Wędrowcy
Rozdział I
Ten większy pokój, przegrodzony szafą, sprzątało się zawsze na ostatku, a i on był już prawie skończony. Przedświąteczne perfumy myszkowały po całym domu i wciskały się do wszystkich dziurek od nosa, jakie napotkały na swej drodze.
„Nikt nie zna receptury, czyli przepisu na ten zapach! — rozmyślała Agnieszka. — Świerkowe igły, kapusta z grzybami, pasta do podłogi, a reszta? W każdym domu pachnie to inaczej i co roku tak samo”.
Agnieszka klęczała na prastarej pieluszce, pamiętającej jeszcze zamierzchłe czasy jej niemowlęctwa, a teraz zdegradowanej do roli podręcznej ścierki. Pastowała ostatnie centymetry kwadratowe podłogi.
Ach, te grudnie, jak głębokie studnie,
Coraz ciemniej,
Coraz chłodniej,
Coraz nudniej.
Ale w dali jakiś blask, jakiś połysk...
Mrok się wyciąga wciąż dłużej i dłużej,
Zima nadjeżdża na brudnej chmurze,
Ale grudzień jest zawsze wesoły!
Zaśpiewała nagle, zupełnie nieoczekiwanie. Piosenka wyskoczyła jej z głowy sama, jakby siedziała tam już od dawna gotowa i czekała, aż się ją wypuści na swobodę.
— Antek! Antek! Słyszałeś? Ułożyłam niechcący wiersz! — zawołała Agnieszka w stronę szafy.
— Mmm — dobiegło zza szafy i znów zaległa cisza.
— Antek! Nie mukaj! Wyłaź, bo ja już i tak kończę! Teraz twoja kolej.
— Mmm... zaraz — zamruczał Antek zza swojej szafy, co było widomym znakiem, że pogrążony jest w jakichś sprawach, które trzymają go w szponach i w kajdanach i nie wypuszczą za nic.
— Antek, do licha, przestaniesz ty czytać czy nie?
— Za chwilę... — zamamrotało znowu za szafą.
Ale Agnieszka znała sposoby sprawdzone po stokroć i niezawodne. Wypróbowane sposoby starszej siostry.
Łomocząc głośno, pociągnęła z przedpokoju froterkę, specjalnie wypożyczoną na świąteczną okazję. Włączyła przewód do gniazdka, pstryknęła parę razy kontaktem, lecz maszyna nie odezwała się, nie drgnęła nawet.
— Oj, nie mogę! Chyba się zepsuła! — krzyknęła trwożnie.
— Zaraz! — dobiegł zza szafy głos, daleki i wysilony, jakby musiał po drodze przedrzeć się przez siedem gęstych lasów, przeskoczyć siedem przepaści, przemierzyć siedem pustyń.
Agnieszka wzruszyła ramionami i, uśmiechając się chytrze, docisnęła wtyczkę i pogmerała palcem obok przełącznika.
Froterka bzyknęła parę razy leniwie i ucichła.
Za szafą zaś stęknęło, zaszeleściło, zatrzeszczało.
Zadudniły drewniaki. Z drewnianej twierdzy wyskoczył Antek w całej swej ośmioletniej okazałości.
— Oj, ty psujo! Nie ruszaj, jak nie potrafisz! — pouczył siostrę bardzo mądrym i grubym basem. Sprawdził zręcznie i szybko wszystkie połączenia. Włączył froterkę, która zahuczała zrównoważonym i posłusznym głosem. Koliste szczotki poszły w ruch i zaczęły polerować zapastowaną podłogę.
— Nabrałaś mnie znowu! Nic się nie zepsuło! Od razu wiedziałem, że mnie nabierasz — zamruczał z wymówką.
— Bo ciągle czytasz i czytasz, i jesteś nieprzytomny! Mądrala! Nauczył się czytać i myśli, że cały świat jest już nieważny, bo on czyta! Naukowiec!
— Pomyłka, i to gruba jak słoń! Bo ja wcale nie czytałem, tylko sporządzałem bardzo ważną rzecz! Oczywiście, na razie tylko projekt!
— No i na jedno wychodzi! Ciągle byś myślał i dumał, a robić powinien ktoś inny!
— Stara zrzęda! Zrzędzisz, jakbyś miała sto lat! A ja wiem, dlaczego tak zrzędzisz!
— No, dlaczego?
— Bo nie pochwaliłem twojego głupiego wiersza!
— Głupiego?!
— No, i to jeszcze jak! — krzyknął Antek, zastawiając się przezornie froterką, bo siostra schwyciła z podłogi bardzo zasłużoną pieluszkę i miała zamiar trzepnąć nią brata po bardzo mądrej głowie.
Lecz starsze siostry mają zazwyczaj dłuższe ręce niż młodsi bracia. Bardzo zasłużona pieluszka z łopotem przecięła powietrze o milimetr od Antkowego ucha.
Antek pisnął i zasłonił głowę rękami.
I wtedy stała się rzecz niezwykła, której nikt nie mógł przewidzieć.
Wypuszczona z rąk froterka elektryczna ruszyła w samodzielny taniec po podłodze, zataczając w powietrzu energiczne kręgi długim drążkiem.
— Ratunku!
— Łap to!!
— Wyłącz!!!
— Paprotka!!!!
Wszystkie cztery okrzyki zabrzmiały prawie równocześnie, ale ten ostatni, choć najgłośniejszy, nie zdał się już na nic. Paprotka, trącona kijem od froterki, pędziła właśnie na spotkanie z podłogą.
Z cichym chrzęstem rozprysły się po pokoju gliniane szczątki donicy. Posypała się ziemia. Ale sama paprotka wylądowała pośrodku tego pobojowiska godnie i niewzruszenie. Splątane ciasno korzenie tworzyły w środku jakby drugą doniczkę.
Antek z ofiarnością bramkarza pierwszej ligi rzucił się na froterkę, dopadł do przełącznika i uciszył zwariowaną maszynę.
