Miasta umarłe

Miasta umarłe

(1910)

Wśród ludzi żywych podróżowałem, a jednak piszę: „miasta umarłe”, tak dalece wszystko, o czym tutaj chcę opowiedzieć, różne jest od tego, co dzisiaj przywykliśmy życiem nazywać...

A to jest zabawne, że wybrałem się właściwie do miasta żywego, do najżywszego owszem pono1, jakie jest na świecie. Miałem jechać do Paryża. Ten zamiar zresztą powtarza się u mnie co roku od lat już jedenastu, to jest od ostatniej mojej w metropolii świata bytności. I zawsze utykam gdzieś po drodze, zawsze skręcam kędyś na południe — ku miastom słonecznym, ku wybrzeżom morza błękitnym, ku Rzymowi memu ukochanemu, albo na śnieżne wyżyny Alp.

Nie wiem sam, przez co się to dzieje, że do Paryża dojechać nie mogę. Zohydziły mi go może chwalby przesadne a płytkie, sławiące w zewnętrznym, ruchliwym życiu jego szczyt kultury i cywilizacji — zbrzydziła mi go ta zgraja pismaków wszelakiej narodowości, co jedzie tam niby po rozkwit ducha najwyższy, a wraca — wedle przysłowia — po dawnemu owsem, zachwycając się jeno2 kabaretami i nocnym ruchem po bulwarowych kawiarniach.

Wiem, że miasto, naprawdę wielkie i duchem potężne, temu nie winne, lecz ci raczej, co niczego więcej dojrzeć w nim nie umieją — wiem, że krzywdę mu wyrządzam, przenosząc nań mimowolnie tę niechęć do nadętych a marnych szumowin ludzkich europejskiej niby-kultury — ale ostatecznie, przyznając Paryżowi wszystko, spieszę doń tak, jak się spieszy do pięknej, mądrej i światowej, ale nie nazbyt kochanej kobiety.

I teraz, gdym około Nowego Roku z Krakowa wyruszył, miasto3 w dwa dni stanąć u zamierzonego celu podróży, wlokłem się dyszlem rzemiennym i okolami przez różne kraje, zgoła nie po drodze leżące, aż po czterech blisko miesiącach o brzeg Adriatyku się oparłem i nie zawadziwszy nawet o Paryż, powróciłem do domu, ażeby patrzeć, jak się z wiosną nasze jabłonie po wiejskich sadach rozwijają...

...W Pradze czeskiej zatrzymałem się naprzód. Trochę dla jakichś niby interesów literackich, dla proponowanego mi wystawienia w teatrze miejskim którejś z moich sztuk, co zresztą nie doszło do skutku, a więcej po to, aby patrzeć na stary Hradczyn4, tam za mostem, po drugiej stronie Wełtawy, ażeby szukać około w ziemię osiadłego żydowskiego ratusza strzępów ostatnich miasta odwiecznego, co ustępuje coraz więcej miejsca rozrastającym się nowym, banalnym wielkomiejskim ulicom... A potem, po paru dniach, pojechałem dalej, na drugą stronę czeskich gór, do Norymbergi.

Zimny, oślizgły, uporczywy deszcz padał na gładko asfaltowane ulice, robiąc z nich szarosine zwierciadła starym domom, pełnym nowożytnych magazynów i restauracji.

Nie lubię tego miasta. W dżdżystej niepogodzie styczniowej jeszcze przykrzejsze wywarło na mnie wrażenie niż kiedy indziej. Pełne jest cudów i skarbów przedziwnych. Są place, i domy, i baszty, i kościoły, ołtarze w kościołach i rzeźby w ołtarzach, przed którymi staje się w rozmodleniu, nie tym jasnym wprawdzie i słonecznym, które tam na Południu, w rzymskich ruinach i krużgankach renesansu człeka porywa, lecz w jakimś skupionym, zadumanym, gotyckim, rzec by się chciało, rozmodleniu, co smutkiem surowym rozmarza i przytłacza aż chwilami... Ale tylko wtedy i na krótko zapomina się o gwarnych zwierciadlanych kawiarniach, forsownie w stare mury wciśniętych, o szacownych wiekiem domostwach, przerobionych — „z zachowaniem charakteru” — na hotele różne dla przejezdnej gawiedzi, bedekerowskich5 turystów i komiwojażerów, i o tych budynkach, nierzadko z betonu i żelaza wczoraj wzniesionych, co kłamią wieki swym kształtem pretensjonalnym a nieudolnym, aby się oczom gości z Berlina wydać braćmi tych przecudnie ręką człeka i czasu rzezanych siedzib dawnych mieszczańskich...

Dość głowę niebacznie odwrócić, a rzeczywistość narzuca się oczom. Widzi się, jak niewielu ruinom pozwolono zostać ruinami, jak łatano stare natchnienia nowożytnym przemysłem, jak sztukowano ulice na pokaz, a przede wszystkim jak ludzie, co po nich krążą, strasznie są niepodobni do tych, którzy tu niegdyś chodzić musieli.

W Rzymie na Trastevere6, około ruin, na targach i pod cyprysami ogrodów spotyka się często człeka w płaszcz wyszarzany jak w togę owiniętego albo kobietę czarnooką z dzbankiem wody na ramieniu, co żywcem oczom wskrzesza przeszłość minioną i dziwnie się z otoczeniem zestraja; w zaśmieconej plewą tłustych podróżników europejskich Wenecji zobaczy się nierzadko postać przypominającą dawny, dumny patrycjat, widzi się po largach7 odleglejszych życie niewiele różne od tego, co niegdyś tu przed wiekami tętniło, i pieśń nieraz za kilka miedziaków śpiewana brzmi podobnie jak za czasów dawnej Rzeczypospolitej...

W Norymberdze nic z tego wszystkiego. Genius loci8 odleciał gdzieś; została niemal tylko skorupa. Ludzie są obcy temu, co ich otacza, dzisiejsi, tacy jak wszędzie. I dlatego właśnie Norymberga robi na mnie wrażenie aktora, który się ubrał na scenę w zbroję może nawet oryginalną, dołatawszy jeno części stracone kawałkami blachy cynkowej, dla pobieżnych widzów z krzeseł dobrze oryginał naśladującymi, i myśląc o czym innym, śpiewa za pieniądze dla uciechy gawiedzi rycerską balladę...

Uciekłem stąd rychło do Berna szwajcarskiego, tłumacząc sobie, że pora jest jeszcze nazbyt zimowa, aby jechać wprost do Paryża.

W Bernie czekał na mnie gość niespodziany i dawno już ostawiony9, który mnie napadł i na dłuższy czas zatrzymał. Napadły mnie lata moje młode. Wyjrzały na mnie gdzieś zza węgła starego domu, wionęły z wiatrem od Alp, zabłąkanym w ciasne ulice, zabrzmiały w echu kroków moich pod kamiennymi arkadami ulicznych podcieni, w plusku studni rzezanych, w szumie Aary pod mostem ogromnym na dnie głębokiego parowu...

Myślę czasem, że ludzie żyjący wciąż na jednym miejscu, ci „szczęśliwi”, co nie opuszczali nigdy miasta swego urodzenia i starzeją się tam, gdzie młodość niegdyś spędzili, tracą jedną rzecz niezmiernie cenną: możność odnajdywania wspomnień niespodziewanych a żywych na widok murów, co dawnych lat ich były świadkami. W codziennym patrzeniu tępieje w człowieku ten dziwny zmysł, co umie nieraz z drobnostki, po prostu z niczego, wyczarować przeszłość w barwach tak jaskrawych, ze śmiechem, który już przebrzmiał, z radością, co wyszumiała, ze smutkiem, co już minął i zmartwychwstaje znowu w tęsknej słodyczy zamyślenia.

I tą przeszłością, tą bujną młodością moją, przed laty w gronie uniwersyteckich kolegów tutaj spędzoną, upiłem się w pierwszych dniach przybycia mego do Berna. Aż dziw mi było, że tyle wspomnień, na pozór zgubionych, wstaje tak raźno przede mną i że takie bliskie są tu lata moje młode, choć tyle czasu i tyle różnych wypadków i pracy, i przejść leży między nimi a chwilą obecną.

A kiedy po kilku dniach pierwsze upojenie minęło i rzeczywistość zaczęła się przypominać a przeciwstawiać wspomnieniom, kiedy nareszcie spostrzegłem, że jednak wiele, tak wiele zmieniło się tu około mnie, a we mnie snadź10 jeszcze więcej od owych czasów szczęśliwych i smutek jął mnie nachodzić w mieście mojej młodości, tak że uciec chciałem już dalej: zatrzymały mnie znowu Alpy, płoniące11 się przed mymi oknami o wczesnym słońca zachodzie i zima cudowna, śnieżna, srebrną okiścią12 na lasach pobliskich nad Aarą leżąca.

Dawno zimy nie widziałem. Przez parę lat kwitnęły mi róże i dojrzewały w styczniu pomarańcze w oczach mych na palatyńskim13 wzgórzu; ostatni rok spędziłem w Krakowie, patrząc na beznadziejną szarugę... Cieszyłem się więc teraz śnieżnymi polami za miastem i tym cichym lasem osędziałym, oddychałem rzeźwym, mroźnym, od alpejskich dobrze mi znanych lodów wiejącym powiewem — zapominając prawie, że miałem jechać jeszcze gdzieś dalej.

Dopiero lutowe, tutaj już silniej nieco dogrzewające słońce pociągnęło mnie na zachód. Parę godzin spędzonych w wagonie — i przysiadłem znów w Genewie, ażeby patrzeć na szeroką, pod wschodni blask łyskliwą toń Lemanu i długie, ruchome na niej cienie białych łabędzi z wyciągniętą szyją. Tymczasem czerniały przede mną ogołocone ze śniegu wzgórza i tylko w dali, ponad sinymi lasami, lśniło się wieczyście białe czoło Mont Blanc...

A pisano mi z Paryża, że tam po styczniowych deszczach i powodziach słota trwa jeszcze ciągle i z rozkopanych ulic, z piwnic zatopionych powoli dopiero woda mętna odpływa.

Nie spieszyłem się więc; dobrze mi tu było włóczyć się po słonecznych, szerokich skwerach nad ogromnym jeziorem, wysiadywać pod napęczniałymi drzewami w pustych jeszcze ogrodach i cieszyć się, że nie przeszkadza mi żyć zgraja krzykliwa turystów, wielojęzyczną i pstrą falą miasto w lecie zalewająca.

I anim się spostrzegł, kiedy tam gdzieś poza Alpami wiosna się już robić zaczęła...

Zaświeciło mi któregoś dnia gorętsze słońce nad Lemanem, przyniósł mi o niej wieść wiatr zza gór wiejący, ciepły, mocny, który na równi z jesienną wichurą niebezpieczny jest dla nałogowych włóczęgów, rwąc ich nieodparcie w świat — na nowe drogi, do nowych krajów, w miasta jeszcze niewidziane, które dotąd śniły się tylko.

Zachciało mi się słońca. Oszalała, z dnia na dzień rosnąca tęskota za południowym słońcem nie dawała mi ani na chwilę pokoju. Dość mi było oczy przymknąć, a zwidywały mi się blaski jego złote na jakichś murach starych, ocienionych cyprysem, w szklance wina złotego, w złotym uśmiechu rozchylonych, młodych warg purpurowych...

Niepodobna mi było dłużej wytrzymać w Genewie, ale i to nie ulegało wątpliwości, że do Paryża już nie pojadę. Strach mnie po prostu ogarniał na myśl o wielkim mieście, o jego ruchu i gwarze i o tym życiu sztucznym, gdzie pory roku, słońce czy słota, są rzeczą podrzędną, którą się zaledwie ma czas zauważyć. Chciało mi się natomiast kultury jakiejś starej, nie blichtrem będącej ani pozłotą, ale tętnem życia samego, weszłej już w mury i w ziem14 rodzajną i w ludzi krew, tej, co rzymskiego robotnika, zaledwie czytać umiejącego, uprawnia do rzucenia z pogardą przechodzącym niemieckim wykształceńcom wyrazu: „barbari15!...”

Idąc na dworzec, nie wiedziałem jeszcze, dokąd pojadę. Rzeczy odesłałem do domu — z małą jeno walizką w ręku czułem się lekki, swobodny, niezatroskany — pachniała mi już włóczęga, ta moja włóczęga zwyczajna, bez ściśle oznaczonego celu, bez obowiązkowych miejsc zatrzymania się i wymierzonego czasu: ot, gdzie oczy poniosą i jak Bóg poprowadzi!...

Odchodził właśnie pociąg do Grenoble, więc do Grenoble naprzód się udałem, aby po dwóch czy trzech dniach spędzonych w tym cudnym mieście z ducha romańskiego, ukrytym wśród gór śnieżystych, zwrócić się na zachód, ku Rodanowi. Z umysłu16 ominąłem wielki i fabryczny Lyon, dążąc na Walencję17 i Vienne18 do Orange, małej dziś mieściny, będącej niegdyś stolicą księstwa, a jeszcze dawniej, dużo dawniej, rzymskim grodem bogatym i ludnym na ziemiach galijskich...

Deszcz mnie tu naszedł niespodziewanie i chodził ze mną po ulicach miasta cichego przez nagie gałęzie platanów przesiany, przesłaniał mi srebrną mgłą stary rzymski łuk tryumfalny w szczerym już polu i ściekał pod mymi nogami z kamiennych stopni rzymskiego teatru...

Żałowałem, że słońca nie było — zwłaszcza tam, na oślizgłych deszczem siedzeniach, piętrzących się naprzeciw zrujnowanej sceny amfiteatralnie po stoku wzgórza, uwieńczonego figurą Matki Bożej, na zwaliskach zamku książąt orańskich stawioną. Na miejscu, gdzie niegdyś chór w poświętnych pląsach się przewijał, trawa dookoła kilku zrzuconych kapiteli i drobne krzewy wawrzynowe, tworzące przedziwną rampę dla sceny, niebu i wiatrom otwartej. Mury jej pleczne stoją jeszcze olbrzymie i kolumn parę się trzyma, na poszczerbionych stopniach amfiteatru jest jeszcze miejsce dla dwóch tysięcy widzów... Komedia francuska z Paryża daje tutaj przedstawienia klasyczne w lecie i tłum pod gołym niebem zasiada, jak przed dwudziestu wiekami, jeno że rozmiary wszystkie na dzisiejszych ludzi zbyt wielkie: widzów tłum na dolnych rzędach się skupia i mieści, a w scenę olbrzymią wstawiają dla aktorów podium z desek, płótnem nakryte...

Zmrok dżdżystego dnia przedwczesny zapadał, kiedym szedł na powrót w stronę dworca kolejowego, aby przenocowawszy w małej obok gospodzie, puścić się nazajutrz o świcie dalej — do Awinionu...

Jakoż o brzasku zobaczyłem mury grodu obronne, wież pełne przysadzistych, utrzymane tak, jak gdyby dziś jeszcze miały zdzierżyć wrogowi — i ponad nimi ponure, ciężkie cielsko olbrzymiego zamczyska, co się nazywało pałacem papieży... Przez okna pociągu, zwalniającego bieg przed stacją, mignęły mi jeszcze mosty jakieś kamienne nad szerokim, żółtym i mętnym w tej chwili Rodanem — i po drugiej stronie rzeki potężne baszty fortu św. Andrzeja z czternastego wieku, w mieście zamierzchłym, co wobec starego Awinionu jeszcze młodą nazwę swą zachowało: Ville-neuve19...

Dwa są typowe sposoby podróżowania, czy zwiedzania obcych miast i krajów.

Jeden — nie wiem, czy pierwszy — to obowiązkowe niemal oglądanie wszystkiego, co jest do obejrzenia, uczenie się na pamięć rzeczy, których się można było spokojnie w domu z jakiejkolwiek książki nauczyć, sprawdzanie zawartości muzeów wedle katalogu, gonienie z zegarkiem w ręku z jednego końca miasta na drugi, aby jeno czasu starczyło... Podobno to jest sposób właściwy, pouczający i wskazany, który kształci i umysł wzbogaca...

Ale można także zamiast tego wszystkiego po prostu żyć przez kilka godzin, dni czy tygodni w jakimś mieście. Żyć w całym słowa znaczeniu życiem, jakie ono właśnie daje, chłonąć jego atmosferę, czuć jego tętno w krwi, jego rytm w myślach, ten rytm, który przeszłością, podniebiem, ludzi charakterem stworzony, przebija i przewija się wszędzie: w domów i ulic postaci, w stroju, ruchach, w zabytkach, w sztuce, nawet w sposobie mówienia.

Z dwóch tych sposobów podróżowania — nie mogę nawet powiedzieć, żem wybrał drugi, bo wybierania tutaj zgoła nie było. Niegdyś, przed laty, gdy jako młody chłopak po świecie włóczyć się zaczynałem, nęciło mnie wszystko to, co oczom dostępne i zachłannie wszystko zobaczyć, o wszystkim dowiedzieć się pragnąłem; dzisiaj — nie wiem, czy z wiekiem ciekawość stępiała, czy rozwinął się zmysł jakiś głębszy, dla którego niewiele rzeczy widzianych wystarcza, gdy każda staje się przeżyciem i ogniskiem rozfalowania myśli w rytm, o którym już mówiłem...

To pewne, że nie byłem teraz zdolny do innego patrzenia na stare miasto papieży. W muzeach zatrzymywałem się krótko i kiedy myśl nużyć się poczynała oglądaniem, wychodziłem zaraz bez względu na to, co jeszcze do zobaczenia pozostało; przeoczyłem zapewne niejedno, niejedno pominąłem, nie poczuwając się zgoła do obowiązku zajrzenia wszędzie tam, gdzie gwiazdka jest w Baedekerze; w kościele niejednym, zamiast patrzeć na sławny obraz w ołtarzu lub rzeźbę jakąś znakomitą, zasiedziałem się w nawie półmrocznej, słuchając jeno ciszy, pod wiekowymi sklepieniami drzemiącej i goniąc okiem przesuwające się z wolna po szarych murach plamy słońca złociste.

