbrojnych w miotły. Pomiędzy nimi ujrzałem ową małą hultajkę, która mnie wyśledziła i która zapewne chciała mi spojrzeć w oczy.
Mężczyzna z szablą chwycił mnie za ramię i spytał szorstko, co tu robię. Łatwo pojąć, że nie miałem przygotowanej odpowiedzi. Opamiętałem się wszakże i w nerwowym podnieceniu znalazłem romantyczny środek ocalenia, który mi się powiódł w zupełności. Zwracając się doń błagalnie, prosiłem, aby miał litość nad mym wiekiem i stanem; że jestem młodym cudzoziemcem wysokiego rodu, który ma umysł niezupełnie w porządku; wymknąłem się z domu, ponieważ chciano mnie zamknąć; byłbym zgubiony, gdyby mnie zdradził; ale jeśli raczy mnie puścić wolno, może kiedyś potrafię mu się odwdzięczyć. Wbrew wszelkiemu oczekiwaniu, bajeczka moja i żałośliwa mina zrobiły wrażenie; straszliwy człowiek dał się wzruszyć i po dość krótkim napomnieniu pozwolił mi odejść spokojnie, nie pytając więcej. Po minie, z jaką młoda kobieta i jej stare towarzyszki patrzyły na mnie, gdym odchodził, mogłem wnosić, że mężczyzna, któregom się tak lękał, był moim zbawieniem i że z nimi samymi nie byłbym się wykręcił tak tanio. Słyszałem jak mruczały groźnie, z czego sobie niewiele robiłem; byle szabla i jej właściciel nie mieszali się do rzeczy, czułem się dość lekki i zwinny, aby się ocalić.
W kilka dni potem, przechodząc ulicą z młodym księżykiem, mym sąsiadem, spotkałem się nos w nos z moim zbawcą. Poznał mnie i ozwał się drwiąco, przedrzeźniając mnie: „Jestem księciem” — rzekł — „jestem księciem, a ja jestem dudek172. Ale niech Jego Wysokość nie próbuje drugi raz”. Nie dodał nic więcej, a ja pomknąłem ze spuszczoną głową, błogosławiąc w duchu tę wyrozumiałość. Domyśliłem się, że przeklęte staruchy musiały mu zmyć głowę za jego łatwowierność. Jak bądź się rzeczy miały, ów wąsal, mimo że Piemontczyk, był to dobry człowiek; ilekroć o nim myślę, to zawsze z uczuciem wdzięczności; historia bowiem była tak pocieszna, że dla samego zabawienia słuchaczy każdy na jego miejscu byłby mnie wydał na hańbę. Ta przygoda, mimo że nie miała skutków, uczyniła mnie wszakże na długo ostrożnym.
W czasie pobytu u pani de Vercellis zawarłem parę znajomości, które podtrzymywałem w nadziei, że mogą mi być użyteczne. Odwiedzałem niekiedy między innymi sabaudzkiego księdza nazwiskiem Gaime, nauczyciela dzieci hrabiego de Mellarede. Był to człowiek jeszcze bardzo młody i mało udzielający się, ale rozsądny, uczciwy, wykształcony, jeden z najzacniejszych ludzi, jakich znałem. Na nic mi się nie przydał w sprawie, dla której go odwiedzałem; nie miał dość stosunków, aby mi wyrobić miejsce; ale znalazłem u niego cenniejsze korzyści, które posłużyły mi na całe życie: naukę zdrowej moralności, zasady uczciwości i rozsądku. W kolejnych przewrotach moich upodobań i poglądów byłem zawsze za wysoko albo za nisko, Achillesem lub Tersytem173, to bohaterem, to nicponiem. Ksiądz Gaime podjął trud postawienia mnie na właściwym miejscu i otworzenia mi oczu na samego siebie, nie oszczędzając mnie ani zniechęcając. Wyrażał się bardzo pochlebnie o mym charakterze i zdolnościach, ale dodał, iż widzi w nich samych przeszkody, które nie pozwolą mi należycie ich wyzyskać; tak iż powinny, jego zdaniem, posłużyć mi nie tyle jako stopnie do powodzenia, ile raczej jako środki obycia się bez niego. Nakreślił prawdziwy obraz ludzkiego życia, o którym miałem jedynie chimeryczne pojęcia; pokazał mi, jak w przeciwieństwach losu rozumny człowiek zawsze może zmierzać ku szczęściu i obrać najwłaściwsze drogi; jako nie istnieje prawdziwe szczęście bez mądrości i cnoty, te zaś można znaleźć w każdym stanie. Zwątlił bardzo mój kult dla wielkości świata, dowodząc, że ci, którzy władają drugimi, nie są ani mądrzejsi, ani szczęśliwsi od tamtych. Powiedział jedną rzecz, która często wracała mi na pamięć, że gdyby każdy mógł czytać w sercu bliźnich, więcej byłoby ludzi, którzy by woleli zstąpić niżej, niż takich, którzy by chcieli wspinać się wyżej. Ta uwaga, której prawda bije w oczy i w której nie ma nic przesady, bardzo mi w życiu pomogła w tym, aby spokojnie pozostawać na swoim miejscu. Dał mi pierwsze prawdziwe pojęcia uczciwości, którą moje niezrównoważenie pojmowało jedynie w jej krańcach. Przekonał mnie, że szczytny zapał cnoty mało ma zastosowania w pożyciu z ludźmi; że kto wzbija się zbyt wysoko, naraża się na upadki; że ustawiczne i równe spełnianie drobnych obowiązków nie mniej wymaga siły od bohaterskich czynów; że ta droga lepsza jest i bezpieczniejsza dla szczęścia i honoru; że o wiele cenniejsze jest budzić zawsze szacunek niż od czasu do czasu podziw.
Aby ustalić powinności człowieka, trzeba było zstąpić do ich źródeł. Rozmawiając nieraz o kroku, którego następstwem było moje obecne położenie, zeszliśmy oczywiście na kwestie religijne. Można się domyślić, że zacny ksiądz Gaime jest, bodaj w znacznej części, oryginałem mego wikarego sabaudzkiego174. Różnica jest ta, iż on sam, zniewolony do ostrożności i powściągliwości, mniej otwarcie do niektórych punktów wyraził mi swe zdanie: ale poza tym jego zasady, uczucia, przestrogi, nawet rada, abym wrócił do ojczyzny, wszystko zgodne jest z obrazem, jaki wiernie przekazałem czytelnikom. Nie zatrzymując się tedy przy naszych rozmowach, których treść każdy może poznać, powiem tylko, że jego nauki, mądre, ale zrazu bezowocne, stały się w mym sercu zarodkiem cnoty i religii, który nie obumarł nigdy i który, aby wydać owoc, czekał jedynie starań bardziej umiłowanej ręki.
Mimo iż wówczas nawrócenie moje mało miało fundamentów, rozmowy te wzruszały mnie. Nie tylko nie nudziły mnie one, ale zasmakowałem w nich dla ich jasności, prostoty, a zwłaszcza dla serca, którym były przepojone. Mam duszę stworzoną do kochania i zawsze przywiązywałem się do ludzi nie tyle w stosunku do tego, co mi wyświadczyli dobrego, ile w stosunku do ich chęci; pod tym względem instynkt mój mnie nie myli. Toteż, pokochałem szczerze księdza Gaime; stałem się niejako jego drugim uczniem; co mi przyniosło doraźnie tę nieocenioną korzyść, iż odwróciło mnie od spadzistości złego, ku której ciągnął mnie brak zatrudnienia.
