Anafielas

Anafielas1

Pieśń z podań Litwy

Pieśń piérwsza2. Witolorauda3

Wstęp

I

Prostemi słowy do prostych serc ludu

Idę z piosenką, kołatam do duszy,

I słucham, pragnąc największego cudu,

Czy piosnka serca zdrętwiałe poruszy?

Czy Bogów dawnych i ojców wspomnienie

Łzę choć wyżebrze, wymodli westchnienie?

II

Prostemi słowy4 śpiewam pieśni stare.

Na twojéj, Litwo, wzrosły one ziemi,

Sławiły męztwo5, wstyd, cnotę i wiarę,

I ojców waszych kołysano niemi.

Pieśni to z mlékiem macierzyńskiém6 ssane,

Krwią bojów, łzami nieszczęścia skąpane.

III

Pieśni to, które burtynicy starzy

Na ojców waszych nócili7 pogrzebie,

U Bogóm8 waszym święconych ołtarzy;

Pieśni-sokoły, co po waszém niebie,

Dopóki słońce świeciło pogodne,

Latały silne, wesołe, swobodne.

IV

Lecz wieki przeszły — świątynie zrzucone,

Zapadłe groby pług synowski orze,

I zamki klękły9 siwizną omszone,

I wilcy10 wyją na xiążęcym11 dworze,

A wały grodów, blizny ran zgojone,

Dźwigają sosny i dęby zielone.

V

Słuchajcie pieśni! Pieśń ta z grobu wstała

Przeszłości waszéj dzieje wam wyśpiéwa12;

Na świecie wschodnim pradziadów widziała,

I ich się głosem do synów odzywa;

Pieśń to urodzin, wesela i bitwy,

Staréj kolebki, starych mogił Litwy.

Witolorauda

U brzegu Niemna jest gaj poświęcony,

Stary, jak Litwa, jak Litwinów Bogi13.

Niemen ramiony14 objął go sinemi,

Zielone łąki padły mu pod nogi.

Wzgórzem się ciągnie i ku niebu wspina.

A na wierzchołku, wpośród lip zielonych,

W gęstwinie krzewiem splecioném podszytéj,

Gdzie tylko ptacy15 swobodni mieszkają,

A człowiek rzadko dociśnie się kiedy,

Jest ołtarz z darna16 i dzikich kamieni.

Wiejski to ołtarz, i wiejskie ofiary

Palą się na nim: bo wiele ołtarzy,

Wiele po Litwie świątyń pięknéj Mildy17.

Tu tylko wieśniak wśród nocy, po cichu,

Przyjdzie ukradkiem z ubogą ofiarą,

Koźlęciem młodém, lub gołębiąt parą.

I sam je spali na Bóstwa ołtarzu;

A jeśli dym z nich na Dungus18 nie wzleci,

Jeśli modlitwy Milda nie usłyszy,

To lip Ragany19 potém jéj doniosą,

Lub Kaunis20 karzeł poszepnie do ucha.

A Milda ładną nie gardzi ofiarą,

Nikogo zemstą i gniewem nie ściga,

Szczęściem nagradza, zapomnieniem karze.

Raz w rok tu z Kowna mnogi lud się tłoczy,

Kiedy Karwilis21 ze snu zbudzi drzewa,

Kiedy się kwiaty w nowe suknie stroją,

Łąki w majowe ubierają szaty.

Gdy cała Litwa święto Mildy święci,

I tu naówczas cisną się pobożni.

Lecz prędko potém zarosną drożyny,

I znowu przez rok głucho u ołtarza.

Czemuż ten człowiek wpośród nocy ciemnéj,

Co dzień tą górą ponad Niemna brzegiem,

Czy Menes22 świeci, czy noc zajdzie czarna,

Zawsze posłuszny cierpienióm23, nadziei,

Do Mildy gaju sam jeden przychodzi? —

Pewnie go piękna zpod24 Kowna dziewczyna

Tu na miłośne25 zwabiła spotkanie?

