Żydzi dnia powszedniego

Rozdział I

Płacz kotów za oknem wyrwał mnie ze snu. Leżałem zwrócony twarzą do pleców ojca i wdychałem kwaśny zapach jego ciężkiego, owłosionego ciała. Ojciec głośno chrapał. Chwilami zachłystywał się, bo w gardle zaczynało mu coś bulgotać. Widocznie większy kawałek flegmy dawał o sobie znać. Uniosłem powoli głowę ponad kościste ramię ojca i spróbowałem rozejrzeć się po pokoju. Na komodzie, ciemniejącej między łóżkami rodziców, stała mała lampa naftowa, która rzucała słabe zakopcone światło. Szkiełko lampy wykreśliło na nisko osadzonej belce pod sufitem małe świetlne kółko, które, drgając, rozcinało obszary ciemności izby.

Oba miedziane ciężarki ciemnego wiszącego zegara widocznie zatrzymały się podczas nocy. Jeden zatrzymał się nad blatem komody, drugi w połowie drogi, wyglądał teraz jak noga, która została odpiłowana.

Rozległo się pianie koguta. Wdarło się głęboko w płacz kotów. Na dworze, widać, zaczynało jaśnieć.

Zauważyłem, że łóżko, na którym matka miała jeszcze spać, jest puste. Nawet zaścielone. Na jego środku widniała czarna plama ubrania. Chyba jakaś jej suknia naprędce rzucona.

Wywnioskowałem, że matka nie zdążyła jeszcze wrócić z wizyty w szpitalu. Wieczorem poprzedniego dnia wybierała się do szpitala. Podała ojcu kolację. Ten, zmęczony siedział przy stole i po cichu pod nosem odmówił błogosławieństwo, a ja dopiero co, w nie najlepszym nastroju, wróciłem z chederu1. Matka szybko postawiła przede mną kolację i okutawszy się w szarą grubą, wełnianą chustę, w te pędy pobiegła do szpitala, do swego najmłodszego syna z pierwszego małżeństwa.

Syn jej był ze wszech miar udanym młodzieńcem. Nazywał się Mojsze. Ojcowie, mający córki na wydaniu, badawczym wzrokiem przyglądali mu się i raz po raz podsyłali swatów. Mojsze był przystojnym chłopcem. Pełna, okrągła niczym księżyc twarz, ozdobiona była dołeczkami pełnymi czaru. Policzki jędrne, gładkie, piękne. Były nieraz z miłością szczypane. Znany był z pięknego, kaligraficznego charakteru pisma. Miał już osiemnaście lat i posadę subiekta w sklepie papierniczym Izraela Ajnbindera. Przez cały dzień rozwijał przed klientami długie pasy papieru zamalowanego ptakami i kwiatami.

Nasz niski długi pokój z oknem o czterech szybach, Mojsze zamierzał wytapetować pasami papieru, na których on sam namalował ptaki i kwiaty.

Ale Mojsze lubił chodzić na spacery z dziewczętami. Zwykle wkładał wtedy na siebie wiatrem podszyty płaszczyk. Wracał z tych spacerów późno. Nawet bardzo późno w nocy.

Józia, córka bednarza, mieszkała u nas w kuchni. Za to pomagała matce w gospodarstwie domowym. To ona otwierała mu w nocy drzwi.

Ale kto mógł wiedzieć? Komu mogło to wpaść do głowy?

Pewnego dnia Mojsze nie mógł się podnieść z łóżka. Cicho wzdychając oświadczył, że coś kłuje go w boku.

W naszym niskim, długim pokoju zaczęli się zjawiać obcy ludzie w okularach. Józia, córka bednarza, dzień po dniu musiała myć podłogę. Obcym ludziom zdejmować i nakładać płaszcze.

Ci obcy ludzie kazali choremu Mojsze głęboko oddychać. Opukiwali go wciąż po żebrach, po czym zostawiali po sobie jakieś zapisane karteczki, z którymi biegało się do apteki i przynosiło do domu buteleczki z płynem o dziwnych kolorach.

Szyby w oknie wyhaftowane były białymi szpilkowymi drzewami. Czasami z tych szpilkowych drzew wyłaniał się zarys niby okrętu na morzu, a czasami jakiś stary Żydek ze szpiczastą bródką i z kołpakiem na głowie.

Mojsze wpatrywał się w szyby oczami pełnymi łez. Twarz mu się ściągnęła, pozieleniała, a wokół oczu pojawiły się brązowe bruzdy.

W pokoju osiadł na stałe gęsty słodkawo-kwaśny zapach lekarstw i potu chorego. Matka zapomniała uczesać swoją perukę. W czasie, kiedy Mojsze wpatrywał się w zamarznięte szyby, twarz matki wydłużyła się; stała się niemal szpiczasta. Na jej rękach wyraźnie zaznaczyły się żyły. Józia z rozwichrzoną czarną czupryną, na bosaka, dreptała po podłodze i raz po raz klękała przed swoim żelaznym łóżkiem w kuchni, żeby się pomodlić.

Ojciec, wróciwszy w nocy, obrzucił zaspanym wzrokiem obecnych i zapytał, pod nosem:

— No, jak się ma Mojsze?

Ale Mojsze już w domu nie było. Trzeba go było zawieźć do szpitala.

Ojciec odmówił modlitwę Mincha2 w zasnutym cieniem kącie. Na czterech zamarzniętych szybkach osiadł jakiś daleki błękit, który przywodził na myśl zatopione okręty.

Chorego opasano poduszką, opatulono matczyną wełnianą derką i na to wszystko wciągnięto płaszcz, w którym się przeziębił.

Nieznany goj3, w żółtym kożuchu, razem z matką i Józią wyprowadził Mojsze z domu. Prowadzili go powolutku, raczej posuwano go tak, jak posuwa się kredens czy szafę.

Na dworze było niebiesko. Niebieski był śnieg, niebieskie były domy, niebieskie były dachy.

Chorego ułożono na szerokich, niskich saniach. Leżał jak chuda martwa ryba. Okutana derką twarz spoglądała w niebo. Matka usiadła u jego stóp, zwrócona twarzą ku jego głowie. Nogi zwisały jej z sań i robiły w śniegu bruzdy. Kilka kobiet ze zmarzniętymi nosami westchnęło i na pożegnanie rzuciło:

— Wyzdrowienia! Pełnego wyzdrowienia...

Sanie zaczęły się ślizgać po miękkim, niebieskim śniegu, zostawiając po sobie szerokie koleiny, jak dwa cięcia na żywym ciele. Im dalej się posuwały, tym stawały się mniejsze. A wieczór coraz bardziej nabierał koloru niebieskiego.

W domu zostało po Mojsze żelazne składane łóżko z wygniecioną i ogrzaną pościelą. Na podłodze walały się wilgotne źdźbła słomy. Buteleczki z lekarstwami na parapecie zbiły się w kupę, bratersko tuląc się szyjkami jedna do drugiej. Pod stołem leżała jego spinka z perłowej masy i spoglądała na nas jak białe martwe oko.

*

W szpitalu wypompowano choremu wodę z boku. Z tego samego boku usunięto dwa żebra. Leżał w separatce z dwoma długimi oknami. Drzewo z pokręconymi u góry gałęziami ogołocone i nagie zaglądało do niego przez jasnoniebieskie szyby.

