Rozbitki
komedja w czterech aktach
„Mojej żonie w upominku.”
OSOBY:
- SZAMBELANIC CZARNOSKALSKI
- SZAMBELANICOWA
- MAURYCY, ich syn
- GABRJELA, ich córka
- DZIEŃDZIERZYŃSKI
- POLA, jego córka
- WŁADYSŁAW CZARNOSKALSKI
- KOTWICZ-DAHLBERG CZARNOSKALSKI
- JAN STRASZ
- ŁECHCIŃSKA
- ZUZIA
- MICHAŁEK, strzelec Dzieńdzierzyńskiego
- LOKAJ szambelanica
- Pierwszy chłopiec z cukierni
- Drugi chłopiec z cukierni
Rzecz dzieje się na wsi, w majątku Czarnoskalskich, z wyjątkiem aktu III, który odbywa się w Warszawie.
AKT I
Polanka w lesie. Z lewej w głębi, domek leśniczego, z prawej, na przodzie ławka pod drzewem. Strona prawa i lewa rozumie się od Publiczności.
SCENA I
Zuzia, Michałek stoją przed drzwiami domku. Michałek pije z dzbanka.
MICHAŁEK
oddawszy dzbanek
No, Bóg zapłać, to i dziad więcej nie powie. Otarłszy usta. A teraz do widzenia.
ZUZIA
Gdzież się tak spieszysz?
MICHAŁEK
Muszę iść, bo stary się tam skręci bezemnie... Słychać zdala parę chrapliwych zadęć trąbki. O! słyszysz? rozumiesz ty to? to się znaczy, że mieliśmy się strąbić. Ale nie myśl, żeby to było takie strąbienie, jak np. arakiem... broń Boże! to się znaczy, że on trąbi na mnie i powiada: naśladując trąbkę Miszel! chodź sam tu! a ja mu powinienem odtrąbić: tak samo Idę! idę! idę!
Dobywa z torby fajeczkę i nakłada.
ZUZIA
To idźże już sobie, kiedy ci tak pilno...
Odnosi dzbanek i wraca po chwili z koszykiem.
MICHAŁEK
który przez ten czas zapalił fajeczkę.
A ty dokąd z tym koszykiem?
ZUZIA
Na rydze. Ty sobie, ja sobie.
MICHAŁEK
Hola, czekajno... niewiem, czy to dla ciebie bezpiecznie.
ZUZIA
A to dla czego?
MICHAŁEK
Dla tego, że ja tu dopiero co spotkałem kogoś.
ZUZIA
Cóż dziwnego? wszakże dziś polują.
MICHAŁEK
Polują, polują... ja wiem! ten też poluje, ale mnie się to polowanie nie bardzo podoba.
ZUZIA
O, nie pleć.
MICHAŁEK
Widzisz, zrozumiałaś mnie, boś raki spiekła.
ZUZIA
Co ci się śni, nawet niewiem o kim mówisz.
MICHAŁEK
Nie wiesz? doprawdy? patrząc jej w oczy A wasz panicz, pan Maurycy? hę? spojrzyj mi w oczy... wskazując palcem he, he, he... a widzisz!
ZUZIA
No to cóż, że czasem do nas zajrzy? przecie moja nieboszka matka go wypiastowała.
MICHAŁEK
Hm! wiem, wiem... ale słuchajno, już kiedy tak, to żeby przynajmniej znał się na rzeczy i pamiętał o tobie... toby było pół biedy.
ZUZIA
Jakto?
MICHAŁEK
Ano żeby było przecie czem zacząć, jak się pobierzemy.
ZUZIA
Hm, toś ty taki? nie chodzi ci o mnie, tylko o pieniądze?
MICHAŁEK
Każdemu o to powinno chodzić. Nie myśl, żebym ja cię miał namawiać na jakie złe rzeczy, boć to przecie byłoby na moją skórę... ale widzisz, kto ma rozum, to drze łyka kiedy się da.
ZUZIA
Ej, żebyś czasem nie żałował, jeżeli to mówisz naprawdę.
MICHAŁEK
n. s.
Udaje że się gniewa, ale dobrze, że jej powiedziałem: niech wiedzą żem ja nie ślepy... może człowiekowi co z tego kapnie... słychać trąbkę; głośno Masz! znowu trąbi... trza lecieć... do widzenia.
Odchodzi na prawo.
SCENA II
Zuzia, po chwili Kotwicz, później Łechcińska.
