Wycieczka (tomik)

Listy matczyne

(Wiersz odznaczony pierwszą nagrodą na konkursie w Krakowie)

Na dnie najgłębszej, najcichszej szufladki,

ukrytej w biurku — niby dusza w ciele —

chowam skarb wielki: listy mojej matki

pisane do mnie przez różnych lat wiele.

Tu, gdzie ich żadne nie dosięgną zgiełki,

leżą spokojnie — jak w morzu perełki.

Niegdyś latały — niby białe ptactwo —

na śmigłych skrzydłach — hen w świat gdzieś odległy..

Dziś, zakończywszy bezdomne tułactwo,

na jedno gniazdo gromadnie się zbiegły

i tutaj rzeszą zgodną i bezgwarną

— snać pomęczone lotem — wraz się garną.

Ja im przytułek dałem i gościnę — —

zabiegiem tutaj zebrałem je skrzętnym —

i wydzierałem te listy matczyne

losom złowrogim i ludziom niechętnym.

Były mi zawsze przedmiotem mej troski

i strzegł ich pilnie afekt mój synowski...

Nie zniszczył mi ich burz rozlicznych zamęt

(jak to się stało — nigdym nie wyświetlił! ).

Już tu i ówdzie przybladł w nich atrament,

a papier pożółkł, zszargał się i zetlił —

i rzekłbyś, że go lada siła zetrze,

jak liść jesienny, miotany na wietrze.

Lecz na tych kartkach wytartych i wiotkich,

co zwiędły, mamo, jak twoje oblicze,

ileż uśmiechów — jako ono — słodkich!

jakież w nich siły biją tajemnicze,

jakież — w młodości duchowej rozkwicie —

drga w nich przepiękne i prawdziwe życie!...

Niby to jeno cyfry i litery — —

a przecie w każdej literze i cyfrze

kryje się serca twego okruch szczery,

tętnią, śpiewają uczucia najżywsze —

bo twego pisma misterne przędziwo

jest jak żył siatka, krwią nabiegłych żywą...

W samotnych chwilach wyjmuję te listy

i odczytuję od deski do deski.

Wtedy mi w sercu zdrój wytryska czysty

i w duszy spokój jawi się niebieski

i tonę cały w czarownej powieści,

obejmującej — lat moich trzydzieści...

Pierwszy z nich — w drżącym nakreślony tonie:

cicho się zwierzasz matce swej... ponieważ

czujesz, że oto zagościł w twem łonie

ktoś, kogo pragniesz — kogo się spodziewasz —

ktoś, kto twojemu sercu jest już bliski...

W chwiejnych literkach lśnią szczęścia pobłyski...

Dalej — w następnych listach kilkunastu

dźwięczą wyrazy serdecznej tęsknoty

ku dalekiemu posyłane miastu,

gdzie bawił ojciec — — o zdrowie kłopoty — —

i dziwne lęki — duszę targające —

choć podróż trwała coś ze dwa miesiące.

W każdym dopisek jest o mnie — na brzeżku —

i tam nazywasz mnie: «nasze maleństwo»...

W spojrzeniu mojem — i w każdym uśmieszku —

do ojca mego widzisz podobieństwo — —

Piszesz, że moje dziecięce gruchania

łagodzą smutek twojego rozstania...

A potem listów — już do mnie — plik gruby: —

pragniesz, by syn twój, co się w szkołach kształci,

nauką swoją przyczyniał ci chluby

i żeby swojem sprawowaniem dał ci

szczęście i radość... ale ja, zły chłopak,

często czyniłem prośbom twym naopak.

Gdy karę za to wzięło krnąbrne chłopię

i Bóg mu zesłał nędzę i tułaczkę,

nawet w strzeleckim ponurym okopie

całą twych listów otrzymałem paczkę...

Szły za mną listy twe w obcą krainę — —

Łzy w nich piekące były — łzy matczyne...

Listy te były zwięźlejsze — niż tamte — —

A prócz podpisu twojego, o mamo,

miały też podpis: «N... Zensurbeamte...»

Zaś tekst niejedną był upstrzony plamą

i czasem ktoś w nich stronicę roztargał —

ktoś, co świętości moje miał... za szpargał...

Dziś kiedym z własnych doświadczeń dopiero

pojął, co znaczy kochać — własne dzieci,

radość odczuwam dziecięcą i szczerą,

ilekroć do mnie z oddali przyleci

list twój, o matko, tchnący staroświeckiem

pięknem... list, w którym wciąż jestem twem dzieckiem,

Każdy z tych listów w sercu mem rozdzwania,

myśl mą pogłębia, wiąże i uzacnia,

budzi wspomnienia i przyszłość odsłania,

krzepi mą ufność i wolę mą wzmacnia...

Druhy mej doli — życia mego świadki!

Najdroższe listy — listy mojej matki!...