Do tego właśnie szpitala matka udawała się codziennie na noc. W domu Józia narąbała już wcześniej trochę drzewa i zapaliwszy pod płytą kuchenną rozniecała dmuchaniem ogień. Na ścianach leżał jeszcze ciężki, ciemny chłód. Ojciec przy słabym świetle małej lampy odmawiał kilka psalmów. Wtedy to właśnie matka wracała ze szpitala. Wchodziła cicha, milcząca. Oczy miała czerwone od niewyspania. Z miejsca podchodziła do kuchni i nachylała głowę pod okap, który przypominał chłopski kapelusz. Tu gotowała śniadanie dla ojca i tu pod okapem, nad garnkami po cichu i w ukryciu wypłakiwała się.

Ojciec, zjadając kromkę chleba umaczaną w soli, zapytał:

— A więc jak tam, Frumet?

Matka nieco zgarbiła się, schowała głowę w ramiona i mówiąc jakby do garnków, odpowiedziała:

— On potrzebuje miłosierdzia!

Dzisiaj matka nie stała pod blaszanym okapem kuchennym. Koty za oknem widocznie zmęczyły się płaczem. Gdzieś w pustej ciemności pokoju słychać było krzątaninę myszki. Łóżko w kuchni, na którym spała Józia, córka bednarza, trzeszczało. Myszka nie przestawała myszkować. Józi musiało coś spaść w pustą ciemność, bo rozległ się trzask glinianego garnka. Skurczyłem nogi i przysunąłem się bliżej do spoconych pleców ojca.

I nagle rozległo się gwałtowne, na trwogę bijące, pukanie do drzwi. Józia pobiegła otworzyć. Z impetem korka wysadzonego z beczki, wdarł się do pokoju rozedrgany krzyk:

— Lejzorku, Lejzorku, ty moja pociecho!

Chrapanie ojca natychmiast się urwało. Po prostu coś go zatkało. Otworzyłem oczy i zauważyłem matkę stojącą na środku pokoju. Kiwając się, raz po raz, chwytała się rękami za głowę. Po chwili opuszczała ze zmęczenia ręce. Jakby chciała się pozbyć bólu, przed którym nie mogła się ukryć.

— Takie młode drzewo! Taka ministerialna głowa!

Teraz dopiero ojciec podniósł się z łóżka.

— Co się stało?

Zachrypnięty głos zaspanego ojca odbił się głuchym echem w pokoju.

— Nie ma go! Umarł!

I rozwarłszy ramiona na kształt krzyża, dodała:

— Umarł, Lejzorze kochany! Umarł mi syn!

Obok matki stała Józia w nocnej koszuli. Zwichrzone włosy jak runo czarnej owcy. Palcami obu rąk szczypała swoje policzki, jakby chciała z nich wyrwać żywe kawałki.

Podeszła do lampy i podkręciła knot. Drgające czerwone świetlne kółko na belce powiększyło się. Wyglądało jak potworne, wyrwane z orbity, oko. W pokoju hulał wiatr. Wyskoczyłem z łóżka i zacząłem się szybko ubierać. Ojciec postawił na podłodze zimnego pokoju sine nogi i zaczął szukać onuc4. Za czterema małymi szybkami niebieszczało. I nagle w tej niebieskości pojawiły się obce twarze. Przegięta wpół kobieta w czerwonym, pierzem pokrytym, czepku nocnym. Przysunęła się do matki i schyliwszy głowę jak kurczę podczas drzemki wbiła wzrok w twarz matki. Sąsiadka z pierwszego piętra, kobieta krzykliwa, przybiegła w rozsznurowanych bucikach. Potem zjawił się rudy Fajwel ze swoim blaszanym dzbanem. Ten sam Fajwel, który codziennie napełniał nam garnek kwartą mleka prosto od krowy. Dzisiaj nikt nie wyszedł mu z garnkiem na spotkanie. Razem z nim wpakowały się do pokoju dwie zupełnie obce kobiety. Jedna wysoka rozglądała się po wszystkich kątach jakby coś lub kogoś zgubiła. Druga, w drucianych okularach, z zawiązanymi za uszami białymi wstążkami jak u dziewcząt, dreptała po pokoju niczym stara domownica. Jej wąskie, zapadnięte wargi szeptały coś do ojca.

Drzemiące oczy ojca patrzyły na nie z boku. Jego duża czarna broda powoli unosiła się w górę.

— Tak, tak — mówiła broda — syn Frumet, Mojsze, mój pasierb.

Tymczasem w pokoju zrobiło się już jasno. Lampki na komodzie nikt nie zgasił. Obca kobieta w okularach odezwała się, wskazując palcem na wiszący na ścianie zegar:

— Zegar stoi. Zatrzymał się...

W tej samej chwili drzwi się nagle rozwarły i do pokoju wpadła ciotka Miriam. Usta miała ściągnięte przez małe zmarszczki podobne do głębokich żyłek. Ostry, wąski nosek czerwieniał. Wszystko wydawało się dziwne. Ciotka Miriam przez całe życie mówiła cicho. Posługiwała się bardziej gestem, mimiką niż ustami. Uważała, że głośne mówienie przystoi gojom. Żydzi — powiadała — powinni mówić cicho i spokojnie. Dowodem tego jest pramatka Rachela, która też była spokojna i z całą pewnością nie rozmawiała głośno.

Tymczasem ciotka Miriam wpadła z hukiem do pokoju. Na jej ustach leżał już przeraźliwy krzyk. Dostrzegałem go zawczasu w rozwartych źrenicach jej oczu.

Pogrążona w bólu matka siedziała na ławeczce z głową objętą rękami i widać było, że wyczuła w izbie obecność bliskiej osoby. I chociaż wzrokiem nie dostrzegała swojej siostry, to jednak zerwała się z ławeczki i wyciągnąwszy przed sobą ręce zarzuciła głowę do tyłu i lamentującym głosem zawołała:

— Siostro kochana, ratuj moje dziecko!

I ciotka Miriam jakby tylko czekała na zawołanie matki, wybuchła straszliwym, do szpiku kości przejmującym płaczem.

Ojciec stanął twarzą do okna. Szloch matki zdawał się teraz wydobywać nie z gardła, ale z jej ciężkich zamarzniętych szat. Nagle jakby ogłuchła, zatrzymała się w środku pokoju. Zrobiło się cicho. Oczyma pełnymi łez rozglądała się dookoła.

— Frumet! Frumet! — zerwała się ciotka Miriam i jednym susem podbiegła do niej.

Matka widocznie jednak dobrze nie słyszała. W jednej chwili jakby urosła, stała się większa, nie do poznania. Nie ta sama kobieta, która przed chwilą była zupełnie załamana.

Zgromadzeni w pokoju ludzie zwarli się w kupę. Nad ich głowami unosiła się milcząca, z trudem hamowana zgroza.

Wśród tej ciszy matka zerwała się z miejsca i przypadłszy do szafy z ubraniami, jednym mocnym pociągnięciem otworzyła drzwi tak, jak, nie przymierzając, otwiera się w czas próby drzwiczki Arki Przymierza w bóżnicy. I dopiero teraz rozpłakała się na nowo i na dobre.

