Gusła (tomik)

[Dedykacja]

Dusowi

Gusła, I

Kwiecień

Gotuje się żywica —

Piekło, piekło zielone!

Ptaki jak kamień z procy

Furkocą oślepione.

Jeleń wbiegł na polanę,

Rogi podniósł, przystanął —

Goni wzrokiem po niebie,

Łanię, łanię nieznaną.

Wiosna

Ptaki oszalały...

Na piersi młodych brzóz kładły rogi jelenie,

Nieba łaknące zieleni,

Chrapy spocone im drżały.

Tryskały z drzew liście i soki.

Pijane chodziły zwierzęta i obłoki.

Na wyrębach pod słońcem dziwy — mgły liliowe.

Aż trzaskały z zachwytu kory po gąszczach zdrowe.

Wagary

Patrzaj, przyjacielu, staw się kołysze

Na wiosnę tak gwałtownie, jesienią smutniej, ciszej.

Przyszło tu dużo chłopców i odwiązało łódkę —

Żebym to ja tak łatwo przepłynąć mógł po smutku.

W tym białym, ciasnym domu chodzą różni panowie.

Rysują coś na tablicach, mówią słowo po słowie.

W mądrości swej okrutnej nie spojrzą nawet w okno,

Jak drzewa potargane pod srebrnym deszczem mokną.

Tak ich to mało wzrusza i tak im wszystko jedno,

Czy liście są zielone, czy oczy smutkiem więdną.

Ja nigdy ich nie pojmę i chyba nie zrozumiem,

A oni mnie — to trudno — za mało widać umiem.

O, patrzaj, przyjacielu, przez ciężkich chmur szeregi

Nalewa mnie radością słońce po same brzegi.

Zachęta do ucieczki

Tadeuszowi Wiśniewskiemu

Miło jest, przyjacielu, wyjechać wiosną,

Porzucić wszystkie nauki i tomy przeróżnych książek.

Do Białowieży, przyjacielu, albo do Galicji Wschodniej,

Patrzeć, jak słońce szpera wśród liści, i jak trawy zielone rosną.

Będziem czuli, jak mądrze i pogodnie

Urządzony jest świat. (Choć jest dużo smutku,

Ale to krótko trwa i po cichutku,

Przyjacielu). Łąki przed nami, lasy i łąki, i łąki.

I chłopi. I romantyczne wykrzykniki — skowronki.

Będziesz zbierał mchy do swych zielników,

Słońce jak miód gorące, jak miód wonne.

Ja tego nie umiem.

Nawet do gazet pisać nie będę mógł, bo nie mam jeszcze czytelników.

Tak dobrze iść z odkrytą głową i mieć włosy zaprószone niebem.

To może największe szczęście.

Ja wiem dobrze, przyjacielu, że dla ciebie

Druty i domy są złe, męczący jest pobyt w mieście.

Ciche są gąszcze i polanki, na prawo różowe błękity.

Serdeczniejsze od ludzkich rąk są drzew gałęzie,

Gdzie ptak srebrem wypryska i więźnie,

I jesionów ukochanych stalagmity.

Rzućmy miasto. Porzućmy zajęcia wszystkie:

Ty — foliały1 naukowych ksiąg, teksty łacińskie,

Ja — moje powieści niedokończone, Platona2 i Chestertona3.

Pójdź, zobaczymy, czy naprawdę jaskółki

Barwione są barwą nieba.

Przyjacielu, wyjechać daleko, uciekać trzeba.

Wakacje

Pod oknem twym, przyjacielu, rozlało się morze zielone,

Na oczy nam spływa, na myśli postrzępione,

Taką dalą łagodnych, jedwabnych czółen

Płynie bez końca pod zieloną bramę

Melancholii — którą prawie wszyscy znamy,

Którą ja też kiedyś czułem.

To wszystko takie proste.

W zimie jest biało, a lato jest zielone.

Zawsze trzeba mieć oczy przymrużone

I być zmęczonym na wiosnę.

Wszystko mnie już znużyło, tak jakbym nic nie czuł.

A jednak, przyjacielu, nad złote księgi Eneidy4

Wyżej stawiam jeden czerwcowy, letni wieczór.

Wieś

Wypędzili z raju aniołowie

Ludzi, ptaki i strwożone sarny,

Zamiast ambrozji słodkiej i złotej

Krowie mleko nam dali i chleb czarny.

Początek jesieni

Jabłka na drzewach tańczą.

Szum wznosi się i odchodzi.

Słońce nagle przygrzeje,

Wiatr się zerwie — ochłodzi.

Uśmiecham się. W uśmiechu

Jest cała prawda smutku.

Ale nikt, nikt nie widzi,

Jak płaczę po cichutku.

I tylko popętane,

Na wielkich łąkach konie,

Też troskę mają w oczach

I liżą moje dłonie.

Przestrzenie, o przestrzenie!