Pewnie to miłość noce w dni przemienia

I głuchą puszczę ożywia dla niego?

A może zemsta jeszcze krwią niezlana?

Może wspomnienia, których tutaj szuka?

Może pobożność? Lecz tylu ma Bogów,

Czemuż ten ołtarz samotny polubił?

Nad brzegiem morza, świątynia Praurymy26,

Na Swintorozie płonie Znicz odwieczny,

Gdzieś u Dubissy27 jest drugie Romnowe28,

W Kiernowie29 świecą stare Bogów twarze,

Jest dąb z jemiołą w Zantir u Perkuna,

W Rikajoth ołtarz kapłana kapłanów —

Czemuż tam modlić, czemuż do nich prosić,

Czemuż się kłaniać nie pójdzie tam lepiéj?

Czemuż ten prosty ołtarz wiejskiéj Mildy

Milszy mu nawet od świątyń kowieńskich,

Gdzie drogi bursztyn wonnémi wstęgami

Płynie z różami usłanych ołtarzów?

Kto jest ten człowiek? nie poznasz po sukni30.

Prosty go ubior31 wieśniaka okrywa:

Na nogach wiżos32 z kory wyplecione,

Łuk ze strzałami przypięty na plecach,

A głowę paszcza niedźwiedzia osłania,

Rudemi włosy33 jeżąc się na skroni.

Szłyk34 jego, odzież, obówie35 Litwina,

Jak gdyby z numy36 wychodził na łowy,

Lub wieść o wojnie niósł od kunigasów37

Do chat wieśniaczych rozpierzchłych śród lasów.

Tylko mu laski poselskiéj brak w dłoni,

Tylko pośpiechu brak krokóm38, i czoło

Chmurą się myśli sępi i osłania.

Znana mu widać dobrze okolica,

Zatoka Niemna i każda drożyna,

Każdy krzak róży rosnący nad wodą,

I każda ścieżka wijąca się w górę.

Idzie — nie patrzy — same idą nogi,

A myśl daleko gdzieś od niego lata;

Błądzi tam, kędy białe Murgów39 cienie

Z ojcami w złotych rogach alus40 piją

I na skrzydlatych rumakach latają;

Ale zaledwie w lipowy gaj wchodzi,

Gdzie pod leszczyną słowiki śpiewają

I białe róże słodką woń rozlały,

Oczy przed siebie niespokojne zwrócił

I z obcych myśli otrząsł41 skroń zmarszczoną.

Po ścieżce wązkiéj42 i dziko zarosłéj

Drze się po ciemku, iż do Mildorohu43

Gęstemi krzaki szarpie i przemyka.

Suknię szmatami po głogach rozdziera,

I ręce krwawi, i piersi kaleczy,

A ciągle z okiem na ołtarz zwróconém

Zdyszany śpieszy, przedziera do niego.

Przedarł się wreście44, gdzie ołtarz dokoła

Zielona łąka otacza kwiatami;

Stanął; wtém światło z ołtarza zabłysło,

Jak piérwsza gwiazda na zachodniém niebie,

Blade i małe; lecz rosło, jaśniało,

Jak xiężyc45 młody, lub jak chmurka biała,

Która go czasem swą szatą osłoni

I jego blaskiem z nieba się uśmiecha.

Już ołtarz cały jaśniał mu srébrzysto,

Światło się coraz zwiększało, mieniło,

Aż wreście postać kobiéty przybrało.

Postać to Bóstwa z uśmiechem na ustach,

Z miłością w oczach, różami na skroni,

Naga, jak dziécię; w jedném ręku trzyma

Czaszę z bursztynu, a w niéj napój wonny.

Nie miód to słodki z kowieńskich pszczół barci,

Nie alus46 biały, który w niebie piją,

I nie mieciones47, którym chorych poją:

Bo woń nieznana nad nim się unosi,

Przed którą milczą dzikie róże białe,

I lipy zapach swych kwiatów schowały.

