Anafielas

Pieśni z podań Litwy

Pieśń druga1. Mindows2

Rodzicom,

co mam najlepszego,

ofiaruję

d. 25 marca 1842 r.

Mindows

I

W Krywiczan grodzie3 zgiełk i zamięszanie4;

W murach zamkowych kunigasów5 poczty6

Bajoras7 stoją, zbrojne ludu tłumy.

Konie rżą, wyją psy i gwarzą ludzie.

Ale nie poznasz po ich czołach, z mowy,

Co ich przygnało, co tutaj spędziło.

Stoją, nie jako na ligi zwołani,

Nie na wesołą ucztę, ni na wojnę,

Nie jak kiedy się ze zwycięztwa8 cieszą,

I brańców9 palą wielkim Bogóm10 Litwy.

Na ich obliczu, zwycięztwa radości

Nie znać, ni żądzy łupów ani boju.

Twarze ich blade i usta ich drżące,

A oczy raz wraz na zamkowe mury

Z trwogą, nadzieją, łzami się podnoszą. —

Jedni upadli na wałach znużeni,

Jakby z dalekiéj tylko co podróży,

Głowy oparli na żylastéj dłoni,

Drudzy cóś11 radzą, cóś po cichu gwarzą,

A gdy się sługa przybliży zamkowy,

Milkną i patrzą, czekają i idą

Przeciw słów jego żebrzącém wejrzeniem,

Jak gdyby wieść im przynosił żądaną —

Straszną? Wesołą? Nie poznasz po licu —

Cóż to, czy sąsiad stos wojny zapalił?

Czy z ruskiéj wieści złe przyszły wyprawy?

Czy Duńczyk na brzeg morski wylądował,

Czy Mongoł w Litwę i Ruś z ogniem kroczy?

Co ich spędziło? Czy łupu nadzieja?

Czyli12 potrzeba obrony od wroga?

I czemuż wszyscy pospuszczali głowy,

Ciągle patrzając ku bramie zamkowéj?

O! nie strach wojny spędził kunigasów

Z Żemajtys13, Kuru14, z Rusi15 i Jaćwieży16

Głos poszedł Litwą — Ryngold17 wielki kona; —

I jak w posuchę pożar błota pali

Ognistym pasem, sunąc coraz daléj,

Tak wieść leciała skrzydły18 sokolemi,

Przez siedém puszczy19, aż do siódméj ziemi;

I wszyscy wstali i miecz biały wzięli,

I szłyk20 na głowę i puklerz21 do ręki.

Siedli na konie, dzień i noc jechali,

Aż do Kryniczan grodu się dostali.

A Ryngold konał, ciężko, jak zwierz leśny,

Którego strzelec srogą raną zwali,

Siły mu weźmie nie wyrwawszy życia —

Konał i skonać nie mógł olbrzym stary.

I z Nowogródka, od łoża Xiążęcia22,

Biegł głos po Litwie w głąb puszczy i lasów —

Ryngold umiéra — Lud padał od trwogi;

Gdy Ryngold umrze, wnet odżyją wrogi,

A Litwa, którą cisnął w silnéj dłoni,

Na sto rozpadnie części rozerwana,

Bezbronna stanie, sąsiadóm23 gospodą,

Pastwiskiem koni Mogułów24 i Lachów.

Szła wieść jak Maras25 blada, aż do morza,

A kędy przeszła, twarze pobielały,

Zadrżały ręce, serca zastukały —

Starcy schylili ku mogiłom głowy,

Młodym oszczepy w rękach się zachwiały,

A matki dzieci do piersi tuliły,

Jakby już wieścią wojny się straszyły.

Na zamkach wały sypali bajoras,

Po kiemach26 łuki gięli, smoląc strzały,

Wszędzie milczenie głuche, smutek cichy.

A kunigasy, bajoras ciągnęli

Do Nowogródka zamknąć ojcu oczy,

Zobaczyć, kogo posadzi po sobie,

Któremu z synów odda miecz i czapkę,

Którego Krewe27 ludowi ogłosi. —

I cicho było w Litwie jak przed burzą,

Gdy niebem ciągnie czarny obłok z dala,

Milczący jeszcze. Słonce świéci z góry,

A oczy ludzi patrzą już na chmury,

I widzą burzę, co przyjdzie przed nocą.