— Do czego mi to wszystko jest teraz potrzebne, kiedy moje dziecko umiera? Ludzie kochani, bierzcie to!

I zaczęła szybko wyrzucać z szafy ubrania syna.

— Módlcie się za moje nieszczęśliwe dziecko! Proście Boga, żeby unieważnił wydany na nie wyrok śmierci!

Ojciec przybliżył twarz do zamarzniętych szyb okna. „Kochani ludzie” zaczęli brać pozostałe po Mojsze rzeczy. Szafa była już prawie pusta. I wtedy matka z podniesionymi rękami, jakby niosła w nich chłopca do uroczystości obrzezania, wybiegła z domu. Z otwartej szafy wiała opróżniona ciemność. Ojciec odstąpił od okna i przykręcił knot w lampie. Józia, córka bednarza, nagle przystąpiła do mnie. Objęła mnie swoimi dużymi ciepłymi rękami i cichym głosem powiedziała:

— Biedny, biedny chłopczyku...

Obcy ludzie jeden za drugim zaczęli po cichu wychodzić z domu. W pokoju czuć było zapach czczych żołądków. Ojciec jak zwykle rano zasiadł do odmówienia psalmów. Z tą tylko różnicą, że dzisiaj szybciej się rozkołysał i rozkiwał. Później kilka razy powtarzał jedno i to samo słowo. Jego głos przypominał muchę bzyczącą na szybie. Na niskiej belce głowa ojca w świetlanym kółku od lampy miotała się to w górę to w dół. Przypominał rozmazaną plamę jakiegoś dziwacznego stwora.

Strasznego jednak wyroku śmierci Bóg nie odwołał. Mojsze niestety umarł.

Kiedy przybiegłem do szpitala czarna brama była zamknięta. Dwaj wysocy Żydzi z gęstymi brodami przemawiali jakiemuś gojowi do rozumu. Kilka kobiet tupało nogami na śniegu. Kudłaty, liniejący pies obwąchiwał poły płaszczy Żydów.

Po chwili zjawił się Szmuel, mąż ciotki Miriam. Z rozłożonymi jakby od niemocy rękami, podszedł prosto do rozmawiających z gojem Żydów i swoim donośnym głosem pijaka i obżartucha zawołał:

— Umarł! no, macie pojęcie?

Obaj wysocy Żydzi odwrócili ku niemu swoje brody i oczyma pełnymi zdumienia zmierzyli go od stóp do głów. Mnie nagle zachciało się kopnąć liniejącego psa. Wuj Szmuel wydął grube, wyblakłe wargi, cmoknął i raptem, jakby zupełnie zaskoczony, zauważył mnie:

— I ty także tu jesteś? Kto cię tu przysłał?

A kto jego przysłał? Do czego był tu potrzebny ze swoim pijackim głosem? I zaczął biegać tam i z powrotem pod czarną bramą, spluwał na śnieg, zatrzymywał przejeżdżające furmanki chłopów, macał worki ze zbożem, pytał o cenę, chociaż nigdy ziarnem nie handlował. Nie wiedział nawet, czy zboże rośnie na polu, czy też na drzewach w lesie. Tymczasem nadszedł ojciec. Zbliżał się powolnym ciężkim krokiem. Zaraz po nim nadjechała dorożką ciotka Noemi z wujem Ben-Cijonem. Wuj Ben-Cijon był mały i okrągły jak wypchana poszwa. Nie mógł wykaraskać się z dorożki. Dlatego ciotka Noemi, kobieta o delikatnych wargach i zachowaniu wskazującym na osobę wykształconą, podała mu ramię. On oparł się o nie i dopiero w ten sposób zlazł z dorożki.

Na chwilę zatrzymał się. Wypiął okrągły brzuch, rozejrzał dookoła i przez syte, czerwone wargi wydmuchał słowa:

— Zimno... masz pojęcie, co za mróz! Ile też stopni może być dziś?...

Nikt mu nie odpowiedział. Kudłaty pies zaczął obwąchiwać kalosze Ben-Cijona. Ten odsunął się od psa i zawołał:

— A pójdziesz!

Pies pokornie spuścił łeb i przylazł do mnie. Wystawił na pokaz wilgotne ciepłe oczy, pokręcił smutno ogonem i gdyby mógł mówić, to zapytałby:

— Twój brat umarł. Dlaczego więc wujowi Ben-Cijonowi jest zimno?

Nim się spostrzegłem, zaczęło zmierzchać. Stado wron uniosło się w górę i uleciało w chmury. Po obu stronach szosy leżał śnieg. W jednym miejscu widniały czarne pasy, w drugim niebieskie, a gdzieniegdzie biało-czerwone. Naprzeciw szpitala, na ganku karczmy stały dwie tęgie, ubrane w kożuchy dziewoje i głośno przekomarzały się z dwoma pochylonymi cieniami mężczyzn.

I oto otworzyła się czarna brama szpitala. Dwa zmęczone, kołyszące się końskie łby wystawiły dwie pary czarnych uszu. Za długimi, zapuszczonymi ogonami koni kołysała się wąska fura, którą ojciec obejmował swoimi długimi ramionami. I raptem rozkołysał się tłum mężczyzn czarnych, ruchliwych, w rozchełstanych kapotach. Jak ptaki nagle wyrwane ze snu biegły rozproszone kobiety. Popędzały się i bez przerwy poprawiały szale na ramionach. Matka i ciotka Miriam szły tuż za mężczyznami. Obie z głowami odrzuconymi do tyłu. Obie ledwie żywe. Obie z otwartymi ustami. Wuj Ben-Cijon z ciotką Noemi jechali w dorożce do samego końca. Pies szedł obok mnie, patrzył na swoje łapy. Raz po raz z wilgotnego pyska wydobywało się głośne warczenie.

Jakaś kobieta nachyliła się nade mną i miłym głosem powiedziała mi, że chłopcy, których rodzice żyją, nie powinni chodzić na cmentarz.

Toteż doszedłem w kondukcie tylko do „trzech drzew”. Stanowiło to połowę drogi. Karawan, który zlał się z tłumem w jedną wielką czerń, posuwał się dalej po szosie na miejsce wiecznego spoczynku.

W drodze powrotnej do domu nikt mi nie towarzyszył. Tylko ten obcy kudłaty pies kołysał się u moich nóg i warczał.

Przy drzwiach naszego domu on pierwszy się zatrzymał i nastawił uszy. Czyżby wiedział, że ja tu mieszkam?

Ja również zatrzymałem się i w nastawione uszy psa rzuciłem pytanie:

— Jak się nazywasz? Burek?

Pies odrzucał łeb raz w jedną, raz w drugą stronę. Wyglądało na to, że odżegnuje się od takiego pospolitego imienia jak „Burek”. Rzuciłem wtedy jeszcze kilka psich imion jak „Łapa”, „Bukiet”.

— Nie! — pies ruchem łba znowu zaprzeczył. Zrobiło mi się zimno.

Ciężki płaszcz ściągnął mi ramiona w dół. Po raz ostatni krzyknąłem do ucha psa:

— Dobranoc, psie!

Pies parsknął, położył się na śniegu i wystawił dwie łapy w stronę naszego domu.