Lubiłem za to siadać nad mętnym w tym czasie po deszczach nurtem Rodanu i patrzeć długo na śmiałe, w połowie rzeki przerwane łuki mostu św. Benezeta. Kaplica tam stoi jeszcze na środkowym kamiennym filarze poświęcona czci świętego, co w dwunastym pono wieku z braćmi swymi zakonnymi na miejscu starego rzymskiego nowy most ten budował. Nim i on z kolei w gruzy upadł, płynęły nim przez pół tysiąca lat tłumy ludzi — w czasie, kiedy Awinion był papieską stolicą, a Villeneuve-lés-Avignon kwitnącym miastem po drugiej stronie Rodanu. W kwietniu, w dzień świętego budowniczego, nabożeństwo tu w kapliczce odprawiano przy szumie nabrzmiałej wiosennymi deszczami rzeki — i lud potem weselny tańczył na moście, o czym już tylko echo w starej pieśni zostało:

Sur le pont d’Avignon

tout le monde y danse...20

A ponad mostem, z jednej strony w wodzie utopionym, z drugiej w labiryncie starych domów i uliczek, tak że trudno wejście nań znaleźć, piętrzą się na skalistym zboczu czerwone dachy ceglane wyżej i wyżej, aż ku długiemu placowi przed zamczyskiem papieży i dominującej nad nim katedrze Panny Najświętszej.

Groźny, szary kolos, wyglądający raczej na gniazdo jakiegoś włoskiego tyrana niż na siedzibę namiestników Chrystusowych na ziemi. Czterech ich te mury obronne wznosiło, jakby tutaj już miała stolica Piotrowa wiekować, a kiedy się z powrotem przeniosła do Rzymu, opierał się tu jeszcze antipapa21 Benedykt XIII22 oblężeniu przez całe lat dwanaście...

Popod gałęzie starych wawrzynów i dębów zielonych patrzyłem na ten zamek potężny z ogrodów na Rocher du Doms poza katedrą, myśląc o tych czasach, kiedy pusty dzisiaj plac przed pałacem, po którym teraz dzieci jeno igrają, roił się prowansalskim23 rycerstwem i obcych dworów wysłańcami, kiedy chodził tu strojny, nieszczerze za ojczyzną tęskniący Petrarka24 i Dant25 w myślach zatopiony, kiedy dumał tu stary, życiem i losem złamany Leonardo... Mimo woli zwracałem oczy na baszty ogromne, szukając tej, w której się rozegrała ostatnia tragedia wolności Rzymu w średniowieczu, znaczona kajdanami na rękach trybuna Rienziego26...

Nieraz przychodził mi na myśl Wawel, jaśniejszy, bardziej królewski, lecz tak samo jak ten pałac po stracie świetności przez długie lata żołnierskimi koszarami będący, nim sobie przypomniano, że mu się należy cześć i poszanowanie. I tu, po wycofaniu wojsk republikańskich, które gmach w czasie wielkiej rewolucji dopiero rzymskiej kurii odebrany zajęły, odnawia się teraz sale historyczne, aby pomieścić w nich z czasem narodowe muzeum prowansalskie.

Osobiście nie znoszę muzeów, będących zawsze bezładnym nagromadzeniem przedmiotów, które tracą w masie i zestawieniu — i krzywdą mi się wydaje dla gmachów starych i wartość mających to zamienianie ich na schowki i szafy... Rozumiem, że trudno jest rozstrzygnąć sprawę, co właściwie robić należy z historycznymi zabytkami budownictwa. Nie zawsze je można zostawić ruiną, zwłaszcza że często bez pieczy nie w ruinę się zamieniają, ale w ruderę, a zmysł praktyczny dzisiejszych ludzi nie może się pogodzić z myślą o tym zbytku, aby odnowione i niewielą jeno przedmiotów epoki i czasu ożywione stały... bezużytecznie! Czyby się jednak nie udało wynaleźć takim budowlom przeznaczenia z duchem ich zgodnego? Bodaj jak ten teatr rzymski w Orange, co przez większą część roku stoi dumny w swoim opustoszeniu, ażeby w pewnych dniach letnich ożywić się tłumem ludzi, po dawnemu na starą patrzących wśród ruin tragedię; jak owe areny, po miastach prowansalskich rozsiadłe, które w dniach świątecznych napełniają się ludem, śledzącym oczyma walkę byków, jak niegdyś przed wiekami z tych siedzeń kamiennych zapasy krwawe gladiatorów i dzikich zwierząt oglądano. — Chciałoby mi się widzieć w starych uniwersyteckich kolegiach, przybranych foliałami27 z wieków zamierzchłych, prelekcje jakieś rzadkie a poważne; w ratuszach i zamkach królewskich akty uroczyste i obchody świąt narodowych...

Ale to jest już rzecz inna.

*

Opuściwszy po paru dniach Awinion, wlokłem się znów dalej wypróbowanym przez lata swoim zwyczajem: unikając głównych dróg i wielkich ekspresów, zatrzymując się często w miejscach najmniej spodziewanych, w miasteczku jakimś prawie bez nazwy, w którym spodobała mi się wieża kościelna, lub w wiosce, gdzie mnie zajęła grupa drzew na uboczu, most kamienny, stary, przez potok rzucony, albo strój i wygląd przechodzących ludzi.

Tak zawadziwszy o Tarascon28 z ruinami zamku nieśmiertelnego w prowansalskiej pieśni dobrego króla Renata — i o Beaucaire u stóp wzgórza kwadratową rzymską wieżycą przytłoczonego, odbiłem się na zachód, do Nîmes, które mimo swych zabytków mocno mnie rozczarowało. Miasto duże, nowe i ruchliwe, rozsiadłe koło rzymskiej, cudownie zachowanej areny z pierwszego wieku po Chrystusie, mimo kilku cennych zabytków i przepięknego ogrodu na stoku Mont Cavalier, nosi na sobie nieciekawe piętno kosmopolityczne, które drażni i zniechęca. Wieczorami dopiero, na szerokim bulwarze Gambetty, gdzie odbywał się jakiś kiermasz i zabawy ludowe, można było o tym zapomnieć, patrząc na barwny, gwarny i roześmiany tłum południowców około jaskrawo oświetlonych bud przekupniów i wirujących przy muzyce karuzeli.

Rychło z Nîmes uciekłem, dążąc z powrotem ku sercu Prowansji. Nie zatrzymywałem się tym razem nigdzie po drodze. Pociąg biegł przez Sewenny29; przed oknami wagonu przesuwały się łyse wzgórza wapienne, smutne beznadziejnie i postacią, zarówno jak opuszczeniem żywo mi Kras30 przypominające.

Na lewym brzegu Rodanu krajobraz się zmienił. Wjechaliśmy na szerokie równiny prowansalskie, uprawne jak ogród i budzące się już wczesną wiosną ze snu zimowego. Zdziwiły mnie początkowo pola, podzielone w kwadraty rzędami gęsto sadzonych cyprysów, tworzącymi jakby żywopłoty wysokie, wszystkie ku jednej pochylone stronie. Później dopiero zrozumiałem, że jest to ochrona zasiewów przed nawiedzającym z zachodu Prowansję mistralem, wichrem nad wichrami, co dmie nieraz przez całe tygodnie, zrywając się stale przed południem, aby dopiero o słońca zachodzie na noc przycichnąć.

Prześladował mnie on swym podmuchem potężnym i lodowatym w Awinionie i teraz znów drobnym deszczem zacinał, gdy do Arles dojeżdżałem. W mgle i w drobnym dżdżu szedłem bezlistnymi platanami wysadzoną aleją od dworca ku bramom miasta i zmrok już padał przedwczesny, kiedym się znalazł w sieci starych, ciasnych ulic.

Dziwne mnie ogarnęło uczucie. Przede mną z szarej opony31 wyłaniały się domy wiekowe, nierzadko o łukach romańskich, szeregiem okien z żelaznymi balkonikami patrzące w wąskie ulice, domy tak długo stojące obok siebie, że zda się w jedną się już zrosły całość i wiekiem się upodobniły między sobą, jak owi małżonkowie, co życie całe razem spędzili... W bramach ukazywały się milczące kobiety w czarnych sukniach z białymi stroikami płóciennymi na głowie, po odwiecznym, nierównym bruku zaturkotał kędyś dwukolny wóz przez muła ciągniony.

Miałem przez chwilę złudzenie, jak gdyby w tym starym mieście czas się cofnął naprawdę, czy może zatrzymał na pewnej godzinie, dla reszty świata już dawno zamierzchłej jak zegar nienaciągnięty — i Arles jest po dawnemu stolicą tego kraju trubadurów i rycerzy, z których lada chwila jakiś na rogu ulicy we mgle się ukaże, jadąc konno i z pachołkiem na turniej śpiewaczy na dworze przesławnych hrabiów des Baux32 lub na obwołaną po Prowansji krzyżową ciągnąc wyprawę...

Wstyd mi było przed samym sobą płaszcza gumowego i nowożytnej walizki w ręku; zdawało mi się, że wpadłem cudem w inną epokę w tym stroju cudacznym i śmiesznym.

Oto jakaś gospoda przede mną. Wiem, że Baedecker, pokutujący w mojej kieszeni, poleca wyłącznie dwa hotele w innej stronie miasta, ale strach miałem przed Baedeckerem i jego radami w tej chwili... Gotówem się znaleźć w „europejskich” z komfortem pokojach i patrzeć na wyfraczonych lokajów o zastygłych minach...

Przez szerokie drzwi w kamiennych odrzwiach, mimo chłodu na oścież rozwarte, wszedłem do ogromnej izby czy sieni, będącej zarazem salą jadalną. Godzina była wieczorna, obiednia — przy biało nakrytych stołach siedziało dziwne towarzystwo: ludzie z miejska i dostatnio poubierani, woźnice i robotnicy w bluzach niebieskich, którzy jednak po pracy mogli sobie pozwolić na obiad za trzy franki z butelką wina.

Le Français est excessivement riche33, pisze Emil Reich w swej książce Vanite allemande. To prawda, że nigdzie nie widziałem tak wysokiej stopy życiowej u pracującego ludu, jak we Francji, zarówno na północy, jak na południu. Ale też z pracowitością romańską tych ludzi żadna w porównanie iść nie może. Bajki to są czyste o dobrobycie, skrzętności i wytrwałej pracy Niemców!

Rozmyślania przerwała mi jakaś schludnie ubrana dziewczyna, która odebrała walizkę z mej ręki, a dowiedziawszy się, że szukam pokoju, jęła mnie prowadzić na górę. Dosyć długo to trwało. Szliśmy naprzód przez jakiś dziedziniec, zastawiony próżnymi beczkami z wina, potem po drewnianych, do muru przyczepionych schodkach na piętro i gankiem, zawieszonym jak most w powietrzu, do drugiego skrzydła dużego domu... Pokoik mój był mały, z kamienną posadzką, nieszczelnym oknem i drzwiami, zamykającymi się od balkonu bezskutecznie na klucz wielkości sporego rożna, ale przed oknem miałem za to kosz z kutego żelaza zawieszony nad ulicą i widok ponad czerwonymi dachami na ciężką dzwonnicę romańską katedry św. Trofima34. Naprzeciw, po drugiej stronie ulicy arlezjanka jakaś młoda szyła coś w oknie, korzystając z brzasków ostatnich uciekającego dnia.

Wieczór już zapadł, kiedym się wywlókł na miasto.

Częste podróżowanie i piesza zwłaszcza włóczęga wyrabiają ten zmysł orientacyjny, czy raczej instynkt jakiś, który nieomylnie wiedzie człowieka ku środkowi miasta lub innemu ważnemu jego punktowi — bez pytania o drogę, bez przewodnika, bez uciekania się do pomocy planu. Nawet namysł i uwaga świadoma nie grają tu żadnej roli — człowiek snadź mimowiednie postrzega ruch na ulicach dośrodkowy, kierunek przechodniów i dorożek, zwiększanie się ilości sklepów i postać ich okazalszą, czy może domów samych wygląd i bruków, aż niespodziewanie znajduje się w miejscu, gdzie życie miasta się zestrzela. Trudniej jest pobłądzić, niżby się komu wydało.

Tak tego wieczora, gdy domy ulicy rozstąpiły się naraz przede mną, plac tworząc podłużny i rozleglejszy, nie wątpiłem ani na chwilę, że jestem na Forum, od rzymskich jeszcze czasów jako środek miasta tę nazwę noszącym. Jakoż zamajaczyły mi popod gałęzie platanów w dom przeciwległy wbudowane dwie starorzymskie kolumny granitowe z kawałkiem korynckiego przyczółka, a obok marmurowa tablica z napisem: „Place du Forum”.

Szyld golarza był poniżej, z drugiej strony jakiś hotel jeden i drugi, mała księgarnia w odwiecznym domu, kawiarnia z opustoszałym tarasem po lewej ręce i kilka czekających dorożek...

A przede mną na niskim cokole, jak ów Goldoni35 w Wenecji, przechadzający się po ukochanym mieście — trubadur prowansalski ostatni, felibrów36 wódz, Mistral37 ze spiżu. — Nie potrzeba głowy zadzierać, aby go w górze kędyś zobaczyć (nie widząc!) w odętej i natchnionej postawie; jest blisko obok widza, zaledwie nadeń wzniesiony, spokojny, naturalny, z płaszczem przewieszonym przez lewą rękę... Zda się, że wyszedł z domu w ciepłe popołudnie wiosenne na zwykłą przechadzkę i teraz o zmroku ociąga się jeszcze z powrotem, zapatrzony w sieć drobnych ulic, za którą leżą nad rzeką ruiny pałacu Konstantyna38...

Wszedłem do gospody obok, aby się napić czarnej kawy i wypalić cygaro. Kawa była nieświetna i niezupełnie dobrze wiadomo, z czego robiona, ale dano mi za to do niej bez pytania flaszkę doskonałej eaux-de-vie39, niewiele dalibóg ustępującej koniakowi. Dokoła mnie w dużej izbie na gładzonych ławkach drewnianych w kręgach światła gazowego siedziało kilku mieszczan, przeważnie starszych, dziennikami lub pogawędką zajętych. Nastawiłem ucha: twarde i pełne, jędrne dźwięki, przypominające raczej północno-włoskie narzecza (nie znam mowy katalońskiej, której ta prowansalska siostrą ma być rodzoną), a w niczym nie podobne do zlewnego języka francuskiego.

Wdałem się w rozmowę z kręcącym się właśnie w pobliżu garsonem40. Mówił ze mną poprawną francuszczyzną, a zapytany o język prowansalski, dawny langue d’oc41, uśmiechnął się z odcieniem niechęci czy zakłopotania:

Oh, c’est la langue du pays...42

Pytałem go o znaczenie poszczególnych wyrazów, które mi w ucho wpadły, o nazwy różne. Odpowiadał uprzejmie, ale krótko, a kiedym się wreszcie zdziwił, że języka tak starego nie uczą tu w szkołach ani pism w nim nie drukują, odparł z wielką godnością:

Nous sommes des français, monsieur!43

Uśmiechnąłem się mimo woli — przez szerokie okno poza mną majaczyła w świetle latarni na starorzymskim forum spiżowa postać Mistrala, wskrzesiciela dawnej sławy i świetności prowansalskiej mowy trubadurów...

Następny dzień był słoneczny i wychodząc z domu, obawiałem się nieco, czy to nadzwyczajne wrażenie wczorajsze nie rozwieje się w dziennym świetle i w słońcu. Gdym jednak stanął na ulicy, zapomniałem rychło o tych obawach. Przede mną wznosiło się miasto wyczarowane naprawdę cudem jakimś z przeszłości — stare, dostojne nie tylko ulic i domów dziwnie harmonijną, szlachetną postacią, ale i życiem ludzi spokojnym, skupionym, zdającym się nie dbać na pozór o to, co się tam dzieje na dzisiejszym świecie.

Przyszły mi na myśl słowa Barrèsa44, czytane gdzieś, kiedy tego miasta jeszcze nie znałem: „Arles, une cité de vie intérieure, où rien n’est vulgaire, rien banal...45

Są pono w bajkach zamki zaklęte, w których sen wisi i każdego, kto tylko wejdzie, ogarnia... miałem wrażenie, że i tutaj, jeśli nie snu, to zadumy jakiejś zaraza subtelna rozpylona jest w powietrzu — w tych wąskich, domami sprzed pół tysiąca lat zamkniętych ulicach, na placach małych przed kościołami z czasów, gdy królowie francuscy jeszcze świętymi bywali, na rzymskich ruinach, na tym polu grobowym za miastem...

„Nic tu nie jest pospolite, nic banalne...” z wyjątkiem chyba tej jednej czy dwóch ulic nowych, jakiejś rue de la Republique46, szeroko przez środek miasta przeciętej, a niepotrzebnej, po której nikt nie chodzi, jak po tych w Wenecji kapryśną a barbarzyńską wolą Napoleona wyrąbanych „bulwarach”.

Było potrzebne Neapolowi takie, jak Włosi mówią, wypatroszenie, przecięcie zagmatwanego labiryntu wysokich domów i brudnych, ciasnych zaułków kilkoma, światło i powietrze doprowadzającymi liniami, na których rychło ruch cały się skupił — można nawet od biedy zgodzić się na to, że w Rzymie kosztem milionów przebija się takie Corso Vittorio Emanuele47, boć to jest w końcu miasto wielkie, które mieć musi arterię wygodną dla swego potężnego tętna życiowego — ale śmieszne jest i oburzające to tworzenie w miastach, gdzie kamień każdy niemal jest świętością i cudem, „wspaniałych” ulic współczesnych, nikomu na nic nieprzydatnych, przez nikogo niepożądanych, a w następstwie zimnych, pustych i obrzydliwych.

Wpadłszy przypadkowo na ową rue de la Republique w Arles, cofnąłem się zaraz instynktownie wstecz, jakbym się dostał nagle w strugę zimnej wody. Uciekałem wąskimi ulicami, byle jak najdalej od tej pustki zionącej, minąłem stare Forum i nie zatrzymałem się, aż na placu przed katedrą św. Trofima...

