Wycieczka

Uciekłem dziś w kraj daleki,

Gdzie rzadko kto z ludzi dotrze:

Zrobiłem wielką wycieczkę

W lata szczęśliwsze i młodsze.

W jedną godzinę przebiegłem

Lat całych dwadzieścia kilka...

(Mówią, że wobec wieczności

Życie to jedna jest chwilka).

I nie wiem, jak to się stało,

Kto zmianę zdziałał tę nagłą,

Że wziął mnie z sobą na kozieł

Furman Bartłomiej Zabagło.

Za mną — na tylnych siedzeniach,

Wybitych skórą i włosiem —

W tej samej bryczce siedziało

Osób już starszych coś z osiem.

Niebardzom uważał, o czem

Gwarzyła ludzi tych reszta,

Bom wiedział, że za natręctwo

Jeszcze z nich który mnie zbeszta.

Zresztą tak była zawiła

I mądra ta ich rozmowa,

Że uchem swem siedmioletniem

Nie rozumiałem ni słowa:

Zdanie zaczęte po polsku

Często kończono z francuska,

A i tak było w połowie

Zgłuszone turkotem wózka.

Więc nie słuchałem tej gwary —

Niech starsi gawędzą sami! —

I na znak lekceważenia

Zwracałem się do nich plecami.

Nie dbałem o nich nic a nic

I w dumnej siedziałem pozie,

Bom po furmanie Zabagle

Pierwsze miał miejsce na wozie.

Innej słuchałem rozmowy,

Którą wyborniem rozumiał:

Rozmowy kłosów złocistych,

Którą wokoło łan szumiał.

Słuchałem, jak w głębi miedzy

Odzywa się pasikonik

Piosnką srebrzyście dzwoniącą,

Jak tony szklanych harmonik.

Słuchałem kumkania stawów

Spowitych w rzęsnej opończy;

Słuchałem drgającej z niebios

Radosnej pieśni skowrończej.

Słuchałem szmeru rzeczułki,

Co po kamieniach się pluska, —

Szmeru, co bywał w połowie

Stłumiony turkotem wózka.

Turkotał wózek, turkotał, —

Koła w nim dudnią i pędzą...

Pył się z nich długi, jak z wrzecion,

Wysnuwał szarawą przędzą...

Turkotał wózek, turkotał,

Jak w młynie żarna i pytle,

I sypał mąką kurzawy

Na nasze podróżne kitle.

Skakała nieraz z radości

Bryczka radosna i wartka;

Jechało się pysznie, wesoło,

A wódką jechało od Bartka...

Jednakże nie był pijany

Furman Zabagło Bartłomiej,

Bo biczem konie poganiał

Najtrzeźwiej i najświadomiej.

Nawet po wielkich wybojach

Wiózł jak po drodze równej —

I tylko z nikim nie gadał,

Bo zawsze był małomówny.

Gwizdał se ino pod nosem

staccata i allegretta,

A czasem na swoje konie

Zawołał «wiśta» lub «hetta!»

Czasem się czapką ukłonił

Figurze koło gościńca,

Albo któremu z kumotrów,

Co szli na sumę do Tyńca.

A że był człowiek przytomny

I trzeźwy był na umyśle,

Więc konie sprawnie zatrzymał,

Gdyśmy zjechali ku Wiśle.

Na drugim wiślanym brzegu

(Przejechać trzeba tam promem)

Klasztor Tyniecki się wznosił,

Urwiskiem podparty stromem.

Wyrastał prosto z opoki,

W kamieniu cały i cegle,

A bystra woda wiślana

Do nóg mu padła ulegle.

Na starych zmurszałych murach,

Pomiędzy kamienne szczerby

Wspięły się krzewy zielone,

Kryjąc napisy i herby.

Czas groźne wyrył tu godła,

Świadcząc, że objął w swe władztwo

Opustoszałe, bezpańskie

Stare tynieckie opactwo.

I w imię wiecznej młodości

Odmładzał murów tych szarość:

Bo już część znaczna zwaliska

Zielenią zdążyła zarość.

I ja się także wspinałem

Na jakąś skarpę zwaloną,

Bom młody był jak te krzewy

I w głowie miałem zielono...

W starym wśród ruin kościele

Ludu zebrały się tłumy;

Dzwony na starych wieżycach

Głosiły początek sumy.

Zabłysły świece woskowe

I wyszła msza uroczysta;

Na chórze głosem ochrypłym

Odezwał się organista.

Pod wtór organów rozgłośny

Pieśń wielka jak fala wzbiera,

Pieśń w nucie swojej fałszywa,

A w treści swojej tak szczera!

Pieśń, co żebrała ratunku

Od moru, ognia, gradobić, —

By można było — choć ciężko —

Na chleb codzienny zarobić...

Jam się przyglądał stojącym

W ołtarzu świętym postaciom...

Modląc się: «Boziu, daj zdrowie

Ojcu, mamusi i braciom»...

«Zdrowaś» zmówiłem dwa razy,

Potem — w dziedzińcu — raz trzeci,

Licząc jak długo kamień

Rzucony do studni leci.

I pożegnałem tę studnię

(Król Chrobry ponoć ją wykuł),

Bo tam przy promie już czekał

Bartka Zabagły wehikuł.

I znów na lewy brzeg Wisły

Wielka przewiozła nas krypa,

Znów nas witała w Piekarach

Wspaniała, pachnąca lipa.

Znów nas witała swym szumem

I pożegnała uprzejmie

Ta lipa odwieczna, której

Ośm osób wkrąg nie obejmie.

Ośm osób jej nie objęło,

Choć opasali ją kołem,

Aż ja dopiero — dziewiąty —

Rączką ją drobną objąłem.

Siedliśmy znowu na bryczkę;

Bartłomiej z bicza znów strzelił —

I jakby tem cięciem bata

Czas na dwie części przedzielił...

Wśród zbóż i modrych bławatków

Bryczka pomknęła z turkotem,

Aż mnie przywiozła nakoniec

Ku dniom dzisiejszym zpowrotem...

Znikła gdzieś w wielkiej oddali

Wysoka skała tyniecka;

Jak zórz ostatki, przygasły

Słoneczne uśmiechy dziecka...

Czas ruszył chyżo z kopyta —

Brzękły wędzidła, chomąta...

Dnia tego chyba już przeszła

Rocznica dwudziesta piąta...

Z dnia tego garść młodych wspomnień

Dziś mi została jedynie,

Zielonych jako te krzewy

W starej tynieckiej ruinie...

15. VI. 1930