— Aleśmy narobili! — jęknął żałośnie.
— Cicho, zaraz to zlikwidujemy! Poszukaj jakiejś doniczki!
Rodzeństwo, w najlepszej komitywie i zgodzie, zabrało się do zacierania śladów zbrodni. A nie można było tego czynu nazwać inaczej, jak zbrodnią.
Paprotka, którą przed wieloma, wieloma laty mama dostała w podarku od cioci Marychny, była bardzo ważnym członkiem rodziny. Mama jej doglądała, kropiła, wietrzyła, nawoziła, nie pozwalała palić przy niej papierosów tacie ani gościom. Paprotka zastępowała mamie ogródek działkowy — ba, całe gospodarstwo rolne. Dla dzieci zaś była niezrównanym towarzyszem zabaw.
Wystarczyło zapalić małą lampkę i ustawić ją w odpowiednim miejscu. Wtedy bujne liście paprotki rzucały ogromne cienie na ściany. Pokój zamieniał się w bezludną wyspę, tropikalną dżunglę, las przedpotopowy — co tylko było potrzebne.
Paprotka była także główną bohaterką wszystkich przeprowadzek wewnątrzmieszkaniowych. Takie przeprowadzki odbywały się dosyć często dla podtrzymania ducha w rodzinie. Gdy czekanie na nowe mieszkanie, które jakoś nie mogło się wybudować, wydawało się już zbyt długie i nieznośne. Gdy w domu wszystko okazywało się niemożliwie ciasne i stare. Wówczas mama rzucała hasło: „Przeprowadzka!”. Przestawiało się wtedy meble. Ktoś zamieniał się z kimś na miejsce do spania albo na kącik do pracy. Tata zaś ustawiał nadzwyczaj pomysłowe przegródki, które miały w czarodziejski sposób powiększyć mieszkanie o jeden przynajmniej pokój. Pierwszym punktem programu każdej przeprowadzki było wyznaczenie miejsca dla paprotki.
Nic więc dziwnego, że Antek zmiatał teraz na szufelkę każdą drobinkę ziemi tak uważnie, jakby zbierał rozsypane perły.
— Tata ma rację, że ona jednak jest nie do zdarcia, ta paprotka. Patrz, nic jej się nie stało. Ani jeden listek się nie złamał!
Agnieszka już oglądała przyniesioną z balkonu doniczkę.
— Nawet dobrze się składa, mama już dawno mówiła, że trzeba ją przesadzić.
Ostrożnie dźwignęła paprotkę razem z bryłą ziemi.
Coś wyśliznęło się jej spomiędzy palców i stuknęło o podłogę.
— Patrz, co było w paprotce! Rodzinny skarb! — krzyknął Antek. — Kluczyk od nie wiadomo czego!
— Oj, teraz mi nie przeszkadzaj! Dosypuj ziemię!
Antek wsunął kluczyk do kieszeni i zajął się osadzaniem paprotki w nowej doniczce.
Udało się to nad podziw dobrze. Wkrótce już paprotka stała na swej półeczce, jak gdyby nigdy nic. Podłoga była wyfroterowana do połysku.
Agnieszka pobiegła do kuchni i zajrzała do kapusty z grzybami, która perkotała z wolna na azbestowej płytce.
— Dobra jest, jeszcze się nie zdążyła przypalić. No, to właściwie wszystko zrobione! Nasi rodziciele mogą już sobie wracać.
Siedli na tapczanie i oglądali mieszkanie krytycznym wzrokiem.
— A jak tam u ciebie za szafą? — spytała Agnieszka.
— Wszystko poukładałem! Tylko jedna kartka leży na wierzchu i dwa pisaki. To właśnie mój spis, który robiłem.
— No i co to za spis?
— Spis najpilniejszych wynalazków do końca dwudziestego wieku. Tych, które trzeba koniecznie zrobić.
— Ciekawe! Pokaż mi to!
Ale w tej samej chwili zasuwa w drzwiach chrząknęła dźwięcznie i zaczęła się powoli otwierać.
— Idą — stwierdził Antek.
Rodzice przeciskali się przez drzwi, pomagając sobie nawzajem, objuczeni torbami, siatkami i mnóstwem pakunków luzem. Z jednej siatki sterczał sztywny i oszroniony ogon karpia, spowity puklem anielskich włosów, które wyśliznęły się z jakiejś torebki.
— Niech dunder świśnie całe te święta! — pomrukiwał tata, wyciągając swoje chude piszczele spomiędzy paczek.
— W przyszłym roku wykupuję wczasy rodzinne! Dość tych zabobonów!
Tata przedarł się do kuchni, znacząc za sobą ścieżkę z maku, który sączył się z pękniętej torby.
— Gusła i zabobony! — powtórzył raz jeszcze. — A wy tu czego chcecie? — zdziwił się, widząc dwa łebki, które wychynęły spoza kuchennych drzwi.
— Mikołaja! — krzyknął Antek.
— Może coś pomożemy? — zaofiarowała się Agnieszka.
— Broń Boże, a kysz! Uciekajcie stąd zaraz! — zatrzepotała się mama, wpadając do kuchni jeszcze w berecie na głowie i zasłaniając własnym ciałem stos leżących na stole paczek.
Tata, zdenerwowany, kichnął głośno, zanurzył rękę w kieszeni, wyciągnął z niej kłąb wąziutkich, kolorowych wstążeczek i już miał wytrzeć w nie nos.
— Stop! Hamulec! Wsteczny bieg! — krzyknęła wówczas cała rodzina.
Tata przyjrzał się wstążeczkom z zainteresowaniem.
— Aha... — powiedział. — Przypominam sobie nawet, skąd je mam... Przecież właśnie postanowiłem zapuścić sobie warkoczyki...
— Cha, cha! Nie bujaj nas! Dobrze wiemy, po co te wstążeczki!
— Hurra, niech żyją prezenty!
— Najlepiej od razu zrobić wręczenie!
