Profesor Butrym

Jerzy Żuławski. 1874–1915

Ile wojna zgasiła talentów, które kiedyś zakwitłyby może wspaniałym kwiatem na niwie poezji polskiej — tego nie będziemy wiedzieli nigdy. Zostanie to na zawsze tajemnicą. Nie zdradzą nam jej samotne, milczące mogiły, rozrzucone na szerokiej przestrzeni ziem polskich od Karpat aż po błota poleskie.

Wiemy jednak, że wojna trzebiła nie tylko ten młody, nieznany nam bliżej, zagajnik literatury. Wdarła się ona także i do starszego jej lasu i obaliła tam bujne drzewo męskiej, dojrzałej twórczości Jerzego Żuławskiego.

Tragiczny zgon poety, zmarłego w sierpniu 1915 roku, w austriackim szpitalu dla tyfoidalnych w Dębicy, w Galicji Zachodniej, szerokim rozniósł się echem i przygnębiające wywarł wrażenie wśród wszystkich, którzy znali jego bujną, pełną ochoty do życia naturę.

Mimo woli wyrywały się wówczas na usta słowa Juliusza:

„Gdyby przynajmniej przy rycerskiej śpiewce

Karabin jemu pod głowę żołnierski,

Gdyby miecz w sercu lub zabójcza kula!

Lecz nie! — szpitalne łoże i koszula...”1

W tym „łożu szpitalnym” tkwi bodaj największa tragedia życia i śmierci Żuławskiego.

Nie wchodzimy tu w ocenę jego działalności, jako uczestnika Legionów galicyjskich. Wystarcza nam fakt, że pragnął, „jak dziad i ojciec”, dać krew ojczyźnie. Tak przynajmniej pisał w porywie szczerego i głębokiego uczucia w pożegnalnym wierszu do swoich synów. Los zrządził, że dał tylko — im i ojczyźnie — przedwczesną śmierć i żałobę.

W poezji polskiej wieku XX ma Żuławski swoją własną kartę. Zaczął pisać młodo, jeszcze jako student uniwersytetu berneńskiego w Szwajcarii, gdzie u podnóża Alp, zapatrzony w ich śnieżne szczyty, zdobywał doktorat filozoficzny, przykładając się szczególnie do studiów nad Spinozą.

Spinoza też wywarł na niego niewątpliwy i głęboki wpływ. Od niego przejął ów „eudajmonizm etyczny”, który tak doskonale harmonizował z jego naturą, żądną pełni życia i szczęścia. Cała późniejsza filozofia Żuławskiego, na której podstawach ukształtował się jego stosunek do najżywotniejszych osobistych i ogólnych zagadnień, łączy się niemal bezpośrednio z pojęciem Spinozy o potędze ducha, która prowadzi do wolności, przez wolność do cnoty, a przez cnotę, jako wynik wolności, do szczęścia.

Ideałem jego, podobnie jak ideałem Spinozy, był „człowiek zdrowy, wesoły, swobodny, szczęśliwy, wrażliwy, choć niczego się nie bojący, poddany cały-rządom rozumu i gorącą miłością Boga rozpalony”.

Kiedy w pracy swojej o Spinozie (Przed zwierciadłem prawdy str. 187 i nast.) mówi: „Pogoda, spokój, siła — to trzy błogosławieństwa, które Spinoza światu niesie; nad ideałem jego, nad ludzkością, którą sobie wymarzył, pali się jedna ogromna miłość. do Boga, która jest miłością wszechświata i miłością życia” — mówi to, jakby o sobie i od siebie.

W tych określeniach jest też klucz do zrozumienia całej jego indywidualności.

„Miłość wszechświata i miłość życia” stanowiły treść jego duszy, a co za tym idzie, przejęty również od Spinozy dynamiczny panteizm2, według którego jedyną substancją, jedynym bezwarunkowym bytem jest nieskończona i identyczna w sobie energia, a świat jest tylko jej objawem — stanowił oś zasadniczą jego myśli badawczej, chciwej poznania, nie zasypiającej nigdy, nawet na różach poezji.

Stąd w sztuce jego łączą się dwa, pozornie zwalczające się nawzajem, pierwiastki — czysty, na wskroś artystyczny pierwiastek marzenia z pierwiastkiem intelektualnym, który przy pomocy określonych, pilnie przestrzeganych dyscyplin umysłowych trzymał na wodzy to, co pospolicie nazywamy „natchnieniem poetyckim”. W „natchnieniu”, które wybucha gejzerami z podświadomych pokładów duszy ludzkiej, Żuławski nie tworzył nigdy. Jego sztuka była świadomemu dążeniem i świadomą pracą człowieka o kulturze rozległej. i wysokiej, wypowiadającego kunsztownie istotę swoich przeżyć i niemniej kunsztownie ścigającego swoją tęsknotę, która go unosiła „ponad życie’

Zbliża go to raczej do typu literata w znaczeniu zachodnioeuropejskim, niż do typu poety, jaki przekazała nam do dzisiaj jeszcze żywa w Polsce tradycja romantycznego pojmowania sztuki i posłannictwa artysty.

Nietrudno stwierdzić, że cechę pełnej i kontrolowanej mniej lub więcej surowo, ale zawsze kontrolowanej świadomości twórczej noszą na sobie nawet młodzieńcze poezje autora Erosa i Psychy.

Przelewa się w nich tu i owdzie war uczucia, pali się siedmioma swymi barwami tęcza lotnego jak obłok marzenia, ale jednocześnie u podstaw łuku każdej z tych tęcz widać szary „granit” intelektu, stojącego, jak szyldwach, na straży poezji, aby nałożyć jej swoje wędzidło, gdyby zaszła tego potrzeba.

Potrzeby tej jednak nie było nigdy. Żuławski nie zapędził się na „bezdroża” ani razu w okresie dwudziestoletnim swojej twórczości.

W wierszach lirycznych, których zostawił nam cztery obszerne tomy, w powieściach fantastycznych (Na srebrnym globie, Zwycięzca, Stara Ziemia), w powieściach współczesnych (Laus feminae), w opowiadaniach i nowelach (Kuszenie szatana, Bajka o człowieku szczęśliwym), wreszcie w dramacie, który go najsilniej ku sobie pociągnął, jako rodzaj sztuki, i olśnił możnością twórczą przekształcenia rodzących się w mózgu obrazów i słów na plastyczną rzeczywistość — potrafił zawsze utrzymać na wodzy marzenie i sprząc je z postulatami krytycznego umysłu.

Rzecz znamienna i wysoce charakterystyczna, że nawet w „nadziemskich” swoich powieściach nie odbiegł zbyt daleko od „ziemi”, że potrafił swojej fantazji księżycowej nadać cechy obronnej prawdy, której nigdy uczony specjalista nie będzie mógł w ogólnej bryle zakwestionować.