W Krywiczan grodzie, na zamku, na górze,

W największéj izbie, przed ogniem gasnącym,

Ryngold spoczywał na niedźwiedziéj skórze.

Nie olbrzym Ryngold, nie Kunigas wielki,

Lecz starzec bliski stosu i mogiły —

I widać było w bladéj jego twarzy,

Jak gasło życie, siły uciekały, —

Bo w twarzy ludzkiéj maluje się dusza,

Jak kwiat nadbrzeżny w przezroczach jeziora.

I widać było, jak płomień żywota

Czasem się wzmógłszy rumienił jagody,

Poruszał usta i oczy zapałał,

To znów przygasał, i oczy zmrużone

Mdłym wzrokiem patrząc w Wschód, wieczności stronę,

Zdały się żegnać świat ten, witać drugi.

Ryngold umiérał, jak żył, w ciężkim boju,

I ponad łożem, na którém28 spoczywał,

Duch jego walkę z ciałem jeszcze toczył.

On rwał się uciec do ojców krainy,

A długiém29 życiem niestargane ciało,

Nazad na ziemię, na świat ten ściągało.

Lecz już za walką, widny był zgon bliski,

Bo coraz rzadsze zgasłych oczów30 błyski

I coraz ciężéj słowa z ust się rwały,

Jak dropie31 w polu spłoszone, co długo

Skrzydłami miecą, nim w górę podlecą.

Ręce olbrzyma zimny pot obléwał,

I już po biały miecz ów nie sięgały,

Którego podnieść ani by zdołały;

Okiem nie wzywał towarzyszów32 boju,

Uchem nie czekał, rychło33 róg zadzwoni,

Konał milczący, na Wschód poglądając,

Skonać nie mogąc, a skonać żądając.

— Synów zawołać — synów! rzekł nareście34,

Podnosząc głowę po długiém milczeniu;

Niech przyjdą tutaj i Montwiłł, i Trajnys35,

Niech Mindows przyjdzie. Gdzie synowie moi? —

Wyrzekł i skinął — znowu padł milczący,

Znów na Wschód patrzał oczy zamkniętemi.

Wtém we drzwiach czarna zadrżała zasłona,

Wzniosła się, Montwiłł wszedł, za nim opadła.

Zadrżała znowu, i Trajnys wszedł drugi,

Wstrzęsła się jeszcze i Mindows najmłodszy

Z braćmi przed ojca łoże się przybliżył.

Mindows, którego Ryngold przyznał synem36,

Choć z niewolnicy ruskiéj się urodził,

Najmłodszy wiekiem, najwyższy postawą,

Co się przy braciach jak jastrząb wydawał

W wróbli spod strzechy wypłoszoném stadzie.

Mindows Ryngoldów37 syn, w którego oku

Błyszczała żądza boju, krwi pragnienie,

Nienasycona duma, wzgarda ludzi.

Prosty jak sosna, silny jak dąb stary,

Mądry jak Żaltis38, którego czczą w Litwie.

Wszyscy trzéj padli twarzą przed olbrzymem,

I szaty jego kraje całowali,

I żałośnemi jęki39 go witali;

Ale łzy w oczach żadnego nie było,

Tylko w Mindowsa oku rosy kropla

Świéciła jedna, samotnie zwieszona.

— Powstańcie — Ryngold rzekł; wstali w milczeniu,

Jeden drugiego pożera oczyma.

Stoją; a radzi rzucić się na siebie;

Tak ich nienawiść wzajemna rozpala;

Wtém głos Ryngolda w uszach im zatętni. —

Starzec się podniósł i oparł na dłoni,

I oczy wlepił w synów, resztą ognia

Płonące jeszcze. — Widzicie, rzekł z cicha.

Mnie czas umiérać, dzisiaj jeszcze może

Z ojcami będę we Wschodniéj krainie.