— Cicho, dzieci! — powiedziała mama i zrobiła bardzo przebiegłą minę. — Idźcie... — zmarszczyła czoło w głębokim namyśle — idźcie i kupcie migdałów! My już tu wszystko doszykujemy. Jest jeszcze trochę czasu. Dziadkowie i ciocia Marychna przychodzą za cztery godziny. Więc w ogóle... przejdźcie się!
Mama uspokoiła się do reszty, gdy pogmerała drewnianą łyżką w kapuście. Twarz jej się wypogodziła, bo dzieci spisały się dobrze i kapusta nie przywarła do dna garnka.
— No dobra, chodź! — powiedziała Agnieszka, ciągnąc za ramię Antka, który w karkołomny sposób wyginał szyję, żeby uszczknąć coś niecoś z widoków piętrzących się za plecami mamy na kuchennym stole.
— Tylko zmyj jeszcze ten rozkład zajęć — przypomniała mama, rzucając okiem na syna.
— Jaki? Czego? — zdziwił się Antek.
— No, na śniadanie jadłeś jajko, potem podjadłeś mi świątecznych borówek, chociaż myślałam, że udało mi się je dobrze schować, potem pisałeś czerwonym i zielonym mazakiem coś bardzo ważnego, bo tym zielonym drapałeś się po czole. I jeszcze chyba w przelocie oczyściłeś jakiś komin albo może umyłeś zakopcony garnek, bo takie czarniawe smugi widzę...
— Ty to zawsze... — westchnął tylko Antek i poszedł do łazienki.
— Wyrzucają nas! A ja chciałem podglądać! — gderał po chwili niezadowolony, wbijając ręce w rękawy kurtki.
— Chodźże już! Przelecimy się po mieście — popędzała go Agnieszka, już ubrana, pobrzękując w kieszeni dwudziestozłotówkami, które dostała od mamy.
Zamknęli za sobą drzwi i w podskokach zbiegli ze schodów.
— Och, żeby już była wigilia! Nie chcę tak czekać!
— A ja właśnie lubię! — powiedziała Agnieszka. — Takie czekanie jest bardzo miłe.
Minęli przedblokowy skwer i placyk zabaw z ośnieżonymi z lekka huśtawkami, i karuzelę i wyszli na ulicę. Wmieszali się w tłum przechodniów pędzących przed siebie pośpiesznym, przedwigilijnym krokiem.
— Podobają mi się te nasze nowe latarnie — stwierdziła Agnieszka. — Wyglądają zupełnie jak takie pomarańczowe landrynki. I świecą tak jakoś landrynkowato.
— To są lampy sodowe — pouczył ją Antek z powagą.
— Landrynkowe — uparła się siostra. — Chodź, wświdruj się tutaj, może kupisz te migdały? — Wskazała na pełen ludzi, wielki sam1 spożywczy, który właśnie mijali.
Antek zanurkował do wnętrza, kuląc ramiona i przeciskając się między ludźmi jak węgorz. Dotarł do kasjerki w okamgnieniu. Agnieszka patrzyła przez szybę, jak kasjerka rzuca na Antka nieprzytomne spojrzenie i przecząco kręci głową. W chwilę potem on sam wysunął się ze sklepu.
— Marzenie ściętej głowy — powiedział. — Czyli figa z makiem, a nie migdały.
— No to idziemy dalej.
Ruszyli, wymijając ludzi, zaglądając w okna ozdobnych wystaw. Wkrótce wyszli na ruchliwą ulicę, oświetloną paciorkami kolorowych żarówek. Wypełnione szczelnie tramwaje sunęły jeden za drugim, podzwaniając raz po raz na pieszych.
Doszli do podziemnego przejścia i postanowili przedostać się na drugą stronę. Zbiegli po schodach na dół.
Rozdział II
Pasaż podziemny był dziwnie pusty, wyludniony. Błyszczały tu dziesiątki kolorowych reklam, ale w pozamykanych sklepikach nikt nic nie sprzedawał. Za jakąś szybą tkwiła samotnie obwieszona bombkami choinka, a pod nią istna zaspa kolorowych paczuszek, misternie poprzewiązywanych wstążkami.
— Ciekawe, dla kogo te prezenty — powiedział Antek, obrzucając łakomym wzrokiem wystawę.
— Coś ty, to tylko dekoracje! Puste pudełka — zgasiła jego zapał Agnieszka.
Antek z żalem oderwał się od wystawy i przyspieszył kroku. Przypomniały mu się kolorowe wstążeczki z tatowej kieszeni. Było ich tyle! Na dużo, dużo paczek!
Zaczęli wchodzić schodami do góry. Od wyjścia dmuchnął na nich zimny wiatr, zamiatający płatkami śniegu. Ulica stała się mroczna, niebo nabrało brudnofioletowej barwy.
— Śnieg, śnieg! — ucieszyli się oboje. — Tak nagle zaczął padać.
Weszli w ścianę mokrego śniegu, który oblepił im kurtki, włosy i twarze. Z rzadka świeciły latarnie, tworząc w szarobiałym powietrzu różowopomarańczowe plamy, przez które przelatywały prędko-prędko wielkie, białe płatki.
— Będą z tego jakieś sanki czy nie? — medytował w głos Antoś, zrzucając z ramion białe strzępki.
Ale śnieżna chmura odpłynęła równie szybko, jak przyszła.
Znowu zrobiło się jaśniej, śniegowe płatki leżały już tylko na ziemi i szybko zamieniały się w wodę.
— Oj, zobacz, tu są migdały! Wchodzimy? — Agnieszka pociągnęła Antka w stronę maleńkiego kiosku, zapchanego mnóstwem spożywczych towarów.
Wsunęli się do małego sklepiku, gdzie, o dziwo, nie było nawet wielkiego tłoku, za to świdrował w nosie dymny zapach suszonych śliwek.
Agnieszka wsunęła do kieszeni dwie torebki migdałów, zapłaciła i wyszli znowu na ulicę.