W szeregu swoich dramatów, zaczynając od Dyktatora poprzez Wianek mirtowy, Jolę, najpopularniejsze ze wszystkich dzieł swoich Erosa i Psyche, Grę, Donnę Aluikę (La Bestia), Za cenę łez, Koniec Mesjasza i niewystawiony jeszcze dotąd na żadnej scenie polskiej Gród słońca3 — dążył poeta konsekwentnie rozmaitymi drogami i przy pomocy różnych środków zawsze do jednego celu — do najpełniejszego wypowiedzenia swojej idei „pełnego życia” i swojej tęsknoty do bohaterstwa, stanowiącej jeden z najwyższych wyrazów jego poezji.

„Ojcze!” mówi bohater w Grodzie Słońca:

ja nazbyt kocham śmiech, swobodę,

życie i słońce i siły swe młode,

co szczęścia dreszczem idą przez me kości,

abym kupować miał za cenę lęku

władztwo! Ja raczej z tym samym uśmiechem,

którym władałem, przyjmę śmierć, niż grzechem

trwogi się skalam...

A kiedy dalej w tym samym dramacie (str. 36) słyszymy płomienny wybuch żądzy życia:

Żyć będę! żyć będę!

Wszak mam tu jeszcze wiele do roboty.

Mój ojcze! myśli swych, zamiarów zloty

pas taki jasny, taki barwny przędę,

i im się więcej moich marzeń wciela,

tym więcej pragnę! Chciałbym, by na świecie

słońce władało, by człek był, jak dziecię,

a z życia nie znał nic, oprócz wesela...

— to zdaje nam się, że to woła do nas bezpośrednio sam Żuławski swoim pragnieniem, swoją wolą i ochotą życia, które było w nim tak bogate, tak rozlewne, tak pełne wiary w siebie i radości.

Radość bujna szła z nim wszędzie — czy w góry, które przemierzył własnymi stopami, wdzierając się na szczyty alpejskie i tatrzańskie, czy na słoneczny brzeg francuskiej i włoskiej Riviery, czy do Paryża i do Rzymu, gdzie pełnymi haustami pił z najczystszych źródeł kulturę renesansu, pociągającą go ku sobie tą właśnie „pełnią i bogactwem życia”, które szumiało w jego młodych tętnicach, czy wreszcie do Warszawy, gdzie zawsze przywoził z sobą nie tylko reminiscencje zakopiańskich „wczasów letnich” i echa długich z przyjaciółmi rozmów „na werandzie u Płonki”, ale i swobodny oddech z szerokiego świata, ów powiew „europeizmu”, który go czynił równouprawnionym obywatelem wszystkich kultur.

Wykształceniem wżyty w Europę, mocno związany z nią przez swoje studia humanistyczne, pogodzony z życiem, wolny od jakichkolwiek, drobnych nawet śladów przesączających się od wschodu do literatury polskiej metod „samoudręczenia, zdrowy od pnia, silny, trzeźwy i śmiały, należał Żuławski do najbardziej zharmonizowanych wewnętrznie ustrojów pisarskich doby ostatniej. Nie było w nim rozdźwięków, chimer, skowytów duszy, nade wszystko jednak nie było elementu bezsilnej skargi i łamania rąk.

Naturę miał zdobywczą.

Tragedia przeznaczenia chciała, aby wbrew tej naturze, wbrew tej bujnej sile życia, która w nim tkwiła, legł na łożu szpitalnym w chwili wielkiego przełomu dziejowego, z oczyma chciwie wpatrzonymi w jutro.

Żył krótko. Za krótko, aby mógł wypowiedzieć całego siebie. Urodzony w r. 1874, padł na progu życia męskiego, ledwie go przekroczywszy, ledwie spojrzawszy w oczy zagadnieniom, które wiek dojrzały przynosi z sobą polskiemu artyście.

Pozostaje jednak po nim w literaturze ślad trwały i ślad własny, którego czas nie zatrze.

Na imię mu — samodzielny wysiłek twórczy.

Z. Dębicki4

I

Z ciemnego rogu dużego salonu, popod pierzaste liście palmy, zwieszające się z wazonu, patrzył profesor Butrym na żonę.

Siedziała przed fortepianem. Skończyła przed chwilą grać; lewą, pieszczoną rękę, z dużym, starym turkusem w pierścieniu, trzymała jeszcze na klawiaturze, uśmiechniętą twarzą zwracała się do kilku stojących obok mężczyzn. Mówili do niej wszyscy, jeden przez drugiego, drocząc się nawzajem i przekomarzając. Profesor widział ich wszystkich, jak przez mgłę, raczej odczuwał tylko ich obecność, jakby dopełnienie obrazu, który miał przed sobą. Nie słyszał i nie słuchał, co mówią, cieszył się tylko, że są, że śmieją się i rozmawiają, bo dzięki temu patrzeć mógł tak zdała na delikatny, jakby rylcem w twardej kamei cięty profil swej żony, widzieć, jak w uśmiechu drga radością życia każdy nerw; jej twarzy, jak błyszczą oczy jej o przedziwnym kolorze morskiej wody, w której ponad zielenią wzgórz odbija się błękitne niebo.

Opuścił nieco powieki na znużone jaskrawym światłem oczy i spod spuszczonych rzęs łowił iskierki płowego złota, sypiące się z jej falistych włosów przy każdym głowy poruszeniu, patrzył, jak w miarę uśmiechu jawił się na jej prawym policzku mały dołeczek, ukośnie padającym światłem fortepianowego kinkietu znaczony i znikał znów, kiedy z szeroko rozwartymi oczyma i rozchylonymi nieco usty słuchała niby poważnie jakichś mówionych do siebie słów...

— Zośka, Zośka — szeptał z cichym, dziecięcym niemal roztkliwieniem.

Uderzył go śmiech głośniejszy. Pani Zośka wstała, mężczyźni rozstąpili się nieco, otwierając jej wolne przejście w głąb salonu. Ale ona nie szła. Widział ją smukłą i wysoką, z męskimi trochę ramionami i przedziwnie kobiecą, miękką, szlachetnie wygiętą linią grzbietu i biódr5. Powłóczystą suknia z czarnego aksamitu iskrzyła się na niej świetlnym pyłem, z żyrandolu i lamp padającym.

Zwróciła głowę.

Błysnęła mu na moment jej twarz wprost widziana o brutalnie rozwiniętych kościach szczękowych, wąskich ustach i banalnym, okrągłym czole. Wzrok jej chłodny, roztargniony, nie widząc go, przesunął się po liściach stojącej obok palmy i zgasł gdzieś w czarnym prostokącie osłoniętego ciężką firanką okna.