Jednego dnia, kiedy się najmniej tego spodziewałem, wezwano mnie w imieniu hrabiego de la Roque. W swoim czasie po kilku daremnych usiłowaniach zniechęciłem się i nie zachodziłem doń więcej; myślałem, że o mnie zapomniał albo że zraził się do mnie. Myliłem się. Niejednokrotnie był on świadkiem gorliwości, z jaką pełniłem obowiązki przy jego ciotce; mówił jej nawet o tym i przypomniał mi to wówczas, gdy sam już zapomniałem. Przyjął mnie dobrze; rzekł, nie bawiąc się w puste obietnice, że starał się znaleźć dla mnie miejsce, że mu się to powiodło, że otwiera mi się droga zostania czymś, do mnie zaś należy postarać się o resztę; że dom, w który mnie wprowadza, jest możny i wpływowy, i stosunki jego wystarczą w zupełności, aby zapewnić mi karierę; mimo iż zrazu zajmę stanowisko zwykłego służącego, mogę być pewny, że jeśli zachowanie moje i wartość okażą się powyżej tego stanu, nie pozostanę w nim długo. Koniec przemowy był okrutnym ciosem dla świetnych nadziei, które obudził we mnie początek. „Ech! Wciąż lokajem!” — rzekłem sobie w duszy z gorzkim zawodem, który jednak niebawem rozproszyła wiara w siebie. Czułem się zbyt mało stworzonym do tego stanowiska, bym się miał obawiać, iż mogę na nim pozostać zbyt długo.
Mój protektor zaprowadził mnie do hrabiego de Gouvon, nadwornego koniuszego królowej, naczelnika znamienitego rodu Solar. Wyraz godności, który cechował szanownego starca, podniósł jeszcze w mych oczach cenę życzliwości, z jaką mnie przyjęto. Zadał mi parę pytań z widocznym zainteresowaniem, odpowiedziałem z pełną szczerością. Powiedział hrabiemu de la Roque, że mam fizjonomię przyjemną i zwiastującą bystry umysł; ale że bystrość dowcipu to jeszcze nie wszystko: trzeba dopiero przekonać się o reszcie. Następnie, zwracając się do mnie, rzekł: „Moje dziecko, prawie w każdej rzeczy początki są trudne, mam wszelako nadzieję, iż twoje nie będą zbyt uciążliwe. Bądź uważający, staraj się przypaść do serca wszystkim w domu, oto na razie jedyne twoje zajęcie. Poza tym bądź dobrej myśli, będziemy pamiętali o tobie”. Natychmiast udał się do apartamentów margrabiny de Breil, swojej córki, i przedstawił mnie; również księdzu Gouvon, swemu synowi. Ten początek zdawał się dobrze wróżyć. Znałem już na tyle świat, aby wiedzieć, że nie robi się tylu ceremonii z przyjęciem zwykłego lokaja. W istocie, nie odnoszono się do mnie w ten sposób. Jadałem z domownikami, nie dano mi liberii; a gdy hrabia de Favria, młody wartogłów175, wyjeżdżając na miasto, polecił mi stanąć z tyłu karocy, dziadek zabronił, aby mnie używano do takich funkcji i abym miał pełnić jakiekolwiek posługi poza domem. Usługiwałem mimo to przy stole i w domu sprawowałem mniej więcej funkcje lokaja; ale sprawowałem je poniekąd swobodnie, nie przydany w szczególności żadnej osobie. Poza paroma listami, które mi dyktowano, i obrazkami, które hrabia Favria kazał mi wycinać, byłem przez cały dzień prawie zupełnym panem swego czasu. Była to próba, na której się nie spostrzegłem, i z pewnością była ona bardzo niebezpieczna, a nawet nie bardzo ludzka; w tej zupełnej bezczynności łatwo mogłem nabrać przywar, w które nie byłbym popadł inaczej.
Szczęściem nie zaszło nic podobnego. Nauki księdza Gaime wycisnęły się w mym sercu i tak w nich zasmakowałem, że wymykałem się niekiedy, aby ich jeszcze posłuchać. Nie sądzę, aby ktoś, kto mnie widział wychodzącego ukradkiem, domyślił się, gdzie szedłem. Ksiądz Gaime udzielił mi, w tym okresie, wielu mądrych wskazówek. Początki były wprost cudowne; pilność moja, baczność176, gorliwość zwróciły na siebie uwagę wszystkich. Ksiądz Gaime ostrzegł mnie roztropnie, abym pohamował ten pierwszy zapał, z obawy, aby nie ostygł z czasem i aby tego nie zauważono. „Ten wstęp — rzekł mi — będzie miarą tego, czego będą od ciebie żądali. Zostawże sobie możność dawania w przyszłości więcej, a strzeż się zacząć dawać mniej”.
Ponieważ nie egzaminowano mnie wcale z mych skromnych umiejętności i przypuszczano, iż posiadam jedynie to, co mi dała natura, nie zanosiło się, mimo tego, co mi hrabia Gouvon oświadczył, abym miał zająć pocześniejsze miejsce. Przyszły różne sprawy, kłopoty, zapomniano o mnie po trochu. Margrabia de Breil, syn hrabiego de Gouvon, był wówczas ambasadorem w Wiedniu. Zaszły na dworze wypadki, które dały się odczuć rodzinie i na kilka tygodni wprawiły dom w poruszenie, nie zostawiając czasu do myślenia o mnie. Mimo to aż do tej chwili nie zaniedbałem się ani trochę. Pewna okoliczność wpłynęła na mnie źle i dobrze zarazem, broniąc mnie od wszelkiej dystrakcji177 z zewnątrz, ale czyniąc mnie nieco mniej uważnym w spełnianiu obowiązków. Pani de Breil miała córkę, mniej więcej w moim wieku, kształtną, dość ładną, bardzo białą, o włosach bardzo czarnych; mimo to na twarzy jej malował się ów wyraz słodyczy właściwy blondynkom, któremu serce moje nigdy nie umiało się oprzeć. Dworski krój, tak korzystny dla młodych osób, rysował jej zgrabną figurkę, uwydatniał piersi i ramiona i czynił płeć jeszcze bardziej olśniewającą, ile że wówczas noszono żałobę. Powie ktoś, że nie jest prawem służącego zwracać uwagę na takie rzeczy. Źle czyniłem, to pewna. Ale cóż? Zauważyłem to wszystko, i nawet nie ja jeden. Marszałek dworu i pokojowcy rozmawiali nieraz na ten temat przy stole, i to z brutalnością, która sprawiała mi okrutne cierpienia. Mimo to nie straciłem głowy do tego stopnia, aby się zakochać na dobre. Nie zapomniałem się; pamiętałem, czym jestem, i pragnienia moje nawet nie przychodziły do głosu. Lubiłem widywać pannę de Breil, słyszeć z jej ust słowa, które świadczyły o dowcipie, rozsądku, dobroci. Ambicja moja, ograniczając się do rozkoszy usługiwania jej, nie przekraczała moich atrybucji178. Przy stole bacznie szukałem sposobności, która by pozwoliła mi z nich skorzystać. Jeśli lokaj panny de Breil opuścił na chwilę jej krzesło, natychmiast stawałem za nim; poza tym starałem się zawsze znaleźć naprzeciw niej; czytałem w jej oczach żądanie, nim je wyrzekła; śledziłem moment, w którym mogłem odmienić jej talerz. Czegóż nie byłbym uczynił, aby raczyła wydać mi jakiś rozkaz, spojrzeć na mnie, rzucić jedno słowo! Ale nie. Cierpiałem tę mękę, iż nie istnieję dla niej; nie spostrzegła nawet, że jestem. Raz tylko, gdy jej brat, który niekiedy odzywał się do mnie przy stole, powiedział mi coś niezbyt uprzejmego, a ja sparowałem to w lot zręcznie i przytomnie, ściągnęło to jej uwagę, spojrzała na mnie. Ten rzut oka, mimo iż przelotny, wprawił mnie w prawdziwe uniesienie. Nazajutrz zdarzyła się sposobność dostąpienia po raz drugi tego szczęścia; skorzystałem z niej skwapliwie. Dawano tego dnia wielki obiad, przy którym pierwszy raz ujrzałem ze zdumieniem, że marszałek dworu usługuje ze szpadą przy boku i w kapeluszu na głowie. Przypadkiem zaczęto mówić o godle domu Solar, które znajdowało się na hafcie z herbami: „Tel fiert, qui ne tue pas”. Któryś z gości (Piemontczycy nie są zbyt tędzy w języku francuskim) dopatrzył się w tym godle błędu ortograficznego i powiedział, że w słowie fiert niepotrzebna jest litera t.
Stary hrabia de Gouvon miał zamiar odpowiedzieć, ale rzuciwszy okiem na mnie, spostrzegł, iż uśmiecham się, nie śmiejąc się odezwać; kazał mi mówić. Wówczas rzekłem, iż nie wydaje mi się, aby t było zbyteczne; fiert jest to stare słowo francuskie, które nie pochodzi od słowa ferus, dumny, groźny, ale od słowa ferit, uderza, rani. Zatem, o ile mi się zdaje, godło nie mówi: „Nie każdy, kto grozi”, ale: „Nie każdy, kto uderza, zabija”.
Wszyscy patrzeli na mnie i spoglądali po sobie w milczeniu. W życiu nie widział nikt podobnego zdumienia. Ale co mi pochlebiło najwięcej, to iż wyraźnie ujrzałem na twarzy panny du Breil wyraz ukontentowania. Wyniosła osóbka raczyła mi rzucić drugie spojrzenie, warte co najmniej pierwszego; następnie, skierowawszy oczy na dziadka, zdawała się oczekiwać niecierpliwie pochwały, którą mi był winien i którą oddał mi w istocie tak szczerze i z miną tak zadowoloną, iż cały stół zawtórował chórem.
Chwila krótka, ale rozkoszna! Był to jeden z owych zbyt rzadkich momentów, które wracają rzeczy do ich naturalnego porządku i mszczą zdeptaną wartość ludzką za zniewagi losu. W chwilę potem panna de Breil, podnosząc znów oczy na mnie, poprosiła mnie, tonem równie nieśmiałym jak uprzejmym, abym jej nalał wody. Można się domyślić, że nie pozwoliłem jej czekać; ale kiedym się zbliżył, owładnęło mną takie drżenie, iż nalawszy zbyt pełno, rozlałem nieco na talerz, a nawet na suknię. Brat jej spytał niebacznie, czemu tak drżę. To pytanie nie pomogło mi do odzyskania spokoju, a panna zarumieniła się po białka.
Tu kończy się mój nowy romans, przy czym czytelnik zauważy, iż, podobnie jak z panią Basile i w całym późniejszym mym życiu nie byłem szczęśliwy w rezultatach moich miłostek. Próżno wysiadywałem w przedpokoju pani de Breil; nie zyskałem już najmniejszego znaku uwagi ze strony córki. Wchodziła i wychodziła, nie patrząc na mnie, a ja ledwie śmiałem na nią podnieść oczy. Byłem nawet tak głupi i niezręczny, że gdy raz, przechodząc, upuściła rękawiczkę, którą byłbym rad okrył pocałunkami, nie śmiałem ruszyć się z miejsca i ścierpiałem, aby ją podniósł jakiś drab lokaisko, za co byłbym go chętnie udusił. Do reszty onieśmieliło mnie to, iż spostrzegłem, że nie mam szczęścia być w łaskach u pani de Breil. Nie tylko nie dawała mi żadnych poleceń, ale nigdy nie chciała przyjąć moich usług; dwa razy wręcz, zastawszy mnie u siebie w przedpokoju, spytała bardzo sucho, czy nie mam nic do roboty. Trzeba mi było porzucić ten drogi przedpokój. Zrazu czułem żal, ale później co innego zaprzątnęło mi głowę i niebawem przestałem o tym myśleć.
Wzgardę pani de Breil wynagrodziły mi w pełni względy jej teścia, który zauważył wreszcie mą obecność. Po owym pamiętnym obiedzie miał ze mną blisko półgodzinną rozmowę; zdawał się rad ze mnie, ja zaś byłem oczarowany. Dobry staruszek miał może umysł nie tak świetny jak pani de Vercellis, ale bardziej ludzki; czułem się też z nim o wiele lepiej. Powiedział mi, abym się trzymał księdza de Gouvon, jego syna, który ma do mnie sympatię; że o ile potrafię z niej skorzystać, przychylność jego może mi być użyteczną pomocą w widokach kariery. Zaraz nazajutrz rankiem pomknąłem do księdza de Gouvon. Przyjął mnie zgoła nie jak służącego. Kazał mi usiąść przy kominku i, zadając pytania z wielką słodyczą, spostrzegł, że wykształcenie moje, zaczęte w wielu przedmiotach, w żadnym nie było ukończone. Znajdując zwłaszcza, iż zbyt mało posiadam łaciny, podjął się wydoskonalić mnie w tym języku. Umówiliśmy się, że będę przychodził co rano; mieliśmy zacząć nazajutrz. Tak, jednym z kaprysów losu, które często spotka się w biegu mego życia, znalazłem się wraz powyżej i poniżej swego stanu, będąc równocześnie wychowankiem i lokajem w tym samym domu; jako sługa zyskałem pedagoga, który z urodzenia mógł być nauczycielem chyba dzieci królewskich.
Księdza Gouvon, jako młodszego syna, przeznaczała rodzina do infuły179, z której to przyczyny dalej posunął swoje nauki, niż jest obyczajem dzieci szlachetnego rodu. Wyprawiono go na uniwersytet do Sienny, gdzie pozostał kilka lat i skąd przywiózł sporą dozę „kruskantyzmu”180, aby się stać w Turynie mniej więcej tym, czym niegdyś ksiądz Dangeau181 w Paryżu. Wstręt do teologii pchnął go w kierunku literatury; zjawisko częste we Włoszech u młodych arystokratów na drodze do pastorału182. Czytywał poetów, składał dość zgrabne wiersze po łacinie i po włosku. Słowem, posiadał tyle smaku, ile było trzeba, aby ukształtować mój smak i wprowadzić pewien ład i wybór w rupieciarni, jaką przedstawiała moja mózgownica. Ale czy moja paplanina dała mu złudzenia co do mej wiedzy, czy nauczanie samych początków łaciny zdało się mu zbyt nudne, wziął od razu o wiele zza wysoka; ledwie przeczytawszy ze mną kilka bajek Fedra183, rzucił mnie w Wergiliusza184, z którego nie rozumiałem prawie nic. Przeznaczone mi było, jak się okaże, brać się kilka razy do łaciny i nigdy się jej nie nauczyć. Mimo to pracowałem dość żarliwie, a nauczyciel mój użyczał mi swej pomocy z dobrocią, której wspomnienie dziś jeszcze mnie rozczula. Spędzałem przy nim dobrą część ranka, tak dla mej nauki, jak dla jego usługi; nie jego osoby, gdyż nigdy nie pozwolił, abym go obsługiwał, ale pisząc za dyktandem i przepisując. Te zajęcia sekretarza więcej mi wyszły na pożytek niż same godziny lekcji. Nie tylko nauczyłem się w ten sposób języka włoskiego w całej jego czystości, ale nabrałem zamiłowania do literatury i niejakiego rozeznania w dobrych książkach, których nie można było dostać u pani La Tribu. Przydało mi się to bardzo w przyszłości, kiedy mi przyszło pracować samemu.
To był okres mego życia, w którym, bez romantycznych projektów, mogłem z największą słusznością oddawać się nadziejom. Ksiądz de Gouvon był ze mnie zadowolony i powtarzał to wszystkim dokoła; ojciec zaś jego nabrał do mnie tak szczególnej sympatii, iż jak się dowiedziałem od hrabiego de Favria, wspomniał o mnie królowi. Nawet pani de Breil porzuciła lekceważące tony. Słowem, stałem się rodzajem faworyta, ku zazdrości reszty domowników, którzy widząc, iż mam zaszczyt pobierać nauki od syna ich pana, czuli, że niedługo przyjdzie mi być im równym.
Z paru słów, nad którymi zastanowiłem się dopiero po czasie, mogłem poniekąd osądzić, jakie miano na mnie widoki. Otóż zdaje mi się, iż dom de Solar, pragnąc iść drogą karier ambasadorskich, a może utorować ją sobie i do ministerium185, byłby rad urobić sobie zawczasu zdolnego i uczciwego człowieka, który, zależąc wyłącznie od tego domu, mógłby w przyszłości posiąść jego zaufanie i służyć mu skutecznie. Ten zamiar hrabiego de Gouvon był szlachetny, rozumny, wielkoduszny i w istocie godny dobroczynnego i przewidującego zarazem magnata; ale pomijając, że nie zdawałem sobie wówczas sprawy z jego doniosłości, plan ten był zbyt rozsądny jak na moją głowę i wymagał zbyt długiej cierpliwości. Moja szalona ambicja chciała szukać szczęścia jedynie w zamęcie przygód; nie widziałem w tym wszystkim kobiety, droga ta zdała mi się przeto wolna, uciążliwa i smutna, gdy właśnie dlatego powinna mi się była wydać bardziej zaszczytną i pewną; ile że rodzaj przymiotów, jakie popierają kobiety, mniej jest z pewnością wart od tych, których się we mnie dopatrywano.
Wszystko szło wprost cudownie. Zyskałem, zdobyłem niemal przemocą uznanie całej rodziny; czas próby był skończony. W domu patrzano na mnie jako na młodego człowieka, rokującego największe nadzieje, który nie jest na swoim miejscu i ma je niebawem zająć. Ale miejsce moje było inne niż to, które mi przeznaczali ludzie, i miałem doń przybyć zgoła odmiennymi drogami. Tu zbliżam się do jednego z owych charakterystycznych rysów, które mi są właściwe. Wystarczy pokazać czytelnikowi fakty, nie dodając żadnych uwag.
Jakkolwiek w Turynie znajdowało się wielu „nawróconych” mego pokroju, nie lubiłem ich i nie szukałem z nimi stosunków. Widywałem natomiast paru Genewczyków, którzy nie zmienili wyznania, między innymi niejakiego Mussard, z przezwiskiem Kręcimorda, malarza miniatur, nieco mi krewnego. Ten Mussard wyszperał mnie u hrabiego de Gouvon i przyszedł mnie odwiedzić z drugim Genewczykiem zwanym Bâcle, z którym kolegowałem w terminie. Ów Bâcle był to chłopiec zabawny, wesoły, pełen wybryków i pustoty, którym młodość jego dawała szczególny powab.
I oto zacietrzewiłem się w tym Bâcle’u, ale to do tego stopnia, że nie byłem wprost zdolny się z nim rozłączyć. Miał wkrótce opuścić Turyn, aby wrócić do Genewy. Cóż za strata! Czułem ogrom jej w całej pełni. Aby wyzyskać bodaj chwile, które mi zostały, nie rozstawałem się z nim po prostu, a raczej on się nie rozstawał ze mną; na razie bowiem nie straciłem jeszcze głowy na tyle, aby się z nim wałęsać całymi dniami poza domem bez opowiedzenia się.
Niebawem, widząc, że mnie obsiaduje nieustannie, zabroniono mu wstępu do pałacu; ja zaś zapamiętałem się do tego stopnia, że tracąc z oczu wszystko z wyjątkiem przyjaciela, nie pokazywałem się ani u księdza de Gouvon, ani u starego hrabiego. Słowem, nie widziano mnie już w domu. Upominano mnie; nie słuchałem. Zagrożono mi odprawą. Groźba ta stała się moją zgubą: ukazała mi w perspektywie możliwość nierozstawania się z przyjacielem. Od tej chwili nie widziałem innej rozkoszy, innego losu, szczęścia, jak tylko, aby mu towarzyszyć w podróży. Przed oczami majaczyły mi już niewymowne słodycze takiej wędrówki, na końcu której na domiar upojenia widziałem panią de Warens, ale w niezmiernym oddaleniu; bo co się tyczy powrotu do Genewy, nie przyszło mi to nawet na myśl. Góry, łąki, lasy, strumienie, wsie przesuwały mi się przed oczami bez końca i bez przerwy, pełne wciąż nowych uroków; zdawało mi się, że w tej błogosławionej wędrówce spłynie całe moje życie. Przypomniałem sobie z rozkoszą, jak bardzo ta sama podróż wydała mi się uroczą, gdy szedłem do Turynu. Czymże byłaby teraz, gdy do całego uroku swobody dołączyłoby się szczęście wędrówki z towarzyszem w moim wieku, miłym, wesołym; wędrowania bez przymusu, bez obowiązków, bez troski, idąc, zatrzymując się, popasając wedle zachcenia! Trzeba by być szaleńcem, aby poświęcać podobne szczęście dla widoków powolnych, trudnych, niepewnych, które — przypuściwszy, że kiedyś się ziszczą — i wówczas w całym swoim blasku nie warte są kwadransa prawdziwego szczęścia i wolności.
Opanowany tym rozsądnym szaleństwem, działałem tak skutecznie, iż w końcu osiągnąłem, że mnie wypędzono; a trzeba przyznać, nie przyszło mi to bez trudu. Jednego wieczora, gdym właśnie wrócił, marszałek dworu oznajmił mi w imieniu hrabiego, że mogę dom opuścić. Tego właśnie pragnąłem; czując bowiem mimo woli szaleństwo mego postępowania, dorzucałem do niego dla uspokojenia sumienia niesprawiedliwość i niewdzięczność, mniemając, iż w ten sposób własne winy przerzucę na drugich i uniewinnię sam przed sobą swój krok, rzekomo spowodowany koniecznością. Powiedziano mi również, w imieniu hrabiego Favria, abym się z nim rozmówił nazajutrz przed opuszczeniem domu; a ponieważ widziano po mnie, iż będąc zupełnie niepoczytalny, gotów jestem tego nie uczynić, marszałek dworu oznajmił, że dopiero po tej wizycie wręczy mi sumkę, którą mi przeznaczono, a którą zarobiłem z pewnością bardzo licho; nie mając bowiem zamiaru zostawiać mnie na stanowisku lokaja, nie wyznaczono mi zasług.
Hrabia Favria, mimo swej młodości i roztrzepania, przemówił do mnie słowami pełnymi rozsądku, śmiałbym nawet rzec tkliwości. W pochlebnych i wzruszających wyrazach przywiódł mi przed oczy starania swego wuja i zamiary dziadka. Wreszcie, przedstawiwszy w żywych kolorach wszystko, co poświęcam, aby biec ku zgubie, ofiarował się załagodzić sprawę, wymagając jedynie, abym przestał się widywać z nicponiem, który mnie opętał.
Jasnym było, że nie mówił tego wszystkiego sam z siebie. Jakoż mimo głupiego zaślepienia, uczułem całą dobroć starego mego pana i wzruszyłem się; ale wyśniona podróż zbyt głęboko wycisnęła się w mej wyobraźni, aby cośkolwiek mogło przeważyć jej urok. Byłem zupełnie nieprzytomny; zaciąłem się, zaciekłem, naburmuszyłem i odparłem zuchwale, że skoro mi dano odprawę, zastosowałem się do tego; że nie czas się już cofać i że co bądź by mi się miało przytrafić w życiu, wolę to niż czekać, aż mnie drugi raz wypędzą z domu. Wówczas młody hrabia, słusznie pogniewany, nazwał mnie tak, jak na to zasługiwałem, wyrzucił mnie z pokoju za kark i zatrzasnął drzwi. Co do mnie, wyszedłem tryumfujący, jak gdybym odniósł wielkie zwycięstwo; z obawy zaś, bym nie musiał stawić czoła nowej próbie, miałem tę niegodziwość, aby opuścić dom, nie podziękowawszy księdzu de Gouvon za jego trudy.
Aby zrozumieć, do jakich granic byłem w tej chwili pod władzą mego szaleństwa, trzeba wiedzieć, do jakiego stopnia serce moje zdolne jest rozpalać się z najdrobniejszych powodów i z jaką siłą urojenia, przedmiot choćby najbłahszy, który mnie pociąga w danej chwili, działa na mą wyobraźnię. Najbardziej dziwaczne, dziecinne, szalone projekty przychodzą wówczas w pomoc ulubionemu zachceniu i stroją je w kolory prawdopodobieństwa. Czy uwierzyłby ktoś, że w dziewiętnastym roku może ktoś na pustej fiolce oprzeć całą egzystencję? Owóż, słuchajcie.
Ksiądz Gouvon darował mi przed kilku tygodniami małą fontannę Herona186, bardzo ładną, którą byłem oczarowany. Bawiąc się tą fontanną a zarazem mówiąc o naszych planach, wpadliśmy obaj, doświadczony Bâcle i ja, na pomysł, że zabawka ta mogłaby nam oddać ważne usługi w podróży i dopomóc do jej przedłużenia. Czy może być w świecie coś równie ciekawego jak fontanna Herona? Zasada ta była podstawą, na której wznieśliśmy gmach swojej fortuny. W każdej wiosce mieszkańcy niechybnie zbiegać się będą tłumnie do naszej fontanny, a żywność i wszelakie łakocie spadać będą na nas tym obficiej, ile że obaj byliśmy przekonani, że środki żywności nic nie kosztują tych, którzy je produkują, i jeśli nie częstują nimi wędrowców, to z czystej złej woli. Roiliśmy tedy same uczty i zabawy, licząc, że bez innych wkładów prócz powietrza z płuc i wody z naszej fontanny, opędzimy koszta podróży w Piemoncie, w Sabaudii, we Francji i w całym świecie. Układaliśmy na ten temat projekty iście bez końca. Na początek postanowiliśmy skierować się na północ, bardziej dla przyjemności przebycia Alp niż dla określonego celu.
(1731–1732). Taki był plan, na podstawie którego puściłem się w drogę, rzucając bez żalu mego protektora, nauczyciela, studia, nadzieję, widoki kariery niemal pewnej, aby rozpocząć życie prawdziwego włóczęgi. Żegnaj mi, stolico, żegnaj dworze, ambicjo, próżności, miłostki, piękne damy i wszystkie wspaniałe przygody, których nadzieja przywiodła mnie tu przed rokiem. Odchodzę z moją fontanną, z drugim włóczęgą, mym godnym przyjacielem, ze szczupło zaopatrzoną sakiewką, ale z sercem przepełnionym radością, myśląc jedynie o tym, aby nacieszyć się wędrownym szczęściem, do którego od jednego zamachu ograniczyłem moje świetne projekty.
Ta wariacka podróż odbyła się niemal tak przyjemnie, jak się spodziewałem, ale niezupełnie w ten sposób; mimo bowiem iż fontanna zabawiła na chwilę po karczmach gospodynie i dziewczęta, niemniej na odchodnym trzeba było płacić rachunek. Ale to nas nie trapiło; chowaliśmy sobie ten środek ratunku dopiero na chwilę ostateczną, kiedy będzie kuso z pieniędzmi. Przypadek oszczędził nam tego kłopotu: fontanna stłukła się, a był już czas, czuliśmy bowiem, nie śmiejąc sobie tego wyznać, że zaczynała nas nudzić. To nieszczęście przydało podniet naszej wesołości; śmialiśmy się serdecznie sami z siebie, iż w roztrzepaniu naszym zapomnieliśmy, że ubrania i trzewiki zużyją się z czasem, lub spodziewaliśmy się je odnowić za pomocą swojej fontanny. Wędrowaliśmy teraz dalej, równie wesoło i bez troski jak z początku, ale zmierzając prostszą drogą ku celowi, który wobec coraz większego wychudzenia sakiewki, trzeba było sobie wreszcie naznaczyć.
Zbliżając się do Chambéry, zacząłem być niespokojny, nie dla głupstwa, które uczyniłem, nikt bowiem równie dobrze i szybko jak ja nie załatwiał się z przeszłością, ale na myśl o przyjęciu, jakie mnie czeka u pani de Warens. Uważałem jej dom najzupełniej za swój dom rodzinny. Doniosłem jej o miejscu u hrabiego de Gouvon; wiedziała, na jakiej stopie tam jestem; winszując mi, udzieliła mi roztropnych przestróg co do sposobu odwdzięczenia się za okazywaną dobroć. Uważała mój los za zapewniony, o ile go nie zburzę własną dłonią. Cóż powie teraz na mój nagły powrót? Nie przyszło mi nawet na myśl, że mogłaby mi zamknąć drzwi, ale bałem się jej zmartwienia, lękałem się wymówek okrutniejszych dla mnie niźli nędza. Postanowiłem ścierpieć je w milczeniu i uczynić wszystko, aby ją ułagodzić. W całym świecie nie widziałem nic poza nią: żyć z jej niełaską, było mi wprost niepodobieństwem.
Co mnie najbardziej niepokoiło, to mój towarzysz; nie chciałem jej obarczać na dobitkę tym ciężarem, a lękałem się, że niełatwo przyjdzie mi się go pozbyć. Przygotowałem rozstanie, zachowując się ostatniego dnia dość zimno. Urwis odgadł mnie; był bardziej postrzelony niż głupi. Myślałem, że go dotknie moja niestałość. Byłem w błędzie, imć Bâcle nie troszczył się o takie drobnostki. Ledwie, dotarłszy do Annecy, wkroczyliśmy w bramy, rzekł: „Jesteś tedy w domu”, uściskał mnie, pożegnał, zakręcił się na pięcie i znikł. Nigdy o nim nie słyszałem więcej. Znajomość nasza i przyjaźń trwały wszystkiego około pięciu tygodni, ale następstwa będą trwać póki mego życia.
Jakże mi biło serce, kiedy zbliżałem się do domu pani de Warens! Nogi drżały pode mną, oczy zachodziły mgłą, nie widziałem, nie słyszałem nic, nie byłbym poznał nikogo. Musiałem się zatrzymywać kilkakrotnie, aby odetchnąć i odzyskać zmysły. Czy to może obawa, że nie znajdę u niej potrzebnej pomocy, tak mnie wzruszała? Czyż w tym wieku obawa głodowej śmierci napełnia takim przestrachem? Nie, nie; stwierdzam to z równą szczerością jak dumą, nigdy, w żadnej dobie życia nadzieja korzyści lub obawa niedostatku nie zdołały przejąć mego serca radością lub lękiem. W ciągu mego życia, tak niespokojnego i upamiętnionego tyloma błędami, często bez dachu i chleba, zawsze jednako spokojnym okiem patrzałem na nędzę i dostatek. W potrzebie byłbym zdolny kraść albo żebrać jak każdy inny, ale nie troskać się, iż popadłem w tę ostateczność. Mało ludzi tyle cierpiało co ja, niewielu tyle wylało łez w życiu; ale nigdy ubóstwo ani jego obawa nie wydarły mi z piersi jednego westchnienia, z oka jednej łzy. Dusza moja, w próbach losu, widziała swoje dobro i zło jedynie w rzeczach, które nie zależą od niego. Wówczas właśnie, kiedy mi niczego nie brakło do życia, czułem się najnieszczęśliwszym ze śmiertelnych.
Ledwie stanąłem przed panią de Warens, widok jej uspokoił mnie. Zadrżałem na dźwięk jej głosu. Rzucam się jej do stóp i w uniesieniu najżywszej radości przyciskam usta do jej ręki. Nie wiem, czy miała o mnie jaką wiadomość; w twarzy jej wyczytałem niewiele zdumienia, a już gniewu wcale. „Biedny mały! — rzekła pieszczotliwie. — Już z powrotem? Wiedziałam, że za młody jesteś na tę podróż. Rada jestem przynajmniej, że nie obróciła się tak źle, jak się obawiałam”. Następnie kazała mi opowiedzieć mą historię, która nie była zbyt długa. Opowiedziałem wszystko wiernie, pomijając co prawda niektóre szczegóły, ale zresztą187 nie oszczędzając się ani uniewinniając.
Nasunęła się kwestia noclegu. Naradziła się z panną służącą. Nie śmiałem oddychać w czasie tej narady; ale, gdy usłyszałem, że będę nocował pod jej dachem, trudno mi było powściągnąć radość. Patrzałem jak niesiono moje zawiniątko do pokoju, który mi był przeznaczony, tak mniej więcej jak Saint-Preux, kiedy wyprzęgają u pani de Wolmar188 jego dyliżans. Na domiar szczęścia dowiedziałem się, iż łaska ta nie będzie przelotna; na pozór nie słuchając i niby zajęty czym innym, usłyszałem, jak pani de Warens rzekła: „Niech gadają, co chcą, ale skoro Opatrzność mi go odsyła z powrotem, zdecydowana jestem go nie opuścić”.
Znalazłem się tedy w jej domu. Pobyt ten to nie był jeszcze ów, od którego liczę szczęśliwe dni mego życia, ale przyczynił się do przygotowania tamtego. Mimo iż owa wrażliwość serca, której zawdzięczamy poczucie naszego szczęścia, jest dziełem natury, a może wytworem organizacji, potrzebuje ona okoliczności, które by ją rozwinęły. Bez tych okolicznościowych przyczyn człowiek z urodzenia wrażliwy nie doznałby żadnych wzruszeń i umarłby, nie poznawszy nic ze swego jestestwa. Takim mniej więcej byłem dotąd; takim może byłbym został na zawsze, gdybym nie poznał pani de Warens albo gdybym, nawet poznawszy ją, nie żył obok niej dość długo, aby nasiąknąć słodkim nawykiem tkliwości, jaką we mnie obudziła. Nie waham się rzec, że kto zna tylko miłość, temu nieznane jest najsłodsze, co istnieje w życiu. Znam inne uczucie, mniej gwałtowne może, ale tysiąc razy bardziej rozkoszne, które niekiedy łączy się z miłością, a często jest od niej odrębne. Uczucie to — to nie jest też sama przyjaźń. Jest bardziej upajające, tkliwsze i nie wyobrażam sobie, aby mogło istnieć w stosunku do osoby tej samej płci. Ja przynajmniej, choć zdolny do przyjaźni jak mało kto w świecie, nie doznawałem go nigdy dla żadnego z przyjaciół. To, co mówię, nie jest dość jasne, ale stanie się jaśniejsze w dalszym ciągu: uczucia można opisać jedynie w ich działaniu i skutkach.
Pani de Warens zamieszkiwała domostwo stare, ale dość obszerne, posiadające między innymi piękny, obszerny pokój, z którego uczyniła rodzaj salonu; tam właśnie mnie pomieszczono. Pokój ten wychodził na dróżkę, o której mówiłem, miejsce naszego pierwszego spotkania; za strumieniem i ogrodami ciągnęły się pola. Widok ten nie był dla młodego lokatora rzeczą obojętną. Pierwszy raz od czasów Bossey widziałem za oknami zieloność. Zawsze uwięziony w murach, miałem przed oczyma jedynie dachy albo szarzyznę ulic. Jakże ta nowość zdała mi się rozkoszna i słodka! Mnożyła ona wielce moje roztkliwienie. Uroczy krajobraz stawał się w mych oczach jeszcze jednym dobrodziejstwem drogiej opiekunki. Zdawało mi się, że umieściła go tam umyślnie dla mnie. Czułem rozkosz znajdowania się w jej pobliżu, widziałem ją wszędzie wśród kwiatów i zieloności; jej uroki i urok wiosny zlewały się w mych oczach w jedno. Serce moje, dotąd zduszone, czuło się wolniejsze w tej przestrzeni, westchnienia moje płynęły swobodniej w tę zieleń.
Nie było u pani de Warens wspaniałości, jakie widziałem w Turynie; ale była schludność, przystojność i patriarchalny dostatek, które nigdy nie idą w parze z przepychem. Miała niewiele sreber, porcelany wcale, nie miała zapasów dziczyzny w spiżarni ani zagranicznych win w piwnicy; ale i jedna, i druga dobrze były zaopatrzone dla użytku wszystkich, a w filiżankach z fajansu podawała doskonałą kawę. Ktokolwiek wstąpił w jej dom, zaproszony był na obiad z nią albo u niej, i nigdy żaden robotnik, posłaniec albo przechodzień nie wyszedł nie nakarmiony albo nie napojony. Służbę jej stanowili: pokojowa, dość ładna dziewczyna z Fryburga, nazwiskiem Merceret; służący z jej stron rodzinnych, Klaudiusz Anet, o którym będzie mowa w dalszym ciągu; kucharka i dwaj najemni tragarze, gdy udawała się w lektyce w odwiedziny, co zdarzało się rzadko. Był to dość wielki dwór na dwa tysiące franków renty; ale i ten dochodzik przy dobrym gospodarstwie189 mógł był starczyć na wszystko, w kraju, gdzie ziemia jest dobra, a pieniądz rzadki. Nieszczęściem, oszczędność nigdy nie była jej cnotą: zadłużała się, płaciła procenty, pieniądz przemykał przez ręce i rozchodził się nie wiadomo gdzie.
Sposób prowadzenia domu był właśnie taki, jaki ja sam byłbym wybrał; można się domyślić, że korzystałem zeń z przyjemnością. Mniej mi się podobało to, że trzeba było długo siedzieć przy stole. Pani de Warens z trudnością znosiła pierwszy opar zupy i potraw; zapach ten przyprawiał ją niemal o omdlenie, a uczucie odrazy trwało długo. Powoli przychodziła do siebie i rozmawiała, nic nie biorąc do ust. Ledwie po jakiej półgodzinie próbowała pierwszego kąska. Byłbym przez ten czas trzy razy uporał się z obiadem; dawno skończyłem posiłek, gdy ona jeszcze nie zabrała się do swego. Zaczynałem na nowo dla towarzystwa; w ten sposób jadłem za dwóch, co mi nie wychodziło na szkodę. Słowem, oddawałem się całym sobą słodkiemu uczuciu dobrobytu, jakiego doznawałem przy niej, ile że dobrobytu tego nie mącił wówczas żaden niepokój o jego środki. Nie będąc powiernikiem jej interesów, mniemałem, iż zawsze dom będzie mógł iść tym trybem. Później zażywałem w jej domu tych samych słodyczy; ale bardziej świadom położenia i wiedząc, że te wydatki zjadają na pniu dochody, nie smakowałem już w nich z takim spokojem. Przewidywanie zawsze niweczyło we mnie rozkosz użycia. Poza tym, odgadywanie przyszłości na nic mi się nie zdało w życiu; nigdy nie zdołałem jej uniknąć.
Od pierwszego dnia utrwaliła się między nami najmilsza poufałość, taka jaka przetrwała do końca jej życia. Ja nazywałem się dla niej „mały”, ona dla mnie „mamusią”; i zawsze zostaliśmy „małym” i „mamusią”, nawet kiedy z biegiem lat zatraciła się prawie różnica wieku. Uważam, że te dwa miana cudownie oddają obraz naszego stosunku, prostoty obcowania, a zwłaszcza tonu serc. Ona była dla mnie najczulszą matką, która nigdy nie szukała swojej przyjemności, lecz zawsze mego dobra. A jeżeli zmysły miały udział w mym przywiązaniu, to głos ich nie przeobrażał charakteru tego przywiązania, ale czynił je bardziej uroczym; upajał mnie szczęściem, iż posiadam mamusię ładną i młodą, której pieszczoty przejmują mnie rozkoszą; powiadam „pieszczoty” w dosłownym znaczeniu, bo nigdy nie przyszło jej na myśl skąpić mi pocałunków i najsłodszych macierzyńskich pieszczot, a nigdy nie postała w mym sercu myśl nadużywania ich. Powie ktoś, iż mieliśmy w końcu stosunki odmiennego i rodzaju. Przyznaję; ale cierpliwości, nie mogę wszystkiego powiedzieć od razu.
Chwila pierwszego spotkania i wzruszeń z nią połączonych była jedyną, w której widok pani de Warens obudził we mnie namiętność; a i ta chwila była poniekąd dziełem niespodzianki. Nigdy moje niedyskretne spojrzenia nie wciskały się pod jej chusteczkę, mimo iż powabne okrągłości mogły je były skusić. Nie doznawałem przy niej uniesień ani pożądań; zażywałem rozkosznego spokoju, upajałem się, sam nie wiedząc czym. Byłbym tak przebył całe życie, wieczność nawet, nie nudząc się ani chwili. Ona była jedyną osobą, z którą nigdy nie odczułem przymusu, graniczącego nieraz z męką. Nasze sam na sam były nie tyle rozmową, ile nieustającym świegotaniem, które kończyło się wówczas, gdy nam je coś przerwało. Nie tylko nie trzeba mnie było zmuszać do mówienia, ale raczej narzucać mi milczenie. Nieraz, mając głowę nabitą projektami, mamusia popadała w zadumę. Ach, wówczas pozwalałem jej dumać, milczałem, patrzałem na nią i czułem się najszczęśliwszym z ludzi. Miałem jeszcze jeden osobliwy narów. Nie pragnąc wyciągać z naszych sam na sam szczególnych korzyści, szukałem ich wszakże bez ustanku, napawałem się nimi z upojeniem, które mieniło się we wściekłość, skoro jakimś natrętom zdarzyło się je zakłócić. Ilekroć ktoś przybył, mniejsza o to kto, mężczyzna czy kobieta, wychodziłem natychmiast, szemrając, nie mogąc ścierpieć, abym miał dzielić jej obecność z kimś trzecim. Chroniłem się do przedpokoju, gdzie liczyłem minuty, przeklinając po tysiąc razy ciągłych gości i nie mogąc pojąć, o czym oni mają tyle do gadania, ponieważ sam miałem do gadania jeszcze więcej.
Ale siłę swego przywiązania czułem w pełni dopiero wówczas, kiedy nie byłem przy mamusi. Kiedy byliśmy razem, byłem tylko zadowolony. W jej nieobecności niepokój mój stawał się wprost bolesny. Potrzeba życia obok niej przyprawiała mnie o wybuchy czułości dochodzące niekiedy do łez. Nigdy nie zapomnę, jak raz w wielkie święto, gdy ona była na nieszporach, ja przechadzałem się za miastem, z sercem pełnym jej obrazu i gorącego pragnienia, aby resztę dni spędzić przy jej boku. Miałem dość rozsądku, aby widzieć, że jak na teraz było to niemożliwe i że szczęście, którym się upajałem, nie potrwa długo. To dawało marzeniom moim odcień smutku; ale nie miał on nic posępnego, łagodziła go radosna nadzieja. Dźwięk dzwonów, na który zawsze byłem dziwnie wrażliwy, śpiew ptaków, piękność dnia, słodycz krajobrazu, zaciszne i sielskie domki, w których roiłem wspólne nasze mieszkanie — wszystko to budziło we mnie tak żywe, czułe, smętne i przejmujące wzruszenie, że byłem jak gdyby w ekstazie, przeniesiony w ten szczęsny czas i w to szczęśliwe pożycie. Serce moje, zażywając upragnionej słodyczy, syciło się nią w nieopisanym upojeniu, nie myśląc nawet o rozkoszy zmysłów. Nie przypominam sobie, abym kiedy prężył się duchem w przyszłość z większą siłą i potęgą iluzji niż wówczas. A co mnie najbardziej uderzyło we wspomnieniu tych marzeń, wówczas gdy się one spełniły, to zupełna tożsamość przedmiotów rzeczywistych z tymi, które widziałem w moim zachwyceniu. Niepodobna, aby sen człowieka na jawie miał większe podobieństwo do wizji proroczej niż ten właśnie. Zawodu doznałem jedynie co do jego urojonej trwałości: w śnie tym bowiem dnie, lata, życie całe spływały z niezmiennym spokojem, podczas gdy w rzeczywistości trwało to tylko chwilę. Niestety! Najtrwalsze moje szczęście było we śnie, ziszczeniu jego prawie natychmiast towarzyszyło przebudzenie.
Nie skończyłbym nigdy, gdybym chciał szczegółowo opowiadać szaleństwa, do jakich pobudzało mnie wspomnienie drogiej mamusi, kiedy nie byłem przy jej boku. Ileż razy całowałem moje łóżko z myślą, że ona w nim spała; to znów firanki, meble — z myślą, iż należały do niej i że dotykała ich jej piękna ręka; podłogę nawet, do której przyciskałem twarz z myślą, że ona po niej stąpała! Niekiedy, nawet w jej obecności, nawiedzały mnie szaleństwa, które, zdawałoby się, jedynie najgwałtowniejsza miłość zdolna jest podsunąć. Jednego dnia, w chwili gdy kładła kąsek do ust, zawołałem, że jest na nim włos; wypluła na talerz; chwytam go chciwie i połykam. Słowem, między najnamiętniejszym kochankiem a mną była tylko jedna jedyna różnica, ale zasadnicza i która czyni niepojętym dla rozumu mój stan ówczesny.
Wróciłem z Włoch niezupełnie taki, jak się tam puściłem, ale taki, jakim może nigdy w moim wieku nikt nie wrócił z tego kraju. Przyniosłem z powrotem nie dziewictwo, ale nieznajomość kobiety. Odczułem bieg lat. Niespokojny temperament obudził się wreszcie, a pierwsze jego wyładowanie, bardzo mimowolne, zrodziło we mnie, na punkcie mego zdrowia, niepokoje, które lepiej niż wszystko malują poprzednią mą niewinność. Wkrótce, zbywszy się obaw, nauczyłem się owego niebezpiecznego surogatu, który oszukuje naturę i oszczędza młodym ludziom o moim usposobieniu wielu szaleństw, kosztem zdrowia, sił, a niekiedy i życia. Ten nałóg, tak poręczny dla wstydliwych i nieśmiałych natur, ma prócz tego wielki urok dla człowieka z żywą wyobraźnią; daje możność rozrządzania niejako całą płcią niewieścią i wciągania w swoje uciechy piękności, która nas kusi, bez potrzeby starania się o jej zgodę. Uwiedziony tą złowrogą łatwością, pracowałem nad zniszczeniem silnej konstytucji, którą natura odbudowała we mnie z wątłych zaczątków i której pozostawiłem czas na spełnienie tego dzieła. Proszę teraz dorzucić do tego nałogu obecne warunki: mieszkam pod jednym dachem z piękną kobietą, pieszcząc jej obraz w sercu, widując ją bez przerwy w ciągu dnia, wieczór otoczony przedmiotami, które ją przypominają, w łóżku, w którym wiem, że ona sypiała. Ileż tu podniet! Niejeden czytelnik, który je sobie uzmysłowi, musi mnie już uważać za półnieboszczyka. Wręcz przeciwnie: to, co powinno było mnie zgubić, ocaliło mnie właśnie, przynajmniej na jakiś czas. Upojony życiem w jej pobliżu, z gorącą chęcią pozostania z nią przez resztę dni, widziałem w niej — bądź bliskiej, bądź nieobecnej — najczulszą matkę, ukochaną siostrę, rozkoszną przyjaciółkę i nic więcej. Widziałem ją zawsze tak, zawsze tę samą i tylko ją.
Jej obraz, wciąż przytomny w mym sercu, nie zostawiał miejsca na żaden inny; była dla mnie jedyną kobietą, jaka istniała na świecie. Niezmierna słodycz uczuć, które we mnie tchnęła, nie pozwalając zmysłom moim obudzić się dla drugich, zabezpieczała mnie od niej samej i od jej płci. Słowem, byłem wstrzemięźliwy, ponieważ ją kochałem. Z tych stanów, które zresztą maluję niedostatecznie, niech mi kto wytłumaczy, jakiego rodzaju było moje przywiązanie. Co do mnie, mogę powiedzieć tyle, że jeśli już teraz wydaje się ono niezwykłe, w dalszym ciągu wyda się nim o wiele więcej jeszcze.
Spędzałem czas najrozkoszniej w świecie, zajęty rzeczami, które najmniej przypadały mi do smaku. Zajęciem moim było redagowanie projektów, porządkowanie rachunków, przepisywanie recept, to znów przesiewanie ziół, rozcieranie lekarstw, dozorowanie alembików190. Wśród tego przewijały się tłumy interesantów, żebraków, gości wszelkiego rodzaju. Trzeba było równocześnie zajmować się żołnierzem, aptekarzem, kanonikiem, piękną damą, braciszkiem klasztornym. Kląłem, mruczałem, złorzeczyłem, wysyłałem do diabła przeklętą ciżbę. Mamusia, która wszystko brała z wesołej strony, śmiała się z moich wybuchów do łez; a więcej jeszcze rozśmieszała ją moja wściekłość, że nie mogę wstrzymać się od śmiechu. Zachwycające były te chwile przerwy, w których miałem czas dać upust niezadowoleniu. A jeśli w czasie sprzeczki zjawił się jaki natręt, umiała znaleźć nowy materiał do zabawy, przedłużając złośliwie wizytę i rzucając mi spojrzenia, za które byłbym ją chętnie wybił. Trudno jej było nie parsknąć śmiechem, widząc, jak skrępowany przyzwoitością wytrzeszczam rozjuszone oczy, czując, mimo wszystkich wysiłków, w głębi duszy cały komizm sytuacji.
Wszystko to, choć mniej miłe samo przez się, bawiło mnie, ponieważ stanowiło cząstkę owego życia, które miało dla mnie niewysłowiony urok. Nic z tego, co się działo koło mnie, co ja sam musiałem robić, nie było wedle mego smaku, ale wszystko wedle mego serca. Sądzę, iż byłbym zdolny polubić nawet medycynę, gdyby mój wstręt nie był źródłem paradnych scen, którymi bawiliśmy się bez przerwy; pierwszy raz może umiejętność ta sprawiała podobne skutki. Twierdziłem, iż odróżnię po zapachu książkę medyczną od każdej innej, a co zabawne, rzadko się myliłem. Mamusia kazała mi kosztować najobrzydliwszych leków. Daremnie próbowałem bronić się albo uciekać; mimo oporu i wykrzykiwań, mimo zaciskania zębów, skoro jej ładne paluszki całe ubabrane zbliżyły się do mej twarzy, trzeba mi było otworzyć usta i posmakować. Kiedy jej cały dwór zgromadzony był w jednym pokoju, gdyby ktoś słyszał nas, jak uganiamy i krzyczymy wśród wybuchów śmiechu, myślałby, iż tu się przygotowuje jakąś farsę, a nie opiaty albo eliksiry.
Nie cały czas jednak trawiłem na figlach. W pokoju swoim znalazłem kilka książek: „Spektator”191, Passendorf192, Saint-Evremond193, Henriada194. Mimo iż przeminęła mi dawna furia czytania, w braku zajęcia rozczytywałem się po trochu w tym wszystkim. „Spektator” zwłaszcza podobał mi się bardzo i dobrze na mnie wpłynął. Ksiądz de Gouvon nauczył mnie czytać mniej chciwie, a z większym zastanowieniem, więcej też korzystałem z lektury. Przyzwyczajałem się zwracać uwagę na styl, na budowę zdania. Uczyłem się odróżniać czysty francuski język od prowincjonalnych naleciałości.
Niekiedy rozmawiałem z mamusią o tym, com czytał. Czasem czytywałem jej głośno; to sprawiało mi wielką przyjemność; starałem się dobrze czytać, co mi się również przydało. Wspomniałem, iż posiadała umysł pięknie uprawny; wówczas znajdował się on w swoim rozkwicie. Wielu ludzi pióra starało się o jej względy i wszczepiło jej trafny sąd o płodach ducha. Miała, jeśli można się tak wyrazić, smak nieco protestancki, czytywała chętnie Bayle’a195 i wysoko ceniła Saint-Evremonda, który od dawna we Francji się przeżył, ale to nie przeszkadzało, że znała i dobre książki i mówiła o nich bardzo trafnie. Wychowała się w doborowych towarzystwach, przybywszy zaś do Sabaudii jeszcze młodo, straciła w przemiłym towarzystwie miejscowych szlacheckich domów ów wymuszony ton panujący w Vaud, gdzie kobiety uważają, że szczytem światowości jest chęć nieustannego błyszczenia i że każde słowo powinno być kalamburem.