Ujrzał ją Litwin, ona go ujrzała;

Postąpił, ona podbiegła ku niemu,

Czarę na świętym ołtarzu rzuciła,

A sama w jego objęcia upadła;

I jak wąż wierzbę opasuje sobą,

Jak powój, co się na olchach zawiesza,

Jak chmiel, co płoty miłośnie owija,

Tak ona jego oplotła uściskiem,

I drżąc, jak gdyby z boleści, krzyknęła.

— O Romois — woła — o Romois mój drogi!

Jeszcze noc jedna, jeszcze noc roskoszy48!

Może ostatnia! bo czyż wiém, jak długo

Miłość się nasza przed Dewajmi49 skryje?

O! jeszcze jedna! dzięki ci i za nią!

Dzięki, żeś przyszedł jeszcze raz, najdroższy,

I mocniéj kochał, niż się lękał Bogów. —

— Ja bym się lękał! O Mildo Królowo!

Ja, co cię kocham tak, że na skinienie

Poszedłbym z Jodsy50 walczyć w tamte światy,

Z Didalisami51 po czarnych jaskiniach,

Ja, co bym wyzwał braci twoich, Bogów,

Ja bym się lękał! —

— Cicho! Romois! cicho!

O! nie wiész, nie wiész, jak straszne są Bogi!

Chcesz walczyć z niemi52! Oni i bez boju,

Bez łuku, miecza, oszczepu i procy,

Na biednych ludzi, gdy zechcą, to skiną,

Jedném skinieniem do ziemi przygniotą,

Jedném spójrzeniem53 słabego zabiją.

Cicho! bo gdyby głos twój usłyszeli,

Naówczas noc ta byłaby ostatnią;

Ostatnią szczęścia, a piérwszą boleści;

Żalu bez końca i łez nieśmiertelnych.

Cicho! Bogowie każde słowo słyszą.

Poszept ich każdy uszu dolatuje,

Każdą myśl ludzką przynoszą im duchy.

Ragana54 jaka, co w drzewie podsłucha,

Żaltis55, co się gdzieś czołga pod liściami56,

Woda, co płynie, Pucis57, co powiewa,

I gdyby światła promyk się przecisnął.

Światło, mój miły, nas by oskarżyło. —

Milda skończyła pocałunkiem mowę.

Romois zamilkł, na pierś spuścił głowę,

I w jéj objęciu nie o niéj już myślał.

Ona poznała, co się w myślach działo.

— Mój miły! — rzecze — krótka noc wiosenna,

A Ty choć ze mną, nie mój jesteś cały,

I myślą smutną ode mnie uciekasz.

Gdy ja dla ciebie niosę napój Bogów,

Gdy ja dla ciebie z między nich uciekam,

Oni tam myślą, że ja ponad ziemią

Sypię sny słodkie mężóm i niewiastóm58,

Że młodych żenię i roskosz59 rozdaję.

Jam tutaj z tobą, a ten świat już dawno

Nie zna miłości. Ja próśb ich nie słucham,

Nikomu w serce miłości nie wleję;

Wszystkąbym jeszcze odebrała ziemi,

Ażeby sobie zabrać, oddać tobie.

O mój najdroższy! wkrótce to poznają,

Bo w Litwie już się biją, rozdzierają,

Bo w Litwie już nié ma miłości i zgody.

Lecz co mi po tém, kiedym ja szczęśliwa!

Kiedyśmy razem, jak nie siostra Bogów,

Prosta Litewka60 i twoja kochanka.

O, czemuż prostą nie jestem dziewczyną,

I z tobą zawsze?! —

— Mildo! nie narzekaj.

Co twoim smutkiem, to jest szczęściem mojém.

Jestże na płaskiéj a szérokiéj ziemi,

W dziewięciu naszéj Litwy pokoleniach,

Taka, którą bym, jak ciebie, ukochał?

Pamiętam jeszcze najpiérwsze spotkanie,

Kiedym tu z Kowna przychodził ofiarą,

I noc mnie w gaju pod lipą zapadła;

Pamiętam, gdym cię piérwszy raz zobaczył,

Wówczas, jakbym się urodził na nowo,

Piérwszy raz oczy na słońce otworzył.