Przeraził się, jakby nagle po raz pierwszy ujrzał tę kobietę, z którą żył już przecież sześć czy siedem lat... Spuścił na moment oczy. Gdy je znów wzniósł, śmiała się już, odpowiadając coś jednemu ze stojących wokół niej mężczyzn. Profesor teraz dopiero zwrócił na nich uwagę. Znał ich wszystkich. Był między nimi wysoki, smukły, poprawnego dżentelmena udający prawnik, który przed paru laty jeszcze nosił za krótkie, na kolanach wygniecione spodnie i wytarty płaszcz narzucał na ramiona. Obecnie, ubrany z wyszukaną starannością, z monoklem w oku, który zrzucał wciąż nerwowym ruchem, i z gładko wygoloną twarzą, niepozwalającą poznać właściwego jego wieku, pochyliwszy cokolwiek małą głowę, mówił właśnie coś do pani Zośki, i patrząc na nią nieco z góry, uśmiechał się dziwnie na wpół dobrotliwym, na wpół szyderczym grymasem ust.

Butrymowa, cofając się z lekka wstecz6 ramionami, patrzyła nań z uśmiechem oczyma szeroko rozwartymi, dziecięcymi, pełnymi zdumienia i ciekawości. Bródkę subtelną wyciągnęła naprzód, ruchem z przyzwyczajenia już mimowolnym, aby nadać szyi linię doskonałą i ukryć równocześnie zbyt silnie rozwinięte, mięśnie żuchw. Profesor doznał na chwilę wrażenia, że widzi ją pozującą do jakiegoś portretu czy fotografii i poprzez maskę udanego zajęcia na twarzy spostrzega jej nudę i roztargnienie. Poruszył się, jakby chciał powstać i podejść ku niej, ale ogarnęło go znowu smutne onieśmielenie. Wiedział, że spojrzy na niego z tym samym uśmiechem, tymi samymi dziecięco zdumionymi oczyma i z tym samem wewnętrznym roztargnieniem, nie czując bynajmniej, że zbliżył się do niej ktoś bliski, drogi, ktoś, kogo by chciała w tej chwili mieć przy sobie.

Spoza pleców adwokata wysunął się teraz człowiek młody o doskonałej apolińskiej budowie, z ponętnymi, iście kobiecymi ustami w wygolonej twarzy. Poza tym szlachetna, spokojna męskość biła z całej jego postaci, którą szpeciła jeno przedwcześnie pojawiająca się nad czołem łysina. Butrym poznał Śniegockiego, młodszego kolegę swego z uniwersyteckiej katedry, niedawno przybyłego z zagranicy fizjologa i uśmiechnął się, ponieważ go lubił szczerze i serdecznie. A przy tym zabawiło go to, co zobaczył. Adwokat, prym dotąd w małym kółku dzierżący, skwaśniał jakoś momentalnie. Pewny siebie i troszeczkę impertynencki uśmiech nie zniknął wprawdzie z jego warg, ale zastygł i jakby zamarzł, przemieniając się na jakiś grymas nerwowy i niecierpliwy. Ruchem coraz częstszym władał i wyrzucał szkła z oka — nonszalancja jego stawała się coraz bardziej sztuczną i nienaturalną. Znać było, że jest zniechęcony i dotknięty, że ktoś w tej chwili osobą swą żywiej zajął towarzystwo niż on — i ma ochotę odejść, nie mogąc się tylko zdecydować na wybór momentu właściwego, aby, odchodząc, dać uczuć dość silnie swój brak.

Śniegocki jednak nie spostrzegł tego lub nie chciał spostrzec. Z odrobiną przyjacielskiej poufałości nachylił się ku pani Zośce i zaczął jej mówić coś naprawdę zabawnego, gdyż z nagłym i szczerym ożywieniem pojrzała7 po sali, jakby szukając kogoś, o kim jej opowiadano, a potem, nie pożegnawszy nawet skinieniem głowy towarzystwa, pofrunęła po parkiecie, unosząc lewą ręką w żywym ruchu przeszkadzający jej tren czarnej, aksamitnej sukni i sypiąc z jasnych, falistych włosów złotymi iskrami.


— Ty jednak jesteś naprawdę szczęśliwy!

Butrym teraz dopiero zauważył, że na małej, ukrytej poza palmą kanapce siedzi obok niego tęgi człowiek z silnymi szkłami na wyłupiastych nieco oczach. Dłonie z przykrótkimi palcami wsparł na krótkich, szeroko z powodu znacznego brzucha rozstawionych kolanach i patrzył przez grube okulary za niknącą w głębi salonu panią Butrymową.

— Ach, to ty jesteś...

— Tak, tak, moje złoto. I zazdroszczę ci.

Butrym zaśmiał się, nie wiadomo, dlaczego.

— Dajże spokój, Władku. Gotów się jestem zaniepokoić!

Tłuścioch machnął ręką z komiczną rezygnacją.

— Kto jak kto, ale ty możesz być zupełnie spokojnym. Pani Zośka to szczere złoto. Nie każdy tak trafi jak ty trafiłeś.

Butrym wiedział, że Władysław Krasołucki, pan niegdyś znacznych na Ukrainie majętności, a obecnie już tylko lekarz wzięty i znany, choć niezbyt lubiany z powodu wyniosłego i uszczypliwego usposobienia, był od lat wielu separowany z żoną, a nie mogąc uzyskać zupełnego rozwodu, na próżno wzdychał do powtórnego małżeństwa, do którego, jak mawiał, dojrzał dopiero teraz, minąwszy pięćdziesiątkę. Zaśmiał się, ponieważ wiedział również, że Krasołucki, wzdychając do „ciszy domowego ogniska”, życie prowadzi dość szalone i, mimo lat, nie gardził licznymi stosunkami, wyrobiwszy sobie nawet w tym względzie opinię bardzo szczęśliwego, względnie „niebezpiecznego” człowieka.

Lekarz tymczasem klasnął palcami na przechodzącego lokaja.

— Mój kochanku, daj nam tu jaką butelczynę szampańskiego. O, tu postaw, na stoliku pod palmą...

Wychylił szklankę i zaczął filozofować.

— Ot, kobiety. Zdaje im się Bóg wie co. Każą się czcić, uwielbiać, na rękach nosić, a przynajmniej już złotem opłacać za tę śmieszną drobnostkę, że się nam pozwalają kochać. Wszystko to diabła warto. Jeśli się już komu wdzięczność za kochanie należy, to chyba nam, mężczyznom, bo my byśmy się bardzo dobrze bez tej całej parady mogli obejść. Czyż nie?

Spostrzegł, że się Butrym uśmiecha.