Stanąłem w pośrodku, oparłszy się plecami o cokół niewielkiego obelisku — przede mną po schodach tumu48 schodziły, spływały raczej cicho dwie starsze już kobiety w długich, czarnych strojach narodowych, jak wdowie szaty wyglądających. Szły poważnie, z opuszczonymi nieco głowami, niosąc w ręku w srebro kute książki do nabożeństwa — za nimi wlokły się po stopniach, przez stulecia wydeptanych, czarne welony z upięcia na głowach opadające.

Wzniosłem oczy. W siódmym pono wieku naszej ery poświęcano ten tum, czerniący się przede mną postarzałą, ceglaną fasadą, z cudownym, w kamieniu rzeźbionym poematem Dies irae49 w okolu romańskich drzwi. Święci stoją poniżej, między kolumienkami, przedziwnie średniowiecznym, nabożnym dłutem wykuci: święty Trofim, uczeń Pawła apostoła, chrzciciel tych krajów w infule i z pastorałem50, święty Szczepan51, pod gradem kamieni upadający, apostołowie...

Nie wiem nawet, kiedy znalazłem się we wnętrzu kościoła. Zakrystian jakiś przyczepił się do mnie, usiłując mi pokazywać niektóre obrazy; uwolniłem się od niego szczęśliwie kilkoma sztukami miedzi52.

Czy światło może być stare? Miałem nieraz to wrażenie w bazylice św. Marka w Wenecji, w rzymskim Panteonie i teraz tu, w tej małej odwiecznej katedrze arlezjańskiej, gdzie blask słońca przez szyby zamglone okien przesiany spływał w dół po wypłowiałych wzorach naściennych kobierców i złocił pył na antycznych pod murami sarkofagach.

Stałem pod jakimś filarem, pół przymkniętymi oczyma chłonąc nastrój przedziwny pustej świątyni, gdy nagle i brutalnie zabrzmiały przy mnie głośniejsze słowa, w barbarzyńskim, niemieckim wypowiedziane języku. Grupa jakichś turystów stała obok i robiła sobie głośne uwagi, podczas gdy zakrystian opowiadał im, jak w tym kościele w wieku dwunastym Rudobrody53, cesarz rzymsko-niemiecki, burgundzką brał koronę...

Uciekłem w głąb — po małych schodkach i na świat boży. Kawałek nieba błękitnego zajaśniał mi w oczy, w czworobok klasztornego z dawien krużganka ujęty. Byłem w galerii do ścian kościoła przypartej, najstarszej. Na powiązanych parami romańskich kolumienkach kapitele, pełne historii, powiastek i skazek54, naiwnie dłutem jakby dzieciom opowiadanych, posągi i figury przy słupcach, nie wiadomo już co i kogo przedstawiające... Drugie ramię, późniejsze, lecz jeszcze romańskie — trzecie o półtora stulecia młodsze, i czwarte, najmłodsze, znów o półtora wieku później stawiane — te dwa gotyckie, bo tutaj na gotyku budownictwo się kończy, tak jak u nas od gotyku prawie się dopiero poczyna.

Pięćset lat stawiano te kolumienki i rzeźbiono te kapitele przedziwne, pokolenie po pokoleniu, wiek po wieku, a wierzyć się nie chce, że je taki okres czasu dzieli, tak to wszystko w jedność związane, tak zrosłe nierozłącznie ze sobą. Figury z gotyckich kapiteli i filarów patrzące zdają się tu być jeno dopełnieniem, dalszym ciągiem tajemniczej kamiennej opowieści, dłutem rzeźbiarza w jedenastym czy dwunastym wieku poczętej...

Nie wracałem już do kościoła. Przez małą furtkę w murze wyszedłem wprost na uliczkę opartą jednym bokiem o zwaliska starego teatru rzymskiego. Ruiny tu już tylko, trawą porosłe — nad ułomkami ostatnich rzędów siedzeń kamiennych górują jeno dwie marmurowe kolumny z kawałkiem architrawu55, wyniesionym na niebo korynckimi naczółkami.

A dalej za teatrem, na prawo, na murach niegdyś obronnych, ruiny opactwa św. Cezara56, ciężkie, posępne — po lewej stronie, trochę poniżej, rzymski cyrk ogromny, w średniowieczu czterema basztami na twierdzę zamieniony.

Odnowiono wnętrze areny — i tutaj też w lecie walki byków się odbywają — lecz nie strącono baszt owych czworobocznych, na końcach osi olbrzymiego gmachu owalnego wzniesionych, dokładnie ponad czterema głównymi wejściami.

I dobrze jest tak. Zrosły się one przez tyle wieków z dawną areną, mchem już takim samym porosły i poczerniały tą samą patyną — a ożywiają budowlę wzniesionymi czołami i tą opowieścią milczącą o losach jej burzliwych w ciągu tysiącleci...

Kto, podróżując, spieszył się zawsze i zawsze poczuwał się do obowiązku zobaczenia czegoś i dojechania dokądś, nie będzie miał pojęcia o przedziwnych dniach, jakie się dla mnie teraz w Arles poczęły. Godziny całe spędzałem w słońcu na pustych, omszałych stopniach areny, przypatrując się dzieciom, bawiącym się opodal przed bramami domów, leżałem na trawniku, porosłym na gruzach rzymskiego teatru, przesiadywałem w kościołach mrocznych albo włóczyłem się po wąskich, krętych ulicach, patrząc na to barwne, ruchliwe i skrzętne, a tak jednak spokojne życie tej niegdyś stolicy kraju o umarłych już dzisiaj dziejach.

Odtwarzałem je sobie nieraz w długich zadumaniach, kiedy mistral szumiał mi w gałęziach ogrodu na starych wałach, czytałem je z rzeźbionych odrzwi domów i ze szczerb na murach tysiącletnich, a gdy mi tego nie starczyło, szedłem ich szukać w książkach lub w zbiorach: w Museé Lapidaire, pełnym sarkofagów, tych pogańskich z girlandami nagich dzieci tańczących i tych późniejszych, już z wyobrażeniem Dobrego Pasterza, co za owce duszę swą daje. A o czasach późniejszych, o życiu Prowansji właściwym, z którego dotąd państwowy zalew francuski nie zdołał piętna zmyć odrębnego, mówiło mi znowu staraniem odrodzonych felibrów wzniesione Museon Arlaten57, aż drobiazgowe w swoim umiłowaniu kraju i jego charakteru i nagromadzeniu wszystkiego, co się do kultury narodu odnosi.

Tak ani się spostrzegłem, kiedy nadeszła Palmowa Niedziela. Na placu przed katedrą św. Trofima zaroił się lud prowansalski z wiosennymi gałęziami w ręku — w południe, w słońcu palącym, ożyła stara arena tysiącami widzów, patrzących na pogańską, krwawą walkę byków — szeroka okolna Promenade de la Lice zakwitła pod drzewami uśmiechem czerwonych ust, blaskiem oczu promiennych, bielą lic i rąk...

Nie jest to przesadą, gdy się mówi, że arlezjanki są we Francji najpiękniejsze, tak jak werońskie kobiety najpiękniejsze są we Włoszech. Dziwna wytworność rysów, szlachetny kształt małych głów pod falą włosów, białymi skrzydłami upięcia nakrytych, ruchów rytm doskonały... Szedłem szeroką aleją naprawdę jak gdyby ogrodem kwiatów z jasną, dobrą radością w duszy, że tyle piękna jest na świecie i tyle życia, i śmiechu jest tyle złotego, co u nas tak rzadko brzmi szczerze...

Mimowiednie za tłumem idących skręciłem na prawo — od miasta — przez plac jakiś pusty, polny, trawą z rzadka porosły — minąłem kanał i potem tor kolejowy. Przede mną była teraz wzdłuż cichej wody kanału aleja drzew, tak różna od tej, którą opuściłem przed chwilą, pełną śmiechu dziewczęcego. Na wstępie kaplica zwalona i rzeźbiony łuk jakiejś bramy romańskiej — w dali między bezlistnymi jeszcze gałęziami akacji zionące ruiną otwory okien, w ośmiobok budowanego kościółka... A między tą kaplicą i tamtym, gdzieś pierwsze wieki chrześcijaństwa pamiętnym58 kościołem — groby, groby, groby. Szeregi nieprzejrzane sarkofagów, pustych już, na wzrost mężów wykutych i mniejszych dla niewiast, i małych, co dzieci snadź niegdyś mieściły, nim prochy wszystkie wiatr na żyzne prowansalskie wywiał pola. Otwarte są wszystkie, proste i bez ozdób, bo co cenniejsze, od dawna już do muzeów po świecie rozebrane — i smutne, tak smutne nieskończenie białością swą na czarnej trawie i opuszczeniem...

Allée des Alyscamps — pola elizejskie59, dawny rzymski nekropol60 wzdłuż drogi aureliańskiej61, który przyjąwszy w łono swe ciało świętego Trofima, świętym się stał i przez długie wieki świętością swoją w odległych krajach był sławny i dla spoczynku ciał pożądany, aż umarł wreszcie i on — cmentarz, umarłe62 chowający — i bieli się oto na wietrze wyschłą kością próżnych swoich sarkofagów...

Oćmą63 jakąś wpadł ten widok w moje oczy, pijane jeszcze radością życia tam na Promenade de la Lice. I kiedy znowu przez rozśmiany tłum wracałem, wydało mi się, że tamte ostawione sarkofagi zionące czekają cierpliwie za miastem na tę falę ludzką, płynącą ku nim niepowstrzymanie i ciągle jako ku ujściu ostatecznemu. Raził mnie teraz niemal śmiech i bolała beztroska, nieopatrzna wesołość przechodniów, niosących ku grobom własne szkielety. Skręciłem rychło z alei w sieć ciasnych, bezludnych uliczek. Wywiodły mnie na placyk jakiś niewielki ze schowanym wśród domów kościołem.

Dźwierze były otwarte; wszedłem do wnętrza. Kościół był pusty zupełnie — przysiadłem gdzieś w mroku na ławce i czoło w dłoniach ukryłem.

Nie wiem jak długo tak siedziałem, gdy naraz zauważyłem, że od chwil już paru śni mi się snadź dziwny śpiew, zaledwie dosłyszalny, anielski śpiew zmartwychwstania. Odjąłem ręce od oczu, nikogo wokół nie było, a złudzenie nie ustępowało. Jakieś subtelne rozedrganie powietrza, jakiś sen śpiewu przez grube mury spod nieba się sączący...

Po kamieniach posadzki zastukał krok starego zakrystiana.

Qu’est ce qu’est ça?64 — zapytałem.

Wskazał rzutem ręki okna chóru, wychodzące z kościoła wprost na korytarz klasztorny:

Oh, ce sont les enfants de la paroisse qui preparent la haut leur chant de la Résurrection...65

*

Na Wielkanoc zachciało mi się być nad morzem, gdzieś na Błękitnym Brzegu66 — nie wiem zresztą dlaczego, gdyż dzień ten świąteczny mogłem również dobrze spędzić gdziekolwiek indziej — miałem więc jeszcze przed sobą dni Wielkiego Tygodnia, które zużyłem przeważnie na wędrówkę po okolicy, częścią małymi kolejkami lokalnymi, do Saint-Louis-du-Rhóne, do Les Saintes Maries, do Aigues-Mortes, a więcej jeszcze wedle swego zwyczaju piechotą.

Tak zawlokłem się pewnego dnia do Montmajour67, aby obejrzeć cudowne ruiny opactwa, co w VI wieku pono założone, kilkakrotnie w ciągu stuleci odnawiane było i rozszerzane, aż przy ostatniej przebudowie wytrącił murarzom kielnię z ręki wybuch Wielkiej Rewolucji. Mnichów wygnano, mury opustoszałe zaczęły padać w gruz, pękło i runęło kościelne sklepienie, rozsypał się ogromny gmach klasztorny i stoją teraz na szczycie wzgórza oliwkami porosłego zwaliska potężne, jak miasto, gdzie oko czyta w złomach style dwunastu wieków, kolejno ręką ludzką pracowitą w głazie pisane. Mur jeno obronny stoi jeszcze nienaruszony, olbrzymimi skarpami podparty i wieża nad nim czworogranna, ciężka, małymi strzelnicami jak gdyby spod powiek przymknionych na równinę u stóp swoich patrząca. W świetnym niegdyś dziedzińcu i przed kościołem, światłu gwiazd otwartym, stado owiec się rozłożyło, wypłoszone ostrym wiatrem ze skąpego pastwiska między oliwkami na zboczu wapiennym.

Nie chciało mi się pod wieczór wracać do Arles, przenocowałem więc u pasterza, by o świcie dnia następnego puścić się dalej w stronę Les Baux...

Ranek był jasny, ale chłodny i wietrzny. Co chwilę szeregi cyprysów przydrożnych pochylały się gwałtownie pod krótkimi uderzeniami wiatru, a wtedy słońce ponad ich głowy schylone padało mi w oczy, złote, jak gdyby subtelnym jakimś pyłem różowym przydymione.

Około stacyjki Paradou-les-Baux przeciąłem tor kolejowy i opuściwszy szeroką prowansalską równinę, na której Montmajour stało jak wyspa, zacząłem się wspinać na stoki poczynającego się tu właśnie pasma wapiennych wzgórz zwanych Alpiny.

Szeregi cyprysów stały zrazu przy drodze, pól uprawnych pilnując, wkrótce jednak krajobraz zdziczał i gdyby nie oliwki, z rzadka między głazami rozsiane, można by sądzić, że się idzie przez jakąś opuszczoną i nieznającą pracowitej ręki ludzkiej okolicę. Droga wiła się coraz wyżej i coraz częściej napotykałem skałki wapienne, które mi wkrótce zasłoniły całkowicie widok na opuszczony kraj równinny. Szedłem tak z górą pół godziny. Po lewej ręce miałem wądół szeroki, czarny nietracącymi liści drzewami oliwnymi, na prawo i przede mną wszędzie dookoła pagórki obłe, ponad gajami jeszcze pożółkłą z zimy trawą jaśniejsze i spiętrzone u szczytów fantastycznymi turniczkami, w które się rozpadł na wietrze sterczący spod cienkiej powłoki ziemi calec68 wapienny.

Opierając się całą siłą coraz mocniej bijącemu na mnie w przerwach wiatrowi, błądziłem okiem po tych wzgórzach, smutnych niewypowiedzianie i tak dziwnie podobnych upiorną białością skały do sterczących piszczeli umarłego kraju... Zwłaszcza jedno wzgórze, tuż na prawo ode mnie, uwagę moją zajęło. Wyższe nieco od innych, odznaczało się osobliwie fantastycznymi kształtami swoich skał u szczytu. Wyglądało to tak, jakby mury jakieś obronne, na wpół zwalone baszty i domy — zdawało mi się nawet, że widzę coś podobnego do bramy — wyobraźnia snadź rysowała mi już okna na tych niby zwaliskach.

Podszedłem bliżej i stanąłem nagle, tknięty zdumieniem tak wielkim, że aż dreszczem mnie przejęło. To, co miałem za majak wyobraźni, było rzeczywistością.

Przede mną poza murem okolnym, przeważnie z wapiennego calca na miejscu wyrąbanym, cmentarzysko głazów będących domami i domów w głaz już rozsypanych.

Piętrzyło się to wszystko na szczycie wzgórza, domostwa w skale wyrąbane i na powrót wiekiem w bezkształtną zamienione skałę, ulice wąskie, do kamienistych żlebów podobne, zielskiem zarosłe, wspinały się po bystrym stoku aż ku obszernej, zeschłą trawą i gruzem pokrytej platformie, ponad którą sterczała połową potwornego cielska, do rozsypującej się turni podobna, wieża dumnego niegdyś zamku panów des Baux.

Chmury pierzaste kłębiły się na błękitnym tle nieba; gnał je ponad ruinami rozszalały, chłodny mistral całym stadem ku słońcu, blado na świat patrzącemu.

Siadłem na jakimś kamieniu przydrożnym, nie spiesząc się z wejściem do miasta, jakby w mimowolnej obawie, że za zbliżeniem się zniknie jak pustynna zjawa, głaz jeno szczery i bezkształtny oczom pozostawiając. A przecież na tym łysym wzgórzu przede mną nie złuda była, lecz rzeczywistość — jeno od wszystkich złud fantastyczniejsza! Gród, co przez piętnaście wieków, od czasów Konstantyna, nazwanego Wielkim, rósł w świetność i chwałę, a od stu lat dopiero opuszczony, udzielność straciwszy, tak nagle w zupełną zamienił się ruinę, że zaledwie kilka rodzin pasterskich tuli się w nim ze swego trzodami; miasto, w żywej skale po większej części rąbane i niepożyte69 na pozór, co raźniej70 stało się gruzem, niż gdyby z gliny było wzniesione — siedziba sławnego w średniowieczu „cour d’amour71, dzisiaj pustką będąca najzupełniejszą...

A jakże tu rojno i hucznie ongi72 bywało, kiedy król Ludwik Święty73 na krzyżową ciągnął wyprawę i szło ku niemu prowansalskie rycerstwo, z panami des Baux na czele — ileż tu w ciągu roku kopii na turniejach skruszono, ile miłosnych wyśpiewano pieśni na cześć owych Alicji, Biankoflor, Uguet i Sybil, królowych miłości, sławnych po ziemi całej imieniem. — Na dworze panów udzielnych des Baux, spokrewnionych z królewskimi domami Francji, Anglii, Polski (1166)74, Sabaudii, Barcelony, z dynastią orańską, nasauską i brunszwicką, z najodleglejszych krajów ziemi przesławne gromadziło się rycerstwo, najpierwsi w świecie przebywali trubadurzy. Tu wdzięki słodkie pani Beranżery opiewał Gwilem Cabestan75, ze śmiertelnych najszczęśliwszy, bo od zazdrosnego męża w czas jakiś zabity, sercem własnym ukochaną nakarmił i w krew jej przeszedł gorącą — tu śpiewali o miłościach i bojach mistrzowie lutni a mowy prowansalskiej niezrównani, Piotr z Owernii, Rajmund Miraval, dzielny mieczem Roger z Arles i wielu, wielu innych, aż do pogrobowca wielkiego, Mistrala, sławiącego umarłą wielkość czasów przebrzmiałych.