Jesieni niepojęta —

Owoce i obłoki,

Samotność i zwierzęta.

Pejzaż

Chaty nad wodę zbiegły.

Woda widna i cicha.

Plebania na fali w lipach,

Przybiera kolory cegły.

Stóg siana poprzez zagrodę

Rzuca się w rzekę rudy,

Tulą w nim mordy krowy,

Rogi kładąc na wodę.

Drogą błądzi Demeter5,

Pełna trwogi i smutku:

Tylko ślady zostały —

Białe astry w ogródku...

Dzieciństwo

Wpatrzony w matczyne oczy,

Obejmowałem was z całych sił,

Dni, rozcinane skrzydłami wiatraków,

I owijałem się w krajobraz wasz,

Kładąc na twarz

Koronkę lecących ptaków.

Gusła, II

Gusła6 nad źródłem

Leonowi Pomirowskiemu

Wiatr z góry przypadł, pod wodę wionął,

Na dnie poruszył śpiewne wrzeciono...

Idę nad mową niewysłowioną,

Jasną po wierzchu, spodem zieloną.

Pod mchy brodate, pod pniów7 wykroty8,

Pod moje stopy podpływa potok,

Na koło swoje, w swoje obroty,

Chwyta, nawija moje tęsknoty.

Płynie pod słońce, wpada pod ziemię,

W skarpach cienistych płucze korzenie...

Wołam nań długim, czystym imieniem:

Źródło zaklęte, moje natchnienie!

Nigdy, do końca dni nie opowiem,

Że tutaj płyniesz, nie znajdę w słowie,

Żeś moje szczęście, żeś moje zdrowie

I białopienna brzoza w mej mowie!

Choćbym ci wszystko we mnie zaprzysiągł,

Wierność do śmierci, miłość na dzisiaj,

Choćbym przystanął, nad tobą przysiadł —

Źródło zaklęte, ty będziesz ciszą!

Chociażbym gusła czynił nad tonią,

Zaklinał wodę i sięgał po nią,

Słowa twojego nie schwytam dłonią,

Choć tak jest blisko, pluska pod skronią...

Dokądże, pokąd9, po jakich stronach

Będziesz mnie wiodła, nim cię przekonam,

Nim cię namówię, jasnozieloną?

Niewymówiona, niewysłowiona!

Rozmowa o Norwidzie

Mówiono o Norwidzie, oprawnym we wstążki,

W złoconych rogach lśniącym na stole w salonie.

Rzekł ktoś, do kart niechętnie przybliżając dłonie:

— Wszystko jest tu niejasne, wolę proste książki.

I dalej się o wierszach toczyła rozmowa:

Jedni ganili ciemność, inni — zdań zawiłość,

Czy w wierszu jest prawdziwa, czy udana miłość?

Najpiękniejsza poezja — to są zwykłe słowa...

Nagle wiatr rozwarł okno i woń przywiał z alej,

Wszedł wieczór, za nim niebo różowe od chłodu.

Ktoś cisnął białą różę między nich z ogrodu.

Umilkli, obrażeni, — i mówiono dalej.

Skrzydło niewidzialne

Lądy, wody, obrazy, słońca i obłoki,

Imiona i zdarzenia, ludzie i miłości,

Noc, co nas topi w sobie i dławi w ciemności,

Dzień jak dłoń twoja jasny, jak wiara wysoki —

Mijają. Płyną przez nas źródłem niepojętem10

Istnienia wiecznej ciszy i zgiełku tej ziemi,

Która w nas się rozpływa jak zapach w przestrzeni,

Zostawiając nam serca puste i zamknięte.

Niesyte niczym, smocze są piersi oddechy,

Ducha ślepe przepaście, co drżą w naszych głosach —

Odbijamy je tylko jak w lustrze, w niebiosach,

Podnosząc swe zasługi, a tłumacząc grzechy.

Jest chwila, gdy w płynącej poprzez nas kaskadzie

Czujemy nagle skrzydło, które nas owiewa

Wonią mocniejszą stokroć nad woń ziół i drzewa —

Wynosi niewidzialne i przed Bogiem kładzie.

Słowacki

Gdy z ziemi cudzej wreszcie dobyty,

Przypłyniesz ku nam rzecznym korytem,

Na progu staniesz, swoich przywitasz —

Na pewno wtedy będziesz się pytał:

Jakżeście żyli, jakże się działo,

Gdy z każdej miedzy w oczy wam wiało,

Lęk nieustanny, niepokój miałem,

Czy w domu wszystko, czy w domu cało?

Kiedym was odbiegł, chodziłem wokół

Po różnych krajach z płomieniem w oku,

Nie mogłem spocząć, powstrzymać kroków,

Jednego tylko tęskny widoku.

Gdy ku domowi zwracałem głowę,

Widziałem nad nim chmury gradowe,

Zwały kraczące, ciemno-wiorstowe11...