— No, no, nie potrzebujesz się śmiać. Nie mówię naturalnie o fizjologicznej stronie tak zwanej miłości. To jest konieczność natury i to co innego. Ale te wszystkie idealności i poświęcenia są przecież zbytkiem lekkomyślnym i karygodnym. Zastanów się tylko, co to z ludzi robi. Wszak znasz Turskiego?

Profesor skinął głową w milczeniu.

— A widzisz. Przecie to człowiek stracony. Wrócił po dziesięciu latach z Azji, jak osioł złotem obładowany i co mu z tego. Chciał się niby wyzwolić, a wybudował teatr ostatecznie dla księżnej Helenki, topi pieniądze i robi właściwie wszystko, co ona mu podyktuje...

— Tak, ale cóż to ma do rzeczy?

— Tak, nic. Chciałem tylko powiedzieć, że nie każdemu się tak uda jak tobie. W żonie masz nie tylko kobietę, ale towarzysza, przyjaciela, duszę bratnią, która z tobą czuje i myśli.

— Ależ mój drogi, mówiłeś przecież przed chwilą, że wszystkie te idealności...

Krasołucki posmutniał.

— Ech, tak to się mówi. Przyznam ci się, że to... kwaśne winogrona tak mnie rozkwasiły... Starzeję się, a nie mam domu. Naprawdę uchodzicie oboje powszechnie za rzadki przykład szczęśliwego małżeństwa...

Urwał, a potem spytał niespodziewanie:

— Co robisz dzisiaj wieczorem?

— Wszakże wieczór już jest! — zaśmiał się Butrym.

— No tak, ale potem, gdy odprowadzisz żonę do domu...

— Będzie już późno. Przejrzę notatki na jutrzejszy wykład i pójdę spać.

— Pójdź ze mną do kawiarni... — Wymienił nazwę niedawno otwartego nocnego lokalu. — Jest parę tancerek naprawdę nadzwyczajnych... Możemy się zabawić doskonale.

— Czyż cię to bawi rzeczywiście?

— Moje złoto, i cóż mam robić? Co prawda to szkodzi mi nawet, zwłaszcza, że pije się zwykle dosyć dużo. Nie jestem już z sercem w zupełnym porządku. Ale ostatecznie spotka się kilku ludzi... Wszystko jedno zresztą!

— Więc na co? Po co?

Twarz Krasołuckiego osowiała, zdawało się, że się postarzał naraz o dziesięć lat.

— Nudzę się.

— Nudzę się, rozumiesz to? — powtórzył tonem bezradnej rozpaczy. — I co ja mam robić przez cały dzień, mając za jedyne towarzystwo mego służącego? Przyjmuję chorych i śmieję się z tego, bo przecież w całą tę medycynę naszą nie wierzę, a przy tym wcale na cyrulika nie jestem stworzony, potem czytam, potem gram trochę na fortepianie, odwiedzę kogo czasem albo idę do teatru, na koncert... Ale wszystko jest nudne, a ja nie mam domu, a wieczór jest długi, długi!... Z tymi zaś ludźmi, z którymi się schodzę, mój Boże! Przecie nikt na trzeźwo mówić nie zdoła: nazbyt są głupi!

— Więc po pijanemu! — uśmiechnął się Butrym.

— A naturalnie. Wtedy stajemy się sobie równi. Pijaństwo jest najbardziej demokratycznym wynalazkiem, jaki znam i jedynym demokratycznym i demokratyzującym wynalazkiem, który uznaję.

Wionęła poprzed nimi smukła postać niewieścia z szumem lśniących pereł na czarnej fali włosów.

— Patrz, patrz! Księżna Helena! — ożywił się Krasołucki. — Wygląda zawsze jeszcze bosko. A ileż ona to będzie miała lat? Czekaj... No, no, coś tam pono niewiele do czterdziestki brakuje, jeśli w ogóle brakuje jeszcze co.

— To jeszcze niewiele...

— Moje złoto, dla niej to wiele. Wiem przecie, że sobie nigdy niczego nie żałowała. Dziwię się, że ją w ogóle jeszcze przyjmują po tylu skandalach. Ale to chytra kobieta! Znalazła sobie nowy tytuł towarzyski, gdy zauważyła, że majątek po nieboszczyku księciu Hazarapelianie i piękność nie wystarczą. Artystka! Wielka artystka od dwóch lat. To tak, jakby w nową skórę wlazła. Ach, widzisz? Rozmawia z twoją żoną.

— Znają się właściwie bardzo niewiele.

— Mam wrażenie, że księżna nie może pani twojej darować, że jest tu dziś pierwsza i tak otaczana... Patrz, jak się słodko uśmiecha, ręczę, że powie jej coś nader przykrego.

Butrym powstał.

— Nie sądzę — rzekł z roztargnieniem i spojrzał na zegarek. — O! Późno już jest. Spytam się żony, czy nie zechce iść do domu.

Krasołucki podawał mu rękę, nie wstając.

— A potem w kawiarni, co? Więc do widzenia.

— Nie. Wątpię, bardzo wątpię.

— Nie? Czyż? Na godzinkę, na małą godzinkę.

— Znam ja te twoje godzinki — zaśmiał się profesor. — Przeciągają się zwykle do rana.

— A choćby — to cóż? Życie jest takie głupie. Ale jedną naprawdę tylko króciutko... Tylko proszę flaszkę extra dry8. Tutaj nam dali słodkie, więc trzeba spłukać...


Butrymowa, widząc zbliżającego się męża, zwróciła się doń z tym samym powabnym uśmiechem, z którym rozmawiała z otaczającymi ją znów mężczyznami.

Profesor podawał niektórym z nich rękę, nie mając dotąd sposobności przywitać się z nimi.

— Czy chciałeś czego ode mnie? — zapytała go żona.

— Nie. Myślałem owszem, że ty mnie może potrzebujesz...

Pani Zośka wzruszyła ramionami.

— Czy nie chcesz już iść do domu? — pytał.

— Jeśli ci na tym zależy...

— Nie, nie. Mnie bynajmniej. Ale zdawało mi się, że jesteś zmęczona...

Koło mężczyzn rozsunęło się tak, że pozostali oboje sami w pośrodku sali.

— Po co przychodzisz? — mówiła nerwowym szeptem pani Zośka, uśmiechając się wciąż nadzwyczaj uroczo. — Masz minę taką poważną i nachmurzoną, że wszyscy boją się ciebie. Patrz, spłoszyłeś całe towarzystwo.

— Przepraszam cię. Nie miałem wcale tego zamiaru.

— Tak, zamiaru nie miałeś, ale ostatecznie psujesz mi każdą zabawę, której chyba przy tobie nie mam nazbyt wiele.