Starą, stromą i krętą drogą wspinałem się ku bramie, wiatrom wszystkim dzisiaj wieczyście otwartej. Na lewo ratusik maleńki, pod sławną herbową gwiazdą panów des Baux, w późnym baroku odnowiony i mieszczący po dziś dzień biura urzędu gminnego, dalej nieco hotel, jedyny, do wiejskiej gospody raczej podobny — pod szumną nazwą Monte Carlo, snadź na pamiątkę Grimaldich, ostatnich po wygaśnięciu domu des Baux udzielnych władców grodu... Do niedawna pono ta gospoda mianowała się „A la cabeladuro d’or”, „Pod złotą kosą76”, jako że w czasie jej założenia na ruinach znaleziono właśnie w kościele św. Wincentego bujne, złociste runo włosów, pozostałość po jakiejś opiewanej może przez trubadurów księżniczce...

Patrzyłem na włosy te niedawno w Museon Arlaten, gdzie je jak świętość złożono — i teraz przypomniały mi się: przedziwna, pogrobowa zorza młodości, niegdyś tęsknota rozkochanych oczu i ust, dzisiaj skarb bezużyteczny, bezpański, przez czas w odlocie zgubiony.

Z niechęcią odwróciłem się od gospody, co nazwę swą na realniej złotą zamieniła... — Przede mną, ku prawej ręce, długa ulica wśród ruin. „Grand rue”77 — czytam, jak na urągowisko, na tablicy, przez urząd konserwatorski przybitej. Bruk pod nogami moimi stary, ułożony z kamieni okrągłych — trawa buja w szczelinach. Po obu stronach jak gdyby trupy domów, jakby nowe jakiej Pompei78, jeno w popiołach nie zachowane, lecz owszem wiatrom szerokim dane na pastwę...

Idąc, czuję chwilami, że bruk pod stopą zastępuje skała lita, z wnętrza góry na wierzch się dostająca, a wtedy i domy obok z tej rodzimej skały są wykute, tak że góra, droga i zwaliska jedną nierozdzielną tworzą całość.

Nade mną po szczytach ruin świszczał wiatr. Wpadał chwilami w wąską uliczkę, targał mnie za płaszcz jak duch lub z psotą złośliwą miotał mi w oczy ostrym pyłem, na który roztarł i skałę, i pałace. Ale całą siłą uderzył na mnie dopiero, gdym wypełznął z zaułka na obszerny, smutny, zeschłymi ziołami porosły wygon79, co niegdyś był świetnym placem zamkowym.

Oto po drugiej stronie wygonu, gdzie kóz kilka błądziło, chroniąc się przed wiatrem za głazy, z rzadka rozsiane na samym cyplu wschodnim wzgórza — jak gdyby turnia strzelista, piorunami strzaskana czy od trzęsienia ziemi rozpadła, stercząca spośród chaosu gigantycznych bloków wapiennych! Zadarłem głowę, szukając okiem jej szczytu — i oko me padło na otwór okienny, wprost na strzępiaste chmury wyrąbany, rozpaczliwie smutny tym zawieszeniem swoim dzisiaj bezcelowym między niebem a ziemią!

I powoli, powoli zacząłem dopatrywać się w bezkształtnej masie zarysów dawnego zamczyska: oto jest zrąb ściany w skale żywej ciosany, tam resztki muru, ludzką wzniesionego sztuką, ówdzie odrzwia z ogromnym głazem u stóp wieżycy na pował leżące, nie wiadomo z którego piętra spadłe i z jakiej wysokości...

Mistral, co przycichł był na przelotną chwilę, zerwał się znowu z całą potęgą i zagrał na ruinach zamczyska ostrą, zgrzytliwą pieśń: trubadur ostatni, nieśmiertelny, lecący ponad prowansalską krainą, nad zamki w gruzach, nad umarłe miasta, nad smutne pola z rzędami czarnych cyprysów.

Dzięki temu wichrowi byłem dzisiaj sam pośród zwalisk, ale za to każdy krok musiałem na nim wysiłkiem zdobywać. Potężniejszy niż alpejskie znane mi dobrze wichry i tatrzańskie, mocował się ze mną na zawieszonym pod niebem ułomku zamkowej galerii, targał mnie za płaszcz, za brodę i włosy, broniąc przystępu do otwartych już przecie komnat księżniczek, spychał mnie z grani wapiennej, będącej zarazem murem obronnym grodu, a kiedym jemu na przekór wyszedł na cypel, zwany Basztą Saraceńską, by spojrzeć na daleką prowansalską równinę, zatańczył koło mnie wściekłym wirem, zejść mi nie pozwalając długo, długo i śmiejąc się z mej bezsilności.

Odetchnąłem dopiero swobodniej, kiedym się znalazł znowu w zaułkach między gruzami, dającymi mi ochronę przed wichrem. Szedłem z wolna, czytając w zamyśleniu tablice przez Zarząd Konserwatorski umieszczone, z nazwami dawnymi ulic i niektórych celniejszych domów: Chemin du Trou de Laure, rue du Chateau, Place de la Lause — na pięć kroków szeroki i obok Hôtel des seigneurs de Manville80... Zatrzymało mnie na chwilę to nazwisko. Po śmierci Alicji, ostatniej młodo zgasłej dziedziczki imienia des Baux i ostatniej tutaj pani udzielnej, powtarza się ono często między „wikariuszami” królów Francji, którzy prawem spadku grodem i ziemią jego zawładnęli. Już król Franciszek I81 osadza tu na namiestnictwie Klaudiusza de Manville, który podwaliny pod ten dom kładzie, następcy jego gmach rozszerzali, a kiedy się już nie mógł pomieścić po jednej stronie ulicy, przerzucali go mostem na drugą ku nowym rozległym zabudowaniom. Znać jeszcze na murze konsole, na których się łuk kamienny opierał — zwróciłem się mimo woli ku stronie, w którą prężył się niegdyś powietrzem...

Gruzy tu już bezkształtne. Zwaliska ścian, rumowisko zapełniające dawne komnaty, głazy popękane i deszczem rozmyte. I jeno z chaosu tego sterczy dziwnym cudem ocalały fryz ponad oknem renesansowym i napis na nim nietknięty: „Post tenebras lux...82, hugenotów83 stara, z Genewy przyniesiona dewiza. Mieli tu ongi zbór w domu sprzyjającego im pana de Manville.

Dalej o sto kilkadziesiąt kroków już przy zewnętrznym murze zachodnim odnowiony kościół parafialny świętego Wincentego, w którym do dziś dnia odbywa się służba boża dla tych pasterzy kóz, sławny niegdyś gród zamieszkujących w kilku z gruzów i chrustu skleconych chatach.

Wierzeje były rozwarte; wszedłem do pustego wnętrza. Boczna nawa po prawej ręce cała w skale wykuta, pamiętająca pono epokę Karlowingów84; na sklepieniu i łukach bizantyńsko-romańskie ozdoby i napis jakiś zatarty, już nieczytelny.

Nawa środkowa, w dwunastym wieku murowana, pusta niemal zupełnie, tu i ówdzie jeno na filarach ciężkich umocowano płyty grobowe, które tak długo pod nogami i kolanami ludzkimi na posadzce leżały, że niepodobna dziś dociec z zatartego kamienia, czyich strzegły kości. Widzę tonącego już w zwietrzałym głazie rycerza na klęczkach ze złożonymi rękami, w okolu napis gotycki „Ave Maria” — nazwisko zatarło się i z pyłem po świecie rozwiało dawno; herbu nikt już nie odgadnie.

Na lewo, w drugiej nawie bocznej kaplice późniejsza, gdzie gotyk przedziwnie łączy się z renesansem. Kamienie pod nogą głuchy wydają dźwięk — pod całym kościołem ciągną się rąbane w skale podziemia, pełne sarkofagów księżniczek i książąt des Baux.

Zbliżyłem się w zadumaniu ku wielkiemu ołtarzowi w głębi. W słońcu przez drzwi wchodowe85 padającym zaświecił przede mną ubogimi złoceniami i pstrokacizną ozdób papierowych: ołtarz pasterzy w starym kościele książąt i trubadurów... Mensa86 jako zachowała się odwieczna, kamienna, tak stara może jak kościół, a może i starsza, rówieśna tej skale, na której miasto stawiano.

Balustrada barokowa, ciężka, także snadź z lepszych czasów pozostała, w drzewie oliwnym rzezana, ołtarz od kościoła dzieliła. Na ciemnej jej stolnicy87, dłońmi nabożnymi w ciągu wieków wygładzonej, dziwnie odbijało jaskrawością barw jakiejś arcydzieło domorosłego pono artysty i mechanika: skarbonka w postaci klęczącego anioła o nagich, tłustych i różowych ramionach i przedziwnie żółtej, kręconej czuprynie. Na kolanach miał szatę niebieską, na skrzydłach tęczowe przepaski, oczy ogromne, poważny, skupiony wyraz twarzy i ręce do modlitwy złożone. W torbie przez ramię przewieszonej otwór był dla wrzucania pieniędzy. Cały dowcip88 tej skarbonki okazał się jednak dopiero, gdy wsunąłem w nią parę miedziaków: anioł rozłożył ręce, poruszył skrzydłami i kiwnął trzy razy głową, dziękując — z miną niezmiernie poważną i namaszczoną.

Roześmiałem się mimo woli na głos z tej naiwnej, dziecięcej zabawki, ustawionej w kościele na ruinach, naprzeciw tych zatartych płyt grobowych, tuż obok tych sklepień z bizantyńska w prawieku w żywej skale góry ciosanych.

A zaraz wstyd mi się zrobiło, że się śmiałem. Oto przychodzą tutaj modlić się pastuszkowie prości, robotnicy z winnic i gajów oliwnych, kamieniarze, wyrzynający tam dalej bloki wapienne na wspaniałe po francuskich dużych miastach budowy — słowem wszyscy, którzy tu pozostali po mieszczaństwie dumnym, po krzyżowych rycerzach, po panach i trubadurach... Wszystko tamto przewiało, jak ten wicher w ruinach świszczący, a oni zostali, trwalsi od głazów już rozkruszonych, i żyją tak samo, jak pradziadowie ich przed stuleciami, od spraw wielkiego świata dalecy, cieszący się słońcu wschodzącemu, wiosennej na oliwkach zieleni, podskokom jagniąt białorunych. Cóż ich obchodzą ślady tego, co pomarło, gdy oni żyją wiecznie? Na grobowe płyty rycerzy nie patrzą — jeśli spojrzą na romańskie sklepienia, to jeno z żalem, że w skale są wykute, niskie i ciemne — w ołtarzu szukają nie zabytku dziejów czy sztuki, lecz przybytku utajonego Boga i chcą, aby Mu się świece jarzyły, aby Mu płonęły barwy papierowych kwiatów w tym czasie przedwiosennym, gdy żywych jeszcze nie ma. A jeśli który z nich na ofiarę miedziaka z kalety89 dostaje90, to cieszy się w prostym, dziecięcym sercu, że mu anioł drewniany skinął głową na podziękę i ruchem rąk pobłogosławił!

O, życie! wieczyście młode życie na ruinach!

Słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy znalazłem się znów z powrotem przed ratusikiem na małym placyku brukowanym, zawieszonym na wysokości murów fortecznych, stromo stąd ku dolinie opadających. Siadłem na przyzbie91 kamiennej i rzuciłem jeszcze raz okiem na ruiny, piętrzące się teraz w słońcu przede mną. Wiatr ustał zupełnie, złote blaski zachodnie malowały krwawo wapienną biel Umarłego Miasta. Posłyszałem beczenie trzód, pędzonych już z paszy do domu, z kilku zamieszkałych lepianek wśród gruzów wypełzły dzieci, by w uśmierzonym powietrzu i w ciepłem słońcu marcowym igrać ze śmiechem na ulicy, jak ongi igrali dziećmi ich pra- i pradziadowie, gdy jeszcze na zamku panowie des Baux siedzieli.

O, życie! o, wieczyście młode życie na ruinach! o, nieśmiertelny śmiechu dziecięcych ust!

Dwa listy z podróży

(1903)

W lutym 1903 r.

Pojechałem do Lipska — bez celu właściwie, ot tak, jak mogłem był pojechać do któregokolwiek innego miasta, aby trochę odpocząć i czekać, aż tam na dom mój wiejski pod Lanckorońską Górą zlecą jaskółki, aż mi hiacynty i tulipany zakwitną w ogrodzie pod jabłoniami o różowych pąkach — a tymczasem pozbierać trochę tych wspomnień, którym przez sześć lat studenckiego życia po Europie rozsiewał. Dlaczego Lipsk właśnie wybrałem — nie wiem doprawdy. Pociągały mnie więcej szwajcarskie miasta: Genewa i Zurych, przeglądający się ze swej wyżyny nieustannie w szybie jeziora, i Berno stare o kamiennych podcieniach, jak niedźwiedź wśród gór i lasów schowane. Ale ja zanadto dobrze znam te miasta, zanadto dobrze pamiętam je w takiej niesłychanej krasie podwójnej wiosny: tej, którą słońce rodzi na świecie, i tej drugiej, czarowniejszej jeszcze, którą człowiek sam niesie w świat ze sobą, za lat chłopięcych. I może przykro by mi było jechać tam dzisiaj, w zimie, i myśleć mimo woli, żem w przeciągu tych siedmiu czy ośmiu lat zgubił gdzieś nieopatrznie czarodziejską, wiosenną potęgę młodości...

Z Lipskiem nic mnie tak dalece nie wiąże; nie prześniłem tutaj górnych i bujnych marzeń, o których w późniejszym życiu wspomina się z uśmiechem bolesnym i pobłażliwym zarazem. A zresztą lubię to miasto, duże a spokojne, o szerokich ulicach, które przy tym nie mają w sobie nic z filisterskiej92 wymuskaności i chłodu błyszczących a szkaradnych ulic Berlina — lubię Augustusplatz, rzucony między muzeum i uniwersytet z jednej, a nowy teatr i ogromny gmach poczty z drugiej strony — lubię go zwłaszcza wieczorem, kiedy pod różowymi księżycami lamp elektrycznych rozpalają się niezliczone szeregi białych latarń gazowych93, pomiędzy które rzucają się jeszcze niebieskawe lub żółte światła z okien sklepów i kawiarń. Lubię stary kościół św. Tomasza, gdzie w pierwszej połowie XVIII wieku Imć pan Sebastian Bach grywał na organach — i stary, ponury, chylący się już do upadku ratusz i pobliską piwnicę Auerbacha, z której to niegdyś odmłodzony Faust94 wyjechał na beczce — i jeszcze to wielkie pobojowisko za miastem z pamiątkowym kamieniem Cesarza95 i cichy, wśród domków schowany pomnik księcia Józefa96...

Jadąc do Lipska, zatrzymałem się po drodze we Wrocławiu, którego nie znałem wprzódy. Po części chciałem skorzystać ze sposobności, ażeby obejrzeć ciekawe miasto ze starymi fosami, pozostałymi z czasów, gdy było średniowieczną twierdzą, zwiedzić liczne kościoły i poklasztorny gmach uniwersytetu, przede wszystkim zaś katedrę, wznoszącą się wśród cichej, odwiecznej dzielnicy na wyspie pomiędzy ramionami Odry. Z chwilą, gdy się przejdzie most zawieszony nad rzeką, która teraz, wezbrana od roztopów, przewala się w dole żółtymi falami, ma się wrażenie, że się wstąpiło do innego zupełnie miasta. Gwar ludnych ulic i handlowa gorączka śródmieścia pozostały gdzieś daleko, daleko — tutaj jest wszystko ciche, zadumane, omszałe, a jednak pełne życia, tego życia stuleci, które w kamień zaklęte trwa i czeka ukryte, aż je myśl ludzka rozbudzi i zmusi do głosu.

Ale był jeszcze i inny powód, który skłonił mnie do zatrzymania się we Wrocławiu. Jakoś około Nowego Roku otrzymałem był bilet z Wrocławia, na którym oprócz imienia i nazwiska znajdował się tylko adres i banalne litery „p. f”. Ta zwyczajna kartka noworoczna przypomniała mi kolegę z lat uniwersyteckich, z którym żyliśmy niegdyś w Szwajcarii dość blisko, a później rozstawszy się, korespondowali jeszcze jakiś czas, ażeśmy się wreszcie, jak to często bywa, zagubili gdzieś w świecie... A jest to jeden z najciekawszych ludzi, jakich znam. Żyd z chasydzkiej97 rodziny, urodzony na wsi, gdzieś w okolicach Międzyborza, tej kolebki chasydyzmu, dzieckiem98 prawie ożeniony, wychowywany był przez ojca, dziewiątego rabina w rodzie, z tą myślą jedyną, że kiedyś syn jego będzie z kolei dziesiątym rabinem. Ale tymczasem w chłopcu, nieznającym nawet oprócz żargonu99 i hebrajskiego absolutnie żadnego innego języka, zbudziła się nie wiedzieć skąd ta straszliwa żądza poznania, która według słów Księgi Kaznodziejskiej100 jest najgorszą klątwą na wieczną nieświadomość skazanego człowieka — i pokrzyżowała wszystkie piękne plany ojcowskie. Hej! opowiadał mi on tam w cichym mieście nad strugą Aary, jakie walki straszliwe przechodził, jak się zmagał ze sobą i łamał i targał, aż wreszcie zerwał wszystkie więzy i rzucił ojca i żonę młodą, i dom teścia, gdzie miał dostatek i „widoki na przyszłość”, i poszedł w świat, prawie o lasce żebraczej, na zachód, do Europy, po światło!