*

Kiedy wszedłem do domu, Józia siedziała w kuchni. Była sama. Na małym stoliku, na którym stała lampa naftowa, oparła objętą rękami twarz i zmęczonymi oczyma wpatrywała się w czerwono-niebieski płomyczek.

Na mój widok ręce jej opadły i wyprostowawszy się na cały wzrost zawołała:

— Już po pogrzebie?

— Nie. Jeszcze nie.

— Nie poszedłeś razem z konduktem?

— Nie. Doszedłem tylko do „trzech drzew”.

— Jesteś głodny? Tak?

— Nie. Nie jestem głodny.

— A nie zimno ci? Podejdź tu. Usiądź!

Wzięła mnie tak jak się bierze worek z watą albo z pierzem i posadziła obok siebie. Objęła mnie swoimi dużymi wygrzanymi rękami i prosto w twarz mi szepnęła:

— Ogrzej się! Dobrze się ogrzej!

Ciepłym oddechem dmuchała w moje zesztywniałe od zimna ręce.

Przytknęła je potem do swoich ust, po czym nie przestała ocierać moich rąk o własne.

— Możesz się położyć?

Nie wiem, czy odpowiedziałem coś na jej pytanie. Zostawiła mnie siedzącego przy stoliku i sama weszła do pokoju, aby pościelić łóżko ojca. Potem rozebrała mnie i położywszy do łóżka nakryła pierzyną po samą szyję. Usiadła u moich nóg, tak jak to niegdyś czyniła moja matka, kiedy byłem chory na szkarlatynę.

— Wkrótce chyba przyjdą. Nie wiesz, kiedy? — raptem zapytała mnie Józia.

— Po pogrzebie przyjdą.

— Kiedy będzie po pogrzebie?

— Nie wiem.

Józia weszła na chwilę do kuchni. Słyszałem, jak majstruje przy zamku do drzwi. W pokoju było już dość ciemno. Tylko od kuchni ciągnęło się pasemko światła, które przełamywało się w środku izby.

Józia wróciła z kuchni i usiadła na łóżku, ale już nie u moich nóg. Buchało od niej zapachem gorącego potu. Czułem jego słodkość pod podniebieniem i w nosie. Takiego ludzkiego zapachu jeszcze nigdy nie odczułem.

— Jest ci ciepło? — zapytała, przybliżając do mnie swoją dużą twarz.

— Trochę — odpowiedziałem, czując jak zapach Józi wdziera się w moje gardło, a z niego powoli przenika do moich trzewi.

— Zaraz. Wnet ci będzie całkiem ciepło.

Usłyszałem jak od podłogi odbiły się echem dwa głuche stuknięcia. To Józia, widocznie, zrzuciła jeden pantofel za drugim.

— Zaraz... wnet... — zaskrzeczał jej zachrypnięty głos.

Na pół zaspanymi, zmarzniętymi i zmęczonymi oczyma widziałem, jak Józia zdejmuje z siebie czerwony kaftan, jak rozsznurowuje barchankę. Widocznie wstążki wokół barchanki poplątały się. Oddech Józi stawał się ciężki. Zaczynała sapać. I sapiącym głosem rzuciła w przestrzeń:

— Psia krew, cholera...

Nie trwało to jednak długo. Pierzyna nade mną nagle się podniosła i za chwilę poczułem obok siebie ogromne, wygrzane ciało Józi. Zrobiło mi się ciasno w gardle. Ze strachu zapewne albo wskutek zaskoczenia przysunąłem się do ściany.

— Przysuń się tu, bliżej mnie...

I przyciągnąwszy mnie do siebie, dodała:

— Tu będzie ci ciepło. Podaj ręce. No? Prawda, że ciepło?

— Ciepło...

— Przytul głowę tu,... prawda, że ciepło?

— Ciepło...

— Wargi masz takie zimne, mój chłopczyku, odmroziłeś je sobie, biedaczysko!

Skurczyłem nogi. W łóżku zrobiło się ciasno. Nie rozumiałem dlaczego. Przecież zawsze śpię z ojcem i nigdy nie było mi ciasno. Dlaczego raptem zrobiło się ciasno? Dlaczego ciało ojca tak nie parzy? I dlaczego ja się stałem jakiś inny? Czy dlatego, że jej wargi nie przestają ogrzewać moich?

Jak i kiedy zasnąłem — nie wiem. Nie słyszałem, jak Józia wyszła z łóżka. Nie słyszałem też, jak i kiedy wrócili rodzice.

Kiedy otworzyłem oczy, ojciec już siedział na łóżku i wciągał na nogi buty z cholewami. Matka opatulona w gruby szal przycupnęła na małej ławeczce i zaczęła się kiwać na wszystkie strony. W kuchni Józia porąbała kilka drewienek. Uderzenia siekierą były szybkie. Tak jak gdyby Józia chciała wyładować na kimś swój gniew.

Ano właśnie Józia. Co było z Józią? Skąd naraz się wzięła do rąbania drzewa? Przecież dopiero co ogrzewała moje wargi. A tu siedzi ojciec na łóżku odwrócony do mnie plecami. Matka kołysze się na dziecięcej ławeczce, a Józia jest właśnie w kuchni. Już dnieje. Na szarych, od lat niebielonych ścianach osiadła zielona, zaspana jasność.

Z grubego szkła w oknie ciągnie się mały niebieskawy płomyk. Tymczasem ojciec zdążył wciągnąć oba buty. Żółty mały tałes-kuten5 marszczył się na jego plecach jak świstek papieru ze świętych ksiąg. Obrócił ku mnie brodę i powiedział:

— Wstań. Czas przystąpić do modlitwy.

Sam zaś wsadził ręce do rękawów starego cajgowego chałata i wyszedł z domu.

Niedługo kazał na siebie czekać. Wrócił razem z dwoma małymi Żydami, którzy ze zdziwieniem rozglądali się po obcym mieszkaniu. Ojciec zostawił ich w środku i znowu wyszedł z domu. I tak kilka razy postąpił, aż nasze mieszkanie wypełniło się ludźmi, odzianymi w powszednie, zimne kapoty i ze zmierzwionymi, nieuczesanymi brodami.

Od okna do ściany i od ściany do okna rozchodziło się szybkie mruczenie. Na komodzie i na szafie załamywały się spłaszczone kontury cieni, które przesuwały się również w górę aż pod belkę sufitową. Jakby im za ciasno było w izbie.

Matka ze swoją ławeczką przysunęła się do pieca. Józia od czasu do czasu stawała w otwartych drzwiach z wiązką drewna w rękach. Wcisnąłem się między zimne kapoty obcych Żydów i bałem się patrzeć tam, gdzie stała Józia. Frędzle od tałesów ciągnęły się i wiły po podłodze niczym białe robaki. Żyd o głodnym głosie rozkołysał się nad stołem i głośno połykał słowa.

Ojciec, który stał u mego wezgłowia położył na moim ramieniu pięć palców i pokazywał mi oczami tekst w modlitewniku:

— No, tu...

Po modlitwie Żydzi zaczęli powoli się rozchodzić. Mocno zabłocone buty nieprzyjemnie człapały po podłodze. Przechodzili obok ławeczki matki i coś tam jej do ucha pomrukiwali.

W pokoju unosił się zatęchły zapach starej waty i zużytych ubrań. Na stole walały się dwa rozrzucone tałesy z pożółkłymi frędzlami. Ojciec spokojnie odwiązał tefilinowe6 wytłuszczone, twarde rzemyki z sinej zimnej ręki.