— Przepraszam cię jeszcze raz i odchodzę.

— Teraz zostań. Ludzie będą myśleli, że się sprzeczamy. Podaj mi rękę i chodźmy do bufetu.

— O czym mówiłaś z księżną Hazarapelianową? — spytał, idąc obojętnie, aby przerwać milczenie.

— Jesteś dziwnie ciekawy. Nie mówiłam o niczym.

— Zdawało mi się, że byłaś zmieszana.

— Byłam zmieszana, bo zauważyłam, że patrzysz na mnie. Nie lubię, gdy mnie tak śledzisz wieczyście.

Przycisnął skrytym, porywczym ruchem jej dłoń, na ramieniu swym opartą.

— Zośka, Zośka! Patrzę na ciebie, bo cię kocham, bo mi się podobasz, bo jesteś moja!

— Cicho! Jeszcze kto posłyszy.

— To cóż?

— Nie lubię, gdy się tak ofiarujesz ze swoją miłością małżeńską. To jest śmieszne dla ludzi, a nawet i dla nas samych. Żyjemy już prawie siedem lat ze sobą.

— Z każdym dniem kocham cię więcej!

— Tak, początkowo byłam ci dość obojętna. Teraz przyzwyczajasz się do mnie, jak do psa lub kota. W miarę, jak się starzejesz, zaczyna się u ciebie tak zwana solidna, legalna miłość małżeńska... Szkoda, że ja tego u siebie nie mogę zauważyć.

— Zośka! Nie mów. To boli.

— Nie mówię ci przecie nic nowego. Młodszą jestem od ciebie z górą o dziesięć lat i mam ochotę jeszcze żyć.

— Ale po co, po co mówić to wszystko?

— Wolałbyś, abym ci kłamała?

— Tak jest. Kłamiąc, aby mi nie zrobić przykrości, dałabyś dowód, że ci jednak chodzi o mnie cośkolwiek! A przy tym, widzisz, to mi zaraz wiadomo, co jest kłamstwem, a co prawdą.

— Ja wiem.

— Nie wiesz. Czasem, w pewnej chwili, w nastroju jakimś przypadkowym człowiek to lub owo odczuwa. Nie trzeba tego zaraz mówić, bo słowo pozostaje i cofnąć się go nie da, i pamięta się je. A nastrój przykry może minąć, zmienić się. Na cóż go utrwalać!

Stali już przy bufecie.

— Napijesz się szklankę wina?

— Nie. Nie chcę.

— Więc może limoniady9? Herbaty?

— Nie chcę niczego.

— Pocóżeśmy tedy przyszli tutaj?

— Zaczynałeś już jakieś wymówki, a ludzie patrzyli, chciałam więc po prostu wzroku ludzkiego uniknąć.

— Wróćmy więc na salę. Pozostawię cię tam w towarzystwie i będę czekał, aż zechcesz iść do domu.

— Możemy iść zaraz do domu. I tak mi humor zepsułeś.

— Zostań, proszę cię. Zostań jeszcze trochę!

— Cóż ci na tym zależy. Przecież widzę i tak, że się nie bawisz.

— Idzie mi o ciebie, chcę, żebyś się ty bawiła.

— Ach, po co ta komedia... O mnie naprawdę nigdy ci nie szło. A zresztą nudzę się.

Ruszył ramionami i spytał sucho:

— Więc mam iść do garderoby po twój płaszcz?

— Nie mogę przecież tak uciec. Myślanoby, żeś mnie zabrał przemocą. Muszę się jeszcze pokazać.

— Służę ci.

Zawrócili do sali z powrotem. Na progu pani Zośka wyciągnęła bródkę swoim zwyczajem i mówiąc do męża z miłym uśmiechem coś zgoła obojętnego, rzuciła wokół wzrokiem dziecięco jasnym i roztargnionym.


Pani Zośka zrzuciła już suknię i ściągała z ramion lekki batystowy stanik, opinający jej szczupłą, niemal chłopięcą kibić, niewymagającą sztucznych sznurowań ani gorsetów. Uniosła do góry krągłe nagie ręce i rozpięła włosy. Rozsypały jej się na barki jak grzywa bajecznej nimfy leśnej: złocista, bujna, lekko falująca.

Butrym siedział w głębokim fotelu obok łóżka żony, we fraku jeszcze i w białym krawacie i, paląc papierosa, patrzył na nią w milczeniu.

Pochyliła się, aby zdjąć ze stóp płytkie czarne pantofelki. Widział jej nogę wysoką, z drobnym, suchym, doskonale okrągłym kolanem i szlachetną smukłą łydką, której biała skóra przeglądała przez cieniuchny jedwab pończochy.

— Zosik...

Odwróciła się ku niemu.

— Czemu nie idziesz jeszcze spać? Późno już jest i ja jestem zmęczona. Och! Palisz znowu papierosa. Prosiłam cię tyle razy, ażebyś nie palił w moim pokoju — przynajmniej wieczorem. Duszę się.

Podeszła ku oknu i niecierpliwym ruchem targnęła je, otwierając szeroko.

— Zośka, daj pokój! Jesteś nieubrana, widać z naprzeciwka.

— Więc czemu palisz? Zresztą tam śpią już wszyscy. Tobie się zdaje, że nikt nie ma nic lepszego do roboty, jak patrzeć wciąż w nasze okna.

Nie odpowiedział nic, lecz, zgasiwszy papierosa, podszedł do okna i zamknął je, zapuszczając firankę, po czym wrócił na dawne miejsce. Spojrzała nań przelotnie i dziwnie przykry ironiczny grymas przewinął jej się koło ust.

Zaległo na chwilę milczenie.

— No, dobranoc — rzekła wreszcie, musnąwszy mu czoło ustami. — Muszę się położyć. Idź już do swego pokoju i śpij.

Przytrzymał ją dłonią i zmusił, aby usiadła na jego kolanie.

— Czekaj. Jeszcze chwilę. Będziesz za to rano spała dłużej. Chciałbym jeszcze z tobą pogadać.

— Ach, rano! Jacuś mnie zbudzi rychło świt. Spać mogą długo tylko ci, co dzieci nie mają. A zresztą, o czym będziemy mówić? Wszak cały dzień jesteśmy razem... od siedmiu lat.

— Nie bardzo. Mam wykłady, mam swoją pracę... Dni całe mijają i pogadać z tobą nie mogę. A tak bym chciał, tak bardzo chciałbym czasem.

Oparła się o niego głową, muskając mu twarz sypkimi, złocistymi włosami o skomplikowanym zapachu stepowych kwiatów i skóry jakiegoś podzwrotnikowego drapieżca.

— Więc mów, mów, co masz do powiedzenia, tylko prędko, bo ja już naprawdę...