Gdy go poznałem w Bernie szwajcarskim, miał już około trzydziestu lat i był zapisany jako zwyczajny słuchacz na uniwersytecie. Do dziś dnia z podziwem nieraz myślę, co ten człowiek — bez środków, bez pomocy, bez wstępnych wiadomości, ba! bez języka nawet — musiał przejść, aż własnymi siłami zdobył to wszystko i dopiął wreszcie celu. Czasem wydawało mi się to prawie niepodobnym do wiary, zwłaszcza gdym patrzył na jego drobną, wątłą postać i słuchał rozmów, w których dźwięczała nuta życiowego idealizmu, tak rzadkiego u Żydów, ale tak bezwzględnego, do jakiego tylko przez dziwną regułę wyjątków zdolni są może tylko Żydzi, tak materialistyczni zazwyczaj.

Kolega mój w tej długiej wędrówce z zapadłej karczemki do uniwersytetu zgubił wszystkie prawie wierzenia młodzieńcze krom101 jednej — namiętnej miłości swego narodu. I to właśnie zbliżyło mnie do niego. Cześć mam dla ludzi, którzy kochają naród, zwłaszcza gdy ta miłość nie jest naiwnym zaślepieniem, lecz owszem ma oczy otwarte na wszystko zło, które było wczoraj i jest dzisiaj, a prze do czynu, aby zła tego nie było jutro. Jest w takiej miłości ból i samokrwawienie, ale jest też i wielkie dostojeństwo ducha i moc, i odwaga. Bo kochać, idealizując — tę sztukę potrafiła i ta sowa z bajki, co uważała swe pisklęta za najpiękniejsze w całym lesie.

Otóż zapragnąłem zobaczyć znowu po siedmiu latach towarzysza z uniwersyteckiej ławy. Już wtedy, gdym go poznał, pisał wiele i drukował przeważnie po hebrajsku, gdym go więc teraz zobaczył, zapytałem najpierw o jego działalność literacką, która mnie zawsze zaciekawiała swą egzotycznością, a przede wszystkim tym, że on tak bezwzględnie wiązał z nią całe swe życie.

— Piszesz więc ciągle — mówiłem — anachronisto, w tym dziwnym języku swych praojców?

— Piszę. Czyż mamy dziś inny sposób oddziaływania na lud? Ale już nie po hebrajsku. Zbyt mało dziś moich rodaków rozumie ten język. Piszę żargonem. Chcę, aby mnie wszyscy mogli czytać.

— I cóż ty mówisz swemu ludowi?

— Kocham go, więc mu mówię gorzkie rzeczy...

— A on cię za to nienawidzi?

— Tak. Z wyjątkiem garstki młodych, którzy rozumieją, że idealizowaniem tego, co było lub jest złe, krzywdę się tylko wyrządza.

Wieczorem w jakiejś lichej kawiarni rozgadaliśmy się na dobre. Opowiadał mi długo o swoich przejściach z lat ostatnich, aż wreszcie zeszliśmy na temat kwestii żydowskiej.

— Asymilacja — mówił — to są mrzonki! My zawsze będziemy obcym ciałem w krwi europejskich narodów. Jednostki, wyjątki może zatonąć wśród was potrafią, ale ogół nigdy! Wy nie macie dość silnego żołądka na ten niestrawny żer, jakim my jesteśmy. Choćbyśmy przesiąkli waszą cywilizacją, choćbyśmy pragnęli stać się wami, zawsze będziemy obcymi. I w tym jest nawet tragedia! Jeden lub drugi „Europejczyk” spomiędzy nas wmawia w siebie, że kocha naród, wśród którego wyrósł, że pracuje dla niego — i gorzknieje do dna swej dla was niezrozumiałej duszy, widząc, że ten naród uważa go wciąż za obcego i patrzy nań z nieufnością, niechęcią, często z nienawiścią nawet. A to przecież rzecz taka naturalna! Wy nie potrzebujecie tego, co my wam dać możemy, a my znów nie możemy wam dać tego, czego byście wy potrzebowali. Po co się łudzić?

— Więc syjonizm102 — wtrąciłem.

— Tak... syjonizm. Bardzo piękna mrzonka. Znowu mrzonka.

— Więc ty nie jesteś syjonistą? Zdawało mi się dawniej...

— Jeśli nim byłem, to bardzo krótko i dawno już temu. Widzisz, w syjonizmie jest jedna piękna, wielka rzecz: ta niesłychanie śmiała myśl stworzenia syntetycznie narodu, którego nie ma. Bo naprawdę narodu żydowskiego nie ma, choć sam bardzo często tego zwrotu używam, jest tylko lud żydowski, nawet jeszcze mniej: są tylko Żydzi... Dla takiej myśli warto by życie poświęcić, nawet gdyby się wiedziało, że jest nieziszczalna; ale syjonizm cały nie streszcza się w niej jeszcze. A przy tym wiele jest w nim łudzenia się i nieszczerości, co najgorsza! Ci ludzie postanowili sobie stworzyć naród żydowski, a nie zastanowili się, z czego, z jakich psychologicznych wspólności, na jakiej podstawie i jakimi środkami? (Mam na myśli środki moralne, bo co do pieniędzy, to my przeceniamy władzę grosza: to jest nieprawda, aby on mógł wszystko). No i wobec tego łudzą się teraz, że dzieła w ogromnej części przynajmniej już dokonali, podczas gdy w istocie jeszcze daleko! daleko do tego! A potem nieszczerość... Mówią o Palestynie; czy myślisz, że oni naprawdę chcą tam jechać? Zaproponuj im to, tym co wiele krzyczą, książki piszą i innych do „Ziemi Obiecanej” wysyłają — zobaczysz, czy pojadą! — Co oni by tam robili?

Słuchałem go z zajęciem, nie dlatego, jakobym w jego gorzkich słowach znajdował coś nowego, ale że padały z ust człowieka, o którym wiedziałem na pewno, że jest przywiązany namiętnie do swego żydostwa.

— Naród żydowski! — zaczął znowu po krótkiej przerwie, popijając ohydny niemiecki dekokt103, najniesłuszniej w świecie czarną kawą nazwany. — Naród żydowski! Piękna myśl, ale ku jej urzeczywistnieniu nie tymi trzeba zdążać drogami. Przede wszystkim trzeba wiele gorzkich prawd powiedzieć. Tam jest naród, gdzie są wspólności — historyczne, cywilizacyjne, językowe, wreszcie ekonomiczne. U nas nie ma tego wszystkiego. Cóż może mieć wspólnego bogaty przedstawiciel „finansów” w środkowej Europie z chasydem z głębi Rosji? A wspólna historia nasza? Mieliśmy już czas o niej zapomnieć, żyjąc całe wieki bez historii, a przynajmniej bez wspólności dziejowej. Wielu ustępów z Biblii uczymy się na pamięć, ale mimo to jest to dla nas księga martwa. Treść Biblii, historyczna i obyczajowa, więcej dzisiaj oddziaływa na życie wasze, niźli nasze. Myśmy wam podarowali wraz z tą księgą najświetniejszy swój dorobek umysłowy i swą najświetniejszą historię. W waszym życiu, w waszej religii, w waszej poezji jedynie żyje nasze Pismo; u nas nie masz go ani śladu. Nam pozostała odrobina martwej tradycji i — Talmud104, księga bezsprzecznie mądra i wielka, ale niebudująca nic, raczej burząca przez swój krytycyzm, nie pozbawiony nawet sceptycyzmu. A dzisiaj? Mamy żydowskich pisarzy, żydowską współczesną literaturę, ale nie mamy własnej cywilizacji, którą pojmować należy jako pewien całokształt duchowego dorobku, wynikły z przeszłości i oddziaływający każdej chwili na dalszy rozwój narodu. My, ile jesteśmy cywilizowani, żyjemy waszą cywilizacją, przykrojoną tylko nieco do naszego charakteru; zaś o ile bierzemy udział nawet w cywilizacyjnym pochodzie, to pracujemy tylko dla was, nie dla siebie, choć może na swój, przez was nie zawsze pożądany sposób. Nawet syjoniści to rozumieją, ale się nie chcą przyznać do tego. Idź na ich zgromadzenia, które odbywają „dla Europy”, a usłyszysz tam takie zdania: „My jesteśmy wielkim narodem! Myśmy dali światu ludzi tej miary, co Spinoza105, Marks106...” Wyliczają jeszcze wiele innych imion. A przecież to wszystko nieprawda! Czyśmy tych ludzi mieli? Czy my ich światu dali? Gdy który z narodów powie: Mieliśmy Napoleona, Kanta, Mickiewicza, to znaczy, że ci ludzie z krwi i kości danego narodu wyrośli, że zdziałali coś, co w tych narodach żyje po dziś dzień. Wy możecie nawet o nich mówić nie tylko: „mieliśmy ich”, ale: „mamy ich”, choć oni dawno pomarli. My tego nie możemy powiedzieć! Myśmy nie mieli ani nie mamy Spinozy, Marksa i tych wielu innych, którymi chwalimy się „dla Europy”. (Bo wierz mi, między sobą mówiąc o tych ludziach, wzruszamy ramionami i uśmiechamy się ukradkiem). Ci ludzie nie z naszej cywilizacji wyrośli, nie dla nas pracowali. Myśmy ich Europie nie dali, myśmy ich podarowali, co najwyżej, a właściwie Europa sama ich sobie spośród nas wzięła. My naprawdę jesteśmy w Europie — niczym!

Ostatnie zdanie wymówił z jakąś wściekłą, bolesną zaciętością.

Patrzyłem nań przez chwilę w milczeniu, aż wreszcie zapytałem:

— I ty te gorzkie prawdy mówisz swemu ludowi?

— Tak. I wiele, wiele innych, jeszcze więcej gorzkich.

— Po co?

— Bo kocham mój lud i chcę, aby się stał czymś, aby był narodem. A do tego nie wiodą palestyńskie mrzonki... Trzeba otwierać oczy! otwierać oczy!

Późno już było i gdy wyszedłszy z kawiarni, błądziliśmy w milczeniu po cichych i pustych ulicach starego Wrocławia, miasta niegdyś polskiego, rdzennie niemieckiego dzisiaj, długo myślałem o tym, co mi ten Żyd powiedział. Czyż i mojemu narodowi nie przydałoby się w pierwszym rzędzie takie „otwieranie oczu”? Trzeba naród bardzo i naprawdę kochać, aby podjąć się tej roli, bo rola jest niewdzięczna! My lubimy, gdy nam się oczy — zamydla.

W marcu 1903 r.

Jeżeli czego słusznie możemy Niemcom zazdrościć, to ich muzyki. Bo snadź prawdziwe jest powiedzenie, że wiele narodów ma muzyków, ale Niemcy jedynie posiadają muzykę... I jakkolwiek zechcemy to zdanie rozumieć, zawsze będzie prawdziwe. Jedynie historia niemieckiej muzyki okazuje tę zadziwiającą, postępową ciągłość rozwoju; prawie bez zboczeń, bez wahań, z jakąś twardą, nieubłaganą, logiczną koniecznością następuje tutaj geniusz po geniuszu, od Bacha do Beethovena, od Beethovena do Wagnera...

...Ach tak! — miałem dzisiaj zamiar pisać o muzyce, ale odłożę to już snadź do innego czasu, bo na wstępie pomieszało mi wszystkie myśli marne przypomnienie faktu, że Beethoven nie tylko tworzył rzeczy wielkie, „ale także” został wyrzeźbiony przez Klingera107. To ostatnie za mniejszą mu już poczytuję zasługę. Klinger jest bez wątpienia wielkim artystą i ma nawet jako rzeźbiarz dzieła potężne, z tą zasadniczą cechą, że mówią wiele, a mówią same przez siebie, bez objaśnień, dodatków, akcesoriów — ale...

Nie widziałem był poprzednio słynnego posągu Beethovena, który taką wrzawę wywołał, skorzystałem więc z tego, iż był właśnie w lipskim muzeum sztuki na widok wystawiony i poszedłem go obejrzeć. Zaszedłem w powszedni dzień około południa: pusto prawie było w gmachu... Nie chcąc rozpraszać uwagi, przeszedłem szybko przez parterowe sale, zastawione rzeźbami, kierując się według wielkich, strzałkami opatrzonych napisów: „Zu Klinger’s Beethoven”. Zwracam się na lewo; u drzwi stoi kilku Niemców, oglądających snadź przez lupę jakieś po obu stronach wejścia ustawione posągi, których zza ich głów i cylindrów prawie nie widać. Przed sobą, w ramach drzwi, na tle szarych tapet widzę jakąś czarną masę; orzeł marmurowy z wpół rozpostartymi skrzydłami, jakby gromem na ziemię obalony... a otóż i cała grupa przede mną... Nie będę jej opisywał; znana jest powszechnie. To tylko powiem, że stanąwszy przed nią, doznałem przykrego uczucia rozczarowania. Jest wprawdzie coś wielkiego, coś brutalnie wprost potężnego w tej półnagiej, iście z głazu wykutej postaci króla dźwięków, w tym pewnym, upartym pochyleniu ku przodowi wspaniałej głowy, walącej wzrokiem w proch przed sobą czarnego orła sławy — i sama ta myśl jest zaprawdę artystyczna, w tym najgłębszym, istotnym słowa znaczeniu — a mimo to całość nie sprawia dość silnego wrażenia. Grupa bowiem ta nie jest syntetycznym ujęciem, objawieniem twórczej idei rzeźbiarza, ale... opowiadaniem o niej. Opowiadaniem bardzo zresztą dokładnym i podkreślonym nawet miejscami przykładem: ot, w ten sposób, tak miało być. Wiemy więc dobrze, co Klinger zamierzał zrobić, i widzimy, czego nie zrobił. Przede wszystkim te dwa kształty, postać ludzka na brązowym tronie i postać orła u stóp jej na ziemi, nie są dość zharmonizowane z sobą. Nie ma między nimi tej koniecznej, absolutnej łączności, tego bezwzględnego należenia do siebie, które jest nieodzownym warunkiem, aby grupa była jednolitym, a więc artystycznym dziełem, a nie mniej lub więcej dowolnym tylko zestawieniem. W pomyśle to było, ale w ciągu tej koniecznej, rzemieślniczej pracy, przez którą dopiero „słowo staje się ciałem”, coś się zepsuło, rozerwało, pękło, czy nie dosięgło: brak może jednej linii, dostrojenia jednego wymiaru, od których zależało niemal wszystko. Synteza nie jest dokonana i grupa nie wyraża sobą tego, co snadź według zamiaru artysty wyrażać była powinna. Klinger czuł to widocznie i resztę swej twórczej myśli, tę zgubioną resztę wypisał kabalistycznymi znakami w obrazach na oparciu tronu, lśnieniem wygładzonych poręczy, całym tym mnóstwem akcesoriów, które w rezultacie mącą ją jeszcze, a byłyby zupełnie zbyteczne, gdyby był stworzył dzieło doskonałe, jak zamierzył. Ostatecznie Beethovena, wielkiego Beethovena nie widzi się w dziele Klingera; można go w nim z trudem tylko — wyczytać. Wobec rzeczy słabej lub lichej jest się obojętnym, ale wobec wielkiej a niedokonanej lub spaczonej doznaje się bolesnego uczucia: coś jak gdyby żal do twórcy, jak gdyby wrażenie jakiejś dziwnej, nieokreślonej krzywdy... Z tym uczuciem wychodziłem ze sali o starych tapetach, gdzie ustawiono grupę.

We drzwiach, uwolnionych już teraz od owych ucylindrowanych ichmościów, zobaczyłem niedostrzeżoną wpierw Salome108, dzieło niesłychane, marmur żywy i wyrażający sobą więcej niż cała po „literacku” upstrzona grupa Beethovena. Jest w Lipsku kilka rzeźb Klingera, między nimi jedna z pierwszych, jeśli się nie mylę, współczesnych prób zastosowania barwnych marmurów, dość twarda i zimna Kasandra109 i Dziewczę w kąpieli, cudowne, różowe, ciepłe prawie marmurowe ciało. W Kasandrze, mutatis mutandis110, jest znowu to niedociągnięcie, ten mimowolny rozdźwięk (świadomy mógłby być zaletą dzieła, służąc do uwydatnienia pewnej myśli twórczej), o którym wspominałem przy Beethovenie: i tu, czujemy, rzeźbiarz nie zrobił tego, co chciał; marmur nie mówi dość i nie mówi sam za siebie. Dziewczę w kąpieli zaś należy do tej sztuki, przed którą czoła schylić nigdy nie potrafię, choćby nie wiedzieć jak była w swym zakresie i rodzaju doskonała: do sztuki zewnętrznej, głuchoniemej, streszczającej się w wykonaniu i li tylko w wykonaniu, i bez tego, że tak powiem, „metafizycznego jądra”, które z wewnątrz dzieło oświetlając, a w zewnętrznych formach wyłożone, sprawia, że linie, barwy, dźwięki i słowa stają się czymś więcej — stają się syntezą jakiejś niewyrażonej przedtem dziedziny ducha.

Przyznaję bez zastrzeżeń, że „dobrze namalowana rzepa więcej warta niż źle namalowana tęsknota za nieskończonością”111 — ale dodam zaraz, że „dobrze namalowana rzepa” dla mnie... nic nie jest warta. Mam zawsze wrażenie, że dla tego efektu szkoda było czasu, trudu i — zdolności.