Ścisła żałoba zwana sziwa7, trwała siedem dni. Mama prawie nie wstawała z ławeczki. Józia skoro tylko uporała się z rąbaniem drzewa i zapaleniem pod fajerkami, również przycupnęła na podnóżku i tak samo jak matka kołysała się i kiwała.

Ciotki, które wieczorem przychodziły pocieszać żałobników, przynosiły ze sobą milczenie śniegu na dworze. Zatrzymywały się w domu jakby na „tymczasem”, na pół sennie. Nie zdejmowały płaszczy. Nie odzywały się słowem. Posiedziały i nie pożegnawszy się ściągały ramiona i szybko opuszczały pokój, wracały do swoich domów, w których nikt nie umarł i w których nikt nie odsiaduje żałoby.

Tylko dwaj wujowie dali o sobie znać. Wuj Szmuel z rozbieganymi rękami nie mógł wybaczyć Mojsze, że ten „wziął i umarł”. Drugi, Ben-Cijon, ciągle wycierał swoje pulchne rączki i nie przestawał wnosić pretensji do Pana Boga:

— Masz pojęcie jaki mróz mamy... Węgiel w cenie złota już jest! Powiadam ja do mojej żony...

Ale w tym miejscu ciotka Noemi przymknęła swoje ciche oczy i trochę pod nosem, modulując głos w sposób charakterystyczny dla osoby zamożnej oświadczyła:

— Ben-Cijonie, a może byśmy już sobie poszli? Co Ben-Cijonie?

Rozdział II

Skończyły się wizyty ludzi, którzy przychodzili pocieszać nas w żałobie. Na komodzie pojawiała się fotografia Mojsze, oprawiona w ramkę. Na tej fotografii Mojsze nie miał już okrągłej twarzy ani wyszczypanych policzków. Na martwym papierze stał chudy młodzieniec o bladej i przerażonej twarzy. Jedna ręka biała, druga czarna. Jakby ją trzymał w gumowej rękawiczce. Patrzył na bok, sztywnym obcym wzrokiem jakby nikogo w tym pokoju nie poznawał.

W owych dniach pokazała się w naszym domu jeszcze jedna fotografia. Nadeszła z Jekatierynosławia, miasta, w którym odbywał służbę w carskim wojsku Lejbke, syn ojca z pierwszego małżeństwa.

Lejbke to człowiek w niczym niepodobny do Mojsze. Zupełnie inny wygląd, zupełnie inna postawa. Wysoki, z ostro przyciętymi wąsikami. Na głowie czapka bez daszka. Szlify i guziki. Siedzi obok stolika. Zacięta twarz. Oczy rozwarte. Wnikliwy wzrok. Jakby z daleka zobaczył nadciągającego w pełnym uzbrojeniu nieprzyjaciela.

Ojciec przysunął bliżej lampkę i zaczął wpatrywać się w fotografię Lejbke. W trakcie oglądania zdjęcia czarna broda ojca rozciągnęła się na dwie części. Na jasną część i na ciemną część. Między jasnością a ciemnością migał koniuszek języka, który ojciec z przejęcia wystawił.

— I co powiesz o moim Lejbke? — przemawiał ojciec do fotografii.

Przesunął zdjęcie trochę do tyłu, potem znowu do siebie:

— Oficer pełną gębą. Dosłużył się za Iwana.

Chciał, żeby jego słowa usłyszała mama, żeby się odezwała i podzieliła jego zdanie, że Lejbke wyrósł na wielkiego człowieka. Mama jednak fotografię zdążyła już obejrzeć wcześniej. Zdążyła się już wypłakać patrząc na zdjęcie swego syna Mojsze. Wytarła nos i westchnęła:

— A mój Mojsze leży w ziemi. Biedaczysko.

Teraz, kiedy tato zapytał, co sądzi o Lejbke, pochyliła tylko głowę, pociągnęła nosem i nic nie powiedziała.

Ojciec nie należał do osób gadatliwych. W jego na pół zaspanych oczach zawsze tkwiła głucha cisza. Nigdy człowiekowi w oczy nie patrzył. Patrzył tylko na usta, jakby nie miał zbytniego zaufania do jego słów. Mama uważała, że jest nieco głuchawy i dlatego mówiła do niego głośniej niż do innych osób. Ojciec lubił przechadzać się po pokoju w ciepłym trykotowym swetrze. Lubił zawsze coś robić w domu. Coś tam naprawiać. To reperował ławeczkę, to nakręcał zegar. Wtem zatrzymał się w środku pokoju, popatrzył na mamę swoimi na pół drzemiącymi oczyma i zawołał:

— Czego krzyczysz? Czym głuchy?

— A co? Nie głuchy jesteś?

Zdecydowanym głosem mama zawyrokowała, że tato jest głuchy i koniec.

Tato podszedł bliżej do mamy, która siedziała na moim łóżku. W jego oczach tliła się niepewność, jaką odczuwamy, kiedy spotykamy człowieka i nie wiemy, czy go znamy czy nie.

— Jakoś dzisiaj mówisz całkiem cicho — powiedział do niej.

— Nic nie mówię, kto twierdzi, że coś mówię?

— Ale przecież coś powiedziałaś.

— Nic nie powiedziałam. Daj spokój!

Tato patrzył na usta mamy. Głucha cisza tląca się w jej oczach pokryła się cieniem. Mama wyglądała teraz na obcą, nietutejszą osobę.

Wtedy tato popatrzył na mnie i powiedział:

— Trzeba do niego napisać list. Do Lejbke, ma się rozumieć. Do Jekatierynosławia trzeba napisać.

Chciał przez to powiedzieć, że gdyby sam umiał pisać, to by jeszcze dzisiaj napisał liścik do Lejbke. Ale z napisaniem listu trzeba się zwrócić do mamy, bo nie ma innego wyjścia, jak tylko zaczekać, aż mama będzie skłonna to uczynić.

Tymczasem ojciec włożył fotografię do szuflady komody, gdzie leżała czysta pościel. Od czasu do czasu, zwłaszcza w wieczory pożegnania soboty, wyjmował z szuflady fotografię — na nowo ją oglądał i na nowo sobie przypominał, że trzeba napisać list do Jekatierynosławia. Ale mama nadal nie była w nastroju do pisania, nadal jeszcze nie miała głowy ani do męża, ani do jego syna Lejbke.

Zima owego roku była długa i ostra. Studnia głębinowa na podwórzu obwieszona była nabrzmiałymi soplami lodu, przypominającymi ciężkie kawałki odlanego szkła. W rynsztokach zamarzły wylane podczas nocy pomyje i inne nieczystości. Kłódka na drzwiach domu srebrzyła się bielą i śliskością. Ściany kuchni, w której spała Józia, błyszczały wieczorem niebieskawo-zielonawą wilgocią. Taka sama wilgoć obsiadła ścianę, przy której stało łóżko ojca. Nie pomógł piecyk z zardzewiałymi, ciągnącymi się aż do belki pod sufitem rurami, który stał w środku pokoju. Nie pomogła glina, którą zapchano wszystkie szpary przy oknie. Nie pomogła nawet wata, która przez całą zimę leżała wilgotna między podwójnymi szybami.