Ziewnęła, przymykając powieki.

— Kocham cię, Zosik, kocham cię — szepnął — i tak mi strasznie smutno...

— Dlaczego?

— Nie wiem. Coś jest takiego. Czuję, że z każdym dniem oddalasz się więcej ode mnie i tak mi się gubisz. Mam wrażenie, że otaczasz się powoli jakąś coraz twardszą i grubszą skorupą niewidzialną, na którą trafiają moje ręce, ilekroć dotknąć cię pragną...

— Owszem, dotykasz mnie, nawet ciśniesz — rzekła sucho, usuwając jego palce ze swego nagiego ramienia. Patrz, mam pręgę czerwoną.

Powstał szybko, spychając ją ze swych kolan.

Przeszła obojętnie ku zwierciadłu i poczęła rozczesywać swe bujne włosy.

Chodził po pokoju niecierpliwie dużymi krokami.

— Nie chodź tak! — Wskazała ruchem głowy drzwi sąsiedniego pokoju. — Jacuś się zbudzi, a potem ja go będę musiała przez pół godziny usypiać. Tupiesz zanadto.

Przystanął posłuszny około małego biurka, założonego książkami i listami, wśród których leżały porzucone w nieładzie rękawiczki, zegarek na złotym łańcuchu, kolia jakaś i chustka batystowa.

— Więc nie chcesz mówić dziś ze mną! — warknął podrażniony.

— Przyznam ci się, że nie chcę. Śpiąca jestem; męczysz mnie.

Usta mu zadrgały tłumionym gniewem.

— Tak jest zawsze. Wesoła bywasz, uśmiechnięta i słodka tylko dla ludzi. Ale gdy ja chcę kiedy z tobą tak szczerze... gdy odnaleźć chcę na powrót kontakt i między naszymi duszami, to zawsze jesteś śpiąca, zmęczona albo zajęta.

Ruszyła ramionami.

— Złe momenty widocznie wybierasz.

Splatała włosy na noc w gruby warkocz. Wijące się złociste nitki wymykały jej się co chwilę spod palców. Na jej odsłoniętym, okrągłym czole pojawiły się zaledwie widoczne, podłużne bruzdy.

— A zresztą — cóż my sobie tak dalece możemy mieć do powiedzenia? Był czas, kiedy cię może gotowa byłam słuchać. Ty wtenczas nie mówiłeś. A dziś, po siedmiu latach!...

— Nie kochasz mnie?

— Nie. Albo raczej i tak i nie. Jeśli miłością nazwiesz życzliwość, to naprawdę życzę ci jak najlepiej. Ale tamta miłość gorąca, którą się czasem w pierwszych i latach czy miesiącach odczuwa, już przeszła.

— Kobieto! Po co ty to wszystko mówisz?

Zaśmiała się nerwowo.

— Bo pytasz. Nie umiem i nie chcę kłamać.

Położyła rękę na klamce.

— Dobranoc. Idź spać. Idę się tylko umyć do łazienki i będę spała.

Wyrwał jej brutalnie drzwi z ręki i zatrzasnął z hałasem.

— Do kroć stu tysięcy! Nie odchodź, gdy ja mówię do ciebie!

Zaśmiała się znowu nerwowo i zwróciła ku niemu, teraz chłodna na pozór i spokojna.

— Słucham.

W sąsiednim pokoju ozwał się głosik dziecięcy.

— Mamusiu, mamusiu, co się to dzieje?

Odepchnęła męża popędliwym ruchem.

— O, widzisz! Jacek się zbudził. Znowu spać nie będę mogła.

Stała już przy łóżeczku syna.

— Śpij, śpij, mój maleńki. To drzwi mamusi trzasnęły przypadkiem...

— Aha — mówił głosik zaspany — a ja myślałem, że coś się wali. Czy to tatuś coś mówił?

— Zdawało ci się, tatuś już poszedł spać do siebie. Śpij i ty.

Za parę minut pojawiła się znów na progu, przymykając ostrożnie drzwi za sobą.

— Usnął? — spytał Butrym szeptem.

Skinęła głową, kładąc palec na ustach.

Podszedł ku niej bliżej i chwycił ją za ręce.

— Zośka, Zośka, na miłosierdzie boskie, co się to dzieje! Ja przecież nie mam ochoty, ja nie chcę być złym dla ciebie, a ty masz taką prawdziwą umiejętność drażnienia mnie, że w końcu wybucham i staję się jak cham brutalnym. Zośka, ja nie chcę tego! Przecież ja cię kocham, naprawdę, kocham tak bardzo!

— Idź spać — rzekła chłodno, usuwając delikatnie dłonie z jego rąk.

Pobladł na chwilę, a potem krwawe wypieki wystąpiły mu na skronie. Żywym krokiem, bez słowa pożegnania, wyszedł z pokoju.

II

Wszedłszy do nocnej kawiarni, spostrzegł Butrym doktora Krasołuckiego za stołem pełnym butelek w dziwnym i dość skomplikowanym towarzystwie. Tuż obok niego, niemal o tłuste kolano jego się opierając, siedziała jakaś dziewica, zgoła podejrzanie wymalowana, a nosząca — jak się później okazało — w kawiarni tytuł kasjerki, snać dlatego, że obowiązkiem jej było zasilanie kasy gospodarza przez nakłanianie gości per fas et nefas10 do wypijania jak największej ilości szampana. Koło kasjerki cisnęło się po drugiej stronie dwóch aktorów o czerwonych i łasych mordach. W pierwszym z nich poznał Butrym niejakiego Płażyńskiego, którego widywał był czasami w towarzystwie księżnej Heleny. Trzeci aktor, starszy i snać już dobrze pijany, siedział na drugim końcu stołu i z wielką godnością a powagą opowiadał jakąś historię, której nikt absolutnie nie słuchał. Był tam jeszcze młody literat o tłustej, jak gdyby zapuchłej twarzy, z której jeno11 drobne, nieco winem zamglone oczka błyszczały, jakiś urzędnik z magistratu ogromnie wąsaty i łysy, oraz Rogocki, były adwokat, w stanie zupełnego opilstwa pogrążony.

Profesor chciał się cofnąć, spostrzegłszy tę kompanię, ale Krasołucki go dojrzał i prawie przemocą do stołu zaciągnął.

— Wydaje ci się pewno, żeśmy pijani — mówił — ale zrównaj się z nami, a wnet zobaczysz, że wszyscy trzeźwi będziemy.

Mówiąc to, podsuwał Butrymowi napełnioną winem szklankę, a gdy ten jeszcze się wahał, nachylił się mu do ucha i szepnął:

— Pij, moje złoto! Przecież z tym bydłem nawet hipopotam na trzeźwo by nie wytrzymał.