Cały świat innym zaświecił przed niemi,

I inne serce w piersi uderzyło,

I w oczach jaśniéj i weseléj było.

Prędkom się potém, za prędko dowiedział,

Żeś ty nie z ziemi, lecz z Bogów krainy;

Że gdy ja tutaj wlokę się znużony,

Pracując gorzko na spoczynku chwilę,

Ty w gajach Lajmy61 królujesz w Dungusie;

Ty, w złotéj chmurze nad ziemią ciągniona,

Lecisz białemi gołębiów skrzydłami

Nad wonne gaje, błyszczące ołtarze.

Teraz ja jestem jakby Jodsów dusze,

Skazany cierpieć, i widzieć cierpienia

Długie, bez końca, w przyszłości przede mną;

A tobie zawsze lud kłaniać się będzie,

Palić ofiary, posyłać modlitwy;

Ty zawsze szczęście niosąc na swych ręku62,

Wzlatywać będziesz nad Litwą wesołą. —

— Nie bój się, Romois, bo piorun Perkuna,

Nim w ciebie, wprzódy na córkę uderzy.

I ty nie zginiesz, bo ten napój Bogów

Bratem cię naszym nieśmiertelnym czyni. —

To mówiąc, Milda objęła kochanka

I do ust wonną czarę podawała;

Lecz on odepchnął biały napój Bogów,

W ustach jéj szukał słodszego napoju.

— Nie chcę — rzekł do niéj — nie chcę ja być Bogiem.

Nie chcę ja, jak wy, nieśmiertelnym zostać,

Ażeby cierpieć bez nadziei końca

I patrzeć zawsze w chmurne Bogów twarze;

Wolę tak umrzeć, jak ojcowie nasi,

Umrzeć z oszczepem w ręku, w polu bitwy,

I pójść do ojców do wschodniéj krainy.

Nie chcę napoju, bo z twoich ust płynie

Słodszy nad ziemi i nieba napoje.

Nad wonie jego, milsze tchnienie twoje;

Nad całą wieczność, droższa chwila jedna,

Którą ja w twoim uścisku przeżyję. —

To mówiąc, Romois na piersiach twarz tulił,

A ona, smutno patrzając na niego,

— Miły mój! — rzekła — wkrótce będę matką,

Godnego ciebie urodzę ci syna. —

— Syna?! mnie syna?! ty masz mi dać dziécię?!

Zawołał Romois i ręce załamał:

Bo wieść ta w serce, jak kamień na wodę

Rzucony dziecka swawolnego dłonią,

Padła: jak fale, tak serce rozbiła.

— Nie chcesz go? — Milda smutnie go zapyta.

— Ja, syna nie chcieć?! lecz gdzież się z nim skryję?

Kiedy w nim będzie choć iskra niebieska,

Czyliż go Pramżu nie dójdzie na ziemi?

Czyliż żyć dadzą swéj hańby pamiątce?

Czyż go potrafię wychować, obronić,

I ja, człek jeden, od Bogów zasłonić? —

— O mnieś zapomniał — wszak matkę mieć będzie. —

— Gdzież się z nim skryję? kędy go podzieję? —

— Ty bylebyś go od Bogów oblicza

Przez młode lata potrafił zasłonić.

Świat nic boskiemu nie zrobi dziecięciu.

Wilk go i niedźwiedź przyjmą w dzikim borze,

Pszczoły miód usta nosić będą biały,

Łanie go karmić, koźlęta go bawić,

Pucis go chłodzić, Ragany63 okrywać,

Kwiaty się kłaniać, słowiki mu śpiewać64.

Syn Mildy z ręki ludzi nie zaginie,

Ani paszczęką źwierz65 go dotknie krwawą.

Jeden mu straszny jest piorun Perkuna. —

— Lecz czyż go Perkun, co z góry pogląda,

Pomiędzy dziećmi ludzi nie odkryje? —

— Będziesz go chował śród puszczy głębokiéj.