Doskonałość, wprost już doskonałość osiągnął Klinger w posągu Salomy112. Ten więcej niż piękny, ten straszliwy tors kobiecy nie potrzebuje podpisu, objaśnień, dodatków — nic. Wystarczy, że jest i patrzy na widza martwymi, brunatnymi kamieniami oczu, osadzonych w żółtawych orbitach i dreszczem go do głębi przejmuje. A jakże żywe, jak strasznie żywe są te martwe oczy! Błąka się po świecie dużo fotografii tej wspaniałej rzeźby; w interesie sztuki powinny by być co rychlej i doszczętnie zniszczone, nie dają bowiem nawet w przybliżeniu pojęcia, czym jest oryginał, ba! karykaturują go raczej! Stałem przed posągiem długo, zaklęty, zmiażdżony, storturowany wprost jego wyrazistością. Ta kobieta o nieskazitelnych, choć zgoła nie klasycznych kształtach, rysujących się pod luźno narzuconą, z przodu rozwartą suknią, o drapieżnym, tygrysio lubieżnym przegięciu smukłego grzbietu, ze szczupłym, zwiędłym, rozkoszą snadź przepalonym łonem, powleczonym żółtawą, histeryczną jakąś barwą, które mimo to, zda się, gotowe rozpłonąć lada chwila samolubnym, pożerającym, rychło jak fala po morzu przechodzącym ogniem: ta kobieta ze spokojnie złożonymi na piersiach rękoma, o dłoniach dużych, prawie chłopięcych, chudych i przerażającym jakimś a obłędem tchnącym niezdrowiem — z tą głową!... Nie widziałem w życiu podobnie żywej głowy z marmuru! Silnie osadzony, doskonale okrągły tył czaszki, niskie a szerokie, zmysłowe czoło, wydatne szczęki i usta, te dreszczem przejmujące usta o wąskich, tak bezmiernie zimnych a lubieżnych wargach naprzód wysuniętych, pod delikatnymi, nieświadomą żądzą rozkoszy i zniszczenia wydętymi nozdrzami — wszystko to składa się na całość jednolitą a tak wymowną w swym kamiennym milczeniu!

Stałem przed posągiem, a on mówił do mnie:

„Jestem wieczna! Istnieję, odkąd świat istnieje i mężczyzna, ja, Lilith113, Salome, Androgyne114... Pragnę rozkoszy, a nie nasycam się nią, jestem zimna, a przepływa przeze mnie fala ognia pożerającego, jestem niewinna w swej nieświadomości, a ze mnie grzech i potępienie; nęci mnie wszystko, czego nie znam, co wielkie, co czyste, a dzisiaj nie obchodzi mnie to, czegom pożądała wczoraj, a wszystko niszczę i wszystko kalam... I bez zamiaru, bez celu nawet — jestem dzieckiem, więc igram. Ludzie spokój, siłę, sławę, życie, szczęście swe pod stopy mi rzucają, więc depcę po nich — czyż może być inaczej? Biorę wszystko, a w zamian nic nie daję, bo nie prosiłam o nic! Jestem zniszczeniem, tak! — ale czyż przez to winna? Ja jestem tylko — kobieta! ”

Tak mówił marmurowy posąg, a martwa, spod kraju szaty jego wyzierająca młodzieńcza głowa poglądała ku górze na drapieżną, niewinnie uśmiechniętą twarz i zdawała się jęczeć osłupiałymi, przerażonymi oczyma: „Tak, tak, to prawda! Cierpię, umieram — prawda! — ale dlaczego? Wszak ja cię kocham!”

Druga głowa — starcza, milczała już z przymkniętymi oczami i z wyrazem zastygłego, śmiesznego bólu na skrzywionych ustach. Nie rozwiązała zagadki, ale zrozumiała, że tak być musi. — Straszne usta Salomy uśmiechały się ciągle.

Śmierć bohatera

(1910)

Są wypadki tak nieprawdopodobne, tak sprzeczne ze wszystkim, co z góry można było pomyśleć, że chociaż nastąpią, długo im się nie chce jeszcze uwierzyć ani wwiązać je w rzeczywisty bieg życia... Takim zdarzeniem dla mnie jest śmiertelny upadek Klimka Bachledy115, tam, z potwornej ściany Małego Szczytu Jaworowego. Jako członek Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, rozkazem naczelnika wezwany, spędziłem wraz z towarzyszami dnie całe na poszukiwaniu jego ciała, niosłem znalezione po osypujących się piargach116 na ramieniu, patrzyłem, jak przy blasku pochodni nocą już trumnę na leśnej polanie zamykano i wreszcie nad świeżym grobem przemawiałem, a jednak raczej wiem myślą, że Klimek nie żyje, niźli mogę wewnętrznym przekonaniem w to uwierzyć.

Nie będzie się temu dziwił, kto choćby raz widział tego orła starego na szczytach. Cichy rozważny, niewielki, z mięśniami w żelazo zamienionymi, z oczyma zdającymi się spod brwi namarszczonych skałę na wskroś przeszywać, przesuwał się po ścianach najszaleńszych, szedł w górę gładkimi kominami, z niepojętą, czarodziejską zręcznością czepiał się końcami palców zaledwie namacalnych szczerb i nierówności, zawsze pewny, spokojny, ostrożny a śmiały aż do szaleństwa. „Der beste Kletterer, den ich kenne117, napisał mu w książce przewodnickiej jeden ze sławnych alpinistów współczesnych.

„Najlepszy wspinacz...” To jeszcze mało. Ogromna większość wypadków, młodych ludzi zwłaszcza w Tatrach spotykająca, pochodzi stąd, że nie mając innej kwalifikacji oprócz ze zręczności ciała pochodzącej umiejętności wspinania się po skałach, nazbyt w niej zaufani, puszczają się nierozważnie na drogi zgoła niemożliwe do przebycia. Taternictwo stało się dzisiaj po prostu wiedzą. Trzeba mieć mnóstwo technicznych wiadomości, trzeba mieć tę przyrodzoną, a spotęgowaną długim i mozolnym ćwiczeniem bystrość spojrzenia, która pozwala każdej chwili, w najgorszych nawet warunkach, w deszczu, w mgle czy o zmierzchu — zdać sobie sprawę, gdzie się jest właściwie i jak i którędy dalej iść należy. Nie przesadzę zgoła, gdy powiem, że taternik wytrawny w miejscu trudnym czy niebezpiecznym jednym rzutem oka objąć musi wszystkie „chwyty” i „stopnie”, dla zwyczajnego wzroku wcale może niedostrzegalne — i z góry wie niewątpliwie, gdzie którą nogę i rękę wesprze. Jest to umiejętność orientowania się i decyzji, w taternictwie ważniejsza nawet daleko od samej fizycznej sprawności, która niczym niepoparta na zgubę tylko wieść może.

Te zalety wszystkie posiadał Klimek w stopniu wprost zadziwiającym. Nie będę mnożył przykładów: dość wspomnieć pierwsze zejście jego z Januszem Chmielowskim z Żabiej Przełęczy do Żabich Stawków Mięguszowickich po nocy. W ciemności zupełnej wynalazł przejście przez nachyloną płytę i rynny, będące dotąd drogą jedyną.

Zdawało się, że ten człowiek góry w zupełności opanował i zwyciężył i tak już bezpieczny jest we wirchach118, jak inni na bitym gościńcu i dlatego wierzyć w śmierć jego nie chciałem, gdy mnie wieść doszła, iż w górach zaginął.

Było to 7 sierpnia, w niedzielę, już po południu. W piątek tego tygodnia, właśnie w dniu, kiedy ze ścian Małego Jaworowego spadli Szulakiewicz i Jarzyna, byłem z młodszym bratem moim na Żabim Koniu. Trochę gradu ze śniegiem mieliśmy na tej ostrej, jedynej w swoim rodzaju grani; deszcz lunął ulewny, kiedyśmy na noc zaszli do schroniska przy Stawie Popradzkim. I przez sobotę, przez ową sobotę fatalną, kiedy zginął Klimek Bachleda, deszcz lał zimny, nieustanny, rozpaczliwy. Nie wiedząc o niczym, siedzieliśmy w schronisku w towarzystwie zatrzymanych również ulewą węgierskich taterników i patrzyli w beznadziejnym przygnębieniu na tumany gęstej, mokrej mgły, spływające w dół od Złomisk, od Mięguszowickiej kotliny, z wirchów i grzbietów, z przełęczy... Mewa jakaś zabłąkana unosiła się nad stawem samotnie, często za rybą na deszczem pooraną wodę spadając...

I nikt z nas wówczas nie myślał, kiedyśmy przy szklance wina pogawędką leniwie wlokący się czas spędzali, że tam w tej mgle i deszczu lodowatym straszliwa tragedia się rozgrywa, że na ścianach Małego Jaworowego drżą z wysiłku, znużenia, z głodu i z mrozu ludzie szukający wczorajszego trupa, że ginie jak bohater na stanowisku orzeł stary tatrzański, nam wszystkim znany i drogi.

W niedzielę rano wracaliśmy przez Rysy, młodym, w nocy spadłym śniegiem pokryte. Ja w pożyczonych białych bucikach tenisowych, gdyż buty moje kute spalono mi na nic przy suszeniu nad Popradzkim Stawem. Przy Morskim Oku konie na nas czekały; po drodze na Łysej Polanie doszła nas wieść o piątkowym wypadku i sobotnim zaginięciu Bachledy. Nie mając butów, nie mogłem się udać natychmiast w Turnie Jaworowe, mimo że wołał mnie tam obowiązek członka Pogotowia Ratunkowego, poszedł więc tylko mój młodszy brat, a ja z towarzyszami wróciłem do Zakopanego.

Z wieści też tylko znam owe pierwsze straszne dnie: jak w sobotę, kiedy już wszyscy ze sił wyczerpani, prześladowani gorączkowymi zwidzeniami ze znużenia i osłabienia, po nocy na wózkach przebytej i po dniu spędzonym bez żywności i w przemokłym odzieniu na skałach, przed zmierzchem ostatnim wysiłkiem na dół schodzili — Klimek darł się wciąż jeszcze w górę, pewny, że słyszy głos wzywający ratunku, niedbały na wołania, do powrotu go naglące... Zniknął w mgle i mroku za skalnym załomem wysoko, wysoko kędyś pod niebem; słyszano lawinę spadającego kamienia — wołano go jeszcze i czekano nań do ostatniej chwili dnia, kiedy on już nie żył prawdopodobnie... A potem dni następne, pełne ciągłego trudu, niebezpieczeństw i poszukiwań, noce spędzone na lodowatych, wodą ociekłych turniach lub w lesie przy ognisku, gdzie ze znużeniem oczy klejącym walczy nieustannie zimno i deszcz, co snu dobroczynnego nie chcą dopuścić...

Znaleziono ciało Szulakiewicza; za Klimkiem wciąż jeszcze bezskutecznie szukano, łudząc się czasem zawodną nadzieją, że może udało mu się przejść grań i inną drogą powrócić do Zakopanego... Członkowie Pogotowia i ochotnicy padali już ze znużenia, do dalszej pracy niezdolni; zastępowano ich wtedy nowymi siłami; od pierwszej chwili do ostatka wytrwał tylko jeden człowiek, iście żelazny, Mariusz Zaruski, malarz i poeta, były marynarz, założyciel bezinteresowny i naczelnik Pogotowia Ratunkowego.

We czwartek, już po pogrzebie Szulakiewicza, uzupełniwszy swój rynsztunek taternicki, wyruszyłem wraz z licznymi ochotnikami do Jaworowej Doliny na pomoc tamtym oddziałom, ale zawróciła nas z drogi powracająca do Zakopanego na jednonocny wypoczynek pierwsza wyprawa. W piątek dopiero pod wodzą niestrudzonego naczelnika wybraliśmy się znowu popołudniową godziną do Jaworzyny. Było nas osiemnastu wraz z ochotnikami.

Za cudnie pięknej pogody, układając przez drogę plany kampanii, zjechaliśmy na noc do zarządu dóbr jaworzyńskich. Podnieść tutaj muszę z wdzięcznością niezwykłą i serdeczną gościnność, z jaką nas przyjęto; na wyraźne polecenie właściciela, księcia Hohenlohego, dano nam wszystko do rozporządzenia, czegośmy sobie tylko życzyć mogli: podwody119, pomoc, żywność, a nawet zaofiarowano nam, turystom, nocleg w pokojach zarządu, z któregośmy jednak nie skorzystali, nie chcąc się rozłączać z towarzyszącymi nam również w charakterze członków Pogotowia przewodnikami.

Po nocy tedy, spędzonej na słomie rozesłanej na strychu papierni, wyruszyliśmy o godzinie trzeciej z rana na poszukiwanie Klimka, tym razem już bez nadziei, abyśmy go żywym jeszcze znaleźć mogli. Dzień nieświetnie się zapowiadał. Była niby na ogół pogoda, ale mgły przeciągały czasami i deszczyk zakrapiał przelotny. Przebiegliśmy szybko lasy w dolinie, a dosiągłszy kosodrzewiny, rozdzieliliśmy się na cztery oddziały. Dwa z nich miały iść różnymi drogami na straszliwą ścianę Małego Jaworowego, trzeciemu wypadło okrążyć przez Przełęcz Jaworową grań i przeszukać stoki od strony Doliny Staroleśnej i Rówienek, czy przypadkiem zaginiony nie dostał się tam gdzieś i nie padł zwalczony znużeniem i niepogodą. Czwarty oddział wreszcie, w którym obok naczelnika Zaruskiego, mnie i przewodników znajdował się jakiś przygodny ochotnik, udał się drogą ponad Mały Stawek Żabi na przełęcz pod Szczytem Zielonym, aby stąd przejść poszarpaną granią aż po karb obok Małego Jaworowego. Tam mieliśmy zamiar przy pomocy lin puścić się ku dołowi, przeszukując żleby, ponad które Klimek piąć się musiał, jeśli próbował przedostać się do grani.

Droga nasza, zrazu nie najgorsza, wiodła granią szeroką po piargu grubym i stromych trawiastych upłazkach120. Na widoki czarodziejskie, ze wszech stron się roztaczające, nie było czasu patrzeć; gnaliśmy naprzód prawie bez wytchnienia, dopóki teren na to pozwalał. Po pewnym czasie jednak rozpoczęły się „zamki”: konie skalne121 w wąskich szparach na grani ponad przepaścią od strony Jaworowej Doliny zionącą, płytki, które trzeba było trawersować, rynny strome i gładkie lub co gorsza o chwytach niepewnych i ruchomych. Przy pierwszej poważniejszej przeszkodzie pozostawiliśmy owego ochotnika, klnącego na czym świat stoi dzień i godzinę, kiedy się wybrał z nami na tę wyprawę, i parliśmy się wciąż naprzód, licząc: już tylko trzy, już tylko dwie turnie do upragnionej przełęczy.

Wreszcie po godzinie jedenastej przedpołudniem byliśmy pod turnią obok Małego Jaworowego, ostatnią w drodze przeszkodą, gdy naraz przewodnik Wawrytka, który w tej chwili szedł naprzód, odwrócił się ku nam:

— Klimek znajdziony!

Podbiegliśmy ku niemu. Tam w dole, z czarnej, nieprawdopodobnie spadzistej, przepotężnej ściany Małego Jaworowego dawano nam znaki, że zwłoki odnaleziono w czeluści żlebu, dzielącego głębokim wrębem ostatnią turnię od szczytów Jaworowych. Dostrzegł je jeden z oddziałów z żebra skalnego, spiętrzonego ponad żlebem, bez możności jednakowoż dostania się do nich.

Na razie wyprawa była skończona; wypadło wracać. Posiliwszy się tedy nieco, puściliśmy się tą samą drogą z powrotem, aby wreszcie około godziny czwartej po południu, po trzynastogodzinnym nieustannym marszu zejść się z innymi oddziałami na dnie doliny, którąśmy z rana pożegnali. Deszcz tymczasem począł lać już na dobre. Ponieważ kosodrzewina, wśród której siedzieliśmy, nie mogła nam dać zgoła ochrony, więc zeszliśmy jeszcze nieco niżej, aż na skraj poczynającego się lasu, aby się tutaj na nocleg rozłożyć. Przy watrze122, na którą poszły trzy ogromne sucharze, ciupagami przewodników zrąbane, próbowaliśmy zasnąć, ale niewiele tego snu było. Deszcz dokuczał coraz bardziej i zimno przenikliwe, tak że około północy jużeśmy wszyscy ze snu wytrzeźwieni siedzieli koło ogniska z osowiałymi minami, czekając świtu jak zbawienia.

A dzień przychodził z wolna, zasępiony, chłodny, dżdżysty i mgłami zasnuty... Część większą uczestników wyprawy odesłał naczelnik ze świtem do domu; siedmiu nas tylko zostało, to jest oprócz naczelnika Zaruskiego, mnie i ochotnika Ringmana, czterech przewodników: Jakub Wawrytka Krzeptowski, Jędrzej Marusarz Jarząbek, Wojciech Tylka, Suleja i Staszek Byrcyn Gąsienica, liczba aż nadto dostateczna do zniesienia zwłok, już odnalezionych. Przez odchodzących zażądaliśmy pojazdów i trumny, pewni, że tego dnia, w niedzielę, smutną pracę zakończymy.

Nadzieja ta nas jednak zawiodła. Z powodu ulewnego deszczu w nocy utworzył się w żlebie, gdzie ciało leżało, spieniony wodospad, niepozwalający nawet marzyć o wydostaniu się w górę tą jedyną drogą, jaka nam pozostawała. I w poniedziałek rano poszło nie lepiej. Wody wprawdzie znacznie opadły, ale skały za to aż po piarg pokryły się lodem, zwieszającym się w długich soplach z cyplów i krawędzi i powlekającym ściany pionowe szkliwem, zdradnym dla człowieka.

Zeszliśmy więc ponownie na południe w dół i czekaliśmy przy pierwszej kosodrzewinie z utęsknieniem słońca, aby choć trochę starło ze skał ten pancerz lodowy. A słońce jak na złość nie przychodziło. Turnie, słabym ciepłem dnia owiane, czerniały nieco od dołu, ale w górze lśniły się wciąż osędziałe123, w lodową zbroję zakute.

Wreszcie nie było co zwlekać dłużej. Około godziny drugiej przypuściliśmy szturm na nowo. Trzej przewodnicy, Wawrytka, Marusarz i Suleja poszli naprzód z linami, żelaznymi hakami i zbitą jeszcze poprzedniego dnia w lesie drabinką; my we trzech, z wyjątkiem Byrcyna, który został ognia pilnować, posuwaliśmy się za nimi po olbrzymim usypisku piarżystym ku ogromnemu śniegowi u wylotu żlebu, który z dołu niewielkim białym płatkiem nam się wydawał.