ZUZIA
sama; po chwili zastanowienia
A to!.. czy on na prawdę mówi, czy tylko tak, żeby się czego dowiedzieć.. Co by mi nawet przez myśl nie przeszło, to on mnie sam uczy... p. c. Niech on jeno sobie ztego żarcików nie robi, bo jeszcze kiedy mu to na złe wyjdzie...
Wchodzi na chwilę do domku.
KOTWICZ
Wchodzi z prawej strony, rozglądając się.
Tu jest, tu go niema... Że też ja ich nie mogę nigdy zdybać razem, a wiem, że myszkuje. Sekreta przedemną... co mu się stało... Bardzobym chciał mieć czarne na białem. spostrzegłszy Zuzię, która wyszła zarzucając chusteczkę na głowę O! jest jedno... pewno i drugie niedaleko, pod umówionym jaworem. zastępując jej Gdzież to rybcia idzie? hę?
ZUZIA
Na spacer.
KOTWICZ
Ale fe! tak na pojedynkę, czy ma się z kim zejść?
ZUZIA
Co panu po tej ciekawości.
KOTWICZ
grożąc żartobliwie
Rybciu! Zatrzymując ją. Muszę się dowiedzieć.
ZUZIA
wydarłszy mu się
O! tyle!
Pokazuje mu figę i wybiega.
KOTWICZ
Ta figa daje bardzo wiele do myślenia.
ŁECHCIŃSKA
która weszła przed chwilą
Ha, ha, ha!
KOTWICZ
n. s.
A ta tu co robi?
ŁECHCIŃSKA
Pan hrabia! ha, ha, ha! nie w kniei, tylko na leśniczówce... a to ładnie, słowo daję... zamiast strzelać sarny w lesie, to się tu kręci koło sarny na dwóch nóżkach.
KOTWICZ
Co kręci, kręci... niewiedzieć co!
ŁECHCIŃSKA
Jakto, nie widziałam na własne oczy? zaraz wszystkim opowiem... komu to tu świat durzyć, jak matkę kocham!.. okropność.
KOTWICZ
Ale daję słowo honoru.
ŁECHCIŃSKA
A! więc hrabia chyba komu innemu robił interesa... to już prędzej ujdzie... n. s no, jestem w domu.
KOTWICZ
chodząc, kwaśno
Teraz mnie faktorem robią.
ŁECHCIŃSKA
Tego nie powiedziałam... do chłopca, który wnosi dwa spore koszyki i niewie co z niemi robić. No, czegoż tu stoisz, zanieś do izby... do Kotwicza śniadanie dla myśliwych... poufnie ale to tylko dyplomacja, bo inaczej niemiałabym z czem się zamówić.
KOTWICZ
Po co?
ŁECHCIŃSKA
Po co? nikt by nie zgadł... oto po prostu poto, żeby pilnować hrabiego.
KOTWICZ
Mnie?
ŁECHCIŃSKA
Nie inaczej, jak matkę kocham... bo hrabia taki ciężki do wszystkiego, że niech Bóg broni... może już i zapomniał, że pani sobie życzyła, aby po polowaniu przyjechali wszyscy do pałacu na obiad.
KOTWICZ
No tak, wspominała mi kuzynka. Więc cóż?
ŁECHCIŃSKA
A Strasz jest?
KOTWICZ
Jaka straż?
ŁECHCIŃSKA
O! już koncepta... Strasz, ten młody co się to teraz sprowadził do Zagrajewic, bo to o niego przedewszystkiem chodzi.
KOTWICZ
Ale fe! cóż to nowego się święci?
ŁECHCIŃSKA
Najprzód, czy jest? bo jeżeli go niemasz, to to wszystko niepotrzebne.
KOTWICZ
Ale jest, jest, i to nawet mnie zdziwiło... zkąd się wziął nie proszony? nikt go nie zna.
ŁECHCIŃSKA
tajemniczo
Właśnie że proszony.
KOTWICZ
Przez kogo?
ŁECHCIŃSKA
Wystaw sobie hrabia, to cała historja. Pani na bilecie wizytowym męża napisała parę słów ołówkiem, i postarałyśmy się, że mu zaniesiono dziś raniutko, niby to z polowania.
KOTWICZ
Ale fe!
ŁECHCIŃSKA
Jak matkę kocham! I jakże on wygląda? przyzwoicie?
KOTWICZ
Fagas... za kamerdynera bym go nie przyjął.
ŁECHCIŃSKA
E, hrabiego to niema się co pytać, bo taki arystokrata, jak niewiem co.