Wam Litwa na trzech. Czy ją rozedrzecie

Jak psy zbroczoną skórę po niedźwiedziu?

Mów, Montwiłł starszy, co ty zrobisz z Litwą? —

— Ojcze mój, panie! rzekł, Litwa spokojna,

Wrogi jéj w jamach dyszą przestraszone —

Nikt nie napadnie, nikt dla mnie nie groźny,

Spokojnie będę po tobie panował,

Z zamku do zamku przejeżdżał na łowy,

Od kunigasów pobiérał daniny —

Z Rusi mi srébro i futra przyniosą,

Znad morza będą słać wory bursztynu,

I białe miecze, i błyszczące zbroje.

Spokojną, oddam synom Litwę twoję,

Kiedy już nogą nie sięgnę strzemienia,

I w dłoni łuku napiąć nie potrafię,

Ani oszczepem strzaskać łba wilkowi.

Nic mi nie braknie! — Już żonę i dzieci

Bogowie dali, dni starych pociechę.

A Litwa moja rozkwitnie w pokoju,

Bo jéj wróg dotknąć nie będzie śmiał długo. —

Ryngold srébrzystą potrząsł40 tylko głową

I szemrał — Pokój! o pokoju marzy,

Łowach, daninach, o żonie i dzieciach!

Ślepy! — Z pogardą twarz zmarszczoną zwrócił,

Dał znak, a Trajnys po bracie jął41 mówić.

— Ojcze! twojemu nie dam spocząć mieczu42,

Póki nie zgromię butnych kunigasów,

Póki zaległych nie ściągnę haraczów,

Mojéj nad sobą nie uznają władzy.

Wiém, twemu sercu gorzéj bolą swoi,

Co się z obcemi łączą, niżli wrogi43.

Ja ich pogniotę. I każdy z wydziału

Co rok przyniesie i pokłon mi winny,

I dań zaległą. — Nie dam się im burzyć

I wiązać z sobą i z nieprzyjacioły,

Jedną pić wodę; — własną krew rozléwać.

Nie zasnę, łuku nie zdejmę z ramienia,

Póki na Litwie sam nie będę panem! —

Ryngold wzniósł głowę, słuchał głosu syna,

I oczy blaskiem żywszym mu jaśniały,

Ustami ruszał i dłonie mu drżały —

Mówił, on słuchał; skończył, spuścił głowę —

— Ty to dokonasz? rzekł, Trajnys! ty słaby!

Ty! — I znów z wzgardą oczy precz odwrócił.

Kądziel prząść tobie i nócić44 piosenki,

A nie miecz biały i łuk brać do ręki,

Nie za haraczem złych ścigać poddanych. —

Spójrzał45, a Mindows oczy iskrzącemi46

Ojca wzrok spotkał — lecz milczał ponuro.

Nic nic rzekł — Tobie koléj, — Ryngold cicho.

— Napróżne47 słowa, Mindows mu odpowié,

Po czynach męża znać, a nie po mowie.

Patrz, ojcze, widzisz tę głównię48 z ogniska;

Biorę, druzgoczę, tak wrogów połamię

Jako to drzewo! Oto miecz twój biały,

Co go niczyje nie dźwignęło ramię —

Miecz to olbrzyma, władam nim jak kłosem,

I biada ludóm49, na które go wzniosę. —

Rzucił miecz, umilkł — Ryngold wstał z posłania

Drżący, lecz siły dobywszy ostatek,

A w oczach jego tyle życia było,

Jakby nie konał, nie patrzał przed chwilą

W Wschodniéj Krainy otwarte mu wrota.

— Tyś syn mój prawy! krzyknął, ty następca,

Im dość wydziałów50. — Tobie Litwa cała. —

Chciałeś pokoju, Montwiłł, siedź na Litwie,

Stara stolica moja, Kiernów, tobie,

Chociaż na Litwie i starym Kiernowie

Nié ma spokoju u nas i nie będzie!

Lecz gorszy wydział na saméj granicy,

Kędy co chwila patrzą najezdnicy.

Nie dam Jaćwieży — Lach ci zasnąć nie da,

Nie dam Krewiczan, tu Rusin zagląda,

Ani Kuronów, po których już Niemcy

Łakomą rękę z dala wyciągają.

Chciałeś pokoju! myślisz o pokoju!

Lecz kiedyż w Litwie było nam spokojnie?

Weź Kiernów, Niemiec rzadki gość w Kiernowie:

Z żoną i dziećmi przesiedzisz spokojny

Czasy najazdu i granicznéj wojny.

A kiedy twoją najadą dziedzinę,

Masz się gdzie chronić, znajdziesz gdzie uciekać.

Ty, Trajnys, lubisz bój i żądasz boju —

Weź Żmudź, bajoras możni są na Żmudzi:

Będziesz tam z niemi walczył o daniny,

I patrzał, by się z Niemcem nie wąchali.

Tobie, Mindowsie, miecz mój, Litwa cała,

Potrafisz hardych utrzymać lenników,

A karki krnąbrnych jak drzewce zgruchotać.

Tyś po mnie panem, bracia ci poddani —

Słyszycie! Kiedy na wojnę zawoła,

Stać mu do boku, jakbym ja był żywy,

I wołał na was. Mindows syn mój prawy,

Bo w niego moja przelała się dusza,

On miecz mój podniósł i nie puści z dłoni. —

Chciał mówić, upadł na twarde posłanie.

Sił mu zabrakło, tylko wskazał Krewie51,

Aby ze skarbcu52 płaszcz i czapkę nieśli,

Znamiona władzy. Naglił do pośpiechu,

Bo już mu brakło głosu i oddechu,

I życia reszty, ciekły, jak z naczynia

Zbitego, woda lejąc się, ucieka.

Montwiłł z Trajnysem milczący stanęli,

Piérwszy raz w życiu na siebie spójrzeli53

Bez nienawiści, zazdrości i gniewu,

Szukali w sobie swych myśli, przeszłości.

— Zwołać bajorów, ryczał Ryngold stary,

Niech kunigasy, hołdownicy moi,

Bajoras śpieszą do mnie i smerdowie

Niech przyjdzie Krewe — Pan wasz, schylcie głowy,

Mnie czas do ojców, ja dosyć walczyłem,

Powracam do nich! Zostawiam wam syna,

On pan na Litwie, jemu miecz oddałem,

Mieczem on moim buntownych ukarze,

Padnijcie przed nim, i bijcie mu czołem. —

I izba cała tłumem zaczerniała,

A wszyscy padli i czołem mu bili.

Krewe xiążęcą54 czapkę nań nałożył,

Płaszczem osłonił młodzieńcze ramiona,

Ojciec miecz oddał. — Piérwsi wstydem zlane

Bracia mu dumne karki uchylili55,

Ale nie dusze. Duszami szarpała

Zazdrość, co gorzéj niż Poklus56 rwie serce,

Gorzéj niż wilcy57 dzicy szarpią ścierwa.

Mindowe dumném pójrzał58 po nich okiem,

Jak niewolników zmierzył wzgardy wzrokiem,

I hołd jak winny59 od braci przyjmował.

Krewe Krewejta60 przed wrota zamkowe

Wyszedł, i wołał cisnącym się tłumóm61

Imię Mindowsa, następcy. — Schwycone

Z ust do ust, strzałą na Litwę leciało,

Aż się o morskie obiło gdzieś brzegi,

I na wierzchołkach starych puszcz szumiało.

A w izbie konał Ryngold, olbrzym stary,

Jak gdyby z mieczem oddał resztę życia;

Tak gasnął62 prędko. — I na Wschód patrzając63,

Wyzionął duszę wielką — Poleciała

Na Wschód sokolém64 skrzydłem w ojców kraju

Spocząć po bojach —

— Mindows u nóg jeden

Klęczał ojcowskich i rękę całował,

Która już zimna, bezsilna leżała —

Martwa na wszystko, na wszystko skośniała65

I tknąwszy miecza nawet nie zadrżała. —

Mindows śmiertelny pot ocierał z czoła,

I oczy zamknął zagasłe na wieki.