Między na dwa metry z górą grubym pokładem śniegu a pionowo spadającymi tu ścianami Małego Jaworowego znaleźliśmy przejście: długi, stromy, wąski korytarz, który wkrótce zamienił się na tunel zasklepiony. Przedarłszy się tym tunelem wzwyż, dostaliśmy się nareszcie do dziury między śniegiem a skałami, która stanowiła ujście żlebu fatalnego, piętrzącego się teraz głęboką czarną rynną pionową nad nami. Lód na głazach popuścił, ale woda szła ciągle, a z nią lodowy, trupi wiew wiatru, w szczelinach gdzieś zabłąkanego. Tam o sto kilkadziesiąt metrów nad nami leżały zwłoki Klimka Bachledy.

Zaczęła się gorzka robota. Przewodnicy za pomocą drabinki, na bitych w ścianę hakach zawieszanej, poczęli piąć się w górę, pokonując pierwszy, czterdziestometrowy przewieszony stopień żlebu. My, nie mogąc z braku miejsca pchać się już za nimi, asekurowaliśmy ich z dołu na linach. Co chwilę kamień obrywał się gdzieś z góry nad nami i pruł powietrze z groźnym warczeniem, niosąc śmierć dla głowy, którą by przypadkiem napotkał. Staliśmy tak ściśnieni między śniegiem a skałami, że nie było miejsca, aby się cofać przed tymi straszliwymi wrogami turystów, coraz gęściej padającymi, chyliliśmy więc tylko czoła za każdym razem pod śnieżny okap lub skalne załomy, śledząc żleb czujnymi oczyma i uchem. Ja w kilkoro złożony serdak124 na głowie przywiązałem, ale i to niewiele bezpieczeństwa dawało.

Wreszcie w dziurze nie było co więcej robić. Liny asekuracyjne skończyły się, więc przewodnicy ściągnęli je do góry, a my po wyrąbanych czekanami stopniach wydostaliśmy się na śnieg w miejscu od lecących kamieni bezpieczniejszym i stamtąd gołym okiem i przez szkła śledziliśmy drogę naszych towarzyszy, sami tymczasem na bezczynność skazani.

A oni szli w górę, czepiając się czarnych skał, na linach między niebem a ziemią zawieszeni, w strugach lodowato zimnej wody, co z czarnej gardzieli na nich biła. Czasem niknęli nam z oczu za jakimś uskokiem żlebu i wtedy tylko miarowy stuk młota, wbijającego żelazny hak w szczelinę skały, dawał nam znać, że żyją i wciąż postępują... Nie wierzę, aby za jakąkolwiek zapłatę zgodzili się ci chłopi doskonali i jedyni na przebycie takiej drogi: pchała ich myśl, że czeka tam na nich ciało poszarpane straszliwym upadkiem starego orła skalnego, bohatera, ich towarzysza.

Było piętnaście minut po czwartej, kiedy nareszcie okrzyk przeciągły oznajmił nam, że są już przy zwłokach. Dwóch blisko godzin potrzeba było, aby ci ludzie przebyli marne sto kilkadziesiąt metrów wzwyż, z największym mozołem cal zdobywając po calu!

Któryś z wszechwiednych gazeciarskich pismaków oznajmił potem ludowi, że ciało czeka na miejscu przybycia urzędowej węgierskiej komisji125, inny radził poprzednio, abyśmy się postarali o psy bernardzkie, celem odnalezienia zwłok. Rad bym widzieć tę komisję albo owego psa, co by dostać się tam potrafili! Nie można wymagać od wszystkich, aby znali góry, ich trudy i niebezpieczeństwa, ale śmiech zbiera gorzki, gdy piszą ludzie z wielką pewnością siebie o tym, o czym najsłabszego nawet nie mają pojęcia! Lecz mniejsza o nich.

Niewiele czasu upłynęło, kiedy oczom naszym na tle czarnej gardzieli żlebu zjawiły się zwłoki, w zgrzebny całun już zaszyte, na linach dołu puszczane. Za nimi ukazali się przewodnicy, wodą ociekli, przemoczeni do nitki, zębami z zimna szczękający, tak że trudno było zrozumieć, co mówili. Posłaliśmy ich co rychlej ku ognisku w dolinie, a sami, przytroczywszy ciało linami do drąga bambusowego, wzięliśmy je na ramiona.

I dziw! W tej chwili właśnie, kiedyśmy uginając się pod ciężarem, po piargach stromych w dół schodzić poczynali, rozjaśniło się niebo, od kilku dni zasnute: Tatry, broniące przed ludźmi zwłok syna swojego przez tydzień cały deszczem, mgłą i lodem, teraz żegnały wydarty sobie łup cudownym uśmiechem pogody!

O godzinie dziewiątej wieczorem złożyliśmy wreszcie zwłoki z ramion na Polanie Jaworzyńskiej, gdzie oczekiwała na nie przysłana z Zakopanego trumna i komisja sądowa z Kieżmarku. Pięć godzin bez mała trwało znoszenie.

Przy blaskach czerwonej pochodni odbyły się oględziny, przy blaskach pochodni lutowano trumnę, zamykającą się nad poszarpanym straszliwie strzępem ludzkim z roztrzaskaną na miazgę głową i połamanymi członkami. Upadek potworny zdarł zeń nawet ubranie; buty popękane ze zmiażdżonych stóp zleciały i tak je obok znaleziono.

Na podstawie ukształtowania ściany można sobie teraz cały wypadek dokładnie w myśli odtworzyć.

W sobotę 6 sierpnia, w deszczu, kurniawie126 i zawierusze Klimek, odwiązawszy się od liny, gdzieś o głaz zaciętej, którą połączony był z towarzyszami, Zaruskim i Zdybem, poszedł sam naprzód. Zdążano za nim w górę powoli, ale któż mógł doścignąć jego, orła skalnego! Parły go naprzód zwidzenia, czy też bystremu uchu jego rzeczywiście dosłyszalny głos żywego może jeszcze podówczas Szulakiewicza; nie chciał wracać mimo próśb i nawoływań. Przyszła nareszcie godzina, kiedy członkowie wyprawy z palcami ze skóry od chwytania się skał odartymi i zdrętwiałymi zimnem, znużeni i przemoczeni deszczem do granic ostatnich, po nocy nieprzespanej i dniu pełnym nadludzkiego wysiłku — zaczęli myśleć o powrocie, czując, że tyle im już tylko sił pozostało, aby wrócić z życiem w dolinę. Wtedy po raz ostatni Klimek ukazał się we mgle ich oczom, wysoko, wysoko ponad nimi, ramieniem do skalnego żebra przyparty, dążący, jak się zdawało, ku przełęczy między Małym Jaworowym a turnią obok sterczącą. Po raz ostatni wezwano go jeszcze do powrotu. Machnął ręką dwa razy i dłonią wskazał na grań, jak gdyby dając do zrozumienia, że tamtędy bezpieczniejszego przejścia dla siebie poszuka na drugą stronę, do Doliny Rówienek. We mgle wziął prawdopodobnie majaczące przed nim nowe żebro skalne za zbawczy grzbiet...

Zniknął za załomem z oczu towarzyszom, a ci, poczekawszy nań jeszcze nieco, zeszli sami w dół, zostawiwszy tylko linę dlań ku pomocy, gdyby namyślił się wracać tędy. Ale Klimek nie wrócił. Jak stwierdziliśmy później, zaraz za owym załomem znajduje się mocno nachylona, gładka płyta, po której prześlizgnąć się pewno starał na brzuchu, trzymając się rękoma skąpej trawki, w górnej szczelinie kędyś wyrosłej.

Rozmiękła deszczem około korzeni skąpa szczypta ziemi — puściła i Klimek zsunął się w dół. Na wystającym cyplu skalnym pozostał zaczepiony serdak jego i bluza, a on sam, z odzienia w pędzie się wyślizgnąwszy, runął z wysokości dwustu metrów w przepaść! Trzykrotna wysokość Wieży Mariackiej!

Cześć jego bohaterskiej pamięci! Zginął w górach, które tak ukochał, jak rycerz bez zmazy i strachu na stanowisku, nie chęcią zarobku, nawet w tej chwili nie owym pragnieniem dzikiej swobody, które nas gna we wirchy, wiedziony, ale najszczytniejszym i twardym, a dobrowolnie przyjętym obowiązkiem ratowania życia bliźniego. Składał to samo ślubowanie, które my wszyscy członkowie czynni Pogotowia Ratunkowego składamy: być gotowym na każde wezwanie we dnie i w nocy, w deszcz i w pogodę, w lecie i w zimie i z własnym zaparciem, bez względu na trudy i niebezpieczeństwa ratować do ostatnich sił tych, co w górach zginęli. Dotrzymał święcie ślubowania towarzysz nasz stary do tchu ostatniego, do ostatniej chwili życia. Jeżeli żołnierzom padłym w boju ordery na martwej piersi przypinają, to najwyższa zaszczytna odznaka powinna leżeć na trumnie tego chłopskiego bohatera z Podhala.

Zrozumiały to tłumy owe tysiączne, co za zwłokami jego szły na cmentarz. Biły mu wszystkie dzwony kościołów, płonęły w południowym słońcu pochodnie i dym kadzideł szedł ofiarny, ale ja wiem, że duchowi jego były najmilsze te wieńce z limb i kosodrzewiny, co górą wonnej zieleni mary jego pokryły!

Przemawiali nad grobem otwartym dostojnicy kościelni, przedstawiciele stowarzyszeń taternickich, Pogotowia Ratunkowego, którego niestrudzonym był członkiem, ludności miejscowej, inteligencji i przewodników; gdy po pogrzebie przy wrotach cmentarza stanęliśmy, aby grosz zebrać na jego pomnik, na głazu granitowego kawałek, co by świadczył o jego śmierci ofiarnej, obficie datki padały i to nie tylko z rąk ludzi zamożnych, lecz także z namulonych dłoni wieśniaków, jego współbraci i towarzyszy...

Niewątpliwie śmierć jego tragiczna przyczyniła się do wywołania owego głębokiego a powszechnego współczucia i żalu, które do grobu mu towarzyszyły, ale z naciskiem podnieść należy, iż niemniej życiem swym całym na nie zasłużył. Klimek Bachleda był naprawdę człowiekiem wyjątkowym. Ciężkiej pracy przez życie całe oddany, uczciwy, uczynny i przyjacielski, miał w sobie przedziwną szlachetność ducha i pogodę, i tę filozofię wrodzoną, która mu pozwalała ze skromnego stanowiska jego z uśmiechem patrzeć na wypadki i zdarzenia i równym przyjmować umysłem zarówno krzywdy losu, jak ludzi. Zszedł z nim do grobu nie tylko przewodnik doskonały i jedyny, który mimo lata podeszłe127 do nowej rozwiniętej techniki taternickiej dostosować się chciał i umiał, lecz także człowiek o inteligencji żywej, którego wszystko obchodziło i który o wszystkim zdołał sobie wyrobić sąd zdrowy a własny, a już nade wszystko serce ogromne a proste, każdej chwili do pomocy i poświęcenia się dla innych gotowe.

Ktoś powiedział, że to serce właśnie go zgubiło, każąc mu nie ustawać w poszukiwaniu zatraconego w Turniach Jaworowych człowieka... A jednak może nie tak należałoby powiedzieć. Wszak przez to serce właśnie na śmierć bohaterską go wiodące, zdobył ową pamięć czestną128 a wieczną, która po nim została.

Z Monachium (Salome Oscara Wilde’a)

(1905)

Dla pani Ireny Solskiej129

Żądała Pani, abym czasem donosił z tej mojej włóczęgi tegorocznej, com widział i słyszał, zwłaszcza w teatrach. Lato się już rozpoczyna i martwy sezon. W Mediolanie w ogóle w teatrze nie byłem, nie miałem jakoś ochoty, a w Szwajcarii także wolałem się włóczyć po górach, choć śnieg tam jeszcze leży, niż przypatrywać się w letnich teatrzykach marnym sztukom i aktorom...

Tu w Monachium jednak spotkałem się z rzeczą, o której chętnie Pani napiszę. Grano w Intimes Theater130 Salome131 Oscara Wilde’a132 z Lottą Sarrow w roli tytułowej, która ją objęła właśnie po współzawodniczce swojej, Lili Marberg.

Ludzie się zachwycali, ale ja mam wrażenie, że Lotta Sarrow grała źle. Mimo dużego talentu, mimo wszystkich zalet i korzystnych przyrodzonych warunków... Może ten sąd mój ostry stąd pochodzi, że rozczytując się w przedziwnym dramacie Wilde’a, nim go jeszcze po raz pierwszy na scenie zobaczyłem, jużem sobie był utworzył w duszy obraz tej właśnie Salomy133, obraz, którego mi jeszcze nie wcieliła żadna z widzianych dotąd w tej roli aktorek.

Przyznam się, że... czekam na Panią. Bo to moje najgłębsze przekonanie, że ze wszystkich znanych mi w kraju i zagranicą artystek Pani jedna posiada tę nadzwyczajną subtelność gry, tę prostotę przy niezmierzonym bogactwie środków artystycznych, tę miarę piękna i ten właśnie rodzaj inteligencji, które są potrzebne do zrozumienia i doskonałego odtworzenia postaci Salomy w dramacie Oscara Wilde’a. Nie mam zamiaru pochlebiać Pani jako artystce — wie Pani, że nie robiłem tego nigdy — ale doprawdy, że z utęsknieniem czekam tego wieczoru, kiedy zobaczę Panią jako Salome, wiem, że będzie to dla mnie najpiękniejszy wieczór ze wszystkich, jakie kiedykolwiek w teatrze przeżyłem.

Wie Pani, czytając przedziwny dramat Oscara Wilde’a, nie mogę się nigdy oprzeć myśli o obrazie Gustawa Moreau134... Zna go Pani, choćby z reprodukcji, nieprawdaż? Ta Salome, zaklęta niemal w posąg w jakimś momencie szalonego, prorokom śmierć niosącego tańca, wsparta cała na prawej, nienaturalnie wyprężonej nodze, z pochyloną nieco głową i rozkazująco przed siebie wyciągniętą ręką... Ma się czasem wrażenie, że to nie ona tańczy, ale na rozkaz jej cały świat do koła niej wiruje — ta hala przebogata, bajeczna i król Herodes na wyniosłym tronie i ta głowa świętego, którą ona już w myśli widzi — krwawą i promienną... A ona? — Ona jest tylko piękna i chce, aby się to działo, czego ona chce... I stoi tak, pewna swej władzy, prawie naga, w bezcennych jeno klejnotach około bioder i na głowie — i wyciąga dłoń: niechaj świat tańczy dokoła i król Herodes na tronie, i głowa Jana ucięta, który śmiał nią pogardzić... Tło bogate, malowane nader szczegółowo i wystudiowane nader starannie znika prawie sprzed oczu widza, tak dalece obraz cały wypełnia sobą ta postać zdecydowana, w dwie krzyżujące się linie rozpięta, władna. To nie jest opowiadanie, to nie jest ilustracja do tej lub owej chwili z dziejów Salomy — to zasadniczy moment, w który cała tragedia się ścięła i tak już trwać będzie — na wieki, na wieki...

Myślałem zawsze o tym, czytając Oscara Wilde’a. Bo i on daje coś podobnego. Inne jest wprawdzie jego pojęcie samej postaci Salomy, ale między budową dramatu a kompozycją obrazu analogii nasuwa się mnóstwo. Przede wszystkim — rzecz nie najważniejsza, ale najwięcej może ogólna — tu i tam to samo bogactwo tła, to samo wypracowanie go w szczegółach i zupełne dostrojenie do tego, co nań jest rzucone. W dramacie drugorzędne postacie i drobne epizody, rozmowy Żydów i żołnierstwa rzymskiego, w obrazie bajeczna architektura i przepych akcesoriów: to ów ekran konieczny, od którego Salome dopiero z całą niezrównaną plastyką odbija. I jak u malarza, tak i u poety, ta postać Salomy, drobna na pozór, całe ramy obrazu sobą wypełnia i wszystko inne w cień na dalszy plan usuwa. Ale co najważniejsze, to owo uchwycenie jej w zasadniczym, statycznym, rzec by się chciało, momencie. Dramat Salomy u Wilde’a skondensowany jest nad wyraz i do najprostszych linii sprowadzony. Córa Herodiady nie rozwija się tu przed naszymi oczyma, nie dochodzi powoli drogą jakichś wewnętrznych przemian do zamiaru i czynu, lecz ukazuje się nam gotowa, skończona: jedna chwila, jeden przełom i musi się stać to, co się stało. W wypadkach, które się przed nami w dziwnie krótkim przeciągu czasu rozgrywają, nie ma psychologicznego uzasadnienia jej czynu; leży ono natomiast w jej charakterze, uwydatnionym przez poetę nie tylko słowami, ale całym otoczeniem także. Jeśli się na to nie zwróci najbaczniejszej uwagi, nie można wprost pojąć mnóstwa rzeczy w dramacie, który w istocie jest tak prosty i jasny nadzwyczajnie. Ale też w tym właśnie leży cała olbrzymia trudność odtworzenia postaci Salomy Wilde’a w teatrze...

Salome widzimy wpierw, nim nam się ukazuje na scenie.

— Jakże piękna jest księżniczka Salome dzisiejszego wieczora! — mówi młody Syryjczyk, zapatrzony w oświetloną głąb pałacu...

— Patrz na księżyc — odpowiada mu chłopię królowej — jak dziwnie dzisiaj wygląda! Jakby kobieta, która z grobu powstała... Rzec by się chciało, że szuka rzeczy umarłych...

— Tak, dziwnie wygląda; podobny jest do małej księżniczki, która ma żółtą zasłonę i stopy ze srebra... Zaiste jest do księżniczki podobny, która tańczy na stopach, co są jak białe gołębie....