KOTWICZ
Szewcem dzięki Bogu się nie urodziłem.
ŁECHCIŃSKA
Co tam, jaki jest taki jest, dosyć że ma pieniąchy.
KOTWICZ
I grube, ani słowa! po prostu miljoner. p. c. z goryczą Dostało się w ładne ręce... mój Boże! Zagrajewice, taka pańska rezydencja.. gniazdo Zagrajewskich... to był dom, jakich dziś już niema. Jakeśmy się tam bawili! goście prawie nie wyjeżdżali... szampan lał się strumieniami.
ŁECHCIŃSKA
z admiracją
Jak matkę kocham, to były czasy!
KOTWICZ
Zwykle po takich bachandrjach zjeżdżano do mnie na barszczyk, z którego słynął mój kucharz. Prawda, że te barszczyki kosztowały mię tyle, że łajdak Wucherstein zlicytował mi Bębnówkę i zabrał jak swoją.
ŁECHCIŃSKA
A! to tak?... ale hrabia miał jeszcze i drugą jakąś wioskę.
KOTWICZ
Lipowiec? mam tu po nim pamiątkę. Otwiera cienki pugilaresik, do którego Łechcińska ciekawie zagląda. Przegrałem go na tę samą dwójkę pikową.
ŁECHCIŃSKA
Jezus! no i cóż?
KOTWICZ
A no, nic... oddałem w dwadzieścia cztery godzin... dług honorowy, trudno! p. c. no, ale się przynajmniej żyło i użyło po pańsku... a teraz!... pierwszy lepszy cham, prosty wyrobnik jakiś z pod płotu... chodzi zasmolony, przy fartuchu... będzie kamienie tłukł przy drodze... później, jest! wypływa na wierzch.. krezus!... I niechże taki potrafi dom prowadzić!...
ŁECHCIŃSKA
Chyba, że go panowie nauczą, bo to tak wszystko idzie w kółko... o! pokazuje palcem taki tam jakiś skoro się do chrapie grosza, to nie ma spokoju póki się nie wprosi do koligacji z jakim prawdziwie pańskim domem, i te miliony znowu wracają tam, skąd je wyciśnięto.
KOTWICZ
Żeby to!
ŁECHCIŃSKA
Niech mówią co chcą, pan panem zawsze będzie. Naprzykład hrabia stracił taki majątek, ale jak był tak jest hrabią, a to jest kapitał, i jaki! nie jedna majętna osoba na wydaniu, chętnieby oddała wszystko, żeby być hrabiną. Ja sama powiadam, że gdybym tak wygrała wielki los na loterji, albo gdyby mi dopisały jedne duże pieniądze — co jeszcze sekret — toby się hrabia musiał zaraz żenić ze mną, jak matkę kocham!
KOTWICZ
Ale fe! tak zaraz? na poczekaniu?
ŁECHCIŃSKA
Byłabym hrabiną... do siebie Jezus! dopierobym nosa zadzierała! ciekawa rzecz, jaką minę zrobiłaby na to stara szambelanicowa. do Kotwicza z przymileniem. Ożeniłby się hrabia ze mną, gdybym miała pieniądze? co?
KOTWICZ
p. c. przyjrzawszy jej się, pół żartem
Chyba bardzo grube.
ŁECHCIŃSKA
A co! jeszczeby grymasił, jak matkę kocham... nie powiedziałam? zaraz chce się krociów... dobre i coś.. zawsze byłby swój kąt, cóżby przyszło robić, gdyby zabrakło cudzych? przecie hrabiemu nie wypada się zaprzągać do podłej pracy, jak jakiemu pierwszemu lepszemu. To tak, jak gdyby np. naszemu państwu kazać być czem... Jezus! taka wielka familja, od książąt, hrabiów, nawet od królów podobno... Czy to prawda, że Czarnoskalscy pochodzą od królów?
KOTWICZ
zniechcenia
Właściwie, to tylko ta linja, do której ja się liczę, hrabiowska, Dahlbergów, jest skuzynowaną przez Stuartów z większą częścią domów panujących... a młodsza, z której pochodzi szambelanic.. ph! niby przez Poniatowskich... ale.. w każdym razie, to już tylko... dobra szlachta... więcej nic...