— Więc czemu z nimi siedzisz?

— Nudzę się — jęknął Krasołucki, mówiłem ci już: nudzę się! A im kupię parę flaszek wina i bawią mnie za to.

Butrym był podrażniony rozmową z żoną, podrażniony tym, że właściwie bez powodu wyszedł z domu i tym, że tu przyszedł — i chciał się oszołomić. Wychylił duszkiem parę szklanek i rzeczywiście zauważył wkrótce, że towarzystwo jest wcale znośne, a nawet przyjemne. Tymczasem skończyło się nocne przedstawienie w znajdującym się w bocznej sali małym Variete i kilka tancerek i szansonistek wpłynęło między stoliki, szukając ponętnymi oczyma, kogo by pożreć lub raczej na zapłacenie kolacji naciągnąć. Krasołucki był tu postacią znaną i zawsze widzianą mile, wprawdzie nie tyle z powodu zalet towarzyskich, jak raczej ze względu na dobrze wyładowany portfel. Rzeczywiście zarabiał on jako wzięty lekarz bardzo wiele i, mimo że się skąpstwem przechwalał, rad wyrzucał zarobione pieniądze.

Znajome „artystki” patrzyły nań tedy przyjaźnie, witając dyskretnym, ale wielce obiecującym skinieniem głowy, nieznajome poglądały zazdrośnie i czekały tylko na sposobność, aby się z nim zapoznać..

Tymczasem „kasjerka” obrażona odeszła od stołu, gdyż Krasołucki, czasami dość wobec kobiet brutalny, powiedział jej jakieś obelżywe słowo, gdy zbyt natarczywie usiłowała go namówić na kupienie jeszcze jednej flaszki wina. Powstał więc i zbliżył się do dwóch stojących opodal w niepewności kobiet. Jedna z nich, brunetka niepierwszej młodości, o żywych i wyrazistych oczach cyganki, była tancerką; drugiej, smutnej i nieładnej blondynki, nikt właściwie nie znał.

Krasołucki witał się z tancerką poufale.

— Niech pani przejdzie z nami do gabinetu, zabawimy się. Mamy jeszcze kawał czasu do rana.

— Bardzo chętnie, ale... ja tu jestem z towarzyszką. Nowo zaangażowana szansonistka, panna Mary...

Krasołucki się skłonił z gracją doskonałego gentelmana, witającego swoją lady.

— Prosimy panią bardzo.

Zbliżyli się do stolika, z którego służba już na polecenie przenosiła nakrycia do sąsiedniego gabinetu.

— Mietku, moje złoto, pozwól, że ci przedstawię... Nasza kochana, niezmordowana tancerka, zwana pospolicie madame Tourbillon i panna... panna Mary — Wszak tak? — śpiewaczka.

Butrym powitał kobiety podaniem dłoni, wypowiadając równocześnie z roztargnieniem kilka obojętnych słów. Całą uwagę jego zajęła dziwna postać siedzącego opodal pod lustrem mężczyzny. Łysy zupełnie, z długą czarną brodą, patrzył od kilku chwil spod krzaczastych brwi sztywnym, uporczywym wzrokiem w twarz Butrymowi, jakby czekał odeń jakiegoś znaku... Profesor począł szukać w pamięci. Nie znał wcale tego człowieka, a nawet nie umiał sobie zdać sprawy, skąd się wziął na tym miejscu. Przed chwilą było jeszcze próżne12 i Butrym byłby przysiągł, że nie widział, aby ktokolwiek ku temu odległemu kątowi przechodził, zwłaszcza, że musiałby się wówczas przesunąć tuż obok ich stolika.

Chciał już odruchowo podejść ku nieznajomemu, gdy Krasołucki trącił go w ramię.

— Pójdźże. W gabinecie już wszystko gotowe. Właściwie zachciało mu się wymówić i iść do domu. Nim się jednak zdecydował, jak to zrobić, wszedł już do gabinetu i siadł na wygodnej kanapce za okrągłym stołem. Służba wnosiła flaszki szampana i talerze z pieczonymi w soli migdałami.

Onieśmieloną i milczącą śpiewaczkę posadzono tuż obok niego. Jeden z młodszych aktorów, umiejący grać, został „odkomenderowany” do stojącego w kącie pianina, madame Tourbillon gotowała się do tańca.

— Tylko zjem kolację — mówiła ze śmiechem, poprawiając jedną ręką zawiązkę u trzewika, a drugą chwytając kawałki szynki z przyniesionego jej półmiska.

Posiliwszy się tak dorywczo i łapczywie, wypiła dwie czy trzy szklanki szampana i z kastanietami w ręku stanęła do tańca. Śmiały jej się oczy, śmiały usta, pierś drgała i prężyły się ramiona w oczekiwaniu pierwszych dźwięków muzyki.

— Żelazna kobieta! — mówił z uznaniem Krasołucki, pochyliwszy się do ucha Butrymowi. — Pomyśl, że ona przecie dziś już z obowiązku cały wieczór tańczyła, a nie ma na niej ani śladu zmęczenia. Tańczyć tak będzie do rana — nawet nieproszona.

Zaczęło się zupełne szaleństwo.


Butrym otworzył okno i wciągał w pierś świeże, przedporannym świtem już drgające, jesiennej, chłodnej mgły pełne powietrze. Orzeźwiło go to trochę. Odwrócił się po chwili i zza brudnej, czerwonej portiery, wnętrze okna osłaniającej, patrzeć począł w głąb gabinetu. Miał wrażenie, że teraz dopiero zobaczył naprawdę to wnętrze, w którym przecież kilka nocnych godzin już przepędził.

Ciężki, wlokący się dym z papierosów i cygar unosił się chmurą i wąskimi pasemkami wyciekał górą przez okno na boży świat. Lampy elektryczne żarzyły się w tej duszącej, brudnej chmurze czerwono i niepewnie. Krasołucki — bez surduta, z rozpiętą kamizelką na dużym brzuchu, z kroplami perlistego potu na twarzy i łysinie — siedział niewzruszony i — jak się zdawało — sam jeden trzeźwy w tym gronie dzięki bajecznej wytrzymałości swego staroszlacheckiego łba. O stanie innych trudno było coś określonego powiedzieć. Stary aktor płakał, nie wiadomo dlaczego mówił coś do siebie, literat całował się kordialnie z nieprzytomnym wprost urzędnikiem magistrackim, były adwokat zdjął jeden but i usiłował go koniecznie postawić na stole, czemu ze łzami w oczach i rozpaczą w błagalnym głosie przeszkadzał jeden z młodszych aktorów, ponoć Płażyński. Drugiego nie mógł Butrym na razie wynaleźć13, dopiero po chwili spostrzegł, że śpi na brudnej, ogarkami z papierosów zarzuconej podłodze koło pianina, cisnąc próżną butelkę miłośnie do piersi. Przed pianinem na miejscu jego siedział i grał zgoła automatycznie jakiś strasznie blady i chudy jegomość w starym fraku, który tutaj wszedł nie wiadomo jak i kiedy. Przez drzwi zaglądał co pewien czas kelner, a gdy sądził, że nikt nie uważa, dostawiał do stojących w kącie na podłodze próżnych flaszek jedną lub dwie, w innym gabinecie wypite, aby je potem i tu znowu w rachunku dla osobistego zysku policzyć.