Ojcu to jednak nie przeszkadzało. Spał mocnym snem zmęczonego człowieka. O czwartej nad ranem zaczynał się ruszać, gotów do wstawania. A wstawał tej zimy tak wcześnie, bo zawarł spółkę z pewnym Żydem, który nazywał się Motl Sztroj. Był ów Motl mężczyzną wysokiego wzrostu, z ruchliwym jabłkiem Adama, szpiczastą, rzadką bródką i długimi, cienkimi, ruchliwymi rękami.

W ciągu całego swego życia Motl Sztroj obracał się wśród chłopskich furmanek, obmacywał worki zboża, żuł słomę, wpadał od czasu do czasu do garkuchni Mordechaja na ćwiartkę gęsi i układał w długim, skórzanym portfelu banknoty. Tak długo je układał, aż przyszedł do ojca z propozycją utworzenia wspólnego interesu.

— Tak się składa, że jest do nabycia — oświadczył — duży magazyn słomy. Dobrej słomy.

Motl włożył w interes pieniądze, a mój ojciec doświadczenie i znawstwo przedmiotu. Pieniędzy, jak wiadomo, ojciec nie posiadał. W Nowym Młynie, w tamtej wsi, z której ojciec przybył do miasta, rozciągały się duże rozgrzane pola, otoczone niebieskimi, zaciemnionymi lasami. Chatki w Nowym Młynie były drewniane, prymitywne, złożone z nieheblowanych desek. Dachy kryła słoma, a podłogi ulepione były z gliny. Pożywienie chłopów to zazwyczaj zsiadłe mleko, przechowywane w glinianych garnkach. Płaskie bochenki chleba, wypieczone we własnych piecach, uzupełniały posiłek. Latem wieśniacy kąpali się w rzece, sypiali pod stogiem siana i wpatrywali się w polną dal. Być może właśnie w tej wsi ojciec poznał się na sianie.

I zaczęło się po śmierci Mojsze nowe życie w naszym domu. Życie według nowego porządku.

Noc leżała jeszcze senna na zamarzniętych szybach, kiedy ojciec się budził. Przez zimny, ciemny pokój raz po raz przedzierało się głośne ziewnięcie obudzonego ojca. Obróciłem się twarzą do migocącej błękitem ściany i czekałem z niecierpliwością, aż ojciec postawi nogę na podłodze, bo wtedy stanę się panem całego łóżka. Ojciec jednak czekał na jakiś sygnał, na znak, który by go wyciągnął spod ciepłej pierzyny.

I sygnał się rozległ. Codziennie rano, o tej samej porze, dało się słyszeć stukanie palców w szyby i zachrypnięty od zimna głos:

— Panie kupiec! Panie kupiec?

To wołał stary Mateusz, furman, z którym ojciec jeździł po wsiach, żeby skupować siano u dziedziców. Rozstękał się ojciec ciężko, nim opuścił nogi z łóżka na zimną podłogę. Przekręcił knot w lampie. W czerwonym blasku płomyka, który mrugał jak obudzone nagle oko, ojciec zmagał się z nogą, która od wielu lat przysparzała mu cierpień z powodu niezagojonej rany. Ojciec przykładał do rany szczypior z cebuli, która rosła w glinianym garnku na parapecie naszego okna.

Uporawszy się z nogą, ojciec kilka razy westchnął, ziewnął i dopiero wtedy przypomniał sobie, że na dworze czeka stary Mateusz. Podszedł do drzwi, otworzył je i wpuścił starego do pokoju.

Chłop wszedł do izby. Wysoki, siny na twarzy, odziany w pożółkły, śmierdzący kożuch, z batem w ręku. Wyglądał jak strach na wróble.

Stanął i czekał, aż „pan kupiec” będzie gotów do wyjazdu.

„Pan kupiec” tymczasem umył się nad wiadrem z pomyjami, po czym zaczął się głośno modlić.

Matka wiła się i kręciła na łóżku, niczym robak w piasku.

Wcisnęła głowę w poduszkę i wzdychała:

— Cholerne interesy mojego męża. Nie można zmrużyć oka.

Ojciec jednak nie słyszał tego. Józia, córka bednarza, wystawiła swoją czarną, owczą głowę spod kołdry. Wyciągnęła nagie ręce i leniwym wypoczętym głosem zapytała chłopa:

— Ojczulku, masz syna?

— Jasne, że mam — odpowiedział Mateusz, odwracając twarz ku łóżku Józi.

— A młody ten twój syn?

— Młody. Pewnie, że młody.

— To poślij go tu ojczulku. Nie zapomnij!

— On już ma żonę. Nie potrzebuje drugiej.

— I co z tego, że ma żonę? Ja też mogę nią być.

Ojciec krążył po izbie i głośno odmawiał modlitwę.

Rozmowa Józi z chłopem nakładała się na modlitwę. Łóżko mamy zaczęło głośno skrzypieć:

— Lejzorze! Lejzorze! A może by trochę ciszej?

Ale i tego ojciec nie usłyszał. Zanim zamknął za sobą drzwi, matka nieraz obróciła się w łóżku i nieraz wspominała pierwszego męża, u którego w domu klamki przy drzwiach były z mosiądzu.

Po wyjściu ojca z domu, zaległa uspokajająca cisza. Taka jaka nastaje po przejeździe wozu po kocich łbach. Lampka dalej się paliła. Matka po raz ostatni westchnęła z ulgą. Ja zaś w półśnie słyszałem:

— Młody? Przyślij go tu ojczulku...

Domyśliłem się, o co Józi chodzi. Stanął mi przed oczami ów wieczór, kiedy Józia zaczęła mnie ogrzewać. Od tego wieczoru minęło już sporo czasu. Wyglądało na to, że Józia całkiem zapomniała o mnie. Wiele razy wracałem do domu, zesztywniały niemal od chłodu. Wracałem, kiedy w domu nie było ani ojca, ani matki, a Józia siedziała sama przy stole w kuchni i nieruchomymi oczyma wpatrywała się w drżący płomyczek lampy. Musiałem sam wykaraskać się z szarego, żołnierskiego baszłyku8. Sam musiałem poszukać sobie na płycie cośkolwiek do jedzenia. Nawet łóżko musiałem sam ścielić, Józia nie zauważała mnie.

Pewnego razu jednak i chyba był to ostatni raz, Józia przywołała mnie do siebie:

— Podejdź no, mały — powiedziała i odwracając oczy od lampki, ustawiła mnie wśród fałdów swojej barchanowej sukni. Przechyliła swoją twarz do mojej i otarłszy swój nos o mój, ochrypłym głosem zapytała:

— Opowiedziałeś matce?

— Nie. Nic nie powiedziałem.

— Na pewno?

— Na pewno!

— Przysięgnij!

— Żebym tak żył!

Moja twarz znalazła się w jej obu rękach.

— Chcesz, żebym cię pocałowała?

Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Znowu zrobiło mi się ciasno.

— Chcesz tak jak wtedy? Tak?

Nie czekając na moją odpowiedź raptem przykręciła knot w lampie. W ciemności szybko ściągnęła ze mnie ubranie. Zrozumiałem, że mam się cicho zachowywać.

— Tu, u mnie będzie ci ciepło.