Chciałem je moim odpędzić słowem!

Chciałem wam chociaż z daleka pomóc —

Biegłem naprzeciw gońcom hiobowym12,

Z chmurą, stuwichrem przy blaskach gromu

Walczyłem w barwach naszego domu.

Myślałem błędny, że ktoś z domowych

Podsłucha moje z sobą rozmowy,

Niedomówione słowa podpowie,

Wichry, sny czarne zdejmie mi z powiek.

Cudowną wodę rodzinnych dolin

Do ust przyłoży, z czarów wyzwoli,

Że wyprowadzi z zaklętych stolic

Na drogi dobrze znanych okolic.

Tam mi doręczy zielę nad zioła,

Przed którym nic się oprzeć nie zdoła...

Daremniem czekał... W kredowe koła

Wdarł się sen wielki, sen mnie pokonał.

I śniło mi się, że gdy grom zamilkł,

Przyszli mnie szukać, idąc śladami,

Że wracam wreszcie godzić się z wami,

Odnaleziony między słowami...

I w wieczność moją, w mój sen głęboki

Wbiegły wiślane szepty, potoki,

I sam widziałem moje obłoki

Odbite w wodzie — trudy wysokie.

Do poety

Czymże są wobec niebios i ciemnych otchłani

Nasze piekła znajome, nad którymi smutni,

Rozpinamy pożółkłe nieba dźwiękiem lutni,

By je rzucać, z tęsknoty za ziemią, — spłakani?

O, czym jest miłość nasza, wieczny serca połów,

Klęski, odwroty mądre, zwątpienia i burze,

Wobec mocy wichury, rozpętanej w górze,

A cichej i pokornej pod stopą aniołów?

Jak kielichem z dna świata, tak czerpiemy słowem

Mądrość, co serca poi wyniosłą rozpaczą —

A jeśli nasze słowa tylko tu coś znaczą,

Jeśli dla nieba mamy nieznajomą mowę?

O, poeto natchniony! pod statuą lśniącą

Schylony i bijący w struny z całej mocy,

Lutnię srebrną i czarną, podobną do nocy,

Gdy odkładasz zmęczony, pomódl się gorąco.

Zaślubiny

Napracujesz się, pot z czoła zetrzesz,

Wyprostujesz grzbiet — niech stygnie.

Stoi dom twój, ściana przy ścianie,

Już pod dachem, już się wydźwignął.

Brzoza schyla się, w okna zagląda,

Trze się listek o listek na drzewie;

A tyś stanął, ważysz coś w myślach,

Oczyś zamknął i patrzysz w siebie.

Kogóż, kogóż w dom ten wprowadzę?

Któż to stanie przy moim boku? —

Aby godnie było, jak najlepiej:

Kwiaty w oknie, a we mnie spokój.

Któż tak mocno do siebie przywiąże

I na palec serdeczny da pierścień? —

Aby ściany te nami wypełnić,

Wszystkie kąty wypełnić szczęściem.

Będziesz czekał, krzątał się, troskał,

Sprzętom miejsca bez końca wyznaczał,

I podkowę przybijesz u progu:

Może przyjdzie, może zobaczy?

Wtedy wszystko niech weźmie ze mnie,

Z bioder moich — ziarno me — dziecię,

Całą własność, która mi dana:

Jedno serce i palców dziesięć.

I ołtarzyk postawisz przy drodze,

Drzwi otworzysz na wiatr, na przestrzał —

Drzewa wzrosną, widok zagęstwią,

Głowę zwiesisz, siądziesz u wejścia.

Zakołuje niebo nad tobą.

Płomyk chwiejny na czoło spadnie!

Staniesz w ogniu, ogień zaprószysz,

I od ciebie dom twój się zajmie!

Stleją ściany, sprzęty najdroższe,

A ty z ogniem będziesz się żenił.

Zostaniecie tylko we dwoje:

Bóg na niebie i ty na ziemi.

Na lipę czarnoleską

Wonna lipa czarnoleska,

Gęsto niebem przetykana,

Pyszna w gwarze i królewska —

Oto lutnia mistrza Jana,

Lira, której miodu siła,

Na trzy wieki Polskę spiła.

Z drzewa prostego ciosana,

Jak drzewo ssała u szczytu,

Z bożego pełnego dzbana

Wyniosłą mądrość błękitu, —

By między życiem a śpiewem,

Nie rozdzielać ziemi z niebem.

Dzisiaj, przed zgiełkiem i gwarem,

Pozwól skryć się, o lutnisto,

Pod owej pieśni konarem,

Jak pod lipą rozłożystą,

Gdzie ptak dzwoni w nocnym chłodzie,

Księżyc rogiem chmury bodzie.

Tu pod niebo rosną wieńce,

Ponad wielką pustkę miasta,

Struna sama idzie w ręce,