12. I. 1929

Medytacje

W cieniu stuletnich buków nad wąwozem,

koło klasztoru na górze Alwerni,

smutny Panjezus siadł na kolumience;

rękoma — spętanemi konopnym powrozem —

podpierał głowę skrwawioną,

boć ją przygniotła korona z cierni

i srodze cięży Mu pono...

Usiadł Pan Jezus w smutku okrutnym,

myśli o Swojej męce,

o Swych krzyżowych stacjach...

*

Pod Panjezusem smutnym,

koło wyrębu, na drewnianej ławie,

nieraz w godzinę wieczorną

pogrążony w medytacjach

siadałeś, ojcze Czesławie,

aby odmawiać swe modły

albo kronikę spisywać klasztorną...

Gwarzyły z tobą korne mniszki — jodły,

gwarzyły z tobą bernardyny — buki

w burych a szorstkich habitach,

niby dysputę z tobą wiodły,

choć twej nie miały nauki.

Jednakże czasem w ich szumnych rozchwiejach,

w ich modlitewnych zachwytach,

słyszałeś opowieść rzetelną

o dawnych dziejach,

któreś spisywał do kronik.

I w takiej chwili

nieraz ci szeptał cicho pasikonik:

Cyt! już śpią, śpią snem wiecznym, pod kruchtą kościelną

ci, co tu niegdyś żyli!...

*

Pod Panjezusem smutnym,

na zielonej murawie,

hasały sobie wróbelki,

z rozgwarem buńczucznym, i butnym i chutnym

wzajemnej z każdym szukały zaczepki —

i zaglądały w twarz twoją ciekawie

i za nic sobie mając wzrost twój tęgi, krzepki,

nieraz w poufałości i śmiałości wielkiej

dziobały twoje trepki;

ty dobywszy z zanadrza kawał chleba suchy,

sypałeś im okruchy...

*

Kędyś za borem Szymoty,

poza Kwaczałą, Lipowcem,

chował się słońca krąg złoty;

wieczór już zwolna szarym pokrowcem

osłaniał łąki, łoźniaki, zagony,

jakby kościelne barwne feretrony,

po procesyji znów złożone w kącie...

Za mgłą się kryły babiogórskie szczyty

daleko — na horyzoncie,

głowy w kaptury wełniane odziawszy,

jak zakonnicy zamodleni w stalach...

Rąbek zórz się czerwienił — od serc ludzkich krwawszy...

*

Z rąk twych, ojcze Czesławie, wypadał różaniec

i mimowoli zamykał się brewjarz,

gdyś, od psalmu wersetów

twarz odrywając, wznosił wygoloną głowę,

a wzrok twój, w którym płonęły zachwyty,

błądził po ziemskich okolach, oddalach

aż poza świata kraniec —

wszędy, wszędy, gdzie miłość Bożą ty rozkrzewiasz...

Liczyłeś te wzgórza i wzgórki

jakby żywego różańca paciorki,

na srebrną Wisły nawleczone wstęgę;

wertowałeś stubarwne łąki, pola, niwy,

niby inicjałami zdobną starą księgę;

patrzyłeś na sterczące pośród górskich grzbietów

strzeliste krzaki jałowcowe

i na te zorze szkarłatne,

co nad niemi płonęły jak świece roratne;

wzrokiem nabożnym

zatrzymywałeś się przy każdym krzyżu

przydrożnym,

jak gdyby przy ołtarza mensie...

*

Wiatr, który śpiewał poszumów gwarem

i wierzchołki żywicznych świerczyn tarmosił,

aromaty upojne z łąk i pól przynosił,

jak ministrant co srebrną kadzielnicą trzęsie...

A tyś swe serce w górę wznosił,

jakgdybyś tym cennym puharem

w ręce Boże za braci swych, ludzi, wypijał

wino szlachetne, ożywczy kordyjał

miłości — powszechnej a żywej...

Te łąki — lasy — rzeki — na górach — na niżu —

ogarniałeś miłością i błogosławieństwem,

zowiąc je bracią własną i rodzeństwem,

jak niegdyś mistrz twój — prostaczek z Asyżu...

Cieszyły cię ich wonie, ich gędźby, ich blaski,

a nawet tam gdzie chłodne rozsiadły się cienie

i kędy wrzały niesnaski,

słałeś słowo pociechy — albo rozgrzeszenie

i promień Bożej łaski;

tam zaś gdzie boleść widziałeś i ranę,

wznosiłeś ręce szorstkie, spracowane,

jakbyś chciał wziąć na siebie wszelkich mąk stygmaty...

*

Siedział Panjezus smutny, Jezusinek,

na kolumience kamiennej;

chwilowy ino miał tu odpoczynek,

bo zaraz dalej pożeną Go katy

drogą krzyżową — hań na Kalwaryją —

podług Bóg-Ojca woli nieodmiennej...