ŁECHCIŃSKA
No, to i to nie bagatela! Poniatowscy... i niechżeby im przyszło co robić, pracować na życie, Jezus! oni tak przyzwyczajeni do państwa, do wszelkich wygód, czyżby to mogli przenieść? chociaż nasza pani, to święta, anielska kobieta! pełna rezygnacji, a co za matka! nie ma ofiary, którejby nie była gotową zrobić dla dzieci... bo czyż to nie prawdziwa ofiara, pozwolić panu Maurycemu żenić się z córką takiego Dzieńdzierzyńskiego? zkądże to wyszło? jakiś kupiec!
KOTWICZ
z gorzką ironją
Także miljoner... p. c. zniechcenia Te pieniądze o których pani Łechcińska wspomniała, to pewno po referendarzu.
ŁECHCIŃSKA
Być może... nie wiem.
KOTWICZ
machnąwszy ręką
Na księżycu.
ŁECHCIŃSKA
O, bardzo przepraszam, nie na księżycu... Ah! gdyby był referendarz jeszcze trochę pożył, inaczejbym śpiewała... byłby się ożenił ze mną, jak amen w pacierzu... ale i tak mi zapisał. Zapierają mi szachrują, przekupują w sądach, ale wydobedę! wydobędę! choćby mi przyszło nie wiem co...
KOTWICZ
I dużo to tego?
ŁECHCIŃSKA
n. s.
Pokaże się w swoim czasie... ah! jaki hrabia ciekawy... Jezus! żebym ja go też złapała. głośno Ale my tu gadu gadu, a nic o interesie. Niechże hrabia się postara tego Strasza sprowadzić dziś do nas koniecznie... trzeba to zrobić dla pani...
KOTWICZ
z godnością
Dla czegoż kuzynka nie raczyła wtajemniczyć mnie w powody?
ŁECHCIŃSKA
Dla czego, dla czego... wszystko opowiem szczegółowo, tylko siadajmy, bo mi nogi ścierpły... siadają na ławeczce po prawej Otóż, widzi hrabia, rzecz się ma tak... tuż za nimi pada strzał, Łechcińska z wielkim krzykiem rzuca się Kotwiczowi na szyję; on podobnież drgnąwszy, chwyta ją w pół Jezus! jakżem się przelękła... spuszczając oczy i odejmując ręce Przepraszam hrabiego... nie wiedziałam, co się ze mną dzieje...
KOTWICZ
nie puszczając jej
Ale fe! taka nieostrzelana?.. n. s. One jednak wszystkie mają w sobie coś te kobiety...
Pada drugi strzał i zaraz po nim śmiech; oboje z krzykiem padają sobie w objęcia.
ŁECHCIŃSKA
zrywając się
Ah! dla Boga! oni nas jeszcze postrzelą, jak matkę kocham... Uciekajmy stąd, znajdźmy sobie jaki kącik spokojny do pogadania.
KOTWICZ
Jest racja, pójdźmy do kątka.
Wychodzą spiesznie w głąb ku prawej stronie.
SCENA III
Maurycy, Władysław, Dzieńdzierzyński potem Michałek
Dzieńdzierzyński w eleganckim stroju myśliwskim z wszystkiemi przyborami, przy kordelasie, ale mina mieszczańska; wyrazy cudzoziemskie wymawia mocno polskim akcentem.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Tak się strzela, moi panowie... cały nabój w centrum! do Władysława wskazując na Maurycego, który na boku zwija papieros voyez vous, quel nez... jak mu się nos wyciągnął.. nie strawi tego mojego trjumfu... ale bo też to był strzał kapitalny. n. s. Zkąd mi się wziął, ani wiem.. głośno No cóż, nic nie mówisz?
WŁADYSŁAW
Zdziwienie odebrało mi mowę.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Aha! Zdziwienie... widzisz! nie spodziewałeś się?
WŁADYSŁAW
Ale bo papka tak sobie z pod pachy strzelił.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
dotknięty
Comment? jakto z pod pachy? co gadasz! czy myślisz, że nie wiem jak trzymać strzelbę? ja myśliwy!... z pod pachy!
WŁADYSŁAW
Proszę! papka myśliwy, a nie zna myśliwskiego wyrażenia. Z pod pachy, to jest z niechcenia, nie mierząc, tak sobie, o!...
Pokazuje, podrzucając strzelbę lufą ku niemu.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
przechodząc na drugą stronę
Savez vous quoi, c’est bon! śmiejąc się Złapałeś mnie za słówko... no! patrzcież! przecież znam doskonale... Istotnie, prawie nie mierzyłem, je n’ai pas mesuré, ma parole... tak sobie, paf!... to już z natury, znajcie prawowiernego szlachcica, którego nie macie żadnej racji prześladować o mieszczańskie nawyknienia, jak sobie pozwalacie.