— Hej, Aga! Gdzie myśmy zaszli? — zagadnął Antek po chwili. — Co to za ulica? Ja tu chyba dawno nie byłem!
Agnieszka rozejrzała się dokoła.
— A ja w ogóle takiego miejsca nie pamiętam! Chyba poszliśmy nie w tę stronę! To się czasem zdarza, jak się wychodzi ze sklepu.
Zawrócili więc i ruszyli szybko przed siebie.
— Chyba musieliśmy się dobrze odbić od domu! Jak się tak idzie i gada, to można zajść nie wiadomo dokąd!
— Najlepiej dojdźmy do tramwaju. Wsiądziemy w dziewiątkę i dojedziemy prosto na osiedle.
— A wiesz, gdzie przystanek?
— Zaraz się zapytamy — Agnieszka dygnęła przed jakimś człowiekiem, niosącym na ramieniu choinkę. — Przepraszam pana, gdzie jest przystanek dziewiątki?
— Za rogiem na prawo — odrzekł mężczyzna i wskazał za siebie wolną ręką.
Puścili się biegiem w stronę przecznicy i rzeczywiście mieli szczęście, bo dobiegli do przystanku w momencie, gdy tramwaj zgrzytając hamulcami zatrzymywał się właśnie na nim.
Wskoczyli do środka, zadowoleni z siebie. Tramwaj był prawie pusty, więc siedli przy samych drzwiach i rozglądali się za swoim przystankiem.
— Jejku! — powiedział Antek niespokojnie. — Wszyscy już poszli do domów robić sobie święta.
— Nie wygłupiaj się! — odparła Agnieszka. — Dopiero czterdzieści minut, jak wyszliśmy z domu. Właśnie patrzyłam na zegarek!
— Popa, jaki tu fajny neon!
— Popatrz, chciałeś chyba powiedzieć. Nie ma takiego słowa „popa”.
— Oj, siostro, nie przynudzaj! Nie jesteś panią w szkole.
— Czekaj, czy to nie nasz przystanek? E, nie, jakiś inny.
Tramwaj jechał szybko, podzwaniając, coraz to przyjmując i wypuszczając nielicznych pasażerów.
Za oknem ciągnęły się rzędy nowych bloków, ulica stawała się teraz szersza. Minęli jakiś park, ogrodzony ozdobnym parkanem.
Potem wielkie pojedyncze gmachy otoczone zielenią. Potem cmentarz, cichy i zasnuty śniegiem. Wreszcie tramwaj zatoczył łuk i zatrzymał się w niewielkim sosnowym lasku.
Motorniczy wyszedł ze swojej kabinki i rozprostował ramiona, aż trzasnęło mu w kościach.
— Koniec trasy! — oznajmił. Wyskoczył z wagonu zniknął w lasku.
Antek i Agnieszka spojrzeli na siebie i wybuchnęli Śmiechem.
— Ale jesteśmy gapy!
— Przejechaliśmy nasz przystanek!
Tramwaj był już teraz całkiem pusty, siedzieli w nim tylko we dwoje.
— Musimy wracać z powrotem! Masz jeszcze wolne bilety?
— Mam! — klepnęła się po kieszeni Agnieszka. — Teraz już poprosimy tego motorniczego, żeby nam powiedział, gdzie trzeba wysiąść. To już koniec miasta, jakieś przedmieście, prawie wieś. Nigdy tu nie byłam.
— Albo wiesz co, może my pojechaliśmy w przeciwną stronę? — zastanawiał się Antek.
— Tak czy owak, jedziemy z powrotem. Dziewiątka musi nas dowieźć do domu. Tylko że ten motorniczy gdzieś zginął.
— Poszedł na pewno zrobić siusiu, bo kiedyś przecież musi! O, popatrz, już wraca!
Rzeczywiście, motorniczy wyłonił się zza drzewek i podchodził do wagonu, otrzepując buty ze śniegu.
— A pasażerowie tak w te i nazad będą jeździć? — zdziwił się, ujrzawszy Agnieszkę i Antka siedzących w środku.
— No! Proszę pana, bo my przejechaliśmy swój przystanek i musimy teraz z powrotem! Ale niech pan nam powie, kiedy trzeba będzie wysiąść przy Polnej!
— Przy Polnej? Da się zrobić — powiedział motorniczy. Zajął swoje miejsce, pomrugał kilka razy światłami i tramwaj ruszył, pojękując i zgrzytając, jak to zwykle tramwaj.
Aga i Antek w milczeniu spoglądali przez szybę na okolicę, gdzie wszystko przesuwało się w odwrotnej kolejności: lasek i cmentarz, wielkie gmachy wśród zieleni, park, bloki nowych osiedli, oświetlone neonami ulice centrum.
— Teraz wysiadacie — wychylił się do nich motorniczy.
— Dziękujemy! Wesołych świąt! — krzyknęli i zeskoczyli oboje na chodnik.
— I wam wesołych! — zamachał motorniczy ręką.
Ruszyli przed siebie, Antek podskakując i gwiżdżąc, Agnieszka przygarbiona, jak zwykle z rękami wciśniętymi w kieszenie.
Zanim jeszcze doszli do skrzyżowania, z daleka zobaczyli przymocowaną na narożniku domu nową i dużą tabliczkę „ul. Polna”.
Wsunęli się między dwa szeregi wysokich domów, ciasno dosuniętych jeden do drugiego. Niechcący jakoś Antek dotknął palcami ręki Agnieszki, a Agnieszka zacisnęła swoje palce na jego palcach. Teraz brat i siostra trzymali się za ręce, chociaż już od dawna, co najmniej od dwóch lat, nie chodzili tak ze sobą. Szli, zadzierając głowy do góry, wykręcając szyje, strzelając oczyma na wszystkie strony.
— Słuchaj, czy mogą być w jednym mieście dwie ulice, które zupełnie tak samo się nazywają? — zapytał wreszcie Antek.
— O ile wiem, to nie... — odparła w zamyśleniu Agnieszka.
— Więc co się mogło stać? Przecież to nie jest nasza Polna! Znam naszą od początku do końca! Ona w żadnym miejscu nie jest taka przedwojenna, jak ta!
— Właśnie! Coś tu jest dziwnego, tylko jeszcze nie wiem co...
— Wiesz? Chodźmy zobaczyć dom pod naszym numerem! To musi być już gdzieś niedaleko!
— Dobrze, możemy iść. Tu ulica zresztą jest bardzo ładna, podoba mi się. Szkoda tylko, że trochę zaniedbana. Jakby ją tak odnowić i wymalować, byłaby naprawdę zabytkowa!
— O, tu jest numer trzeci! Zobacz, jaki fajny!
Postali chwilę z zadartymi głowami, spoglądając na natłok kamiennych liści oplatających ściany balkonów, rozdziawione, murowane gęby wyglądające spośród liści. Te gęby aż prosiły się, aby wrzucić do nich po cukierku albo chociaż po kasztanie. Ale tylko chmura, przelatująca tu niedawno, nasypała każdej po trosze śniegu na dolną wargę.
— Zobaczmy jeszcze podwórko — zaproponował Antek.
Przeszli przez bramę wykładaną ozdobnymi kafelkami. Niektóre kafelki odpadły i ktoś zamalował gołe miejsca olejną farbą.
Podwórko było malutkie i czyste. Pośrodku widniał jakiś maleńki klombik, starannie przysłonięty gałązkami choiny, z małymi chochołami, które osłaniały widać przed zimnem jakieś ozdobne krzaki. Wysokie, szare mury pięły się w górę, w górę, pozostawiając nad głową zaledwie mały prostokąt nieba.
— No to chyba pójdziemy stąd — powiedziała Agnieszka.
— No — odparł tylko Antek.
Ale zatrzymał ich jeszcze jakiś ruch za jedną z szyb. Drgnęła firanka, uchyliło się małe okienko na pierwszym piętrze i ukazała się w nim okrągła buzia, otoczona chmurką siwych włosów.
— Dzieci! Dzieci! To tutaj, tutaj! Chodźcie na górę!
Agnieszka i Antek aż podskoczyli z wrażenia.
Starsza pani machała na nich ręką i nawoływała dalej.
— Widzę, że się błąkacie i rozglądacie, a przecież to ja na was czekam! No wchodźcie, wchodźcie, to te drzwi, pod moim oknem!
— Chodź! Idziemy! Co nam szkodzi? — pociągnął Antek za rękę siostrę.
Weszli na klatkę schodową i po schodach na pierwsze piętro.
Staruszka czekała już na nich w uchylonych drzwiach, uśmiechnięta radośnie.
— Już myślałam, że nie przyjdziecie, bo w zeszłym roku dzieci zjawiły się dużo wcześniej... No wchodźcie, wchodźcie!
Staruszka otworzyła przed nimi drzwi i z taką niecierpliwą radością zapraszała ich do środka, że musieli przecież wejść.
Spoglądali na siebie niepewnie. Stanowczo tych dziwów było już dziś za dużo! Staruszka z pewnością czekała na kogoś, kto się spóźniał albo całkiem nawalił. Nie mogły to być jej własne, dobrze znajome wnuczęta, bo przecież aż tak nie mogłaby się mylić... A może? Może cierpiała na zanik pamięci? Często się słyszy, że starym ludziom coś takiego dolega... — zgadywała Agnieszka gorączkowo, stojąc w przedpokoju.
— Ale, proszę pan... — zaczęła wyjaśniać.
— Nie, nie, nic nie szkodzi! Ja wiem, że wam jest trudno się wyrwać! Macie tyle różnych zajęć! Młodzież jest przeciążona i dzieci są przeciążone, ja oglądam telewizję i wszystko rozumiem! Na pewno nie mogliście wczoraj przyjść i dlatego dzisiaj! A ja mam tyle czasu, tyle czasu! Mogłabym go sprzedawać w sklepie na kilogramy! Dla mnie to przecież głupstwo poczekać nawet dzień czy dwa! — mówiła pospiesznie staruszka, jakby w popłochu, że gdy tylko na chwilę zamilknie, goście wyjdą i znów zostawią ją samą.
— Proszę, proszę! — wprowadziła ich do maleńkiego pokoiku, gdzie był nakryty stół, pod kilkoma gałązkami choinki zawieszonymi u żyrandola.
— Cztery nakrycia! A to czwarte dla zbłąkanego wędrowca! Ja już wszystko przyszykowałam! I tak się cieszę!... To taki miły zwyczaj to wasze przychodzenie, naprawdę! W tym roku postarałam się lepiej... mam dla was małe prezenciki... ale siadajcie, siadajcie.
— Ale proszę pani! — zaczęła Agnieszka powtórnie, a głos jej zabrzmiał tym razem jakoś niecierpliwie i twardo.
Staruszka przerwała swe przemówienie i spojrzała na Agnieszkę, przechylając głowę, jakby chcąc dobrze zrozumieć to, co zaraz usłyszy.
Lecz Agnieszce zabrakło nagle głosu i śmiałości, aby powiedzieć, że przyszli tutaj tylko przez pomyłkę i że zaraz chcą sobie pójść. Zrobiło się jej strasznie żal tej samotnej babci i jej długiego czekania. I tego rozczarowania, zdumienia i żalu, jaki pojawi się na pomarszczonej twarzy, kiedy się okaże, że oni wcale nie są tymi, którzy mieli tu naprawdę przyjść, a ci, co mieli przyjść naprawdę — zjawią się nie wiadomo kiedy albo i wcale.
„Och, to na pewno jacyś obiecywacze-cacywacze z tutejszej szkoły!” — pomyślała ze złością.
Uśmiechnęła się do starszej pani i powiedziała tylko:
— My bardzo przepraszamy...
— Och, mówiłam już, że nic nie szkodzi. Rozbierajcie się, wchodźcie, siadajcie, a ja pobiegnę na chwilę do kuchni.
Antek widocznie musiał myśleć to samo, co Agnieszka, bo gdy tylko stara pani wyszła, szepnął:
— Słuchaj, posiedźmy tu trochę... bo tej babci będzie strasznie smutno, jeśli sobie tak zaraz pójdziemy. A może ci, co byli tu umówieni, za chwilę przyjdą? To wtedy będzie łatwiej wszystko wytłumaczyć i sobie spokojnie odejdziemy, co?
— Dobra, niech będzie — zgodziła się siostra.
Przestali więc siedzieć jak na szpilkach. Pomyśleli sobie, że to właśnie zdarzyła się okazja, o jakiej wiele razy marzyło wiele osób. Okazja, żeby zagrać rolę... Jak w telewizji czy w kinie.
Babcia wróciła za chwilę z kuchni, trzymając w dłoniach tacę pełną jakichś dobrości. Stała się teraz spokojniejsza i przestała tak prędko mówić.
Usadowiła się wraz z nimi przy stole, uśmiechnęła się beztrosko i powiedziała:
— Ale! Ja przecież nie znam nawet waszych imion! Co roku ktoś przychodzi i odchodzi... Opowiedzcie mi o sobie! Co u was słychać, co się z wami dzieje...
— My jesteśmy Agnieszka i Antek — odpowiedzieli.
— Ach, więc to wy! Bardzo dobrze — odrzekła babcia. — No, to jedzcie te kanapki i opowiadajcie.
I wtedy poczuli się tak dobrze, jakby naprawdę byli u swojej rodzonej babci. Nie tej prawdziwej, którą mają, jakiejś innej, ale też swojskiej, własnej i bliskiej. Zapomnieli, że mają grać rolę. Zapomnieli nawet, że są nie wiadomo gdzie i wzięli się tu nie wiadomo skąd. I że gdzieś tam, na innej Polnej ulicy, ktoś ubiera dla nich choinkę i zawiązuje kolorowe kokardki na prezentach...
Rozdział III
Antek, rozgorączkowany i szczęśliwy, że ktoś go nareszcie uważnie słucha, opowiadał właśnie o swoim spisie najważniejszych wynalazków.
— Sztuczny papier, tak, rozumiem i popieram — odparła babcia z namysłem. — Jak będziemy dalej robić papier z drzew, to musi zabraknąć albo papieru, albo lasu. A jak już zużyjemy lasy, to popsujemy klimat, a jak popsujemy, to... i tak dalej... Więc sztuczny papier rzeczywiście jest ważny. Ale ten samofruw? To ma być ważne i pilne?
— Bezwarunkowo, babciu! Fruwanie jest bardzo ważne! Człowiek się nie uspokoi, dopóki nie zacznie fruwać! — wykrzykiwał Antek.
— No a samoloty, helikoptery, balony i szybowce? — pytała babcia.
— Ach, to są zupełnie nieprawidłowe rozwiązania! W tych wszystkich wynalazkach człowiek jest noszony w powietrzu, wcale nie fruwa! To ma tyle wspólnego z lataniem, co chodzenie albo bieganie z jazdą samochodem, rozumiesz? A człowiek chce fruwać jak ptak!
— Przecież to jest niemożliwe — spierała się babcia.
— Jak to, jak to niemożliwe! To jest tylko jeszcze niewymyślone i niewynalezione! Jeśli woda może unieść człowieka, to i powietrze też musi móc! Oczywiście trzeba do tego jakichś urządzeń! Skrzydła lub śmigło i jakiś silniczek, który zwiększa siłę ludzkich mięśni — rozumiesz?
Zerwał się z krzesła i zaczął krążyć po pokoiku, machając ramionami jak nietoperz.
— Mówię ci, babciu, że ja to wymyślę! Zobaczysz!
— Nie ma co ukrywać, sama bym sobie chętnie pofruwała — powiedziała babcia marząco.
— A z jedzeniem? Wymyśliłeś coś już? — wtrąciła się Agnieszka.
— Z jedzeniem czego?
— No, sama babcia widzi, jaki on jest niepraktyczny fantasta! Ludzie na ziemi nie mają co jeść, a on wymyśla jakieś fruwole czy fruwoty, zamiast się zająć żywnością dla nich! — oburzała się Agnieszka. — I to mają być najpilniejsze wynalazki!
— Agniesiu! — powiedziała babcia pobłażliwie. — Przecież on się tylko bawi...
— Ja się bawię? — oburzył się z kolei Antek. — To babcia mnie nie zna! Ja to wszystko naprawdę zrobię, zobaczycie! Ale z jedzeniem dla głodnych ludzi... ja już o tym rozmawiałem z tatą i to jest dla mnie za trudne! Bo tutaj żaden pojedynczy wynalazek nie pomoże... Trzeba strasznie dużo pozmieniać!
— A bułka-odrostka? — spytała nieśmiało babcia.
— To babcia też o tym myślała? — podskoczyła Agnieszka.
— A ty też?
— No, jasne! Na pewno babcia czytała tę samą bajkę, co i ja! Jak ta czarownica dała tej dziewczynce bułkę, która odrastała, gdy się ją ugryzło, i zawsze była znowu cała! Ale, babciu, to też nie jest takie proste, ja tę całą bajkę już przemyślałam! Na wylot, na wszystkie wyloty!
— No, to ciekawe! Opowiadaj, Aga — poprosili.
— Widzicie, ułożyłam sobie z tego taką półbajkę. Początek — jak bajka, ale później wszystko jak po prawdziwemu. Mogę wam opowiedzieć, do czego doszłam.
— Mów, mów.
— Więc zaczyna się od tego — powiedziała Agnieszka — że jest taka bułka-odrostka, ktoś ją wymyślił. I jeśli, na przykład, przełamiesz ją na pół, to każda połowa, rozumiecie, odrasta. Więc powstają dwie bułki.
Wtedy się robi taki wzór matematyczny, rozumiecie: dwie bułki, cztery bułki, osiem bułek, szesnaście bułek, trzydzieści dwie bułki, sześćdziesiąt cztery bułki, sto dwadzieścia osiem bułek i tak dalej, aż już jest dosyć bułek... To jest coś!
Ale teraz zaczyna się problem samolotów, pociągów, statków i samochodów, żeby te wszystkie, wszystkie bułki pozawozić do wszystkich głodujących. Daleko! W Indiach, w Meksyku, w różnych odludnych zakątkach, gdzie trudno dojechać... I żeby one po drodze nie sczerstwiały, bo co, suche bułki ludziom rozdawać? Zęby sobie połamią!
— Ja mam ulepszenie! — wtrącił się Antek. — Po co wozić tyle bułek? Zawozisz tylko jedną i dopiero na miejscu dzielisz.
— Racja! Na to nie wpadłam. To rzeczywiście ułatwia! Ale i tak musisz sam wszędzie przyjechać i każdemu dać bułkę do ręki, rozumiesz? Przecież taki zgłodniały człowiek nie przyleci do ciebie po bułkę przez pół świata. Nie będzie miał siły!
— Ktoś by ci przecież pomógł! — dopowiedziała babcia.
— No! I tu się zaczyna następny sęk. Potrzeba do tego okropnie dużo porządnych i uczciwych ludzi, którzy chcieliby na to poświęcić swój czas. I to, rozumiesz, dorosłych, bo dzieci w taki świat nie puszczą. No i co się dzieje?
Jeden pyta: a co mnie z tego przyjdzie?
Drugi powie: mało mam roboty? Z bułką będę jeździł!
Trzeci... Owszem, chętnie się przewietrzy, lubi podróże... tylko że po drodze bułkę zgubi... albo mu ukradną!
— No i zaraz ktoś może wpaść na pomysł, że bułkę warto schować i mieć dla siebie prywatnie! W razie jakby co... albo dla jednego tylko kraju za darmo całe wojsko nakarmić! Żeby był najsilniejszy ze wszystkich sąsiadów! Mogą z tego wojny wyniknąć — dodał Antek rzeczowo.
— Pewnie! Ale popatrz dalej. Przyjechały ze świata bułki i jakiś urzędnik rozdaje wszystkim po kolei. Rozdaje, rozdaje, zmęczył się i myśli: takim to dobrze! Za darmo bułki dostają, a ja cały dzień nad tym koszykiem jak głupi się schylam! A tym łapserdakom z nieba bułka spada...
Tak być nie powinno. Nawet i od najbiedniejszego coś przecie można wydębić!
„Dam ci bułkę za darmo — powie wreszcie taki urzędnik — jak mi się będziesz nisko kłaniał. Nie tak byle jak! Niziutko, jeszcze niżej! Ja, twój dobrodziej!” A z czegoś podobnego znowu jakieś zło musi wyniknąć, prawda?
— Ano, prawda — potwierdziła babcia ze smutkiem.
— No, ale wreszcie — ciągnęła Agnieszka — nasze bułki dotarły do tych, co potrzeba. Część tylko, ale zawsze. No i co teraz się dzieje? Ludzie, którzy długo nie mieli co jeść, dorwali się do bułek. Dalejże robić zapasy! Łamią wciąż bułki na pół, mnożą je i mnożą! Już im się w domu nie mieści, a oni nic, tylko łamią i łamią. Zanim ktoś wyda zakaz łamania, cały ziemski glob, zasypany bułkami, może zginąć! Drudzy znowu najedzą się bułek jak głupi, po dwadzieścia dziennie, brzuchy im pękają. Pochorują się. Kłopot. Lekarzy trzeba coraz więcej.
Trzeci znowu myślą sobie — cha-cha-cha! — po co się mam wysilać, robić coś, kiedy zawsze czeka na mnie bułka! Najlepiej położyć się na plecach i patrzeć w niebo! Leżą sobie na tych plecach, myślą — i co wymyślili: bułka to nudziarstwo! (zresztą trochę słusznie, bo rozumiecie, same bułki to jeszcze dla człowieka nie dość, ale to już inna sprawa). Przydałoby się jeszcze, żeby kiełbasę-odrostkę dawali! Śledzia-odrostka, ogórków kiszonych, kapusty, tortu, ananasów, bananów, lodów, kawioru-odrostu i ostryg-odrostyg! A do tego jeszcze domu, samochodu, butów na obcasie.
— Telewizora z drapaczem w pięty! — palnął Antek.
— Tak. Cicho! A czwarci co robią? Nic tylko chodzą i mierzą, bułki porównują. Niesprawiedliwie! — krzyczą. — Jego bardziej wypieczona, moja krzywa z boku...
— Ojej — złapała się za głowę babcia. — Co ty tak, Agniesiu, wszystko czarno widzisz?
— Wcale nie, babciu, tylko jak się chce coś zrobić porządnie, trzeba z góry przewidzieć wszystkie trudności. Więc przewidziałam. I wychodzi, rozumiecie, że musiałaby to być nie tylko bułka-odrostka, ale jeszcze bułka-rozumka, bułka-uczciwka, bułka-sprawiedliwka.
— I bułka-zapałka!
— Zapałka?! — zdziwiły się babcia z Agnieszką chórem.
— No! Żeby ludzie mieli zapał! Żeby im się chciało! Bo jak mi tu zaczęłaś o tych wszystkich okropnych skutkach, to od razu mi się odechciało moich wynalazków! Bo z tego wynika, że każdy wynalazek może być zarazem wygubkiem! Czyli oprócz korzyści może przynosić szkody i kłopoty!
— No i widzi babcia, jaki on jest? Najpierw fruwa sobie w obłokach na swoich fruwadłach, a jak tylko spadnie na ziemię, to zaraz oświadcza, że nie warto! A czy ja mówię, że nie warto? Ja właśnie mówię, że trzeba bardzo dużo rzeczy bardzo mądrze pourządzać. Zrobić dużo różnych wynalazków. Założyć takie specjalne Bułkowe Towarzystwo! My nawet już... — tu Agnieszka zacichła, jakby w porę się powstrzymała przed wygadaniem jakiegoś sekretu.
— Domyślam się... — powiedział Antek. — To ty i te twoje koleżanki, co przychodzą... Ten wasz Związek... i te mapy, i książki... to właśnie po to? A ja myślałem, że to takie dziewczyńskie podlizywadła... że wy chcecie tylko piątki zbierać, no wiesz!
Zamilkli wszyscy i tylko słychać było, jak Antek skrobie się w głowę skorupą od orzecha.
— A ja bym się tobie nie przydał? — spytał wreszcie nieśmiało i prosząco.
— No pewnie, że się przydasz! Nawet i te twoje fruwadła, w ostateczności też się dla nich znajdzie jakieś zastosowanie! — powiedziała Agnieszka.
— Ojej! — westchnęła babcia po raz drugi. — Jakie wy, dzieci, jesteście teraz mądre! Czuję, jak i ja robię się przy was coraz mądrzejsza. I przypomniało mi się coś, co mówił pewien niemodny dzisiaj filozof! Że wspólnym wysiłkiem bardzo wielu milionów ludzi można ten świat odrobinkę zmieniać na lepsze! A masz jeszcze, Antosiu, jakieś wynalazki na tej swojej liście?
— Właśnie, że już więcej nie zdążyłem... bo Aga kazała mi froterować podłogę przed świętami...
— Jejku! — przerwała mu Agnieszka, patrząc ze zgrozą na zegarek. — Przecież my musimy do domu!
— Jak to? Zostajecie przecież u mnie na noc. Tak samo jak w zeszłym roku! Wszystko było uzgodnione z waszymi rodzicami! Ja już wam tu, o, przygotowałam spanie.
Babcia odsunęła kotarę i pokazała ukryty we wnęce przestronny tapczan.
— A ja na amerykance, o tu, bo już więcej miejsca nie mam.
Antek z Agnieszką znowu wymienili zdumione spojrzenia.
— No, jeśli uzgodnione...
— Oczywiście! — stwierdziła babcia stanowczo. — Zresztą, jak teraz dotrzecie do domu? Już późno, żadna komunikacja nie kursuje. Nie wzięliście swoich piżam? To nic, pożyczę wam nocne koszule. Mam ich spory zapas!
Było w tym sporo racji. Jeśli zabłądzili za dnia, tym bardziej nie odnajdą drogi po ciemku. Łatwiej już jutro rano... Nie chciało im się stąd ruszać, wcale a wcale. Tylko że z drugiej strony...
Nagle spojrzenie Antka natknęło się na telefoniczny aparat, stojący na stoliku przy oknie.
— Patrz — powiedział i wskazał go wzrokiem siostrze.
— A czy możemy zadzwonić do domu?
— No pewnie, że dzwońcie. A pozdrówcie rodziców ode mnie — oświadczyła babcia i zaczęła zbierać ze stołu talerzyki i szklanki.
Antek podskoczył czym prędzej do słuchawki i przyłożywszy ją do ucha, wykręcił domowy numer.
To, co usłyszał, wprawiło go w najwyższe zdumienie. W słuchawce nie było sygnału, tylko od razu odpowiedział mu jakiś monotonny, nieznajomy, męski głos:
„Wszystko uzgodnione. Nie przerywać programu. Wszyst...”.
Zlikwidował połączenie i podał słuchawkę Adze.
— Ty spróbuj — powiedział.
Wykręciła numer i na chwilę znieruchomiała ze słuchawką w ręku. Pokręciła ze zdziwieniem głową i odłożyła słuchawkę na widełki.
— No i co ty na to? To jest nagrane na taśmę!
— Ja też to zauważyłem! To jest jakiś automat...
Weszła babcia, niosąc talerz orzechów i jabłek.
— Wiecie co, może jeszcze przed snem powróżymy sobie z wierszy?
— A jak to się robi? — zaciekawili się oboje.
— Z wierszy wróży się tak samo jak z wosku — powiedziała babcia z uśmiechem, wyciągając z półeczki pękatą, niebieską księgę.
— Tak samo? To nie może być! Przecież świeczkę się rozpuszcza w rondelku i potem się wylewa do zimnej wody na misce. Z tego się robi taki świecowy kleks. Ten kleks to jest właśnie wróżba, prawda? — upewniał się Antek.
— Kleks to tylko początek. Reszta zależy od wróżbodawcy i od wróżbobiorcy. Ale przekonasz się sam. Musisz wybrać sobie numer strony, jaki chcesz, a na tej stronie numer linijki, od której mam zacząć czytanie. Ja otworzę książkę w tym miejscu i przeczytam na głos. A potem zastanowimy się, co ta wróżba oznacza, jaki może być jej sens...
— No dobra, to zaczynamy! — zawołał Antek. — Ja mogę być pierwszy. A ile ta książka ma stron?
— Czterysta siedemdziesiąt.
— To ja wybieram ze strony dwieście piętnastej... linijkę ósmą!
— Już... szukam — powiedziała babcia i zaczęła przewracać kartki. — Mam!
I przeczytała:
„Pójdę wyżej, pójdę dalej,
Bo się jasne słońce pali”.
— O raju! — zmartwił się Antek. — To na pewno znaczy, że tato znowu nas będzie włóczyć ze sobą po górach w czasie wakacji. A w dodatku w okropnej spiekocie, warze i skwarze. A już myślałem, że wyciągniemy w tym roku rodzicieli na jakieś chłodne wody. Że będę sobie leżeć na łódce i patrzeć w chmurki. Zauważyłem, że to bardzo dobrze robi na myślenie... A tu trzeba będzie włazić na wierchy i przełęczki! Ojojoj!