A madame Tourbillon tańczyła ciągle. Nikt na nią już nie patrzył, z wyjątkiem może Krasołuckiego, i ona zdawała się zapominać o czyjejkolwiek obecności w tym dusznym i ciasnym gabinecie. Butrym zauważył, że jest teraz w obcisłych czarnych trykotach, przez które widno, jak prężą się i napinają jej stalowe mięśnie. Czasami trącała nogą leżącego na ziemi aktora, który jej zawadzał, czasem stawała na moment przy pianinie i rzucała po węgiersku kilka słów grającemu upiorowi lub nową poddawała mu melodię, wychylała duszkiem pełną szklankę wina i tańczyła znowu z wychudłą od zmęczenia twarzą, z rozpłonionymi oczyma i falującą pod czarnym trykotem piersią.

Naraz posłyszał Butrym cichy płacz tuż około siebie. Teraz dopiero zauważył, że po drugiej stronie, we wnęku okna, portierą zakryta, siedzi panna Mary.

— Czemu pani płacze? — spytał szorstko.

Przeraziła się i podniosła nań zalękłe oczy.

— Ja nie płaczę, tylko... spać mi się chce i jestem głodna.

— Więc czemuż tu pani siedzi u licha?

Nie odpowiedziała nic, spuściwszy jeno oczy na duże i niezgrabne ręce swe, na kolanach złożone. Nie piła prawie nic przez cały wieczór — na twarzy jej malowała się śmiertelna nuda, znużenie i lęk.

Butrymowi pod wpływem wina żal się jej nagle zrobiło.

— Panno Mary — rzekł łagodnie — proszę sobie kazać podać coś do zjedzenia, zapłacę chętnie, a potem iść do domu.

Spojrzała nań z wdzięcznością.

— Niech mi kelner da tylko trochę szynki i chleba przyniesie, a do domu... teraz jeszcze iść nie mogę. Muszę czekać na Tourbillonkę.

— Jakże to? — zapytał, spłoszywszy poprzednio rozkazem przyniesienia szynki kelnera, który właśnie cichutko i chytrze nową próżną flaszkę do wypitych dostawiał.

Mary uśmiechnęła się blado.

— No, przecież na to mnie tu wzięła, abym ją później odprowadziła do domu.

— Jak to: wzięła panią?

— Naturalnie. Mnie samej nikt by nie zaprosił. A z tego, co zarabiam w budzie, nie mogłabym sobie kupić kolacji.

— Słyszałem, że szansonistki są dobrze płacone.

Zaśmiała się nagle z jakimś nienawistnym błyskiem w oku.

— A tak! Są dobrze płacone. Tylko nie ja. Tylko nie takie, jak ja.

Milczała przez chwilę, zajadając łakomie przyniesioną jej szynkę.

— Widzi pan — zaczęła potem, owładnięta snać nagłą potrzebą wywnętrzenia się — ja panu opowiem, jak to jest. Przecie ja wiem, że jestem nieładna i właściwie wcale nie umiem śpiewać. A co gorsza — i inni o tym wiedzą.

— Więc czemuż pani wstąpiła do Variete? — spytał nieoględnie.

Posmutniała.

— Ach! Z początku zdawało mi się, że jednak do czegoś dojdę, a teraz za późno się cofać. Cóż bym zresztą mogła robić innego?

— Ale w tych warunkach może się pani po prostu którego dnia znaleźć bez engagementu14. Czy pani o tym pomyślała!

Zaprzeczyła żywym ruchem głowy.

— O to nie ma obawy! Takie jak ja są właśnie potrzebne i poszukiwane.

— Nie rozumiem.

— Naturalnie, że pan nie rozumie. To trzeba wiedzieć.

Patrzyła nań z pewną dumą, że jest pewna rzecz, którą ona zna lepiej od niego.

— Zaciekawia mnie pani.

— To bardzo proste. Naprzód „gwiazdy” dużo kosztują, aby się więc przedstawienie opłacało, trzeba jej uzupełniać tanimi siłami. Na to się bierze dziewczęta, nieładne i niemające zdolności...

— Takich jest chyba dosyć — wtrącił Butrym.

— O, nie, panie! Takich jest bardzo, bardzo niewiele! Niejedna woli prać bieliznę albo schody zamiatać, niż zgodzić się na taki los.

Oczy jej rozpłonęły, schwyciła go za rękę.

— Czy pan wie, co to jest? Taka szansonistka występuje na początku każdego przedstawienia albo bezpośrednio po pauzie, kiedy ludzie się schodzą i na sali jest jeszcze gwar. Nikt jej nie słucha, nikt nie uważa na nią, a jeśli kto zwróci uwagę, to po to tylko aby sykać, śmiać się i przedrzeźniać, docinać złośliwymi żartami. Ileż ja to razy słyszałam z krzeseł, ze sali: Idź krowy paść! Albo: A to małpa ohydna! I tym podobne wykrzyki. A ja się muszę uśmiechać i miny stroić przyjemne i śpiewać, śpiewać obrzydliwe, wyuzdane piosenki, kiedy łzy mi się cisną do oczu i i głos w gardle zamiera. A potem dostaje się te kilka groszy, za które wyżyć niepodobna. I trzeba prosić szczęśliwszej koleżanki: weź mnie, gdy ciebie na kolację zaproszą, abym miała wieczór co zjeść... A! To życie! Występowałam już w Warszawie, w Rzymie, w Wiedniu, w Bukareszcie, w Petersburgu i w tylu, w tylu innych miejscach, a wszędzie jest to samo!

W nagle zapadłej ciszy — gdyż upiór przy fortepianie zmęczony grać zaprzestał — słychać było zachrypły głos starego aktora:

„A gdy będzie słońce i pogoda, słońce i pogoda,

Pudziemy se, Zosiu, do twego ogroda...”

Krasołucki spod przymkniętych powiek patrzył wzrokiem ironicznym i złośliwym na smutne pobojowisko.


Świt już był ranny nad miastem. Na rogu ulicy Krasołucki przystanął i chwycił Butryma za ramię.