WŁADYSŁAW
Papko, żarty.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Jeżeli burze krajowe jednego z moich przodków wypędziły do miasta, gdzie wziął się do kupiectwa... comme cela... z nudów... pour le passez-temps, to mimo to, nie przestaliśmy być szlachtą łęczycką, piskorzami z dziada pradziada... Dzieńdzierzyńscy de Kurzy-jama... Weź herbarz!
WŁADYSŁAW
Więc istotnie, dla tego papka trafił w centrum?
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Comment? a dla czegoż? dobra krew przemówiła i kwita.
WŁADYSŁAW
Fe! któż dziś wierzy w takie przesądy.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Mój panie Władysławie, jakże można odzywać się w ten sposób, comment peut on? to świętokradztwo! uroczyście są rzeczy sakramentalne, których lekceważyć nie wolno. Kpijcie sobie ile wam się podoba z majątku, bo tego lada dureń może się dorobić; ale to co mamy po antenatach, imię, stanowisko, noblesse oblige, którego za pieniądze nie kupi, powinniśmy czcić jak świętość... Panie Maurycy, nie prawdaż? poprzej mnie.
MAURYCY
Ale czy pan go nie zna?... kontent, gdy może dowcipkować.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Masz rację... z nim nie ma szansy.
WŁADYSŁAW
Ale bo papka jest plus pape que le pape.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Savez vous quoi, c’est bon!... papka plus pape que le pape... ha, ha, ha... to jest niby innemi słowy, że... n. s. co to właściwie może być? tuż za sceną słychać parę zadęć trąbki a! mój Miszel.. bierze trąbkę i dmie w nią, wydobywając tylko chrapliwe tony; za pierwszem zadęciem Michałek wchodzi i staje tuż przy nim. Cóż u djabła! czy tę trąbkę kto zaczarował. do Michałka Gdzieżeś ty się chował? trąbiłem, aż mnie płuca bolą.
MICHAŁEK
Słyszałem, ale nie mogłem odtrąbić, bo upatrzyłem kota i nie chciałem go płoszyć.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Aha!
MICHAŁEK
Zaprowadzę jaśnie pana prosto do kotliny, jaśnie pan będzie miał satysfakcję.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Bon! n. s. plus pape que le pape... muszę się spytać Poli, co to znaczy. gł. ale on ucieknie tymczasem.
MICHAŁEK
ciszej
Nie ucieknie, bo już ze dwie godziny jakem go zastrzelił... leży pod sosną.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Cicho! ściska mu ramię Masz u mnie rubla, tylko tak zrób, żeby się nikt nie domyślił. głośno Je vous dis, mój Miszel, to perła między strzelcami... nieraz jem sobie śniadanie, a on przychodzi i powiada: jaśnie panie, upatrzyłem w kotlinie zająca. Bon! gdzie? przy borsuczych dołach; nawiasem mówiąc, pół mili drogi... un joli morceau.. zaprzęgać! jedziemy... prowadzi mnie, ustawia w dobrem miejscu, a sam idzie prosto na kota... wystrasza go, kot pomyka... kiedy sadzi w najlepsze, ja paf, paf...
WŁADYSŁAW
Kot sadzi jeszcze lepiej.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
zbity z tonu
A to jakim sposobem?
WŁADYSŁAW
No, ze strachu, cóż dziwnego.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Ale nie ma czasu, bo go trafiam... koziołkuje w miejscu, i... finita la comedia.
WŁADYSŁAW
Dramat chyba.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
No, dla niego dramat, to prawda... ale dla mnie...
WŁADYSŁAW
Czy to papce robi przyjemność?
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Comment? to nie ma robić przyjemności?
WŁADYSŁAW
Ciekaw jestem jaką... patetycznie że biedne zajączysko które nikomu nic nie zawiniło, porażone z pańskiej ręki skrzeczy głosem krającym serce? to ma być przyjemność? winszuję.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
patrząc na Michałka
Skrzeczy?
WŁADYSŁAW
Czy papka tę krwiożerczość odziedziczył w spadku po przodkach?
DZIEŃDZIERZYŃSKI
n. s.
Jużcić, że to nie musi sprawiać miłej sensacji.
MICHAŁEK
Jaśnie panie, jeżeli mamy iść, to się spieszmy, bo kot może nie dosiedzieć.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
po chwili wahania
A dobrześ go zabił?
MICHAŁEK
Ani zipnął.