W tych kilku zdaniach Syryjczyka, o żywej księżniczce myślącego, jest już cały obraz Salomy, skreślony z takim przedziwnym mistrzostwem, że rzeczą aktorki, która nam się za chwilę ukaże, jest już tylko nie zepsuć go realnym swoim zjawiskiem. Niesłychany to trud artystyczny, któremu doprawdy tylko wielka artystka podołać może... A i to nie wyobrażam sobie, aby zrozumiawszy postać Salomy, a co za tym idzie i odpowiedzialność swoją wobec... poety, bez lęku myślała o tej chwili wejścia na scenę... Zwłaszcza, że ten pierwszy, w paru słowach tak śmiało zarysowany i dla dramatu tak zasadniczy obraz — wypełnia się znowu: Żołnierze, trzymający straż przed pałacem, patrzą na tetrarchę135! Ponury jest dzisiaj, bardzo ponury — i ustawicznie wodzi za czymś oczyma... Za kimś — poprawia inny... — Ale za kim?

— Czyż księżniczka nie jest dzisiaj bardzo blada? — odzywa się znowu Syryjczyk. — Nigdy jej jeszcze tak bladą nie widziałem. Czyż nie wygląda, jak odbicie białej róży w srebrnym zwierciadle?

— Nie patrz na nią! — krzyczy chłopię. — Straszliwa rzecz się stanie!

I znowu rozmowa żołnierska, twarda, naiwna i barwna, malująca kilku pociągnięciami, jakby mimochodem tło i przygotowująca nas na to, co się stanie... A wśród tego proroczy, głuchy głos świętego, dobywający się nagle z cysterny, która służy za więzienie... Syryjczyk nie słyszy, nie zważa na to, co się wokół niego dzieje: pochłonięty jest całkowicie widokiem księżniczki, tam, w głębi tego oświetlonego pałacu... A oto księżniczka powstaje, oto idzie tutaj! — „Nie patrz na nią!” — krzyczy jeszcze raz chłopię...

„Jak gołąb, który się zabłąkał! Jak lilia padolna136, wiatrem poruszana, jak kwiat ze srebra...”

Salome staje na tarasie.

I mówi...

Mój Boże, czemuż wszystkie aktorki, które dotąd widziałem, zwracają się z tymi pierwszymi słowami do Syryjczyka, do żołnierzy, w ogóle do aktorów, którzy są na scenie, kiedy Salome mówi je w istocie do siebie, nie widząc w tej chwili nikogo! Niegdyś był zwyczaj mówienia koniecznie do publiczności, teraz zakorzenił się zwyczaj mówienia a tout prix137 do kogoś w pobliżu, chociażby to nawet zupełnie sens słów zmieniało! No tak; ale aktorzy umyślili sobie, że mówienie do siebie w dramacie jest „nienaturalne”, a „realizm” przede wszystkim! Realizm, którego zasada w istocie tak rzadko bywa zrozumiana! Salome mówi do siebie, usprawiedliwia się przed sobą, dlaczego wyszła... Tetrarcha wciąż patrzy na nią krecimi oczyma.... mąż jej matki — ona wie, co to znaczy, tak, wie...

— Opuściliście ucztę, księżniczko? — mówi Syryjczyk.

Ona go nie widzi. — A, jakie świeże powietrze! Można odetchnąć nareszcie! Tam wewnątrz duszno — i wstrętny ten barbarzyński tłum: Żydzi, Grecy i Rzymianie.

— Czy nie zechcecie usiąść, księżniczko?

Nie słyszy. — A, jakże dobrze jest patrzeć na księżyc! Wygląda jak drobny pieniążek... Do srebrnego kwiatka jest podobny! Chłodny jest i czysty, ten księżyc z pewnością jest czysty, ma piękno czystości... tak, musi być czysty. Nigdy się nie pokalał. Nie kaził się jak wszystkie inne bóstwa...

W tekście inauguracyjnego przedstawienia Salomy w Małym Teatrze berlińskim pod dyrekcją Maksa Reinharda (luty 1903), były te słowa o czystości księżyca wprost wykreślone. Ale cóż dziwnego! Przecież ta sama ręka z wielkiego monologu Salomy nad głową św. Jana usunęła zdania, które są właśnie osią całego dramatu. Już to reżyserowie wszystkich krajów i ludów mają niepojętą namiętność do skracania w tekście rzeczy najbardziej nawet zasadniczych i najważniejszych, które według ich zrozumienia, albo raczej niezrozumienia, „ciążą”, a pozostawiania natomiast zupełnie błahych powiedzeń, „kwestii”, jeśli tylko one dla aktora są „pełne”. — Zdaje im się jeszcze ciągle, że dramaty bywają dla aktorów pisane, a tych znowu pierwszym obowiązkiem jest zająć publiczność, to znaczy mniej więcej podobać jej się w tej lub owej roli. Kiedyż zrozumieją, że dramat istnieje dla siebie, nie dla publiczności, nie dla aktora, nie dla sceny nareszcie, ale dla siebie samego i musi mieć własne życie, własną logikę i formę własną konieczną? Owszem, to wszystko, czego dramat dla realizacji swej wymaga, a więc scena, aktor, kulisy — istnieje tylko przezeń i dla niego. To trzeba zrozumieć.

Wtedy też i praca reżyserska inaczej by wyglądała: reżyser, biorąc zakwalifikowany do gry dramat w rękę, nie myślałby, jak dziś, przede wszystkim o tym, jakby rzecz inscenizować, aby się „najlepiej wydała”, to jest była dla publiczności zajmująca, a aktorom dawała wiele pola do popisu, lecz zastanowiłby się naprzód, co jest zasadniczą myślą, artystycznym zamiarem poety i jak rzecz przedstawić, aby z niej to właśnie wydobyć. — Wtedy też nie ośmieliłby się nigdy wykreślić np. ze Salomy owych słów o księżycu, które są tak znamienne i tak od razu stawiają całą postać we właściwym świetle...

Salome Oscara Wilde’a jest przede wszystkim czysta. To nie jest Kasprowiczowska138 piękna i wyuzdana kapłanka Astarty139, ani też lubieżna, a jak zwierzę naiwna, marmurowa niszczycielka Klingera140; to jest czysta i naprawdę — fizycznie i duchowo — dotąd nietknięta dziewica. Żyje wśród brudu jak lilia na bagnisku; przyzwyczaiła się już doń może zewnętrznie, ale w pewnych chwilach czuje, że ją to wszystko dusi i dławi — i ucieka przed lubieżnym wzrokiem Herodesa tutaj, pod księżyc, który czysty jest jak ona.

Ona i księżyc — dwoje ich tylko na świecie... Zresztą141 kala się wszystko, ojczym jej i matka, i bóstwa wszystkie. I dlatego tęskni do księżyca, dłonie wyciągu ku niemu, który zbyt jest wysoko, aby go zbrudzić mogło cokolwiek. I jej dotąd nic jeszcze nie skalało — lubieżne spojrzenia tetrarchy ślizgają się tylko po jej chłodnym, marmurowym ciele, niezdolne przeniknąć w głąb... Za chwilę dopiero pojawi się prorok, czysty jak księżyc i swoim widokiem odbierze dziewictwo jej ducha — i za to ona mścić się będzie.

Lotte Sarrow przywróciła sobie w roli słowa usunięte na pierwszym przedstawieniu w Berlinie, mówiąc je jednak, nie pojmuje zgoła ich znaczenia i doniosłości. Dla niej, jak dla wszystkich prawie przedstawicielek Salomy Wilde’a, jest to tylko rozpieszczone, kapryśne, histeryczne i... zepsute dziecię dworu, dziewka krwiożercza, która żąda głowy świętego li tylko przez obrażoną próżność, z zemsty, iż on śmiał się oprzeć jej kapryśnemu życzeniu. Bez wątpienia, kaprys jest jedną z cech charakteru Salomy, przyzwyczajonej do tego, że wszyscy jej ulegają, ale to nie jest rys zasadniczy. I dlatego Sarrow, na tym kaprysie niemal histerycznym opierając swoje pojęcie Salomy, gra fałszywie i nie daje nawet w przybliżeniu tego, co zamierzył poeta.

Ten brak, to opaczne zrozumienie, które z nader głębokiego dramatu czyni ciekawy obrazek i nic więcej, czuje się już przy pierwszym wejściu jej na scenę. — Salome ucieka przed tym nieświadomym wstrętem, jakim ją całe to brudne otoczenie napełnia; Lotte Sarrow opuszcza biesiadę dlatego tylko po prostu, że się znudziła. Ten ton brzmi niedwuznacznie w jej słowach. Pewnego formalnego usprawiedliwienia do takiego pojmowania rzeczy można by wprawdzie szukać w słowach Syryjczyka: „Księżniczka wstaje od stołu... Wygląda jakby była znudzona...” Ale to powiedzenie nie jest rozstrzygające, Syryjczykowi mogło się tak wydawać — dla postaci Salomy znacznie ważniejsze jest to, co ona sama mówi i czyni. Trzeba mieć całą rolę jej przed oczyma, aby właściwie rozumieć szczegóły.

Te pierwsze „kwestie” Salomy są nadzwyczaj ważne, ponieważ rysują całą postać od razu i dlatego zatrzymuję się przy nich dłużej.

„Czemu tetrarcha patrzy na mnie wciąż tymi krecimi oczyma spod łypiących powiek? To dziwne, że mąż mojej matki tak patrzy na mnie... Ja wiem, co to ma znaczyć! Tak, wiem...”

Sarrow mówi te słowa ostatnie z chytrym uśmieszkiem, tonem jakiejś Prevostowskiej półdziewicy142... Ja sądzę, że Salome powinna to mówić z pewną goryczą, z pewną zaciętością i szyderstwem. Tak patrzy na nią mąż jej matki, ten najbrudniejszy wśród brudnych, na nią, która jest czysta i nawet jego spojrzeniem zbrudzona być nie może, bo ono do głębi jej nie przenika. — Ale to jest wstrętne, bo ona wie, że chcą ją zbrudzić i dlatego wyszła, uciekła...

I znowu słowa dalsze, w których Salome skarży się na otoczenie... Tutaj drgać powinna ogromnie subtelna, obrażona duma królewskiej córy, zmuszonej do przebywania w tym wstrętnym dla niej towarzystwie... A więc żadnej przesady, żadnego krzyku, dreszcz tylko mimowolny i wstręt... Teraz dopiero będzie zrozumiała tęsknota i ulga niejako, z którą zwraca się do księżyca, jedynego bóstwa niepokalanego. I jeszcze raz zwracam Pani na to uwagę, że te wszystkie trzy „kwestie” powinna Salome mówić do siebie, a nie do Syryjczyka, którego obecności zrazu wcale nie spostrzega. Nie po to wyszła od tamtych ludzi, aby tutaj znowu z podobnymi ludźmi rozmawiać. Syryjczyka spostrzeże ona dopiero później, na jedną krótką chwilę, gdy się dowie, że on ma władzę wypuścić Jana... Ale tymczasem ten młody kapitan, przemawiający do niej, nie istnieje dla niej wcale.

— Oto przyszedł Pan! Oto Syn Człowieczy chodzi po świecie!

Ten głos potężny a głuchy, nagle z cysterny się rozlegający, zwraca dopiero uwagę Salomy.

— Kto woła?

— To jest prorok, księżniczko — odpowiada żołnierz.

— A, ten prorok, którego tetrarcha się boi?

— Nie wiemy o tym, księżniczko...

— On straszne rzeczy mówi o mojej matce, nieprawdaż?

— Nie rozumiemy, co mówi, księżniczko...

— Tak, straszne rzeczy o niej powiada... wiem.

Sarrow znowu mówi to ze śmiechem, tonem złośliwego dzieciaka, który się cieszy, że jakiś prorok, postrach ojczyma znienawidzonego, mówi straszne rzeczy o nielubianej matce. — Jest w tym wiele finezji, pomysłowości, jest tak miłe dla publiczności „urozmaicenie” roli, ale to nie jest Salome Oscara Wilde’a.

„A, to prorok, którego tetrarcha się boi!” — Tu zapewne jest radość, rodzaj tryumfu... Jest ktoś, kogo tetrarcha się boi... Kto? — Prorok, który nadto straszne rzeczy ośmiela się mówić o królowej. Salome wie, że to jest prawda, ale niemniej jest to dziwne, że on się ośmiela... Prawie coś jakby groza powinna drgać w jej głosie. A teraz zaciekawienie, czysto kobiece.

— Czy ten prorok jest stary?

— Nie, księżniczko, to jest zupełnie młody człowiek...

I znowu ten przejmujący, klątwą nabrzmiały głos z cysterny. — Salome się cofa. Cóż to za dziwny głos, co za dziwny człowiek! On jeden wśród tej całej ohydy, który śmie... Musi być inny od tych wszystkich... Jeszcze nie wypowiada tego, ale już czuje: on musi być czysty! Ta myśl działa wprost na jej umysł: budzi w niej to, czego rozbudzić nie mogły lubieżne dworzan i gości spojrzenia. — I nagle ta nieposkromiona żądza do rozkazywania przywykłej księżniczki: ona musi z nim mówić, musi go zobaczyć! Niech go wypuszczą z cysterny!

Żołnierze cofają się przerażeni:

— Księżniczko, nam tego zrobić nie wolno!

Salome, podrażniona oporem, nalega natarczywiej.

— Nie do nas powinnaś się zwrócić, księżniczko!

I teraz dopiero Salome spostrzega Syryjczyka. Do żołnierzy zwracała się z rozkazem, i nie posłuchano jej; do naczelnika straży pałacowej, o którym wie, że kocha ją do szaleństwa, zwróci się w inny sposób. Ta czysta Salome wie, jaka jest piękna i zna władzę, zna bezcenną wartość swych wdzięków. I oto ta nadzwyczajna w swojej prostocie scena kuszenia sługi przez królewnę, która wie z góry, że musi zwyciężyć: „Zrobicie to dla mnie, Naraboth, a ja jutro... upuszczę mały zielony kwiatek dla was...” Uśmiecha się do siebie, patrząc w dal. — „Wiem, że to dla mnie zrobicie, a ja jutro... popatrzę na was przez zasłonę z muślinu, może się nawet uśmiechnę...”

Lotte Sarrow jest w tej scenie bardzo dobra: w głosie jej znać świadomie lubieżny ton i słychać tę książęcą i dziewiczą zarazem pewność siebie. Zapomina tylko, że aby te słowa miały sens, Salome, powiadając je, nie powinna już z góry dawać tego, co dać dopiero obiecuje — jutro. A więc nie patrzy w tej chwili wprost w oczy Syryjczykowi, nie uśmiecha się do niego. Tutaj właśnie potrzeba niesłychanie subtelnego kobiecego artyzmu, trzeba umieć patrzeć, nie patrząc, i uśmiechać się pozornie, nie czyniąc tego. Pani by to umiała! I dopiero ostatnia karta: Salome zwraca się nagle całą postacią ku Syryjczykowi i prosto w twarz mu spoziera:

— Patrz na mnie, Naraboth! Wszak ty wiesz dobrze, że zrobisz to, czego ja żądam od ciebie!

Na rozkaz kapitana wyprowadzają proroka z cysterny.

Pierwsze wrażenie Salomy to przestrach. Cofa się mimo woli przed tą białą, wychudłą, postacią, jawiącą się nagle w księżycowym obrzasku na zrębie starej studni.. Ale zarazem pociągnięta jest nieprzemożoną siłą ku temu zjawisku. To takie odmienne od wszystkiego, co ją dotąd otaczało i — napełniało wstrętem... I nie odchodzi, nie ucieka, chociaż prorok zaczyna miotać klątwy.

— O kim on mówi?

— To nie wiadomo, księżniczko...

A prorok klnie wyuzdaną, lubieżną cudzołożnicę...

— On mówi o mojej matce!

— Nie, nie, księżniczko!

— Tak, o mojej matce mówi!

Nic, jak tylko groza jest w tych słowach. Zalękła, z zapartym oddechem słucha grzmiących, złowrogich wieszczb zuchwałego proroka...

— Straszne! Straszne!

— Odejdźcie stąd, księżniczko, błagam was! — mówi młody Syryjczyk.

Ale ona już odejść nie może. Szeroko otwartymi oczyma wpatruje się w tę postać nieziemską. Widzi teraz jego oczy, te straszne, płomienne oczy, czarne jak jeziora fantastycznymi księżycami olśnione!... Tak, to nie treść jego słów, to te oczy strachem ją przejmują...

— Odejdźcie stąd, księżniczko!

Nie odejdzie. Już jest za późno. Widzi jego ciało, wychudłe, białe, podobne do figury z kości słoniowej, do posągu ze srebra kutego podobne! On musi być czysty, on, który tak wygląda i takie rzeczy mówić się ośmiela! — Czysty jak księżyc! — I tutaj jest przełom: w księżniczce, dotąd nietkniętej, nagle zmysły się budzą wobec tej czystości, za którą wśród brudu nieświadomie tęskniła. Owłada nią żądza, tym potężniejsza, że po raz pierwszy wybuchła, a wzmożona jeszcze uczuciem strachu i świętokradztwa niemal.

— Jego ciało musi być chłodne jak kość słoniowa. Chciałabym mu się przyjrzeć z bliska!

Rzuca się ku niemu. Ale z chwilą, kiedy prorok znowu się odzywa, ją opuszcza odwaga. Pokornie i cicho odpowiada na pytanie: „Jam jest Salome, córka Herodiady, księżniczka judzka...”

Święty przeklina córkę cudzołożnicy, ale ona treści słów jego nie pojmuje — głos tylko słyszy, który ją oszałamia.

— Mów dalej, mów dalej, Johanaan! I wieść mi, co ja mam czynić!

Te słowa brzmieć powinny jakby modlitwa...

I oto słyszy, że ma iść na puszczę143 i szukać Syna Człowieczego i paść mu do nóg...

— Kto jest Syn Człowieczy? Czy jest on taki piękny jak ty, Johanaan?

Prorok nie odpowiada. Wieści tylko znowu rzeczy straszliwe, które przyjść mają... Ale Salome nie słyszy. Uczucie przestrachu i świętej grozy już ją opuściło: pochłonięta jest cała widokiem tego dziwnego człowieka, który jest czysty, jeden na całym świecie, i jeden na świecie całym nie uległ jej wdziękom, nie widzi jej nawet!