Przysiadł, aby se spojrzeć, jak tu ludzie żyją,

jak się radują i cierpią,

jako się krzywdzą i miłują,

jakie zamiary, jakie myśli snują,

skąd wiarę i nadzieję czerpią, —

czy wszystko jest, jak było przódziej,

kiedy to On — Panjezus — mieszkał pośród ludzi.

Miłość i boleść miał na twarzy

dwie najmożniejsze w świecie, wszechrodzące siły,

a Jego oczy przesmutne mówiły,

że boleść On odbiera, a miłością — darzy...

Patrzył — — a świat się zwolna zanurzał w omgławie

i rosy łzy perliste świeciły na trawie...

1925

Meorum Prime Sodalium

Pamięci porucz. Jana Surzyckiego poległego w obronie Śląska w maju 1921 roku

Kwiaty — i kwiaty wokoło,

jak w czernichowskim ogrodzie...

Idę za tłumem — i pochylam czoło

przed tą trumienką tła przodzie.

Słońce na rosy kroplach połyska tęczowo,

precz rozgania ostatki porannej omroczy.

Idę, idę z opuszczoną głową —

i w ziemię utkwiłem oczy.

Planty, odziane barwą zieloną i krasną,

szelestem wiatru gwarzą i ptaszęcą pieśnią...

Czyliż tym ludziom, co na wieki zasną,

dawne sny szczęścia się odeśnią?

Skrwawiona szabla na trumnie

i białych kwiatów wiązka...

Przywieźli, przywieźli ku mnie

Jasia mojego ze Śląska!

Przywieźli — by we mnie rozpalić

tę jego śmiertelną ranę,

by w mojej duszy utrwalić

te rysy, tak dobrze mi znane!

Przywieźli — do wspólnych szeregów

raz jeszcze — ostatni — powołać

dwóch druhów-przyjaciół, najpierwszych kolegów,

co razem przez życia szli połać;

dwóch druhów-kolegów, związanych przyjaźnią

jut od lat dwudziestu — czy więcej...

Bośmy przyjaźń zawarli — braterstwo broni —

już w dobie życia dziecięcej.

Pamiętasz, Jasiu, czas ten piękny, czas młody,

gdyśmy śnili o bitwach-piorunach,

gdy z mym koniem drewnianym biegł chyżo w zawody

twój siwy koń na biegunach?

Pamiętasz o mej strzelbie, o twej lancy kończastej,

o tych naszych rycerskich zapędach,

gdyśmy szablą rąbali pokrzywy i chwasty,

co tłumiły nam kwiecie na grzędach?

Wszelki chwast był nam wrogiem — więc zaciekłym atakiem

myśmy nań nacierali — zwalczali — tępili.

Bośmy wiernie i święcie służyli pod znakiem

wonnej Róży i przeczystej Lilji.

A gdy wiedliśmy długie przyjacielskie rozmowy,

nieraz jeden przed drugim to wyznał,

że tak samo za Polskę kiedyś walczyć będziemy,

gdy do czynu nas wezwie ojczyzna.

Obietnica spełniona już... W porę-ż

sen się ziścił, w dzieciństwie wyśniony!

Danem było nam chwycić za oręż

w świętej sprawie, dla kraju obrony.

A po wielkiej, po zwycięskiej wojnie,

ty, co-ś dług żołnierskiego spłacił obowiązku,

poszedłeś znowu krwią szafować hojnie

za naszych braci na Śląsku.

W czystem cię polu znaleźli —

przy tobie — krwi kałuża grząska — —

I tu cię do mnie przywieźli —

Jasia mojego ze Śląska!...

Przed ludzi rzeszą idziesz przodem —

twa szabla odbłyska się w słońcu — —

Za twoim dziś, Jasiu, przewodem

idę — na szarym gdzieś końcu...

Na lawecie cię wiozą armatniej —

dziś, choć młody, od wszystkich tyś starszym!

Dzisiaj, Jasiu, już po raz ostatni

żołnierskim z tobą kroczę marszem!

O, na wieki będziesz mi żywy,

choć zabrany śmiercią nielitosną.

Nie zgłuszą twej mogiły chwasty i pokrzywy,

lecz na nie wonne róże i lilje wyrosną.

Kwiaty — i kwiaty wokoło,

jak w czernichowskim ogrodzie...

Idę za tłumem — i pochylam czoło

przed tą trumienką na przodzie...

1931

Opuszczony okop

Opuszczony okopie, zapomniany okopie!

O ty śladzie ostatni, śladzie nieukojny

przeogromnej, okrutnej tej wojny,

co lat siedem po całej szalała Europie,

całą ziemią wstrząsała do posad,

w perzynę obracała krocie ludzkich osad,

ludzkich istnień gasiła tysiące, — —