Głos Józi stał się bardziej ochrypły i ręce jej bardziej ciepłe.

— Chodź tu mały. Dzisiaj po raz ostatni. Wyprowadzam się bowiem od was. Nie opowiedziałeś matce?

— Nie... — powiedziałem zdławionym głosem, z twarzą przytuloną do jej ciała.

— Twoja matka kazała mi się wyprowadzić. Na pewno jej nic nie powiedziałeś?

— Na pewno!

— To dlaczego matka każe mi się wyprowadzić?

— Nie wiem.

Więcej nie mogłem mówić. Moje ciało płonęło. Ostry ból przenikał mnie od głowy do nóg.

— Nie gryź — krzyknęła. I śmiejąc się, przysunęła wargi do moich:

— Cha, cha... jesteś już duży. Całkiem duży...

Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się dzieje, ale pragnąłem, żeby ból, który odczuwałem trwał jak najdłużej.

I nagle powstała we mnie pustka. Taka próżnia. Coś ze mnie odeszło. Coś zostało ode mnie odjęte. W sercu czułem żar. Wydawało mi się, że wycięto mi z ciała kawałek żywego mięsa.

— Czemu płaczesz, głupi cielaku? Taki duży chłopak już nie płacze. Ano, podejdź, chodź tu, psiaku jeden...

Zacisnąłem zęby. Wyrwałem się z jej rąk i stoczyłem się z łóżka na podłogę. Dopiero wtedy rozpłakałem się na dobre.

Józia z powrotem odkręciła knot w lampie i zrobiło się jaśniej. Jej owcza głowa stała się dwa razy większa niż zwykle. Rozwichrzona, rozchełstana i zmieszana stała nade mną i szybko wciągała na siebie barchanową kieckę. Niecierpliwie wiązała wstążki sukni i rzuciła w ciemną przestrzeń pokoju:

— Więcej nie będę się z tobą bawiła. Jesteś jeszcze głupi szczylek. Ale uważaj, jeśli komuś powiesz... — pogroziła pięścią.

Drżałem ze strachu i kiwnąłem głową na znak, że nikomu nie powiem. Mama późno wróciła do domu. Nie byłem w stanie zjeść kolacji. Matka widocznie miała własne kłopoty, bo nie zapytała nawet, dlaczego nie chcę jeść. Prawie, że mnie nie dostrzegała. Na fajerkach kuchni stały zimne, puste garnki.

Ojciec wrócił jeszcze później. W połach płaszcza przyniósł do domu zacinający wiatr. Długo mocował się ze ściągnięciem butów. Miał przy tym wykrzywioną twarz i głośno wzdychał.

We mnie płacz jeszcze nie przebrzmiał. Matka, zdaje się, coś zauważyła. Przysiadła się do mnie na łóżku. W półśnie, w jakim już trwałem, usłyszałem, jak powiedziała do ojca:

— Zdaje się, że Mendel ma gorączkę.

— Gorączkę? — powtórzył ojciec, nie przestając się mocować z butami.

— Kiedy ma się gorączkę, to znak, że chory... Podaj mi szczypior.

Więcej już nie słyszałem, ale kiedy ojciec wlazł do łóżka, obudziłem się i obróciłem twarzą do ściany. Bałem się, że ojciec odczuje zmianę, jaka zaszła w moim ciele.

Rozdział III

To, że mama owego wieczoru niczego nie zauważyła i nawet nie zapytała mnie, dlaczego nie chcę jeść, miało widocznie swoją przyczynę. Pomyślałem, że mama była zaabsorbowana poważnym kłopotem. Mówiły o tym wyraźnie jej zamknięte usta i oczy, w których tlił się niepokój i niepewność.

Miałem rację, później kłopot mamy wypłynął na powierzchnię, tak jak oliwa na wodę.

Na dworze padał śnieg. Tego wieczoru ojciec przyszedł do domu wcześniej niż zwykle. Wszedł do mieszkania obrosły pulchną bielą śniegu. Wyglądał jak pierzyna. Na brodzie, na wąsach, na zmarszczkach pluszowej czapki i na obu ramionach leżały grudki śniegu.

Matki nie było w domu. Od śmierci Mojsze nie mogła usiedzieć w domu. Dniami i wieczorami przesiadywała u sąsiadki albo u cioci Miriam, którym bez przerwy opowiadała o cudownych zaletach syna.

Otóż owego zimowego wieczora, kiedy ojciec wrócił wcześniej do domu i zastał w kuchni puste, zimne garnki i mnie, który dopiero co przyszedłem z chederu i nie zdążyłem jeszcze uwolnić się od żołnierskiego baszłyka, powiódł oczami po ciemnych i wilgotnych ścianach, po Józi, która klęczała przy otwartym kuferku. Mimo zmęczenia jakby otrzeźwiał i suchym głosem zapytał:

— A gdzie się podziała moja żona?

— Pani Frymet nie ma w domu — odpowiedziała Józia.

— Że jej nie ma, sam widzę. Dokąd jednak poszła?

— Nie powiedziała mi.

— A może jednak jest tu gdzieś?

— Nie, jeszcze rano wyszła z domu.

— Jeszcze rano? Dokąd mogła pójść?

— Skąd mogę wiedzieć — odpowiedziała ze złością Józia.

Ojciec machnął ręką i zaczął zdejmować płaszcz.

— A ty, Mendel, dopiero co wróciłeś z chederu?

— Tak.

— Jadłeś już coś?

— Nie. Jeszcze nie.

— Jesteś głodny?

— Niespecjalnie.

— A gdzie mama?

— Zapewne u ciotki Miriam.

— A może byś tam pobiegł?

Drobnostka. Ciotka Miriam mieszka na drugim krańcu miasta, przy koszernych jatkach. Żeby się tam dostać, trzeba było najpierw przejść przez okrągły rynek, przez uliczkę Szewców, ulicę Warszawską i dopiero przy gojowskim szpitalu wyjść naprzeciw domu ciotki.

Ale do ciotki Miriam zawsze chodziłem chętnie.

Mieszkała w samotnie stojącym drewnianym domku, objętym z czterech stron świata wiatrem i niebem. Podłoga w domku ciotki była żółta, myła ją bowiem trzy razy na tydzień. Na ścianach błyszczały miedziane brytfanny. Szklany kredens zawsze pełen był czterofuntowych bochenków chleba, suszonych farfelków9 i starego pińczowskiego sera. Stał otworem dla wszystkich, którzy przychodzili do ciotki w odwiedziny.

Nic dziwnego więc, że znowu zawiązałem żołnierski baszłyk i wyruszyłem w drogę do ciotki Miriam.

Na dworze leżały zaspy świeżego śniegu. Szedłem krokiem cichym i spokojnym. Jak człowiek, który boi się obudzić ciężko chorego.

Miałem pójść przez uliczkę Szewców. Tam jednak chodnik był wąski i kręty. Po jednej stronie niskie daszki nad pochylonymi, pojedynczymi domkami, po drugiej stronie ogołocone kamienie z ogromnymi kawałkami wapna.

W tej kamienicy, w małym mieszkaniu z czerwonymi drzwiami, mieszkała Dobrele, kobieta, która wróciła z Buenos Aires. Miała twarz okrągłą, żeby tak rzec, koszerną, mleczną. Zawsze nosiła czarny, z szerokim rondem kapelusz. O Dobrele opowiadano, że po powrocie z Argentyny stała się kobietą pobożną. Myje ręce i odmawia błogosławieństwo nad każdym piorunem. Panowie dziedzicowie zjeżdżają do niej w karetach, a kiedy idzie z nimi do łóżka, to odmawia Krias Szma10. Dobrele jednak miała oko na chłopców z chederu. Kiedy nastaje wieczór, a karety z dziedzicami nie zajeżdżają pod jej dom, Dobrele wychodzi z domu, staje w drzwiach i wciąga chłopców chederowych do mieszkania, gdzie odmawia z nimi Krias Szma.

Uznałem za stosowne ominąć dziś uliczkę Szewców i pójść dłuższą ulicą: Spacerową. Tu śnieg padał ciszej i tu był bardziej niebieski niż na okrągłym rynku. Przy wąskim, strzelistym niemieckim zborze, który stanął właśnie tu wśród sadów i ogrodów, zobaczyłem człowieka, który klęcząc z pochyloną twarzą ku śnieżnej ziemi, nieustannie się żegnał znakiem krzyża.

Do ciotki Miriam było jeszcze daleko. Przed moimi oczyma wyrósł nagle budynek ogrodzony wysokim, murowanym parkanem. Było to więzienie. Przed parkanem paradował tam i z powrotem żołnierz w kożuchu, z karabinem na ramieniu. Nie wolno przechodzić blisko niego. Trzeba przejść na drugą stronę. Stąd droga wiedzie przez ulicę Więzienną, a za nią dopiero ciągnie się ulica Warszawska.

Idę dobrze. Droga do ciotki Miriam jest mi dobrze znana. Oto jest już szynk Szymszona-Szlomy. Dalej pod górę wznosi się szeroka cerkiew. Tam powinna się znajdować czerwona, drewniana budka, w której strażnicy grzeją sobie przemarznięte ręce.

Jakoś tej budki nie widzę. Czy dlatego, że śnieg prószy w twarz? Ale oto zauważyłem, jak prosto na mnie wali jakaś wysoka, rozrosła postać, która śpiewa. Czy to nie dziwne? Jak można śpiewać, kiedy śnieg smaga twarz? Okazuje się, że nikt nie śpiewa. To tylko ja stoję przed długą obłupaną kamienicą. Nic innego tylko to, że wlazłem w uliczkę Szewców i posuwam się wzdłuż muru. W tej kamienicy znajduje się mieszkanie Dobrele, która ma mleczną, okrągłą twarz.

Wtem spostrzegam, że to wcale nie ten mur. To parkan gojskiego szpitala. Stąd już blisko do mieszkania ciotki Miriam. To chyba już w tym domku. To te dwa znane mi jasne okna. Ale nie widzę wcale drewnianego ganku, który normalnie przylepiony jest do jej domu, jak dziecko do fartucha matki. Nie widzę też okrągłej studni głębinowej.

Słyszę dźwięk dzwonka i przed moją twarzą przemykają sanie.

— Chłopczyku, chłopczyku, dokąd idziesz? Chłopczyku, chłopczyku, gdzie ty stoisz?

Nie wiem, kto mnie woła. Nie wiem, skąd dochodzi mnie głos. Czy z sań, czy z domu cioci Miriam. A może — przychodzi mi na myśl — to Mordechaj Wariat, zwany Hoke, który ma zwyczaj łapać za ucho i wyśpiewywać:

— Chłopczyku, chłopczyku, dokąd idziesz? Chłopczyku, chłopczyku, gdzie ty stoisz?

A ja właśnie stoję... nie, chyba jednak leżę... jest miękko, ciepło, swędzi w nosie, powieki zrobiły się takie ciężkie. Tak, leżę twarzą do pleców ojca i wcale nie czuję teraz zapachu jego owłosionego ciała. Czuję zupełnie inny. Jest to zapach dolatujący od koszernych jatek w piątek. Ale dzisiaj nie jest przecież piątek. To ja dobrze wiem. Wiem też, że ojciec jest głodny... dziwi to mnie... przecież śpi, nie może we śnie odczuwać głodu.

Końca już nie potrafiłem się domyślić. Wokół mnie było niebiesko i gorąco. Leżałem zakopany na wysokim łóżku, opatulony w pierzynę i w poduszki. W mieszkaniu unosił się mocny zapach żelazek do prasowania. Nade mną pochyliła się głowa w nocnym czepku.

— Zażyj — powiedział „czepek” i wepchnął mi w usta drewnianą łyżkę z mlekiem migdałowym wraz z magnezją — to ci pomoże. Gorączka spadnie.

U moich nóg na łóżku majaczyła podobna do krzyża postać chudego Żyda z małą białą bródką. Miał na sobie rozpiętą kamizelkę. W ustach trzymał białą nitkę podobną do cienkiego żywego robaczka. Z ramienia zwisał mu centymetr krawiecki, zielony z czarnymi kropkami. Wyglądał jak wąż wynurzający się z rękawa. Żyd z przeciągniętej między zębami nitki odgryzał małe kawałeczki i wypluwając je mruczał:

— Zażyj, zażyj! Masz pojęcie... w taką zawieruchę wysyłać dziecko!

Okazuje się, że jestem nie u cioci Miriam, ale u dziadków. Stara zapadła twarz, która wpycha mi w usta drewnianą łyżkę, to właśnie babcia Rachela. Ta sama babcia, która wyrzucała mojej mamie, że nie dba o własne dzieci.

Pracowita babcia w dzień, a i często w nocy, siedziała na drewnianym kuferku i zerkając przez jedno szkiełko swoich drucianych okularów, wyszywała czepki z białego twardego muślinu dla starych pobożnych kobiet. Stojący u moich stóp przy łóżku Żyd, to właśnie mój dziadek, Dawid Frojke, krawiec. Nosił długą czarną pelerynę, sztywny żółty kapelusz i lubił zaglądać do kieliszka, a w sobotnie wieczory wpadać do „koleżki” na całonocną grę w karty. Co by jednak nie powiedzieć, dziadkiem był dobrym. Odwiedziny u niego należały do wielkich przyjemności. Był co prawda tylko krawcem, ale zupełnie innym niż pozostali ludzie jego profesji. Nie przyjmował do szycia ani kapot, ani marynarek, ani spodni. Szył wyłącznie mundurki dla uczniów rosyjskiego gimnazjum. Takie krótkie mundurki granatowe ze srebrnymi guzikami.

Nitkę fastrygową11 przeciągał przez żółte kawałki wosku. Siedział zwykle na wysokim taborecie. Jedną nogę zakładał na drugą i szyjąc podśpiewywał sobie:

W sosze leży błogosławieństwo

Prawdziwe szczęście życia.

A kiedy „socha” obrzydła mu, zdejmował prawą nogę z lewej, brał nową nitkę, przeciągał przez wosk i rozśpiewywał się na nową nutę z nowymi słowami:

Piękne jesteś moje życie jak to szczere złoto.

Kogom rzucił, tegom rzucił, ale ciebie zawsze chciałem.

Na to babcia Rachela siedząca na kuferku spoglądała na niego przez szkiełko drucianych okularów i gniewnym, nieprzyjaznym głosem wołała: